Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

po dawnej linii kolejowej

Dystans całkowity:13695.86 km (w terenie 1320.73 km; 9.64%)
Czas w ruchu:729:23
Średnia prędkość:18.59 km/h
Maksymalna prędkość:65.78 km/h
Suma podjazdów:71133 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:154 (78 %)
Suma kalorii:11368 kcal
Liczba aktywności:130
Średnio na aktywność:105.35 km i 5h 39m
Więcej statystyk

Słupsk

  86.45  05:03
Dzisiaj przywitało mnie słońce na bezchmurnym niebie. Ruszyłem w dalszą drogę na północ. Nadal po leśnych szlakach, choć tym razem było więcej błota niż piachu. Znów nie spotkałem żywej duszy aż po Słupsk. Trafiłem na jeden odcinek szlaku na nasypie dawnej linii kolejowej. Widziałem też dwie sarny, a ptactwo było dziś cichsze niż wczoraj.
Dojechałem do Słupska. Przespacerowałem się tu i tam bez planu. Wydostanie się z miasta było trudniejsze, bo rozebrali połowę dworca kolejowego, blokując jedną z dróg. Układ dróg rowerowych też mają beznadziejny. Słabe oznakowanie, krawężniki, przejścia dla pieszych zamiast przejazdów.
Kolejne problemy były na starej krajówce. Zrobili objazd. Coś mi nie pasowało, więc szybko się zatrzymałem. Po rozważaniach zawróciłem i zorientowałem się, że przegapiłem znak drogi ekspresowej. Miałem do wyboru albo złamać zakaz wjazdu na drogę ekspresową, żeby kontynuować idiotycznie wyznaczony objazd, albo zakaz ruchu, który nie dotyczył dojazdu do pól. Wybrałem ten mniej ryzykowny. Jak się okazało, rozkopali drogę i stąd wynikał objazd. Musiałem pojechać po polnej drodze naokoło, czyli de facto nie złamałem żadnego zakazu. Zatrzymałem się w Sławnie.
Kategoria kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, Polska / pomorskie, Polska / zachodniopomorskie, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Przedwiosenna 2026, z sakwami

Kraina piachu

  83.87  05:02
Nie padało. Temperatura była taka jak wczoraj, ale potem odrobinę spadła. Kontynuowałem jazdę na północ. Droga za drogą były pokryte piachem. Czasem grząskim, czasem utwardzonym, czasem z korzeniami, czasem z dołami. Kraina piachu, bo inaczej trudno określić te strony. Było dużo pagórków. Odwiedziłem kilka kaszubskich miejscowości.
Dotarłem do celu, jakim była droga położona na miejscu dawnej linii kolejowej. Droga była różnej jakości, oczywiście w większości piaszczystej. Im bliżej Bytowa, tym większe błoto. Większość mostów kolejowych nie przetrwała, więc trzeba było często zjeżdżać z nasypu, aby przekroczyć skrzyżowanie. Powstał tam nawet szlak rowerowy, ale nie znalazłem informacji o nim.
Dotarłem do Bytowa. Mają straszny układ dróg, do tego drogi dla rowerów powciskane byle jak. Tylko przedostałem się do kolejnej atrakcji, czyli kolejnej trasy położonej na nasypie dawnej linii kolejowej. Tym razem był asfalt. Byli też ludzie korzystający z atrakcji (na wcześniejszej nie spotkałem żywej duszy). Droga biegła gdzieś dalej, ale nie w moim kierunku, więc zrezygnowałem z dalszej jazdy i zorientowałem się, że zarezerwowałem nie ten nocleg, który oglądałem. Nie wiem, jak to się stało, więc musiałem wrócić, ale tylko do Bytowa.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, Polska / pomorskie, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Przedwiosenna 2026, z sakwami

