Wpisy archiwalne w kategorii

po dawnej linii kolejowej

Dystans całkowity:13058.14 km (w terenie 1155.11 km; 8.85%)
Czas w ruchu:694:46
Średnia prędkość:18.59 km/h
Maksymalna prędkość:65.78 km/h
Suma podjazdów:67748 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:154 (78 %)
Suma kalorii:11368 kcal
Liczba aktywności:123
Średnio na aktywność:106.16 km i 5h 41m
Więcej statystyk

Dún Briste

Czwartek, 10 lipca 2025 · Komentarze(1)
Dzień zaczął się tak samo, jak skończył poprzedni – pochmurnie i wietrznie. Kontynuowałem jazdę po szlaku EuroVelo 1. W tej części Irlandii jest on słabo oznaczony, często przeplata się z innymi szlakami.
Jechałem wzdłuż wybrzeży, przez rozległe torfowiska, po wzgórzach wszelakich, z widokami na klify. Słońce coraz śmielej wyglądało, aż zaczęło podsmażać.
Dotarłem do parkingu pod atrakcją dnia – kolumną Dún Briste, z irlandzkiego: zepsuty fort. Robi wrażenie. Obok jest też grota, a fale rozbijające się o skały nasuwają myśl: kiedy to runie?
Trafiłem na nieutwardzoną ścieżkę, częściowo na nasypie dawnej linii kolejowej. Była to najgorsza droga, jaką się poruszałem. Jakbym wjechał na pumptrack. Tutaj chyba mają jakieś konkursy na najgorsze nawierzchnie do jazdy czy coś.
Czas mnie gonił, a na drogach pojawiały się niekończące się pagórki. Na kemping dotarłem po czasie pracy recepcji, ale dogadałem się telefonicznie, że pieniądze wrzucę do skrzynki na listy. Gorąc trwał do zachodu.
Na ostatnich kilometrach poczułem mało powietrza z tyłu, ale dopompowałem raz i dotarłem do celu. Po rozbiciu namiotu jednak miałem pełnego kapcia. Już myślałem, że obędzie się bez awarii. Znalazłem dziurę w oponie. Szkoda, bo była dobra. Gdy chciałem założyć zapasową dętkę, ta okazała się dziurawa. To już kolejna dętka z takim samym nacięciem, jaką kupiłem we francuskim sklepie sportowym. Zakleiłem starą dętkę, a nowe będę musiał zacząć kupować gdzieś indziej.

Park Narodowy Dziki Nefin

Środa, 9 lipca 2025 · Komentarze(1)
Namiot był mokry po wieczornych opadach, ale słońce i wiatr go osuszyły. Przyszły jednak kolejne mżawki.
Ruszyłem. Z lewa i prawa widziałem opady, ale dotarły do mnie najwyżej w formie mżawki. Wjechałem na ostatnie odcinki Great Western Greenway. Potem wróciłem na szlak EuroVelo 1. Biegł po drodze krajowej, ale ruch był na niej tak martwy, że to zadziwiało.
Dojechałem do centrum dla odwiedzających Park Narodowy Dziki Nefin (Wild Nephin). Zwiedziłem ekspozycję przyrodniczą, przespacerowałem się po niewielkim szlaku. Chwalą się też, że jest to jedno z nielicznych miejsc na świecie najmniej zanieczyszczonych światłem. Szkoda, że tak często jest tu pochmurno.
Końcówka drogi zrobiła się pochmurna. Nawet zaczęło mżyć, ale niedługo. Dojechałem do maleńkiego kempingu. Martwiłem się, że nie będzie miejsc, nawet zadzwoniłem, by się upewnić i zrobić rezerwację, a byłem jedynym na polu namiotowym.

