Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:61946.89 km (w terenie 3653.04 km; 5.90%)
Czas w ruchu:3635:13
Średnia prędkość:16.86 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:466439 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:716
Średnio na aktywność:86.52 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Szczecińskie labirynty

  83.38  04:27
Zaskoczył mnie przymrozek. Drogi były pokryte szadzią, przez długi czas utrzymywała się ujemna temperatura. Wiatr zmienił się na południowo-wschodni, więc do Pyrzyc jechało się okropnie. Było mi zimno, a ile pagórków pojawiło się po drodze.
Nie byłem w Pyrzycach parę lat. Pozwoliłem sobie objechać mury miejskie. Drogi dla rowerów mają tam tylko dla wtajemniczonych. Gdzieniegdzie były przejazdy rowerowe, ale poza nimi nie było żadnych znaków. Na koniec zatrzymałem się na rozgrzewającą kawę, bo porządnie przemarzłem.
Droga wojewódzka do Szczecina miała szerokie pobocze. Do tego wiało w plecy, więc nie czułem zimna. To była dobra droga, ale zjechałem z niej, aby zbadać szlak na nasypie dawnej linii kolejowej. Był oznaczony białą plakietką, więc pewnie nie wybrali mu numeru lub nie planują rozbudowywać tego szlaku.
Początek trasy nie zachwycał, ale wjazd do Puszczy Bukowej to zmienił. Drzewa porastające wzniesienia wyglądały pięknie. Za dużo czasu spędziłem na płaskich drogach, żeby tego nie doceniać. Wjechałem do Szczecina, szlak przestał podążać po torach, więc skręciłem na szlak 20A, który był łącznikiem na Trasie Pojezierzy Zachodnich. Początek leciał po leśnych drogach, ale potem pojawił się kolejny wyasfaltowany kawałek nasypu dawnej linii kolejowej. Chyba nawet ta sama linia, którą biegł nieoznaczony szlak.
Skończył się szlak, a zaczął horror. Szczecin ma najbardziej nieprzemyślany układ dróg dla rowerów, jaki widziałem. Istny labirynt, bo nie było żadnych znaków, trafiłem na kilka ślepych dróg, chyba nawet jechałem pod prąd, kilka dróg skończyło się na chodnikach. Koszmarne miasto. Rozważałem któregoś razu spędzić w nim kilka dni z rowerem, ale po tej wycieczce rozmyśliłem się. Było mi zimno, więc przez wielki plac budowy, jaki znajduje się w centrum, dostałem się na dworzec i zakończyłem wyprawę.

Kategoria dojazd pociągiem, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, Polska / zachodniopomorskie, z sakwami, wyprawy / Odra 2022, rowery / Fuji

Park Narodowy „Ujście Warty”