Bydgoszcz – Koronowo – Tuchola

  80.49  04:17
Ten plan powstał już przed poprzednim weekendem, ale postanowiłem go trochę urozmaicić, wydłużając go do rangi niedużej wyprawy. Wsiadłem w pociąg i znalazłem się w zasypanej piachem Bydgoszczy. Poznań bardziej dba o bezpieczeństwo na drogach.
Nie miałem większego pomysłu na wydostanie się z miasta, więc ruszyłem po szlaku do Koronowa. Zamienili papier ścierny na glinę, więc zrobiło się wygodniej i bezpieczniej, chociaż asfaltowe odcinki były grubo posypane piachem.
Łańcuch mi dzisiaj hałasował. Mogłem zrobić mu kilka kąpieli w tej emulsji woskowej. Poświęciłem kwadrans w Koronowie na smarowaniu. W słońcu całkiem szybko poszło. Plusem tego wosku jest to, że na piachach w końcu łańcuch pracuje cicho, nic nie zgrzyta od kruszonych ziaren piachu przyklejonych do łańcucha.
Kolejnym punktem dnia był kolejny wiadukt kolejowy. Droga krajowa była zawalona autami, więc musiałem się nagimnastykować, aby ją ominąć. Wiadukt zobaczyłem, sfotografowałem i ruszyłem dalej. Przede mną były drogi leśne. Lepsze, gorsze. Jechałem po różnych nawierzchniach: wygodny grunt, piach, kamienie, błoto, kocie łby, torfowiska. Widoki cieszyły oko tak bardzo, że zapominałem się zatrzymać na sfotografowanie ich.
Jeden z obranych skrótów, który miał być brodem, okazał się dość wartką rzeką, a powalone drzewo, które prawdopodobne funkcjonowało jako przejście, nie sięgało brzegu i wyglądało na zbyt przegniłe, by chociażby próbować na nie skakać. Musiałem nadłożyć trochę drogi, żeby znaleźć mostek wśród torfowisk. Potem czekała mnie walka z piachem, aż dostałem się do dawnego mostu kolejowego, po raz kolejny na Brdzie. Szkoda, że most nie jest w najlepszej kondycji.
Dalsza droga przyniosła trochę śniegu, a tym samym niższą temperaturę, parę wodospadów, kilka przyjemnych asfaltów, aż zaczęła się Tuchola. Zakazy, absurdalny układ dróg, paskudne drogi dla kaskaderów, a absolutnym hitem, już za Tucholą, był zakaz wjazdu rowerem przed skrzyżowaniem, bo jakiś debil założył, że rowerzyści będą chcieli jechać tylko na północ, więc chcąc jechać na zachód, trzeba złamać zakaz. Pewnie jeszcze dostał wynagrodzenie za tę idiotyczną organizację ruchu.
Wpis wyszedł dość kolejowy. Za to bardzo ładne rejony, zwłaszcza odcinki leśne (nie te pokryte piachem). Może kiedyś tu wrócę, bo spora część lasów czeka nieodkryta.

Kategoria dojazd pociągiem, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, po zmroku i nocne, Polska / kujawsko-pomorskie, rowery / Kross, terenowe, z sakwami, wyprawy / Przedwiosenna 2026

Wrzosowiska

  86.34  04:59
Już od początku miesiąca napotykałem wrzosy. Ostatnim razem w Okonku spóźniłem się. Wziąłem wolne i wsiadłem w pociąg. Przywitały mnie mokre ulice i kałuże. Gdybym ruszył wcześniej, to miałbym więcej atrakcji.
Dojechałem do wrzosowiska. Pejzaż nie zwalał z nóg, ale przespacerowałem się po wyznaczonym szlaku. Słońce z wolna zaczęło przeciskać się przez chmury, ukazując piękno wrzosów. Widok zyskał na atrakcyjności, której brakowało na początku.
Skierowałem się jeszcze na Wrzosowiska Kłomińskie. Kolor różowoliliowy (za Wikipedią) rozciągał się po horyzont. To był dobry dzień, by tu przybyć.
Jechałem po drogach wszelakich, ale głównie przez lasy i na szczęście z minimalną ilością piachu. Wjechałem nawet na polną drogę na dawnej linii kolejowej. W końcu dotarłem do Piły. Pierwotnie zakładałem, że dojadę aż do Chodzieży, ale do pociągu zostało mi pół godziny, więc pojechałem prosto na stację.
Pęknięta rama. Z początku pęknięcie przeraziło mnie. Od paru lat szukałem źródła stukania i ostatnio obwiniałem o nie tylne koło, ale okazuje się, że winne było pęknięcie obok spawu ramy podsiodłowej. Niby mam jeszcze rok gwarancji na ramę. Sklep rowerowy wykręcił się, że to gwarancja producenta, a Fuji w tym roku zamknął swój oddział europejski. Próbowałem się kontaktować, to na wiadomość odpowiedział amerykański oddział. Polecili mi skontaktować się z firmą-matką. Ci z kolei nie odzywają się. Mam teraz dwa wyjścia: spawanie tego dziadostwa (czytałem, że pęknięcie obok spawu może być winą przegrzania ramy, czyli jest to wada fabryczna) lub kupno nowej ramy i przełożenie osprzętu. Może do przyszłego roku wpadnę na jakiś pomysł.
Pod koniec wyprawy po Irlandii zauważyłem luz na suporcie. Zajrzałem do środka. Najwidoczniej dostała się tam woda. Prawe łożysko ma lekki luz i ciężej chodzi, więc czeka mnie kolejna wymiana.
Chciałem też naprawić dętkę z Decathlonu, która była fabrycznie uszkodzona. Gdy ją nadmuchałem, zrobiła się jak wąż, który połknął kilka strusich jaj. Tak słabej jakości dętek dawno nie widziałem.

