Great Western Greenway
Szlak doprowadził mnie do doliny otoczonej górami. Słońce urządziło teatr cieni na otaczających szczytach, więc co chwilę przystawałem i gapiłem się na to przedstawienie. Potem zjechałem do zatoki. Musiałem ją okrążyć. Połowę drogi miałem z wiatrem. Dalej czekała na mnie kolejna dolina i kolejne podjazdy, aż dotarłem do większego miasteczka.
Znalazłem się na tytułowym szlaku Wielki Zachodni Greenway. Kolej w tym miejscu powstała, by wspomóc rozwój zachodniego regionu kraju. Dzieło ukończone w 1895 roku nie zyskało spodziewanego ruchu pasażerskiego. Gwoździem do trumny była budowa dróg. Linia została zamknięta po 42 latach funkcjonowania. Obecnie wiele jej odcinków znajduje się na terenach prywatnych, a szlak rowerowy powstał za pozwoleniem ich właścicieli. Pojawiło się parę szutrów, nie zabrakło objazdów. Asfalt miejscami był tak równy, że czułem starą łatkę na dętce. Bramki zatrzymujące zwierzęta są tu wygodniejsze niż w Szkocji. Za to szykany na przejazdach są zmorą, a widziałem oznaczenia do budowy kolejnych. Wolałem Limerick Greenway, miał dużo mniej przeszkód.
Niebo pociemniało, zrobiło się chłodniej, a wciąż miałem pod wiatr. Dojechałem do kempingu. Było zamknięte, a telefon głuchy. Kilka minut później przyjechał właściciel, tłumacząc, że ma problemy z telefonem. Rozbiłem namiot i zaczęło padać. Do tego warunki były spartańskie. Sanitariat składał się z: toi toi, kran z zimną wodą, a prysznic został urządzony w starej przyczepie do transportu koni. Jedyne światło dawały uchylone drzwi, ale przynajmniej była ciepła woda.
