Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Eyrarbakki

  71.20  04:15
Było pochmurno z przelotnymi mżawkami. Ruch na drodze był duży. Zgodnie z planem uciekłem na boczną drogę. O kilka aut za dużo, ale bez tragedii. Za to widoki były malownicze. Wijąca się droga pośród gór. Były nawet wąskie odcinki z miejscami do mijania, jak w Szkocji. Mżawka nasiliła się, ale po mokrych ulicach mogłem stwierdzić, że mogło być gorzej.
W połowie wycieczki wyjrzało słońce i podpiekało na podjazdach. Muszki też dzisiaj atakowały jak wściekłe. Szybko to się skończyło, bo dotarłem do głównej drogi. Bardzo duży ruch. Prawdopodobnie wracający z weekendu mieszkańcy Reykjavika. To chyba ostatnia taka podczas tej wyprawy. Dobrze, że było pobocze, bo niektórzy śmiecie trzymali się prawej krawędzi podczas wyprzedzania.
Selfoss przywitał mnie mżawką. Strasznie zakorkowane miasto. Nie dziwię się, że budują obwodnicę, chociaż tym mordercom potrzebne są autostrady. Z kolei do Eyrarbakki jechałem po drodze dla pieszych i rowerów. Jednak da się stworzyć infrastrukturę. No, tylko końcówka zmieniła się w szuter z dużą liczbą luźnych kamieni. Niepierwsza taka droga, ale złapałem pierwszego kapcia. Miałem niedaleko do celu, więc co chwila pompowałem koło i jechałem kilkaset metrów.
Pierwotnie chciałem zatrzymać się w Selfossie, ale pomyślałem, że w szczycie sezonu nie jest to najwygodniejsze rozwiązanie. Kemping w miasteczku Eyrarbakki był bardzo dobrym wyjściem. Bardzo spokojny, mało ludzi. Trochę wiało, ale były wały ziemne wokół obiektu. Mogłem w spokoju zająć się łataniem dziurawej dętki. Zajęło mi to godzinę i ułamałem łyżkę do opon.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Þingvellir

  56.29  03:29
Rosa i świeżo skoszona trawa na kempingu to bardzo słabe połączenie. Zaczęło kropić, więc poszedłem na śniadanie do pobliskiej kawiarni. Potem przeszedłem się ponownie wśród gejzerów i ruszyłem dalej, jak się później zorientowałem, nadal po własnym śladzie sprzed lat.
O dziwo dzisiaj nikt nie próbował mnie zabić. Mimo to znalazłem pustą drogę gruntową, która była w lepszym stanie niż większość dróg krajowych. Pewnie dlatego, że biegła niemal donikąd, ale nie takie problemy się rozwiązywało.
Pojawiło się parę bardzo przelotnych opadów, chociaż słaba przejrzystość powietrza zapowiadała coś grubszego. Słońce też próbowało się przecisnąć przez chmury, ale nie udało mu się.
Dotarłem do Parku Narodowego Þingvellir. Położony nad największym jeziorem Islandii, obejmuje miejsce zgromadzenia najstarszego na świecie parlamentu Althing. Zrobiłem sobie krótki spacer i pojechałem na kemping. Dzisiaj islandzkie muszki nie dawały spokoju. Pierwszy raz od dawna umyłem się w lodowatej wodzie, bo ludzie nie używali oszczędnie ciepłej.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Gullfoss – Geysir

  109.73  05:57
W nocy musiało padać, bo namiot był mokry. Mżyło, gdy ruszałem, ale szybko przestało. Potem chmury się rozeszły i słońce zaczęło podpiekać. Wiatr bardzo słaby.
Kontynuowałem jazdę po krajowej jedynce. Jazda na czołówkę nie ma końca. Dzisiaj śmieć jeszcze pokazał środkowego palca, gdy uciekałem do rowu. Bezpieczeństwo w tym kraju sięga dna. Nawet Islandczycy, z którymi rozmawiałem są tym zaniepokojeni.
Uciekłem na boczne drogi. Nadal niebezpieczne, ale chociaż ruch mocno zmalał. Postanowiłem odwiedzić dwie atrakcje po latach. Po drodze zjadłem skyr z mlekomatu. Zobaczyłem lisa polarnego w letniej szacie. Wpadłem na niewygodne szutry, parę podjazdów i znalazłem się pod wodospadem Gullfoss. Pojawiły się ostrzeżenia o kieszonkowcach. Połaziłem tu i tam, porobiłem zdjęcia i ruszyłem dalej.
Dotarłem na kemping. Ten miał takie udziwnienie, że blok prysznicowy zamykali po godz. 21. Umyłem się i poszedłem się trochę napocić, żeby zobaczyć gejzery w różnych punktach widokowych. W tych stronach są muszki znane mi ze Szkocji. Mniejsze od meszki, ale kąsają boleśnie.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Landmannalaugar