Kategoria dojazd pociągiem, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, Polska / wielkopolskie, Polska / zachodniopomorskie, rowery / Fuji, terenowe

Znośna Puszcza Notecka

  114.98  04:42
Dzisiaj było sporo chmur, a i wiało, więc dało się wytrzymać na dworze. Pojechałem do Puszczy Noteckiej, na mój ulubiony fragment drogi na dawnej linii kolejowej. Ruch na drogach duży, a i w puszczy typowo weekendowy. Droga do Poznania jakby bardziej pusta. Temperatura spadła do 22 °C.
Kategoria kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, Polska / wielkopolskie, Puszcza Notecka, rowery / GT, setki i więcej

Midleton – Youghal Greenway

  61.54  03:28
Było ponuro i deszczowo, gdy się obudziłem. Zjadłem śniadanie i spakowałem się, a po opadzie pozostały tylko mokre ulice. Dzień zapowiadał się dobrze.
Wjechałem na drogę na dawnej linii kolejowej, którą otworzyli w tym roku. Była wygodniejsza niż wczorajsza, ale nadal wydaje mi się, że Limerick Greenway miał lepszy asfalt. Było płasko, ale bez ciekawych widoków.
Nie dojechałem do końca szlaku, a zaczęło lać. Wróciłem na EuroVelo 1, który wiódł drogami lokalnymi. Na krótko, bo nie chciałem rozwlekać podróży. Tak pojechałem, że za wcześnie skręciłem. Trochę przeraził mnie limit prędkości 120 km/h, bo zwykle na krajówkach są do 100 km/h, ale zakazu nie było, a znak mówił Cork. W ten sposób znalazłem się na drodze przypominającej autostradę. Pobocze było bardzo szerokie, ale ruch duży. Padał deszcz, więc za każdym autem unosiła się mokra chmura, ale kto się tam przejmował zachowaniem dystansu. Dziwi mnie brak wypadków.
Dojechałem do zjazdu i wtedy zorientowałem się, że planowałem wjechać na krajówkę w innym miejscu, a wzdłuż przebytej drogi biegła jakaś równoległa droga dla rowerów. Nic się nie stało, tylko łańcuch nabrał trochę brudu, który zalegał na poboczu.
Znalazłem się w Corku. Bez nawigacji ciężko się jechało (zerkanie na telefon w deszczu nie jest łatwe). Trochę pobłądziłem, ale dotarłem do sklepu sportowego, gdzie miałem zamówiony karton. Wciąż padało, więc umówiłem się, że wrócę później. Pojechałem do akademika, w którym miałem pokój. Zameldowałem się i przestało padać. Odebrałem karton, chwilę się przespacerowałem po mieście i spakowałem na jutrzejszy lot.
Koniec ponad 3-tygodniowej podróży, podczas której pokonałem 2,1 tys. km. Irlandia ma piękne wybrzeże. Deszcz mniej męczył niż w Szkocji, bo na początku częściej mżyło niż padało. Zaskoczył mnie brak kleszczy, które w Szkocji były codzienną zmorą. Gdyby tylko nie te drogi otoczone wałami ziemno-kamiennymi z bujną roślinnością, które zasłaniały wszystko dookoła, włącznie z widokiem na nadjeżdżające pojazdy. Brakowało też poboczy. Ludzie nie zawsze byli przyjaźni. Nierzadko doświadczałem agresji drogowej. W Szkocji czułem się lepiej. Tylko Szkocja ma zabójczo strome podjazdy.
Problemów z rowerem nie miałem wiele. Odklejająca się owijka, jeden kapeć, pęknięta rama (ale o tym jeszcze będę pisał). Podczas pakowania zauważyłem też luz na suporcie. Szprychy przetrwały, bo je wszystkie wymieniłem na lepsze. Czyli trzeba budować własne koła, bo producenci wsadzają najtańszy badziew, byle koło się trzymało.
Kategoria kraje / Irlandia, po dawnej linii kolejowej, rowery / Fuji, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Waterford Greenway