Great Western Greenway

Poniedziałek, 7 lipca 2025 · Komentarze(2)
Rano trochę popadało, ale później wyjrzało słońce i przegoniło mnie z namiotu. Wiało trochę mniej niż wczoraj, ale odczuwalnie był to chyba najchłodniejszy dzień wyprawy.
Szlak doprowadził mnie do doliny otoczonej górami. Słońce urządziło teatr cieni na otaczających szczytach, więc co chwilę przystawałem i gapiłem się na to przedstawienie. Potem zjechałem do zatoki. Musiałem ją okrążyć. Połowę drogi miałem z wiatrem. Dalej czekała na mnie kolejna dolina i kolejne podjazdy, aż dotarłem do większego miasteczka.
Znalazłem się na tytułowym szlaku Wielki Zachodni Greenway. Kolej w tym miejscu powstała, by wspomóc rozwój zachodniego regionu kraju. Dzieło ukończone w 1895 roku nie zyskało spodziewanego ruchu pasażerskiego. Gwoździem do trumny była budowa dróg. Linia została zamknięta po 42 latach funkcjonowania. Obecnie wiele jej odcinków znajduje się na terenach prywatnych, a szlak rowerowy powstał za pozwoleniem ich właścicieli. Pojawiło się parę szutrów, nie zabrakło objazdów. Asfalt miejscami był tak równy, że czułem starą łatkę na dętce. Bramki zatrzymujące zwierzęta są tu wygodniejsze niż w Szkocji. Za to szykany na przejazdach są zmorą, a widziałem oznaczenia do budowy kolejnych. Wolałem Limerick Greenway, miał dużo mniej przeszkód.
Niebo pociemniało, zrobiło się chłodniej, a wciąż miałem pod wiatr. Dojechałem do kempingu. Było zamknięte, a telefon głuchy. Kilka minut później przyjechał właściciel, tłumacząc, że ma problemy z telefonem. Rozbiłem namiot i zaczęło padać. Do tego warunki były spartańskie. Sanitariat składał się z: toi toi, kran z zimną wodą, a prysznic został urządzony w starej przyczepie do transportu koni. Jedyne światło dawały uchylone drzwi, ale przynajmniej była ciepła woda.

Limerick Greenway

Środa, 2 lipca 2025 · Komentarze(3)
Oczywiście, że padało. Świeciło słońce i padało. Czasem na zmianę, czasem jednocześnie. Tylko świeciło słońce, gdy ruszałem. Ulice pokrywały kałuże. W centrum miasteczka zaczęło padać. Niedługo, więc nawet nie wiadomo, jak się ubrać.
Wjechałem na greenway, czyli drogę dla pieszych i rowerów zbudowaną na nasypie dawnej linii kolejowej. Całość tej miała około 50 km. Sama nazwa Limerick Greenway odnosi się do 40-kilometrowego odcinka w hrabstwie Limerick. Nawet oficjalna strona ignoruje trasy zaczynające się w miastach Listowel czy Tralee. W każdym razie jest to najrówniejsza droga Irlandii. Nie spodziewałem się, że w tym kraju trafię na tak dobrej jakości asfalt. Jechało się wygodnie, podjazdów nie było czuć. Jedynie do szykan na skrzyżowaniach mógłbym mieć pretensje, ale tu rowerzystów traktuje się jak dzieci i w wielu miejscach każą zsiąść z roweru i go przeprowadzić. Trochę brakowało widoków. Za to okresowy deszcz zapewniał atrakcje.
Przyjemność nie mogła wiecznie trwać. EuroVelo 1 prowadził po bocznych drogach, póki nie natrafiłem na drogę zamkniętą z powodu budowy autostrady. Objazd był po drodze krajowej, a ta miała pobocze szerokości pasa ruchu. Pojechałbym dalej, do końca, ale wygoda się skończyła, pobocze znikło, a duży ruch pozostał. Musiałem wrócić na okrężny szlak.
Dotarłem do miasta Limerick. Poboczami, koślawymi drogami dla rowerów i buspasami przedostałem się przez korki. Zjechałem ze szlaku, aby podążyć za nowym planem, póki pogoda nie załamała się kompletnie, o czym słyszałem od ludzi. Nieważne jednak, jak nie pojechałbym, w okolicy nie było kempingów. Znów musiałem zatrzymać się w noclegu.