  106.62  05:47
Poranek przywitał mnie temperaturą na plusie. W nocy padało, więc ulice były mokre. Wiatr nieznacznie się zmienił, ale wciąż wiało z południa. Kontynuowałem podróż na północ.
Szlak Zielona Odra biegł po wale. Kostka nie była wygodna, ale lepsze to niż płyty z betonu. W końcu też doczekałem się asfaltu. Jesienią widziałem rowerzystę mknącego po nim. Nareszcie i ja mogłem przekonać się, jak cienką warstwę asfaltu wylali. W wielu miejscach nadaje się do remontu. Nie nacieszyłem się długo, bo kostka wróciła, a potem zmieniła się w dziurawą gruntówkę.
W Kostrzynie tylko zatrzymałem się na rozgrzewającą kawę i ruszyłem po szlaku R1 biegnącym drogą krajową. Bardzo malowniczy. Zatrzymałem się niemal na każdym punkcie widokowym. Rozebrana linia kolejowa biegnącą wzdłuż tej ruchliwej drogi prawie idealnie nadaje się na drogę dla rowerów. Prawie, bo biegnie po niewłaściwej stronie drogi, ale dużo aut na niemieckich blachach wyprzedza niebezpiecznie blisko, więc taka inwestycja poprawiłaby bezpieczeństwo.
Dojechałem do Słońska. Miałem dylemat – jechać szlakiem przez park lub przez wioski, by podziwiać nadwarciańską architekturę, pełną szachulców i murów pruskich. Wybrałem pierwszą opcję i widoki były fenomenalne. Przynajmniej póki słońce nie schowało się za chmurami. Potem zachwyt opadł. Dotarłem do przeprawy promowej i znów musiałem zmienić plany. Była nieczynna, więc zwiedzanie północnej części parku zostawiłem sobie na lato. Tak samo architekturę na południe od Warty.
Tymczasem pojechałem do najbliższego mostu, kontynuując podróż na północ. Przejechałem przez wzgórze pełne anomalii, bo mijałem dużo śniegu na niektórych odcinkach. Potem tak się rozpędziłem, że źle pojechałem. Korygując błąd, pojechałem polną drogą, na której wpadłem w poślizg i wylądowałem w rowie. Nie wiem, jakim cudem straciłem równowagę. Krzaki wyhamowały mnie i dzięki temu nic złego nie stało się, a nawet utrzymałem równowagę. Na szczęście był to niemal koniec przygód. Czekały mnie jeszcze tylko dziurawe drogi, jazda po zmroku, ostatnia krajówka i znalazłem się w Myśliborzu.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / lubuskie, Polska / zachodniopomorskie, setki i więcej, terenowe, wyprawy / Odra 2022, z sakwami, rowery / Fuji, Park Narodowy „Ujście Warty”

Grüne Oder/Zielona Odra

  107.74  05:44
Przymrozek nadal trzymał. Kontynuowałem podróż na północ. Dzisiaj wiatr osłabł i wiał z południa, ale że droga nie była prosta, to czasem boczny potrafił poprzeszkadzać.
Miałem wjechać na szlak Zielona Odra, dziwnie oznaczony niemiecką nazwą na mapie OpenStreetMap. Niestety nie znalazłem ani jednego znaku na całym odcinku, aż do Gubina. No cóż, przynajmniej droga była łatwa. Pomijając oczywiście beznadziejne odcinki z bruku w każdej wiosce. Mieszkańcy chyba lubią hałas, bo auta nawet nie zwalniają na takich drogach.
W Gubinie chciałem znaleźć kawiarnię, bo przymrozek dawał mi się we znaki, ale wszystko było zamknięte. Skończyłem w sieciówce. Przynajmniej rozgrzałem się. Potem wjechałem na koślawe drogi dla rowerów, które doprowadziły mnie niemal nad Odrę. Musiałem nadrobić dystansu do przeprawy promowej, aby dostać się na drugi jej brzeg. Poszło całkiem sprawnie.
Zorientowałem się, że Grüne Oder to jakiś oszukany szlak, a Zielona Odra biegła… wzdłuż Odry. No, prawie, bo nie widziałem ani jednego znaku. Do czasu, bo nagle zauważyłem niebieski szlak rowerowy. Wziąłem go za mój szlak. Nawet gdy pobiegł ciut inną drogą niż na mapie – po wałach nad Odrą. Betonowe płyty nie były wygodne. W końcu pojawił się zielony szlak rowerowy, który był tym właściwym, a niebieski to jakiś kolejny oszukaniec.
Już po właściwym szlaku dotarłem do Słubic. Po drodze nawet zaczął prószyć śnieg. Dobrze, że nie deszcz, który był w prognozie. Zatrzymałem się w tym samym hotelu, co parę lat temu.

