Wiatr miał dzisiaj rolę pierwszoplanową. Na otwartych przestrzeniach wzmagał się tak strasznie, że nie było widać końca jazdy. Czasem słabł blisko gór, aby powrócić za zakrętem. W końcu, na drodze pod lodowcem, wiatr zaczął zmieniać się. Najpierw był boczny, ale potem wiało w plecy. Co za odmiana.
Dotarłem do turystycznej atrakcji, czyli Jökulsárlón, jeziora polodowcowego wypełnionego górami lodowymi. Mnóstwo ludzi, łodzie wypełnione turystami opływały fragmenty lodowca. Był przypływ, więc żaden lód nie próbował wydostać się do oceanu, jak to było 10 lat temu. Połaziłem tu i tam, zrobiłem setki zdjęć, a potem ruszyłem dalej.
Zaczepiłem o jeszcze dwa lodowce i wtedy stało się zło – wiatr zmienił kierunek. Oznaczało to kolejne kilometry żmudnej walki o jazdę do przodu, ale też uważanie, by nie zostać rozjechanym. Ruch w obu kierunkach wyrównał się i niestety te kolumny na kilkanaście aut musiały wyprzedzać również mnie.
Długo męczyłem się, aż za ostatnią górą wiatr osłabł i pozwolił dostać się na kemping. Zatłoczony, ale to już wysoki sezon i raczej nie mam co liczyć na spokój. Musiałbym rozbić się na dziko, ale za dużo z tym zachodu.













