Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

setki i więcej

Dystans całkowity:62379.21 km (w terenie 5495.19 km; 8.81%)
Czas w ruchu:3240:57
Średnia prędkość:19.01 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:420450 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:175271 kcal
Liczba aktywności:471
Średnio na aktywność:132.44 km i 6h 58m
Więcej statystyk

Gullfoss – Geysir

  109.73  05:57
W nocy musiało padać, bo namiot był mokry. Mżyło, gdy ruszałem, ale szybko przestało. Potem chmury się rozeszły i słońce zaczęło podpiekać. Wiatr bardzo słaby.
Kontynuowałem jazdę po krajowej jedynce. Jazda na czołówkę nie ma końca. Dzisiaj śmieć jeszcze pokazał środkowego palca, gdy uciekałem do rowu. Bezpieczeństwo w tym kraju sięga dna. Nawet Islandczycy, z którymi rozmawiałem są tym zaniepokojeni.
Uciekłem na boczne drogi. Nadal niebezpieczne, ale chociaż ruch mocno zmalał. Postanowiłem odwiedzić dwie atrakcje po latach. Po drodze zjadłem skyr z mlekomatu. Zobaczyłem lisa polarnego w letniej szacie. Wpadłem na niewygodne szutry, parę podjazdów i znalazłem się pod wodospadem Gullfoss. Pojawiły się ostrzeżenia o kieszonkowcach. Połaziłem tu i tam, porobiłem zdjęcia i ruszyłem dalej.
Dotarłem na kemping. Ten miał takie udziwnienie, że blok prysznicowy zamykali po godz. 21. Umyłem się i poszedłem się trochę napocić, żeby zobaczyć gejzery w różnych punktach widokowych. W tych stronach są muszki znane mi ze Szkocji. Mniejsze od meszki, ale kąsają boleśnie.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Nudniejsza Islandia

  119.53  07:41
Trochę popadało, gdy jadłem śniadanie w socjalnym namiocie, więc spakowałem mój namiot lekko mokrym. Liczyłem na słońce i widoki, ale było bardziej pochmurno niż wczoraj. Ruszyłem w dalszą drogę.
Na terenie rezerwatu Friðland að Fjallabaki droga była pełna piachu, tarki lub obu utrudnień jednocześnie. Przynajmniej ruch samochodowy był niemal wyłącznie w przeciwną stronę. Dopiero za granicą rezerwatu droga zrobiła się taka, jak ją zapamiętałem: ubita, nierówna ziemia z mnóstwem wystających z niej kamieni. Źle się jechało. Widoki też były takie sobie. Nie tylko dlatego, że poprzedniego dnia widziałem niesamowite góry, ale też z powodu księżycowego krajobrazu. Na horyzoncie było tylko parę kolorowych szczytów. Islandzki interior jest bardzo nudny. Bardzo się cieszę, że zdecydowałem się pokonać wczoraj drogę F208, bo była to najpiękniejsza droga na Islandii.
Dotarłem do asfaltu. Szprychy były całe, chociaż sakwy raz po raz podrzucało na tamtych nierównościach. Dolina przede mną nie była atrakcyjna. Chmury skrywały parę widoków. Wiatr wiał boczny lub w plecy. No, dość nudna to była droga.
Chciałem zatrzymać się na pobliskim kempingu, ale połowę trasy przejechałem z siatką na owady na głowie, a im niżej, tym było więcej nieznośnych muszek. Nie wyobrażałem sobie walczyć z nimi w namiocie. Kolejny kemping był nieco ponad 40 km dalej. Ruszyłem.
Jazda w dół i z wiatrem nie trwała długo, bo zaczęło wiać w twarz. Zaczęło tak mocno, że rozważałem powrót. Jechałem jednak. Kilometr po kilometrze. Na horyzoncie pojawił się opad, który okazał się mżawką i widocznie słabł. Zastałem trochę mokrych dróg. Były też konie. Dużo koni.
Dotarłem na kemping. Recepcja zamknięta, ale mieli restaurację, więc się rozgrzałem. Kemping był otoczony szumiącymi od wiatru drzewami. Nie było muszek. Jak przyjemnie jest rozbić namiot na trawie.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami

Poproszę górę lodu

  114.98  07:11
Słońce obudziło mnie przed godz. 7, więc dzisiaj ruszyłem bardzo wcześnie. Cieszył mnie brak wiatru, ale po paru kilometrach powoli zaczął być odczuwalny. Ruch na drodze nr 1 w kierunku północnym był znikomy, ale na południe wzmógł się. Większość kierowała się do jednej z największych atrakcji Islandii.
Wiatr miał dzisiaj rolę pierwszoplanową. Na otwartych przestrzeniach wzmagał się tak strasznie, że nie było widać końca jazdy. Czasem słabł blisko gór, aby powrócić za zakrętem. W końcu, na drodze pod lodowcem, wiatr zaczął zmieniać się. Najpierw był boczny, ale potem wiało w plecy. Co za odmiana.
Dotarłem do turystycznej atrakcji, czyli Jökulsárlón, jeziora polodowcowego wypełnionego górami lodowymi. Mnóstwo ludzi, łodzie wypełnione turystami opływały fragmenty lodowca. Był przypływ, więc żaden lód nie próbował wydostać się do oceanu, jak to było 10 lat temu. Połaziłem tu i tam, zrobiłem setki zdjęć, a potem ruszyłem dalej.
Zaczepiłem o jeszcze dwa lodowce i wtedy wróciło zło – wiatr zmienił kierunek. Oznaczało to kolejne kilometry żmudnej walki o jazdę do przodu, ale też uważanie, by nie zostać rozjechanym. Ruch w obu kierunkach wyrównał się i niestety te kolumny na kilkanaście aut musiały wyprzedzać również mnie.
Długo męczyłem się, aż za ostatnią górą wiatr osłabł i pozwolił dostać się na kemping. Zatłoczony, ale to już wysoki sezon i raczej nie mam co liczyć na spokój. Musiałbym rozbić się na dziko, ale za dużo z tym zachodu.
Kategoria za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2026, terenowe, setki i więcej, rowery / Kross, pod namiotem, kraje / Islandia

Zostałem serwisantem

  102.60  06:25
Niebo spowijała warstwa chmur na tyle gruba, że nie było widać gór po drugiej stronie fiordu. Gdy ruszyłem, zaczęło się wypogadzać, ale szybko pojawiła się mgła, która zamieniła się w deszcz. Czasem zwodnie ustawał, ale potem wracał.
Znalazłem się w Akureyri, jednym z trzech miast na Islandii mających serwis rowerowy. Nie było serwisanta zajmującego się szprychami, ale dogadaliśmy się, że sam to zrobię z użyciem ich narzędzi. Dwa problemy: śruba w piaście nie chciała puścić. Trochę się z nią naszarpałem, mimo że przed wyjazdem nasmarowałem gwint. Drugi problem zauważyłem w porę – klejona śruba bagażnika prawie wykręciła się. Był też problem z odkręceniem tarczy hamulcowej, więc mi z tym pomogli. Reszta poszła bez problemów. Te dwie szprychy musiałem mocno naprężyć, aby wycentrować koło, więc to ta obręcz może być tandetna.
Szprychy mają drogie, bo policzyli 1000 koron za sztukę (30 zł). Za zabawę w serwisanta też sobie doliczyli 6000 koron. Rozbój, ale to ostatni serwis, z którego dane mi było skorzystać na wyspie.
Jechałem dalej na prostym kole. Miałem dylemat. Tunel był niedostępny dla rowerów. Do wyboru pozostały długi podjazd lub o 20 km dłuższy dystans wzdłuż rzeki. Suma podjazdów wychodziła podobna. Zdecydowało jednak natężenie ruchu i ruszyłem drogą dłuższą. I tak znów zaczęło padać. Gdy dotarłem do rzeki, droga okazała się terenowa. Na tyle, że całe spodnie miałem obryzgane błotem. Nie mówiąc o rowerze czy sakwach. Przynajmniej ruch był znikomy. Dopiero na ostatnich kilometrach przestało padać.
Na kemping dotarłem po 21. Dość biedny, bo nie mieli kuchni, a prysznic był na monety. Te same, od których Islandczycy odchodzą. Przynajmniej była ciepła woda w umywalce, więc sobie poradziłem.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Deszcz za deszczem