  38.86  03:30
Było całkowite zachmurzenie, przeszło kilka przelotnych mżawek. Kontynuowałem plan. Spotkałem strażnika parku narodowego. Powiedział, że jest 15 brodów na trasie. To zdecydowanie mniej niż naliczyłem na mapie. Nie liczyłem ich jednak w trakcie jazdy, więc nie wiem, czy ta liczba się zgadzała.
Początek był prosty, bo obok brodu stała kładka. Potem były podjazdy, widoki, parę suchych lub lekkich brodów. Na wysokości 550 m n.p.m. wjechałem w chmury i widoki się skończyły. Już miałem zacząć fotografować przydrożny mech, gdy za wzniesieniem o wysokości nieco ponad 700 m n.p.m. zrobiło się czysto. Soczysta zieleń zdawała się wylewać ze szczytów gór i spływać po ich zboczach. Widoki nie pozwalały jechać, bo nie dało się skupić na drodze. Drogi z kolei były różne. Dużo kolein, czasem kamienie, szuter, piach, ubita ziemia, goła skała. Dzięki dużej wilgotności nie kurzyło się, ale i tak był bardzo mały ruch. Temperatura od 8,5 °C we mgle do 12,5 °C w dolinach. Wiatr głównie w plecy.
Pierwszy straszny bród pokonałem w butach, bo jednak nie był straszny, co mnie wielce ucieszyło, jakie te brody są łatwe w pokonaniu. Do drugiego zmieniłem buty na laczki, ale również nie zamoczyłem ich. Potem zaczęły pojawiać się te głębsze. Czasem mogłem obserwować przeprawiające się auta i decydować, od której strony jest najpłycej. Po kilku próbowałem jechać, ale albo blokowały mnie kamienie na dnie, albo końcówka była strasznie mulista. Najczęściej pchałem rower. Jeden bród był taki krótki, ale wodę miał lodowato zimną. Za każdym brodem była akcja suszenia stóp i zmiany obuwia. Zaczęły się pojawiać również długie brody z chorągiewkami. Na jednym z nich nurt wyrwał mi laczka. Obserwowałem bezradny, jak ode mnie odpływa, więc nie widziałem sensu ani możliwości gonienia go. Zrobiło się trudniej, ale na szczęście kamienie na dnie brodów były obłe i dało się po nich chodzić bosą stopą. Spotkałem też grupę trzech rowerzystów, niezbyt szczęśliwych.
Wiele brodów dalej mogłem odetchnąć z ulgą, susząc stopy po raz ostatni. Wspomniałem już, jak było pięknie? To nie był koniec, bo zbliżałem się do gór Landmannalaugar. Wielokolorowe zbocza znów nie pozwalały na efektywną jazdę. Zwiększający się ruch też przeszkadzał, bo tamte drogi były suche jak pieprz, a tylko nieliczni zwalniali, by ograniczyć ilość wzbijanego w powietrze kurzu podczas mijania się ze mną.
Dotarłem do kempingu. W planie z rana miałem tam tylko zajrzeć i ruszać dalej. Po ponad sześciu godzinach jazdy miałem ochotę odpocząć. Zatrzymałem się na noc. Chyba pierwszy raz pokonałem trasę w pełni w terenie (nie licząc drewnianych mostów i mostków). Pole namiotowe znajduje się na dawnym dnie rzeki, więc o trawie można było tylko pomarzyć. Przydała się plandeka, żeby ochronić podłogę namiotu, bo już parę dni temu zauważyłem kilka dziur. Nie takie jednak było jej przeznaczenie, więc jeszcze o niej napiszę.
Akurat wrzuciłem wszystkie graty do namiotu, gdy się rozpadało. Kiedy się wypadało, nadal miałem dużo czasu. Zaplanowałem przejść się, żeby zobaczyć góry, jak ostatnim razem. Widoki już tak nie cieszyły, bo to samo widziałem w trakcie jazdy. Zaplanowałem krótką pętlę i ruszyłem.
Szlak prowadził przez szczyt góry. Było stromo, czasem buty uciekały, ale widoki z każdym metrem piękniały, aż dotarłem na szczyt. To był dobry plan, bo było przepięknie. Trudno było nasycić wzrok, ale przelotne deszcze i straszny wiatr na szczycie mnie przepędziły. Zejście trudne, bo nie było żadnych stopni. Zły ruch i można się poślizgnąć na luźnych kamieniach. Solfatary z wyziewami siarkowymi, kanion, szlak biegnący po suchym dnie rzeki. To była bogata we wrażenia wycieczka.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą, góry i dużo podjazdów