Kategoria kraje / Polska, Polska / lubuskie, setki i więcej, terenowe, wyprawy / Odra 2022, z sakwami, rowery / Fuji

Przygoda z Nysą

  100.91  06:18
Przyszła mi do głowy spontaniczna wyprawa. Spakowałem się, wstałem w połowie nocy i ruszyłem w najoptymalniejsze względem czasu i pogody miejsce, którym okazał się Węgliniec.
Najpierw podjechałem kawałek wojewódzką, aby skręcić w leśne dukty. Wjechałem w Bory Dolnośląskie porośnięte sosną z runem licznie pokrytym wrzosami. Spotkałem wiele jeleni i jednego kierowcę, który zatrzymał się, żeby zapytać, czy nie zgubiłem się. Drogi grząskie, niewygodne, ale doprowadziły mnie do pierwszego celu – zielonego szlaku Przygoda z Nysą. Kawałek asfaltem, potem terenem z dużą ilością błota i znalazłem się w Przewozie, gdzie w końcu zastałem otwarty sklep.
Droga do Łęknicy była usłana kolcami. Jechałem pod wiatr, dość silny. Coraz częściej zaczął pojawiać się bruk, niezbyt wygodny. Ucieszyłem się, gdy szlak uciekł w las. W terenie telepało, było grząsko i jechało się mozolnie. Nie wiem, co gorsze.
W Łęknicy wjechałem na Szlak Kolejowo-Górniczy. Szutrowy, całkiem wygodny. Wzdłuż niego rozmieszczono mnóstwo interesujących punktów i tablic informacyjnych. Niestety gonił mnie czas i już nie zjeżdżałem do atrakcji. W Tuplicach kończył się odcinek szlaku biegnący po dawnej linii kolejowej. Dalej były leśne drogi. Niestety nastał zmierzch, temperatura spadła poniżej zera i zacząłem przemarzać. Skróciłem plan i ruszyłem głównymi drogami. Były brzydkie, wąskie, dziurawe, czasem pokryte brukiem. Lubuskie nie daje się lubić. W Brodach zatrzymałem się w jedynym czynnym hotelu. Całe szczęście mieli restaurację.

Kategoria dojazd pociągiem, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, po zmroku i nocne, Polska / dolnośląskie, Polska / lubuskie, setki i więcej, terenowe, z sakwami, wyprawy / Odra 2022, rowery / Fuji

Wolin – Stargard

  85.61  05:44
Było cieplej niż wczoraj, choć wietrznie. Przejechałem się po Wolinie, bo miałem mnóstwo czasu do otwarcia dzisiejszej głównej atrakcji – Centrum Słowian i Wikingów. Przespacerowałem się po tym skansenie, chłonąc odrobinę wiedzy z tablic informacyjnych. Widziałem również pracowników przebranych w stroje z epoki. W sklepiku zaopatrzyłem się w parę pyszności. Ciekawe miejsce.
Na mojej drodze pojawił się szlak nr 3, którym częściowo dostałem się wczoraj do Wolina. Było trochę asfaltu, a potem wjechałem na szutry na wałach otaczających Zalew Szczeciński. Nie wiem, czy legalnie, bo było mnóstwo sprzecznych znaków. Ktoś bezmyślnie je tam poustawiał. Niestety wiatr wiejący z południa był zbyt silny i zrezygnowałem z dalszej jazdy szlakiem, zjeżdżając do głównej drogi, z której mogłem dostać się do lasów. Niemal cała droga wojewódzka była w remoncie, więc jechało się ciężko. Ruch wahadłowy, dużo kurzu, korki. Nic przyjemnego. Za to lasy wręcz przeciwnie. Jechało się dużo wygodniej.
Minąłem drogę dla rowerów biegnącą po nasypie dawnej linii kolejowej. Gdybym nie zjechał ze szlaku wokół zalewu, z pewnością przejechałbym się nią, a tak nie było mi po drodze.
Kiedyś Goleniów zafascynował mnie kwitnącymi drzewami wiśni. Wtedy chyba byłem nieuważny, bo w Poznaniu widuję ich mnóstwo lub od tamtego czasu mnóstwo zostało posadzonych. Pokręciłem się chwilę po mieście w poszukiwaniu restauracji. Większość była nieczynna, ale znalazłem coś, aby nabrać sił na dalszą podróż.
Tuż za Goleniowem zatrzymał mnie kierowca, który również jeździł na rowerze i był ciekaw, co sprowadza sakwiarza w tamte strony. Wymieniliśmy się informacjami. Zwiedzał Ameryki i bardzo chwalił sobie Meksyk, bo podobno dzięki papieżowi Polacy są tam serdecznie witani.
Jechałem po różnych szlakach rowerowych, zaliczyłem trochę terenu, choć nie do końca planowanego. Wspiąłem się na jedną wieżę widokową, przejechałem po wiadukcie nad tzw. Berlinką, zaliczyłem trochę pagórków i dotarłem do Stargardu w porę przed przyjazdem pociągu do Poznania.
Znów niewiele zabrakło do tysiąca kilometrów podczas całej wyprawy. Z początku planowałem pojechać w kierunku Kołobrzegu, a potem na południe, ale pokonanie szlaku Odra – Nysa zajęło mi 8 dni z 9 zaplanowanych (a sam szlak ma zaledwie 627 km). Podobała mi się architektura Górnych Łużyc, a Dolina Dolnej Odry obfitowała w faunę. Przejechałem mnóstwo różnych dróg i zepsuło się moje wyobrażenie równych niemieckich dróg, bo szlak zestarzał się. Jednakże, przeciwieństwie do szlaków w Polsce, niemiecka część szlaku była całkiem dobrze oznaczona. Tylko w kilku miejscach miałem problemy.
Kategoria kraje / Polska, Polska / zachodniopomorskie, terenowe, z sakwami, dojazd pociągiem, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Koniec szlaku Odra – Nysa

