Rano coś popadało, bo było mokro. Temperatura lekko na plusie. Gdyby tylko nie ten straszny wiatr. Wyszedłem przejechać się chwilę po mieście. Dużo szkła i śmieci na drogach.
Sezon czternasty wypadł dość słabo w porównaniu do poprzednich lat. Złamany obojczyk był gwoździem do trumny. Przejechałem niewiele ponad 10 tys. km, co plasuje miniony rok na drugim miejscu od końca pod względem rocznego dystansu od początku moich rowerowych przygód. Nie zrealizowałem też tylu wycieczek, ile chciałem. Większość z nich skupiała się wokół Poznania. Odbyłem za to kilka wypraw. Przejechałem szlak
wzdłuż polskiego wybrzeża, objechałem
połowę Irlandii, a jesień
spędziłem w górach. Z mikrowypraw udało mi się zrealizować tylko jedną – po
Trasie Pojezierzy Zachodnich. Z innych wycieczek warto wspomnieć
Park Narodowy „Ujście Warty”, magnolie w
Arboretum Kórnickim, wiosenne
ścieżki na Polesiu,
Ogród Botaniczny UAM, do którego zacząłem częściej zaglądać, wrzosowiska
w Okonku i pod Kłominem, zimową
wizytę na Polesiu.
Większych planów na ten rok nie mam. Chodzi za mną kilka pomysłów. Wliczając w to nowy rower wyprawowy. Na Fujim przejechałem ledwo połowę dystansu Treka, ale liczba części do wymiany jest na tyle duża, że nowy rower może mieć więcej sensu. Obym tym razem miał więcej szczęścia.
