Opad niemal ustał, gdy się pakowałem, ale wrócił na podjeździe, potem powoli skończył się, by czasem wracać w formie niewielkiego opadu. Nie on jednak jest dzisiaj głównym bohaterem. Na tablicy przed drogą, którą pokonałem wczoraj była informacja o wietrze wiejącym 13 m/s z porywami do 17 m/s. Od wczoraj zmienił kierunek, dzięki czemu na pierwszym podjeździe mnie pchał. Dopiero później zaczynały się schody. Droga wzdłuż wybrzeża była znośna ze zmieniającym się wiatrem w plecy i bocznym. Drugi podjazd był utrapieniem. Wiatr głównie boczny miotał rowerem, że niełatwo się pięło w górę. Przynajmniej widoki dopisywały.
Zatrzymałem się pod stacją meteo, które są zainstalowane przy wielu drogach na Islandii. Na stronie Islandzkiego Zarządu Dróg odczytałem dane o wietrze: 15 m/s w porywach do 19 m/s. To wiele wyjaśniało. Zwłaszcza na zjeździe. Tam to w ogóle przechylało rower, że strach było jechać. Dobrze, że ruch samochodowy prawie nie istniał. Miałem też dłuższą okazję podziwiać widok na ośnieżone góry po drugiej stronie fiordu.
Dotarłem na kemping. Tam już nie wiało tak straszliwie, chociaż chyba wywołałem wilka z lasu, bo coś się rozszalał, gdy zacząłem ten akapit. Do wieczora powinien przejść, bo zauważyłem, że często tak tutaj bywa. W końcu zrobiłem też pranie. Było w cenie, a i sam kemping był najtańszy, jak do tej pory.