  156.45  09:47
Wstałem wcześnie, bo miałem przed sobą dłuższy dystans. Był chłodny poranek. Dzisiaj trafiłem na sporo nierównych dróg. Przejechałem przez kilka wiosek ze sporą liczbą domów pokrytych strzechą.
W Ueckermünde szlak gdzieś uciekł bez słowa. Potem tak samo w jeszcze jednej wiosce. Nie wiem, czy stałem się nieuważny, czy znaki poznikały. Potem pojawiło się sporo terenu. Na szczęście nie padało, więc dało się jechać.
Pojawił się kolejny objazd na szlaku. Nie ufałem mu, bo takie same znaki stawiają przy drogach, wzdłuż których są drogi dla rowerów. To nie ma sensu, ktokolwiek wpadł na ten pomysł. Przejechałem się kawałek po szlaku, ale ostatecznie dojechałem do blokady. Musiałem dostać się do objazdu. Ten niestety prowadził po betonowych płytach, więc trochę mnie wytrzęsło i zrezygnowałem. Szlak pewnie prowadził okrężną drogą. Szkoda, że zapomnieli, jak się robi plany objazdów. Robili je jeszcze parę lat temu. Nie miałem ochoty jechać w nieznane po beznadziejnych drogach, nadrabiając nie wiadomo jaki dystans. Skierowałem się do głównej drogi.
Nie wiem, co było gorsze. Telepanie się po tych betonowych zabytkach czy jazda ruchliwą krajówką. Dostałem się do Anklam. Zorientowałem się, że źle wyliczyłem dzienny dystans i że zaliczę jeszcze więcej kilometrów. Szlak też gdzieś przepadł i pojawił się dopiero za miastem. Tam złapali mnie Polacy, którzy poznali rodaka pewnie po producencie sakw – Crosso, bo w Niemczech same Ortlieby. Pogadaliśmy chwilę, powiedzieli mi o drodze, którą mógłbym pojechać nazajutrz. Oni skręcili w jakiś skrót, a ja kontynuowałem jazdę szlakiem.
Byłem głodny, a po drodze nie widziałem niczego otwartego. Na szczęście miałem jeszcze owsiankę. Nie na darmo wiozłem kuchenkę turystyczną i bukłak z wodą.
Ostatnie niespodzianki na szlaku, który nie był spójny z oficjalnym śladem i znalazłem się w Ahlbeck, gdzie miał znajdować się koniec szlaku. Niestety nie znalazłem go, szlak nawet gdzieś zdążył przepaść. Miałem nadzieję zobaczyć jakąkolwiek informację, ale nic z tego. Tylko dojechałem do morza i ruszyłem w drogę do Polski. Wybudowali drogę dla rowerów, która doprowadziła mnie do Świnoujścia.
Rozważałem dostać się do Wolina pociągiem, ale nic sensownego już nie jechało. Było jedno połączenie, ale z głupią przesiadką i zdecydowałem się dojechać do celu o własnych siłach.
Zapadł zmrok. Pokonałem część dystansu głównymi drogami, a potem wjechałem na Szlak Orła Bielika, który biegł lasami. Jechało się wolno, było dużo kałuż i dołów, ale przynajmniej nie grzązłem w piasku, którego obawiałem się najbardziej. Z istot żywych spotkałem jedynie samotnego jelenia.
Rozważałem jechać krajówką, ale zaryzykowałem. Kiedyś dostałem się do Lubina lasami. Tym razem trafiłem na szlak nr 3. Na kilku odcinkach były znajome znaki Pomorza Zachodniego, kilka odcinków było mało wygodnych, pojawiły się podjazdy, długa droga usłana kocimi łbami i asfaltowym poboczem. Widać, że województwo zainwestowało w turystykę. W Wolińskim Parku Narodowym przez ulicę przebiegło stado jeleni. Potem jeszcze słyszałem ryk byka. Znów wjechałem w teren, ale wyglądało to tak, jakby coś tam jeszcze chcieli robić. Telepało, ale nie było dołów. Dalej szlak wiódł po nowych płytach betonowych, po nowym asfalcie. Strasznie dużo pajęczyn z siebie zdarłem.
Szlak gdzieś przepadł, więc wjechałem na krajówkę. Pobocze było bardzo szerokie, więc w sumie mogłem jechać tamtędy. Szybko dotarłem do Wolina. Zatrzymałem się ponownie w domu gościnnym. Wyszło 20 km mniej niż myślałem.
Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, po zmroku i nocne, Polska / zachodniopomorskie, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