An Chonair

Wtorek, 1 lipca 2025 · Komentarze(5)
Trochę pokropiło, niezmiennie wiało. Słońce zaczęło wyglądać, gdy ruszyłem. Na początek podjazd. Widoki przed – całkiem ładne, ale za nim to inna bajka. Szkoda było jechać, ale dystans się nie zrobiłby.
Szlak wiódł męczącą drogą krajową, potem męczącymi drogami bocznymi. Niebo pociemniało, zrobiło się dziwnie chłodno. W oddali widziałem opad, ale do mnie nie dotarł.
Znalazłem się w miasteczku, gdzie zaczynał się podjazd do przełęczy An Chonair (z irlandzkiego: droga, ścieżka). Jedna z najwyżej położonych dróg w Irlandii, więc wyżej już pewnie tu nie wjadę. Ruch był całkiem spory, ale nie czułem stromizny, jak przedwczoraj. Widoki na górze ładne, ale ten z rana wywarł większe wrażenie. Zjazd był ciekawy, bo na pewnym odcinku robiło się bardzo wąsko (z tego też powodu jest tam zakaz wjazdu dla niektórych pojazdów). Trudno jest zgadnąć, gdzie można się wyminąć i akurat dwa auta przede mną miały ten problem. Jedno musiało się cofać.
Dalsza droga była nudna. Świeciło nieznośne słońce (przynajmniej był wiatr), szlak prowadził po głównych drogach, które były szalenie nierówne.
Znalazłem się w mieście Tralee. Chciałem tam coś zjeść, ale nic nie wpadło mi w oko. Nie podobają mi się irlandzkie miasta. Są ciasne. Wąskie chodniki, wąskie drogi, a do tego auto zaparkowane na aucie. Oni chyba to lubią. Mnie zostaje cieszyć się naturą.
Zrobiło się płasko. Na horyzoncie dało się dostrzec tylko nieliczne wzniesienia, a drogi nieco się wyprostowały. Nie mam tu na myśli nawierzchni, bo ta niezmiennie denerwowała. Jechałem za to dwoma odcinkami dróg dla rowerów na dawnych liniach kolejowych i te wyszły im całkiem dobrze.
Zorientowałem się, że u celu nie stał kemping, a jakiś postój dla kamperów. W okolicy nie było alternatyw, a wracać się już nie chciałem. Zatrzymałem się w prywatnej kwaterze. Taka odrobina luksusu na urodziny.

Zielona Irlandia

Wtorek, 24 czerwca 2025 · Komentarze(7)
Po trzech godzinach snu i tyleż samo lotu znalazłem się w Corku. Pomysł na Irlandię zrodził się po wizycie w Szkocji, bo języki gaelicki szkocki i irlandzki mają wspólnego przodka. Ten pierwszy mi się spodobał, więc pomyślałem, aby to powtórzyć.
Jeszcze wczoraj musiałem wymienić licznik, bo przycisk przestał reagować po upadku. Całe szczęście nowy czekał na zamontowanie. Po wylądowaniu i złożeniu roweru ruszyłem do miasta, by znaleźć kartusz do kuchenki, a potem powrót przez lotnisko, by ruszyć na południe. Od razu nie spodobały mi się drogi. Fatalna nawierzchnia. Może nawet gorsza od dróg w Szkocji. Oznakowanie też mają dziwne. W wielu miejscach jest niejasne, wybrakowane. Najdziwniejszy z tego jest brak przejść dla pieszych. Chociaż ich prawo nie wydaje się takie surowe i ludzie przechodzą tam, gdzie chcą.
Kolejną rzeczą, która mnie zaniepokoiła to lekkomyślność kierowców. Wciąż mijałem znaki przypominające o odstępie podczas wyprzedzania, ale nie było tego widać, przynajmniej w mieście, bo później zrobiło się ciut lepiej. Jednak wolałem szkockie drogi o szerokości jednego auta z wyznaczonym miejscem do mijania.
Pogoda początkowo dopisała. Temperatura była znacznie wyższa niż się spodziewałem. Było trochę słońca i chmur. Od czasu do czasu padała mżawka, która w pewnym momencie zmieniła się w mgłę, ale nie utrzymała się długo – w przeciwieństwie do opadu, który z różną intensywnością pozostał do wieczora. Zaczęło też wiać. Mocno mnie to spowolniło.
Zaskoczyły mnie podjazdy. Było ich bardzo dużo. Przynajmniej nie były tak zabójcze, jak te w Szkocji.
Jechałem dużo po jakichś głównych drogach z braku alternatyw. Nawet gdy dojechałem do szlaku EuroVelo 1, to się nie skończyło. Dróg dla rowerów było jak na lekarstwo. Częściej występowały pasy rowerowe. Nie wiem, jakie plusy ma ten szlak, bo jeden przestawiony znak poprowadził mnie źle. Lepiej mieć nawigację z wgraną trasą.
Na wybrzeżu dopadła mnie ta mgła, a potem męczyły podjazdy. Ostatnie kilometry strasznie wolno wpadały. W końcu dotarłem na kemping, gdzie mogłem się wyspać. Nie wiedzieć kiedy spaliłem się od słońca.