  124.05  07:06
Dzisiaj obudziło mnie słońce na bezchmurnym niebie. Nie trwało to jednak długo, bo chmury pojawiły się zanim zdążyłem wysuszyć namiot z porannej rosy.
Zorientowałem się, że do Corku miałem kawał drogi. Musiałem więc przejechać dziś dłuższy dystans. Zacząłem też ciąć szlak EuroVelo 1. Trafiałem na wystarczająco spokojne drogi. Wiatr był niewyczuwalny. Słońce jeszcze od czasu do czasu się pojawiało.
Przepłynąłem zatokę promem i dostałem się do miasta Waterford. Chwilę pokropiło, co wykorzystałem na zakupy. Potem dotarłem do atrakcji dnia – drogi położonej na miejscu dawnej linii kolejowej. Obok biegła też czynna linia kolejki wąskotorowej, o czym dowiedziałem się później. Przy okazji zaczęło padać.
Kolejka uciekła mi, gdy droga na chwilę odbiła od torów, ale złapałem ją później, gdy wracała ze swojej krótkiej trasy. Zakręt dalej znajdowała się też stacja końcowa.
Na 20. kilometrze szlaku przestało padać. Na 40. znów zaczęło kropić. Podobno linia była jedną z najpiękniejszych w kraju. Szkoda, że aura nie pokazała tych widoków. Na trasie były 3 wiadukty, z czego do dwóch udało mi się zjechać. Był też tunel. Standardowo rowerzyści mają obowiązek przeprowadzić przez niego rower. Dopiero końcówka szlaku, po osiągnięciu wybrzeża, pokazała odrobinę swojego piękna.
Znów się rozpadało. Miałem do pokonania podjazd. Na nim deszcz zmienił się w gęstą mgłę, która przepadła dopiero po wytraceniu wysokości. Za to znów zaczęło kropić. Już mniej uciążliwie, ale przeszkadzało to do końca dnia.
W okolicy nie było żadnych kempingów akceptujących namioty, więc zatrzymałem się w domu gościnnym. Przynajmniej mogłem wyschnąć.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, po dawnej linii kolejowej, pod namiotem, rowery / Fuji, setki i więcej, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Dún Briste

  122.70  07:29
Dzień zaczął się tak samo, jak skończył poprzedni – pochmurnie i wietrznie. Kontynuowałem jazdę po szlaku EuroVelo 1. W tej części Irlandii jest on słabo oznaczony, często przeplata się z innymi szlakami.
Jechałem wzdłuż wybrzeży, przez rozległe torfowiska, po wzgórzach wszelakich, z widokami na klify. Słońce coraz śmielej wyglądało, aż zaczęło podsmażać.
Dotarłem do parkingu pod atrakcją dnia – kolumną Dún Briste, z irlandzkiego: zepsuty fort. Robi wrażenie. Obok jest też grota, a fale rozbijające się o skały nasuwają myśl: kiedy to runie?
Trafiłem na nieutwardzoną ścieżkę, częściowo na nasypie dawnej linii kolejowej. Była to najgorsza droga, jaką się poruszałem. Jakbym wjechał na pumptrack. Tutaj chyba mają jakieś konkursy na najgorsze nawierzchnie do jazdy czy coś.
Czas mnie gonił, a na drogach pojawiały się niekończące się pagórki. Na kemping dotarłem po czasie pracy recepcji, ale dogadałem się telefonicznie, że pieniądze wrzucę do skrzynki na listy. Gorąc trwał do zachodu.
Na ostatnich kilometrach poczułem mało powietrza z tyłu, ale dopompowałem raz i dotarłem do celu. Po rozbiciu namiotu jednak miałem pełnego kapcia. Już myślałem, że obędzie się bez awarii. Znalazłem dziurę w oponie. Szkoda, bo była dobra. Gdy chciałem założyć zapasową dętkę, ta okazała się dziurawa. To już kolejna dętka z takim samym nacięciem, jaką kupiłem we francuskim sklepie sportowym. Zakleiłem starą dętkę, a nowe będę musiał zacząć kupować gdzieś indziej.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, po dawnej linii kolejowej, pod namiotem, rowery / Fuji, setki i więcej, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Park Narodowy Dziki Nefin