To już prawie morze

  101.96  06:10
Dzisiaj było nieco cieplej niż wczorajszej nocy. Komary nadal nie dawały żyć, gdy się pakowałem. Zjadłem śniadanie i ruszyłem w słońcu na szlak Odra – Nysa. Mimo braku chmur było chłodno przez wiatr. Nie zawsze wiało w plecy. To był koniec jazdy wzdłuż Odry. Szlak biegł nie tylko po niemieckiej stronie granicy, ale też odbił daleko do jakichś nieciekawych miasteczek, prowadząc przez wioski o drogach tak okropnych, że rozważałem powrót na polską stronę. Do tego część szlaku przebiegała po drogach publicznych, a te w większości były niewiele szersze niż auta. Nie każdy mijał mnie bezpiecznie. Zważając na to, że w tym regionie słychać dużo języka polskiego, ci niebezpieczni kierowcy to pewnie Polacy.
Jeden odcinek szlaku biegł przez las po drogach niczym na Kaszubskiej Marszrucie, tylko nawierzchnia była ciut lepsza, bo asfaltowa. Dalej wygoda się skończyła, bo pojawił się teren. Szlak prowadził po nasypie dawnej linii kolejowej. Kiedyś jechałem jego odcinkiem. Równoległa droga była jeszcze gorsza, bo wybrukowana. Dojechałem do Rieth, przedostałem się do Polski i pojechałem do Nowego Warpna. Po polskiej stronie na dawnym nasypie kolejowym był już asfalt. Niestety sfatygował się przez te wszystkie lata.
Pobliski kemping zakończył już działalność, więc musiałem zatrzymać się w pensjonacie. Odechciało mi się nocować na dziko. Co rusz widziałem informację o obiekcie na sprzedaż. Objechałem miasteczko, znalazłem sklep, zjadłem kolację w barze tuż przed jego zamknięciem i poszedłem spać w wygodnym łóżku.
Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, pod namiotem, Polska / zachodniopomorskie, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Dolina Dolnej Odry