Zamek w Malborku

Sobota, 3 maja 2025 · Komentarze(4)
Parę dni temu obudziłem się z ręką w nocniku. Nie chciałem planować całej podróży, bo nie wiedziałem, jak to będzie wyglądało, ale po paru dniach zabrałem się za planowanie i trochę się przeraziłem. Nie było miejsc na rower w prawie żadnym pociągu. Prawie, bo znalazłem jedno w sobotę późną nocą. Zaplanowałem resztę wyprawy i tak dotarłem tutaj.
Było chłodno po wczorajszych opadach. Ruszyłem po różnej jakości drogach do Malborka. Tam zaplanowałem odwiedzić zamek. Do trzech razy sztuka, bo to moja trzecia próba. Było mnóstwo ludzi. Dowiedziałem się, że wejścia są na konkretną godzinę. Całe szczęście najbliższe było 2 godziny później. Obszedłem miasto i wszedłem do zamku. Przejście całości z audioprzewodnikiem zajęło 3 godziny, a nie poświęcałem zbyt wiele czasu przy każdej informacji. Było za dużo ludzi, ale zamek wywiera wrażenie.
Pozostało mi dostać się do Tczewa. Trochę po betonowych płytach, trochę po drogach dla rowerów i dostałem się do miasta. Tam czekał na mnie pociąg. No, prawie, bo to ja musiałem do północy poczekać na jego przyjazd. Potem jeszcze powrót po deszczowym Poznaniu. Spontaniczność bywa problematyczna.
W 8 dni pokonałem niemal 950 km. Po 11 latach trasa mocno się zmieniła. Piaszczystych odcinków było jak na lekarstwo. Teraz można ponarzekać na nierówne betonowe płyty. Minusem jest popularność tej trasy oraz to, że biegnie przez odcinki współdzielone z pieszymi, a Janusze i Grażyny nie po to jechali nad morze, by ich jacyś rowerzyści obdzwaniali. Może w przyszłym roku zaplanuję coś w mniejszym ścisku.

Kluki

Wtorek, 29 kwietnia 2025 · Komentarze(9)
Mocno wiało. Słońce pokazało się na chwilę, ale niebo na kilka godzin zdominowały chmury. Odnalazłem szlak EuroVelo 10, który połączył się z nieoznaczonym Szlakiem Zwiniętych Torów. Na moim odcinku miał nawierzchnię betonową.
Tuż przed Rowami szlak przepadł. Znalazłem stare oznakowanie R10, a potem również EV10. Wychodziło na to, że to dwa różne szlaki, mimo że wiele źródeł łączy je jako jeden szlak. R10 biegł starym przebiegiem, który pewnie wciąż nie był najwygodniejszy, jak opisałem to 11 lat temu. EV10 z kolei miał nowy przebieg. Nie było zbyt wygodnie. Stare, nierówno leżące płyty jumbo zdawały się mierzyć, by roztrzaskać rower na kolejnej nierówności. Źle się jechało. Nawet widoki w Słowińskim Parku Narodowym nie rekompensowały tej niewygody.
Objechałem jezioro Gardno, choć betonowe płyty jeszcze przez wiele kilometrów mnie męczyły zanim dotarłem do celu – miejscowości Kluki. Niestety Muzeum Wsi Słowińskiej było dziś zamknięte, ale zabudowę można podziwiać z ulicy. Odwiedziłem kolejną wieżę widokową i wjechałem na szlak, który ostatnim razem przyprawiał o zawrót głowy. Droga zarosła trawą, a do tego powstały kładki. Dziwi mnie, że wybudowano je odcinkami, ale przy obecnym stanie wody nie było źle, mimo że nadbałtyckie bagna są wyjątkowo mokre w odróżnieniu od reszty kraju. Zaczepił mnie nawet mieszkaniec Kluk, który oprowadzał swoich gości po szlaku.
Wydawało się, że niski stan wody pozwoli mi pokonać szlak żółty w kierunku Łeby. Guzik prawda. Pojawiło się kilka kałuż i błotnych odcinków, które przypominały mi o szlaku ze Szkocji, ale im dalej, tym było gorzej. Trafiłem na parę desek, ktoś wykorzystał znak drogowy jako kładkę, kilka szerszych bajorek wymagało większej gimnastyki. W końcu zostawiłem rower i poszedłem zbadać szlak. Z każdym metrem było tylko gorzej, nawet buty zamoczyłem, bo torfowisko pod nogami zachowywało się jak gąbka. Ogłosiłem porażkę. Po drodze udało mi się przekonać do odwrotu jeszcze dwójkę śmiałków, którzy pchali rowery po moim śladzie.
Wróciłem na szlak EV10, który zmienił nawierzchnię kilkakrotnie. Najwygodniejszy był leśny odcinek, który kiedyś tonął w tak paskudnym piachu, że był to najbardziej frustrujący etap tamtej podróży.
Dotarłem do Łeby. Szlak znów zdawał się omijać miasto, chociaż na drzewie w centrum zauważyłem odpadające oznaczenie szlaku R10. Plan na dzisiaj był krótszy ze względu na złe wspomnienia związane ze Słowińskim Parkiem Narodowym i wolałem zachować bufor czasu na ewentualne problemy. Już tradycyjnie wyszedłem na zachód słońca. Raczej ostatni taki, bo prognoza pogody się psuje, a i kolejny przystanek nie będzie w dogodnym do tego miejscu.