  128.51  06:41
Znów obudził mnie deszcz. Padało do rana. Do tego mocno wiało, więc namiot wytelepało i spakowałem go relatywnie suchego.
Dalsza droga na północ wiodła do Fiordów Zachodnich, które zjeździłem 10 lat temu. Ruszyłem na wschód z wiatrem. Przede mną widziałem ścianę deszczu, która się oddalała. Niestety przeoczyłem tę za mną. Potem kolejną i kolejną, aż na szczyt podjazdu. Znów były błotne szutry. Po drugiej stronie słońce czasem wyglądało zza chmur, czasem pokropiło i wiało ze wszystkich stron. Wjechałem też na drogę nr 1. Ruch straszny, a liczba wykolejeńców poraża. Szkoda, że nie ma alternatyw.
Reszta drogi to walka o to, by nie zostać potrąconym, podziwianie słońca malującego górskie pejzaże, obserwowanie ścian deszczu przesuwających się przez doliny.
Jak większość trasy była z wiatrem, że aż średnia wyszła lepiej niż od przylotu, tak końcówkę miałem pod wiatr, a za plecami obserwowałem kolejną sunącą ścianę deszczu. Dotarła dopiero po rozbiciu obozu. Dzisiaj pierwszy kemping bez kuchni, więc do przyrządzenia kolacji musiałem użyć kuchenki, którą targałem z całym majdanem.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Półwysep Snæfellsnes

  120.40  07:21
Poranek był chłodny i pochmurny. Przez resztę dnia pojawiły się tylko lokalne przejaśnienia.
Kontynuowałem plan jazdy na Półwysep Snæfellsnes. Ruch na drodze nie zmienił się od wczoraj – był umiarkowany. Wiatr ciągle przeszkadzał. Jedynie widoki dopisywały. Chwilę nawet pokropiło, ale obyło się bez deszczu. Spotkałem pierwszych sakwiarzy. Pękła też pierwsza szprycha.
Rozważany na dzisiaj kemping nie podobał mi się. W opiniach narzekano na rybitwy popielate atakujące ludzi. Wystarczyło mi dotychczasowych wrażeń, więc czekał mnie dłuższy dystans.
Znalazłem się w Parku Narodowym Snæfellsjökull. W jego granicach znalazło się pole zastygłej lawy, którą porastał mech. Były nawet szlaki piesze i konne, ale co tam można zobaczyć? Na wybrzeżu są przynajmniej różne formacje skalne.
Wiatr się rozszalał i zaczął mnie spowalniać. Kolejne kilometry wpadały bardzo wolno, przystanków nie było końca. Wreszcie dotarłem do celu i nawet znalazłem miejsce na namiot bez wiatru.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Przez Reykjavík