  85.01  05:20
Noc była bardzo chłodna, nie czułem komfortu termalnego. Jednakże lepiej mi się spało niż przez ostatnich parę nocy, bo byłem na kempingu. Lepszy komfort psychiczny – wiedziałem, że nikt nie przyjdzie i mnie nie przegoni.
Nieopodal kempingu było mnóstwo restauracji i straganów. Zjadłem śniadanie rolnika, jak oznajmiała pozycja w menu, i kontynuowałem jazdę szlakiem Odra – Nysa. Trochę pokropiło, ale wyjechałem spod ciężkiej chmury i groźba większego deszczu minęła. Nawet zaczęło świecić słońce. Pojawił się kolejny objazd na szlaku, jednak nie wydłużył mi drogi znacząco. Wiał okropny wiatr. Dobrze, że w plecy.
Jechałem po Parku Narodowym Doliny Dolnej Odry. Dzisiaj wyjątkowo, poza niezwykle licznym ptactwem, widziałem także parę saren. Miałem też szczęście złapać odrobinę tej licznej fauny na zdjęciach.
W Schwedt zdałem sobie sprawę, że już raz jeździłem po tym mieście. Pojechałem więc do Polski na obiad. Niemal wszystko było pozamykane, ale znalazła się jedna restauracja. Potem wróciłem na szlak i od razu wydał mi się znajomy. Wtedy jednak szlak prowadził po objeździe. Zdołali przywrócić ruch, ale droga okazała się okropnie nierówna. Tak jakby układali ją Polacy, bo taką samą tarkę na drogach asfaltowych spotykam właśnie w Polsce.
Gartz zwiedzałem podczas tej samej wycieczki, co Schwedt, więc nawet nie wjeżdżałem do centrum. Za to za miastem wjechałem na najgorszy asfalt na trasie. Prawie wypadła mi kierownica z rąk, bo tak korzenie zniszczyły drogę. Koszmar, chociaż droga biegła przez bardzo ładne lasy. Ciche i urokliwe miejsce. Miałem mieszane uczucia.
W miejscowości Mescherin kusił mnie kemping, ale miałem tyle czasu, że ruszyłem do Polski. Tuż za granicą pojawił się znak kierujący na pole namiotowe, a śladu po tym polu nie było – wszędzie chaszcze. To już nie pierwszy raz, gdy na taki nieaktualny znak trafiłem. Pojechałem po okropnej drodze do Gryfina i odwiedziłem o dziwo czynny kemping. Mieli nawet ciepłą wodę. Pani specjalnie włączyła bojler, bo został po sezonie wyłączony.
Zrobiłem szybki objazd miasteczka. Byłem w nim ostatnio zimą, gdy zwiedzałem pobliskie szlaki po polskiej stronie. Potem wróciłem na kemping, aby rozbić się. Komary oszalały. Były tak samo agresywne, jak 2 dni temu w Kostrzynie. Pod kempingiem przechodziło mnóstwo ludzi i było głośno. Miałem nadzieję, że rower nikomu się nie spodoba.
Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, pod namiotem, Polska / zachodniopomorskie, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Ukradł mi rower