Trzeci dzień nad morzem

Poniedziałek, 28 kwietnia 2025 · Komentarze(8)
Dzień zaczął się całkiem ciepło. Kontynuowałem jazdę po szlakach EuroVelo 10 i 13. Dużo lepiej zapamiętałem odcinek za Kołobrzegiem. Czasem lepiej nie wracać do czegoś, z czym wiąże się dobre wspomnienia. Dlatego tak trudno mi jest wrócić na Islandię, o której myślę od niemal dziesięciu lat.
W Ustroniu Morskim wyznaczyli wariant alternatywny, zalecany latem. Nie dziwię się, bo było wąsko, a już teraz nawet garstka pieszych sprawiała trudności w poruszaniu się, nie mówiąc o jeździe. Potem było dużo różnych dróg, najczęściej starych, zniszczonych, wąskich, źle zaprojektowanych. Najgorzej było chyba z Mielna do Darłowa.
Wiatr miał mi dzisiaj pomagać, ale wiało z innych kierunków niż w prognozie. Za Darłowem były betonowe kratki, które mocno się postarzały. Wjechałem też na Szlak Zwiniętych Torów, ale asfalt leżał jedynie na niewielkim odcinku. Mimo to może kiedyś przejadę większą część szlaku.
Do Ustki wiodła ostatnia droga na dziś. W mieście szlak gdzieś przepadł, choć oznakowanie całej trasy jest czasami tak słabe, że muszę się posiłkować mapą. Po raz kolejny poszedłem obejrzeć zachód nad morzem.

Morze dnia pierwszego

Sobota, 26 kwietnia 2025 · Komentarze(5)
Po jedenastu latach wracam na szlak wzdłuż wybrzeża. Do Szczecina dostałem się wczoraj, by wypocząć. Rano było zimno, ale mój licznik złapał tylko 11 °C. Drogi prowadzące poza miasto były dziwne. Znaki pojawiały się w losowych miejscach. W końcu wjechałem na szlak Wokół Zalewu Szczecińskiego. Szutry nie były tak złe, jak sądziłem. Najbardziej przeszkadzały ochotkowate, które w licznych chmarach wisiały nad drogą. Pod Goleniowem zboczyłem na niezbyt wygodne, leśne drogi, aby dostać się do krótkiego szlaku położonego na nasypie dawnej linii kolejowej. Do Wolina dostałem się po drodze z innej wycieczki.
Pierwotnie planowałem zatrzymać się pod Wolinem, ale baza noclegowa była bardzo mała i zdecydowałem się na Międzyzdroje. W ten sposób zobaczyłem morze, gdzie temperatura była odczuwalnie niższa, a wiatr wiał tak mocno, że aż założyłem dodatkową warstwę.
Mając dużo wolnego czasu, wybrałem się na spacer. Odwiedziłem szlak w Wolińskim Parku Narodowym i zobaczyłem zachód słońca nad morzem.