Pierwsza baza

  67.50  04:35
Obudziłem się wcześnie, dzięki czemu wykonałem poranną rutynę zanim wszyscy rzucili się do tego samego. Była olbrzymia rosa, więc pierwszy raz spakowałem tak mokry namiot.
Zaczęło mżyć, ale wyjechałem z miasteczka i uciekłem spod chmury. Czekała mnie za to gehenna w postaci silnego wiatru w twarz i kumulacji morderców w puszkach. Islandia to niebezpieczny kraj.
Wiele postojów dalej, za „morzem” mchu, który rozciągał się po horyzont, skręciłem na drogę do odważnego celu. 10 lat temu zupełnie przypadkiem wjechałem na drogę F225 najeżoną brodami. Wszystkie drogi F wymagają na pewnym etapie przeprawy przez rzekę w bród. Moja ostatnia taka przeprawa była w Szkocji. Wszystkie takie drogi są zamykane na zimę. W tym roku otwierały się dość późno, jak obserwowałem na stronie Islandzkiego Zarządu Dróg, więc dobrze było zostawić sobie to na deser.
Naczytałem się trochę o trasie, którą wytyczyła nawigacja. W dużej mierze były to drogi 208 i F208. Naliczyłem 22 brody różnej wielkości. Większość powinna pójść bez potrzeby zmiany butów. Nie byłem do końca pewny tego planu, ale psychole za kierownicą mnie przekonały.
Droga szybko zmieniła się w szutrową. Ruch niewielki, ale kurzyło się strasznie. Podjazdy były strome, a górek pojawiało się sporo. Wyjrzało słońce, a wiatr wiał w plecy, więc zrobiło się gorąco. To również oznacza wezbrany nurt rzek, które powstają z topniejącego lodowca. Było południe, a do celu miałem jeszcze sporo godzin. Zdecydowałem, że zatrzymam się na kempingu. Najdroższy, jak do tej pory. Trawę kosiły naturalne kosiarki, więc pachniało owczym moczem.
Ponieważ wciąż było wcześnie, to wybrałem się na wędrówkę. Zobaczyłem wodospad, który tworzył mżawkę i tym samym tęcze, jedną za drugą. Przeszedłem szlak do jeszcze jednego wodospadu i wróciłem się zregenerować.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Tu słońce, tam wiatr

  88.94  05:13
Obudziło mnie słońce. Przesuszyłem, co mokre i wróciłem na drogę krajową nr 1. Nadal ruch był głównie na północ. Wiatr znośny, pagórki mniej.
Trzy fiordy później dotarłem do drogi, która mnie przerażała 10 lat temu. Biegła po zboczu, które było osuwiskiem. Postawili grube, metalowe grodzie, w których widać było odkształcenia po uderzeniach skał. Zapamiętałem zbocze jako bardziej strome. Teraz już mniej przerażało.
Dalej było wcale nie lepiej. Góra Eystrahorn wyglądała, jakby z niej kipiało. Chmury kłębiły się u szczytu niczym w kotle. Ten spektakl nie obył się bez niedogodności, bo u podnóża wiało szalenie, o czym ostrzegł znak drogowy. Potem było jeszcze dziwniej, bo wiało falami – chwila wiatru uniemożliwiającego jazdę, chwila bezwietrzna, i tak na zmianę. Na szczęście droga po drugiej stronie ciągnęła się w spokoju. Góry skąpane w ciemnych chmurach wyglądały równie zjawiskowo.
Dotarłem do kempingu. Trochę się tam wszystko rozlatywało, ale były konie. Klamki hamulcowe, bo rano już obie nie wracały na swoją pozycję, po paru godzinach w słońcu wróciły do normy. Kolejny minus hydrauliki.
Kategoria za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2026, rowery / Kross, pod namiotem, kraje / Islandia, góry i dużo podjazdów