  82.56  04:29
W namiocie mam lekki sen, więc często się budzę. Nie było inaczej, gdy po północy drogą obok przechodzili ludzie z latarkami. Moment później wrócili i podeszli pod moje obozowisko. Rozmawiali we wschodnim języku. Chyba ich spłoszyłem, gdy zacząłem szukać telefonu. Już wtedy powinienem był wynieść się stamtąd, ale przez agresywne komary nie miałem ochoty składać namiotu. Jeden z nich wrócił 2 godziny później. Ukradł rower, któremu założyłem zabezpieczenie niestety tylko na koło z braku drzew. Całe szczęście w porę wyskoczyłem z namiotu i pobiegłem za rabusiem. Gdybym nie zablokował roweru, pewnie nie dogoniłbym złodzieja, ale że rower mu ciążył, po kilkuset metrach porzucił zdobycz i uciekł. Nie chciałem tam zostawać ani chwili dłużej. Zebrałem obóz i pojechałem spróbować przespać resztę nocy w hotelu, chociaż emocje długo ze mnie schodziły.
Wstałem późno, bo w końcu miałem wygodne łóżko. Zjadłem śniadanie kupione poprzedniego wieczoru i ruszyłem na poszukiwanie serwisu rowerowego. Niestety w żadnym nie mieli czasu, aby mi pomóc, ale kupiłem szprychy, żeby samemu zająć się awarią z wczoraj. Musiałem tylko znaleźć odpowiednie miejsce.
Wziąłem kawę na wynos i połaziłem chwilę po Starym Kostrzynie, chociaż byłem tam parokrotnie. Potem z wolna wróciłem na szlak Odra – Nysa. Wiatr tym razem pomagał, bo wiało z południa. Niestety komary nie ustępowały, gdy zatrzymywałem się na zrobienie zdjęcia lub podczas wymiany pękniętej szprychy. Całe szczęście ten proces przebiegł bez problemów. Nawet centrowanie sprowadziło się wyłącznie do dokręcenia nypla nowej szprychy. Szkoda, że Niemcy nie słyszeli o samoobsługowych punktach naprawy rowerów, bo jeszcze ani jednej takiej stacji nie widziałem.
Zaczęło padać. Pojawił się też pierwszy objazd na szlaku. Deszcz przybierał na sile, więc schroniłem się pod wiatą, jedną z nielicznych, jakie widziałem. Niemcy chyba lubią moknąć, że tak mało jest zadaszonych miejsc postoju. Zastałem tam komary i książki. Komary chyba wszystkie anihilowałem, a książki były po niemiecku. Przeczekałem tam dość długo. Deszcz nie ustawał, więc ruszyłem. Po kilku kilometrach zaczęło się rozpogadzać, aż w końcu przestało padać.
Skręciłem w kierunku Wriezen z planem zobaczenia szlaku, która w przyszłości będzie przedłużeniem Trasy Pojezierzy Zachodnich. Wcześniej trafiłem na jedną drogę dla rowerów po środku niczego. Z kolei Wriezen już odwiedziłem, więc od razu wjechałem na zaplanowane tory. Szlak prowadził po nasypie dawnej linii kolejowej. Niestety niemiecki odcinek, choć wyłożony asfaltem, był bardzo słabej jakości. Gorszej nawet od dróg na szlaku Odra – Nysa. Mimo to, mając wiatr w plecy, dotarłem do mostu, na którym było widać prace remontowe. Za rok, może dwa będzie można tamtędy przejechać do Polski.
Dojechałem do dzisiejszego celu, którym był kemping, ale nie taki zwykły. Byłem jedynym z namiotem, cała reszta placu została zawalona kamperami. Nie było opłat, choć wodę i prąd każdy z przyjezdnych miał zapewnione. Nawet nie wiem, czy nie byłem tam jedynym Polakiem. Tym razem rower zabezpieczyłem do metalowej barierki.

Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, pod namiotem, Polska / lubuskie, Polska / zachodniopomorskie, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Koniec Nysy, dalej Odra