  135.31  08:26
W nocy było zimno, nad ranem z kolei musiałem rozpiąć śpiwór. Przynajmniej słońce dało pospać i wygoniło z nagrzanego namiotu dopiero o ósmej. Niebo było niemal bezchmurne. Namiot spakowałem suchutki.
Ruszyłem po pustej drodze. Na tyle pustej, że wiele ptaków założyło gniazda w pobliżu. Wliczając kulika mniejszego, rycyka, ostrygojada i bekasa kszyka, które przez kilkaset metrów latają i piszczą nad głową intruza. Są też rybitwy popielate, z islandzkiego kría, co jest onomatopeją wydawanego przez nie odgłosu podczas ataku, które dodatkowo odstraszają nieproszonych gości „bombardowaniem” odchodami. Musiałem się też raz wracać, bo ktoś wykupił drogę i postawił bramę.
Wjechałem na drogę krajową. Dwa pasy ruchu w każdym kierunku, pełna aut, ale pobocze zrobili szerokie. Potem pojawiły się i drogi dla rowerów. Niewiele lepsze od chodników, tylko były tak pokręcone, że bez nawigacji lub wiedzy lokalnej można na nich zmarnować dużo czasu.
Znalazłem się w Reykjavíku – z dwóch powodów. Pierwszym była rowerowa mapa Islandii. Chciałem dostać nową wersję tej, którą znalazłem 10 lat temu. Islandka, której poprzedniego dnia pomagałem na lotnisku, podpowiedziała mi, że znajdę je w sklepach rowerowych. Udałem się do otwartego. Pracował tam Polak, który rozpoznał polski rower, na którym podróżowałem. Chwilę porozmawialiśmy i wiedział, czego szukam, ale powiedział, że już ich nie drukują. Szkoda, bo lubię takie pamiątki. Drugim celem był kościół Hallgrímskirkja. Oblegany przez ludzi, ale zrobiłem jakieś zdjęcia.
Niebo pokryły chmury. Czasem pojawiało się przejaśnienie. Pojechałem najpierw wzdłuż wybrzeża, potem po znanej mi drodze. Ruch był straszny. Do tego dużo kretynów. Wszyscy jechali standardową trasą z przewodnika. Po kilkunastu kilometrach skręciłem i znów miałem drogę tylko dla siebie.
Dotarłem na kemping. Niestety był zamknięty. Nie wiem, jak to przeoczyłem podczas planowania. Nie miałem wystarczająco wody na dziki obóz, więc musiałem doliczyć dodatkowe 35 km do kolejnego kempingu. Wiele pagórków później znalazłem się na miejscu. Było otwarte, a gdy rozbiłem namiot, zaczęło kropić.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Słoneczny Kostrzyn

  101.81  04:17
Było słonecznie, pochmurno i wietrznie. Ruszyłem z zamiarem przejechania się lasami ku Wierzonce. Poszło tak dobrze, że ruszyłem do Pobiedzisk. Źle skręciłem i zmieniłem plany, ruszając do Kostrzyna. Chmury przestały przeważać na niebie i z szybkiej wycieczki wyszło smażenie się. Pobłądziłem chwilę na nieoznaczonych serwisówkach wzdłuż drogi ekspresowej i skierowałem się do Poznania. Tam, chcąc dokręcić do stówki, zrobiłem jeszcze parę zygzaków.
Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, rowery / GT, setki i więcej

Pochmurna puszcza

  122.36  04:59
Ruszyłem rano. Na horyzoncie wisiały chmury, które szybko pokryły niebo. W prognozie były nawet przelotne deszcze. Dojechałem do Puszczy Noteckiej i zgodnie z planem pokonałem całą trasę. Tylko chwilę pokropiło. Zaraz połowa sezonu, a to dopiero pierwsza stówka.
Kategoria kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, Polska / wielkopolskie, Puszcza Notecka, rowery / GT, setki i więcej

Znośna Puszcza Notecka

  114.98  04:42
Dzisiaj było sporo chmur, a i wiało, więc dało się wytrzymać na dworze. Pojechałem do Puszczy Noteckiej, na mój ulubiony fragment drogi na dawnej linii kolejowej. Ruch na drogach duży, a i w puszczy typowo weekendowy. Droga do Poznania jakby bardziej pusta. Temperatura spadła do 22 °C.
Kategoria kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, Polska / wielkopolskie, Puszcza Notecka, rowery / GT, setki i więcej

Kategorie

Archiwum

Moje rowery