Zamglona Islandia

  95.26  05:25
Rano trochę popadało. Zjadłem śniadanie, przesuszyłem namiot i spakowałem go mokrego, bo w międzyczasie znów zaczęło padać. Potem kropiło z przerwami, ale wiatr, choć niewielki, zaczął być dokuczliwy.
Wjechałem na drogę krajową nr 1. Ruch nadal nie był duży. Dzisiaj zaskakująco 90–95% aut jechało na północ, czyli w przeciwnym kierunku do mojego, nierzadko kolumnami. W połowie fiordu pojawiła się mgła, która przerodziła się w mżawkę. Widoki były, ale nijak nie dało się ich uchwycić na zdjęciach.
W fiordzie Stöðvarfjörður wiało, ale nie padało, jednak po objechaniu go znów się zepsuło. Podobna sytuacja w zatoce Breiðdalsvík, tylko tam jeszcze pojawiły się przejaśnienia. Zatrzymałem się na kawie i zjadłem rybę szefa w lokalu chyba prowadzonym przez samych Polaków.
Tak rozglądałem się za reniferami, bo Islandzki Zarząd Dróg ostrzegał o nich na drodze, że zapomniałem o tym, gdy się rozpadało. Na szczęście turyści robiący zdjęcia zwrócili moją  uwagę i tak dostrzegłem stado poroży wyglądających z trawy. Niewiele w porównaniu do wzgórz z Norwegii, ale tutejsze nie są hodowlane (chociaż na ten cel zostały sprowadzone).
Na drodze do ostatniego fiordu mżawka znów zaczęła przeszkadzać, ale chociaż wiatr przepadł na chwilę. Potem się wypogodziło i końcówka drogi znów w niepogodzie. Ostatni podjazd i znalazłem się na kempingu, chyba też prowadzonym przez samych Polaków. Znów dużo ludzi, ale przynajmniej było kilka miejsc do przyrządzenia posiłku, to szybciej się rozgrzałem.
Skończył mi się wosk do łańcucha, więc musiałem przejść na olej. Łańcuch zaczął jakby ciszej pracować na niskich biegach. Może za rzadko go woskowałem. Do tego klamka przedniego hamulca przestała w pełni odbijać. Ciekawe, co tym razem się stało.
Kategoria za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2026, rowery / Kross, pod namiotem, kraje / Islandia, góry i dużo podjazdów

Chłodny wschód

  87.56  05:46
Głośni Włosi wynieśli się o godz. 6, więc miałem jeszcze trochę czasu na sen. Było całkowite zachmurzenie. Ruszyłem drogą nr 1, bo alternatywę już znałem. Ruch nie był jakiś duży. Do pokonania miałem przełęcz. Chłodna, a powietrze robiło się wilgotne. Potem zjazd z widokami i znalazłem się w fiordzie Reyðarfjörður.
Odwiedziłem miasteczko Reyðarfjörður (tak jak nazwa fiordu), żeby zrobić szybkie zakupy, bo kolejny market spotkam dopiero jutro. Potem ruszyłem dalej. Był tunel, który przecinał góry do kolejnego fiordu, ale ja wybrałem drogę dłuższą. Wiatr, który wcześniej nie przeszkadzał jakoś mocno, odrobinę się wzmógł i spowalniał. Nie był jednak na tyle silny, by mnie przekonać do opcji z tunelem.
Droga wiodła po wielu pagórkach. Wśród widoków była woda i niesamowite formy skalne, które górowały nad fiordem. Na końcu półwyspu nawet pojawiło się słońce, a droga wzdłuż fiordu Fáskrúðsfjörður była całkowicie pod słońce. Niskie chmury na szczęście nie zamieniły się w mgłę, ale dodały uroku otaczającym fiord górom.
Dzisiaj chciałem pojechać nieco dalej, ale w porę się zorientowałem, że docelowy kemping nie ma prysznica, a cena była jak za pełny sanitariat. Zatrzymałem się wcześniej i byłem pierwszym na miejscu. Kemping jest raczej dla kamperów, jak zrozumiałem z dostępnych opcji w czasie rejestracji, ale podczas zameldowania (wszystko przez internet) była informacja również o namiocie. To jednak zrozumiałe – mają tu więcej kamieni niż ziemi, bo śledzie nie chciały w to wchodzić.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą, góry i dużo podjazdów, terenowe