  120.87  07:41
W nocy kropiło. Poranek był mocno zamglony, ale niemal nie było rosy. Było pochmurno z przelotnymi przejaśnieniami. Do tego wiało i było odczuwalnie chłodno. Zjadłem szybkie śniadanie i wróciłem na szlak Odra – Nysa.
Dotarłem do ujścia Nysy Łużyckiej do Odry. Prawie przegapiłem to miejsce, bo żadnej informacji nie dostrzegłem. Dopiero gdy rzeka wydała mi się szersza, rzuciłem okiem na mapę, by dowiedzieć się, że to było to. Od tamtej pory wały, po których biegł szlak, zrobiły się masywniejsze. Drogi też stały się szersze. Tylko wiatr dokuczał. Miałem do wyboru jechać górą wału i podziwiać widoki lub dołem i mieć odrobinę osłony od wiatru. Z pomocą przyszła niemiecka jakość, bo wał nie był w pełni wyasfaltowany i tylko co jakiś czas dało się wygodnie jechać górą.
Dzisiaj próbowałem zwiedzać Eisenhüttenstadt. Niestety ktoś tam nienawidzi rowerzystów, bo drogi były tak koszmarnie nierówne i momentami niebezpieczne, że aż puste. W centrum było ciut lepiej, o ile mogę tak powiedzieć o tamtej dzielnicy, bo próbowałem znaleźć jakikolwiek plan miasta czy jakieś zabytki, ale to chyba kolejne nieturystyczne niemieckie miasto. Zauważyłem jedną ciekawostkę, że na niektórych skrzyżowaniach rowerzyści mieli śluzę do skrętu w lewo. Niestety wymusza to konieczność odczekania dwóch cykli, a sygnalizacja drugiego cyklu skrętu jest w kompletnie nieintuicyjnym miejscu, bo trzeba patrzeć w prawo, jadąc prosto. To już na Tajwanie było to łatwiejsze, gdzie sygnalizacja znajdowała się za skrzyżowaniem.
Szlak przyniósł trochę ładnych krajobrazów. Nawet udało mi się zobaczyć więcej ptaków niż zwykle, dzięki czemu parę z nich uwieczniłem na zdjęciach. Niebo wyglądało, jakby miało przynieść opady. Faktycznie na drodze do Frankfurtu zaczęło mżyć z różną intensywnością. Nie zwiedzałem Frankfurtu, bo kiedyś tam byłem. Przedostałem się do Słubic, aby zjeść obiad i wróciłem na szlak. Na granicy po stronie niemieckiej robili kierowcom wyrywkowe testy na obecność koronawirusa. Ja się nie załapałem.
Na prostej i równej drodze na przedmieściach Frankfurtu spełniła się moja największa obawa – pękła szprycha. Sąsiednia tej, co pękła ostatnim razem. Jeszcze w Poznaniu, gdy docierałem do dworca, zorientowałem się, że zapomniałem zapakować zapasowe szprychy. Były za późno, aby szukać sklepu, więc postanowiłem dojechać do celu i rozwiązać problem następnego dnia. Stare betonowe płyty i bruk nie pomagały, a nie chciałem przeciążać pozostałych szprych. Ten szlak był miejscami beznadziejny.
W miejscowości Lebus pojechałem na awaryjny nocleg w zajeździe rowerzystów, ale nikogo nie zastałem, więc musiałem doczłapać się do Kostrzyna. Komary atakowały dzisiaj cały dzień, nie pozwalając na robienie lepszych zdjęć. Po drugiej stronie Odry widziałem rowerzystów. Trzeba będzie kiedyś się tam przejechać, bo na mapie ktoś oznaczył asfaltową nawierzchnię.
Ktoś niedawno przed moim przejazdem wyprowadził owce i przez kilka kilometrów droga była usłana świeżymi odchodami w takich ilościach, jakby ktoś przejechał się tamtędy z włączonym rozrzutnikiem obornika. Koszmar, gdybym jeszcze złapał kapcia.
Zmierzch dopadł mnie w Kostrzynie. W końcu odkryłem przyczynę, czemu mój bezprzewodowy licznik miał problemy komunikacyjne z nadajnikiem. Kilka dni wcześniej podniosłem lampkę przymocowaną nad błotnikiem. Snop światła najwidoczniej wpływał na fale wysyłane między nadajnikiem i licznikiem. Przez to zgubiłem parę kilometrów podczas jazdy o zmierzchu. Trzeba było brać przewodowy licznik i nie miałbym takich problemów.
Rozbiłem się na cichej polanie, bo w mieście było głośno. Była spora rosa. Komary atakowały tak wściekle, że nigdy w życiu czegoś takiego nie doświadczyłem. Nastała noc. Inna niż wszystkie, ale o tym w następnej części.
Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, pod namiotem, Polska / lubuskie, setki i więcej, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Kategorie

Archiwum

Moje rowery