Droga wzdłuż wybrzeża szybko zmieniła się w szuter. Był koszmarnej jakości. Wytelepało mnie konkretnie. Parę widoków dalej zaczął się właściwy podjazd. Dużo luźnych kamieni, więc czasem trudno było utrzymać się prosto. Przynajmniej ruch na podjeździe prawie nie istniał: auto, motocykl i piechur. Lekko wiało i nie było słońca. Na dole na plus, ale wyżej zaczęło to dokuczać.
Znalazłem się na 655 m n.p.m. Nie był to najwyższy punkt, na jaki wspiąłem się na Islandii. Wiatr jeszcze silniej mnie poganiał, więc bez zwłoki zacząłem się staczać. Zgodnie z sugestią ze znaków – 30 km/h. Luźne kamienie były wystarczająco straszne, żeby nie przyspieszać. Serpentyna zdawała się wić w nieskończoność, ale dotarłem cały do końca. Przeprawa zajęła mi równo 2 godziny.
Droga wzdłuż doliny była długa i po równie męczącym szutrze. Po tej stronie gór było słonecznie. Wiatr czasem wiał w plecy, czasem z boku, aż w końcu zmienił się diametralnie i zaczął wiać w twarz. Parę pagórków dalej dotarłem do odcinka drogi nr 1. Niełatwy w ominięciu, ale ruch o tej porze nie był zabójczy.
Ostatnia góra i znalazłem się w mieście Egilsstaðir. Zatrzymałem się na tutejszym kempingu, bo prysznic był w cenie, ale jest to jednocześnie najdroższy kemping, na jakim zatrzymałem się. Do tego strasznie zatłoczony, o czym dowiedziałem się później, gdy chciałem zrobić kolację w kuchni. Potem jeszcze tabuny namiotów pojawiły się na maleńkim poletku namiotowym. Zupełny brak wiedzy o zasadach ochrony przeciwpożarowej. Na większości innych kempingów mieli zasadę minimum 3 metrów między namiotami. Nie był to trafiony wybór.