  90.60  05:00
Namiot był mokry po wieczornych opadach, ale słońce i wiatr go osuszyły. Przyszły jednak kolejne mżawki.
Ruszyłem. Z lewa i prawa widziałem opady, ale dotarły do mnie najwyżej w formie mżawki. Wjechałem na ostatnie odcinki Great Western Greenway. Potem wróciłem na szlak EuroVelo 1. Biegł po drodze krajowej, ale ruch był na niej tak martwy, że to zadziwiało.
Dojechałem do centrum dla odwiedzających Park Narodowy Dziki Nefin (Wild Nephin). Zwiedziłem ekspozycję przyrodniczą, przespacerowałem się po niewielkim szlaku. Chwalą się też, że jest to jedno z nielicznych miejsc na świecie najmniej zanieczyszczonych światłem. Szkoda, że tak często jest tu pochmurno.
Końcówka drogi zrobiła się pochmurna. Nawet zaczęło mżyć, ale niedługo. Dojechałem do maleńkiego kempingu. Martwiłem się, że nie będzie miejsc, nawet zadzwoniłem, by się upewnić i zrobić rezerwację, a byłem jedynym na polu namiotowym.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, pod namiotem, rowery / Fuji, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą, po dawnej linii kolejowej

Great Western Greenway

  95.56  05:52
Rano trochę popadało, ale później wyjrzało słońce i przegoniło mnie z namiotu. Wiało trochę mniej niż wczoraj, ale odczuwalnie był to chyba najchłodniejszy dzień wyprawy.
Szlak doprowadził mnie do doliny otoczonej górami. Słońce urządziło teatr cieni na otaczających szczytach, więc co chwilę przystawałem i gapiłem się na to przedstawienie. Potem zjechałem do zatoki. Musiałem ją okrążyć. Połowę drogi miałem z wiatrem. Dalej czekała na mnie kolejna dolina i kolejne podjazdy, aż dotarłem do większego miasteczka.
Znalazłem się na tytułowym szlaku Wielki Zachodni Greenway. Kolej w tym miejscu powstała, by wspomóc rozwój zachodniego regionu kraju. Dzieło ukończone w 1895 roku nie zyskało spodziewanego ruchu pasażerskiego. Gwoździem do trumny była budowa dróg. Linia została zamknięta po 42 latach funkcjonowania. Obecnie wiele jej odcinków znajduje się na terenach prywatnych, a szlak rowerowy powstał za pozwoleniem ich właścicieli. Pojawiło się parę szutrów, nie zabrakło objazdów. Asfalt miejscami był tak równy, że czułem starą łatkę na dętce. Bramki zatrzymujące zwierzęta są tu wygodniejsze niż w Szkocji. Za to szykany na przejazdach są zmorą, a widziałem oznaczenia do budowy kolejnych. Wolałem Limerick Greenway, miał dużo mniej przeszkód.
Niebo pociemniało, zrobiło się chłodniej, a wciąż miałem pod wiatr. Dojechałem do kempingu. Było zamknięte, a telefon głuchy. Kilka minut później przyjechał właściciel, tłumacząc, że ma problemy z telefonem. Rozbiłem namiot i zaczęło padać. Do tego warunki były spartańskie. Sanitariat składał się z: toi toi, kran z zimną wodą, a prysznic został urządzony w starej przyczepie do transportu koni. Jedyne światło dawały uchylone drzwi, ale przynajmniej była ciepła woda.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, po dawnej linii kolejowej, rowery / Fuji, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Kategorie

Archiwum

Moje rowery