Przełęcz Hellisheiði

  93.46  06:03
Było pochmurno. Wiatr uspokoił się i zmienił kierunek. Do wyboru miałem kilka dróg. Nawigacja pokazywała jakąś nieoficjalną, więc nawet nie chciałem sprawdzać, czy jest przejezdna. Kolejna była droga nr 1, ale wolałem jej unikać. Pozostała przełęcz.
Droga wzdłuż wybrzeża szybko zmieniła się w szuter. Był koszmarnej jakości. Wytelepało mnie konkretnie. Parę widoków dalej zaczął się właściwy podjazd. Dużo luźnych kamieni, więc czasem trudno było utrzymać się prosto. Przynajmniej ruch na podjeździe prawie nie istniał: auto, motocykl i piechur. Lekko wiało i nie było słońca. Na dole na plus, ale wyżej zaczęło to dokuczać.
Znalazłem się na 655 m n.p.m. Nie był to najwyższy punkt, na jaki wspiąłem się na Islandii. Wiatr jeszcze silniej mnie poganiał, więc bez zwłoki zacząłem się staczać. Zgodnie z sugestią ze znaków – 30 km/h. Luźne kamienie były wystarczająco straszne, żeby nie przyspieszać. Serpentyna zdawała się wić w nieskończoność, ale dotarłem cały do końca. Przeprawa zajęła mi równo 2 godziny.
Droga wzdłuż doliny była długa i po równie męczącym szutrze. Po tej stronie gór było słonecznie. Wiatr czasem wiał w plecy, czasem z boku, aż w końcu zmienił się diametralnie i zaczął wiać w twarz. Parę pagórków dalej dotarłem do odcinka drogi nr 1. Niełatwy w ominięciu, ale ruch o tej porze nie był zabójczy.
Ostatnia góra i znalazłem się w mieście Egilsstaðir. Zatrzymałem się na tutejszym kempingu, bo prysznic był w cenie, ale jest to jednocześnie najdroższy kemping, na jakim zatrzymałem się. Do tego strasznie zatłoczony, o czym dowiedziałem się później, gdy chciałem zrobić kolację w kuchni. Potem jeszcze tabuny namiotów pojawiły się na maleńkim poletku namiotowym. Zupełny brak wiedzy o zasadach ochrony przeciwpożarowej. Na większości innych kempingów mieli zasadę minimum 3 metrów między namiotami. Nie był to trafiony wybór.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

W porywach do 19 m/s

  76.42  04:37
Pierwszy raz wyszedłem ze śpiwora zanim zrobiło się ciepło (10 °C w namiocie, 6 °C poza nim). Nie miało jednak jak przy pełnym zachmurzeniu i deszczu siekącym na zmianę z mżawką. Poszedłem rozgrzać się w barze, bo mieli bufet śniadaniowy.
Opad niemal ustał, gdy się pakowałem, ale wrócił na podjeździe, potem powoli skończył się, by czasem wracać w formie niewielkiego opadu. Nie on jednak jest dzisiaj głównym bohaterem. Na tablicy przed drogą, którą pokonałem wczoraj była informacja o wietrze wiejącym 13 m/s z porywami do 17 m/s. Od wczoraj zmienił kierunek, dzięki czemu na pierwszym podjeździe mnie pchał. Dopiero później zaczynały się schody. Droga wzdłuż wybrzeża była znośna ze zmieniającym się wiatrem w plecy i bocznym. Drugi podjazd był utrapieniem. Wiatr głównie boczny miotał rowerem, że niełatwo się pięło w górę. Przynajmniej widoki dopisywały.
Zatrzymałem się pod stacją meteo, które są zainstalowane przy wielu drogach na Islandii. Na stronie Islandzkiego Zarządu Dróg odczytałem dane o wietrze: 15 m/s w porywach do 19 m/s. To wiele wyjaśniało. Zwłaszcza na zjeździe. Tam to w ogóle przechylało rower, że strach było jechać. Dobrze, że ruch samochodowy prawie nie istniał. Miałem też dłuższą okazję podziwiać widok na ośnieżone góry po drugiej stronie fiordu.
Dotarłem na kemping. Tam już nie wiało tak straszliwie, chociaż chyba wywołałem wilka z lasu, bo coś się rozszalał, gdy zacząłem ten akapit. Do wieczora powinien przejść, bo zauważyłem, że często tak tutaj bywa. W końcu zrobiłem też pranie. Było w cenie, a i sam kemping był najtańszy, jak do tej pory.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Kategorie

Archiwum

Moje rowery