Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

kraje / Islandia

Dystans całkowity:3259.61 km (w terenie 439.42 km; 13.48%)
Czas w ruchu:221:31
Średnia prędkość:14.71 km/h
Maksymalna prędkość:69.31 km/h
Suma podjazdów:30051 m
Liczba aktywności:32
Średnio na aktywność:101.86 km i 6h 55m
Więcej statystyk

Stykkishólmur

  82.78  05:12
Dzień zaczął się słonecznie. Droga była z niespodziankami, bo wiodła przez siedlisko rybitw popielatych. Na szczęście na zjeździe, więc wyszedłem z tego czysty (ptaki te „bombardują” odchodami nieprzyjaciół). Gorzej byłoby w przeciwnym kierunku. Później minąłem Szwajcarów na rowerach, więc musieli się radować.
Pękła kolejna szprycha. Do najbliższego serwisu mam ze 4 dni drogi, więc będzie wesoło w tym tempie.
Pojawiły się chmury, słońce czasem się chowało. Zaliczyłem trochę niewygodnego terenu. Ostatnia droga do miasteczka Stykkishólmur była pod wiatr. Za plecami wisiały czarne chmury.
Prognoza pogody zapowiada jakieś deszcze. Mój kemping był całkiem dobrze wyposażony, tylko prysznice były pod chmurką. Trochę wiało, ale gdyby jeszcze padało, to ciężko to widzę.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Półwysep Snæfellsnes

  120.40  07:21
Poranek był chłodny i pochmurny. Przez resztę dnia pojawiły się tylko lokalne przejaśnienia.
Kontynuowałem plan jazdy na Półwysep Snæfellsnes. Ruch na drodze nie zmienił się od wczoraj – był umiarkowany. Wiatr ciągle przeszkadzał. Jedynie widoki dopisywały. Chwilę nawet pokropiło, ale obyło się bez deszczu. Spotkałem pierwszych sakwiarzy. Pękła też pierwsza szprycha.
Rozważany na dzisiaj kemping nie podobał mi się. W opiniach narzekano na rybitwy popielate atakujące ludzi. Wystarczyło mi dotychczasowych wrażeń, więc czekał mnie dłuższy dystans.
Znalazłem się w Parku Narodowym Snæfellsjökull. W jego granicach znalazło się pole zastygłej lawy, którą porastał mech. Były nawet szlaki piesze i konne, ale co tam można zobaczyć? Na wybrzeżu są przynajmniej różne formacje skalne.
Wiatr się rozszalał i zaczął mnie spowalniać. Kolejne kilometry wpadały bardzo wolno, przystanków nie było końca. Wreszcie dotarłem do celu i nawet znalazłem miejsce na namiot bez wiatru.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Góra terenu

  80.16  05:20
W nocy trochę padało, nad ranem też, ale wyjrzało słońce i namiot spakowałem niemal suchy. Musiałem zmienić plany na dzisiaj, bo najbliższy sklep był prawie trzy dni drogi dalej, a nie zdałem sobie z tego sprawy podczas ostatnich zakupów.
Chcąc ominąć główne drogi, ruszyłem po drodze gruntowej. Była pokryta paskudną tarką i luźnymi kamieniami. Do tego było kilka wymagających podjazdów. Co najgorsze, pojawiły się irytujące meszki. Nie gryzły mocno, ale założyłem na głowę siatkę od owadów, żeby w spokoju dotrzeć na górę. Za to widoki rekompensowały trud. Później zorientowałem się, że kiedyś tamtędy jechałem.
Po zakupach czekała mnie długa droga na północ w pełnym słońcu. Były widoki, ale droga ciągnęła się w nieskończoność. Przynajmniej ruch nie był jakiś straszny.
Wczoraj coś zaczęło skrzypieć. Najpierw myślałem, że to pedały, potem, że uszczelka w korbie. Dzisiaj odkryłem, że to amortyzowana sztyca. Wlałem w nią trochę oleju i myślałem, że wystarczyło, ale skrzypienie szybko powróciło. Słaby to sprzęt.
Dotarłem na farmę, na której kiedyś nocowałem. Stała się kompletnie bezobsługowa. Płatność przez internet. Nawet za prysznic płaci się kartą. Islandia niemal odeszła od gotówki. Wszędzie można zapłacić kartą.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Przez Reykjavík

  135.31  08:26
W nocy było zimno, nad ranem z kolei musiałem rozpiąć śpiwór. Przynajmniej słońce dało pospać i wygoniło z nagrzanego namiotu dopiero o ósmej. Niebo było niemal bezchmurne. Namiot spakowałem suchutki.
Ruszyłem po pustej drodze. Na tyle pustej, że wiele ptaków założyło gniazda w pobliżu. Wliczając kulika mniejszego, rycyka, ostrygojada i bekasa kszyka, które przez kilkaset metrów latają i piszczą nad głową intruza. Są też rybitwy popielate, z islandzkiego kría, co jest onomatopeją wydawanego przez nie odgłosu podczas ataku, które dodatkowo odstraszają nieproszonych gości „bombardowaniem” odchodami. Musiałem się też raz wracać, bo ktoś wykupił drogę i postawił bramę.
Wjechałem na drogę krajową. Dwa pasy ruchu w każdym kierunku, pełna aut, ale pobocze zrobili szerokie. Potem pojawiły się i drogi dla rowerów. Niewiele lepsze od chodników, tylko były tak pokręcone, że bez nawigacji lub wiedzy lokalnej można na nich zmarnować dużo czasu.
Znalazłem się w Reykjavíku – z dwóch powodów. Pierwszym była rowerowa mapa Islandii. Chciałem dostać nową wersję tej, którą znalazłem 10 lat temu. Islandka, której poprzedniego dnia pomagałem na lotnisku, podpowiedziała mi, że znajdę je w sklepach rowerowych. Udałem się do otwartego. Pracował tam Polak, który rozpoznał polski rower, na którym podróżowałem. Chwilę porozmawialiśmy i wiedział, czego szukam, ale powiedział, że już ich nie drukują. Szkoda, bo lubię takie pamiątki. Drugim celem był kościół Hallgrímskirkja. Oblegany przez ludzi, ale zrobiłem jakieś zdjęcia.
Niebo pokryły chmury. Czasem pojawiało się przejaśnienie. Pojechałem najpierw wzdłuż wybrzeża, potem po znanej mi drodze. Ruch był straszny. Do tego dużo kretynów. Wszyscy jechali standardową trasą z przewodnika. Po kilkunastu kilometrach skręciłem i znów miałem drogę tylko dla siebie.
Dotarłem na kemping. Niestety był zamknięty. Nie wiem, jak to przeoczyłem podczas planowania. Nie miałem wystarczająco wody na dziki obóz, więc musiałem doliczyć dodatkowe 35 km do kolejnego kempingu. Wiele pagórków później znalazłem się na miejscu. Było otwarte, a gdy rozbiłem namiot, zaczęło kropić.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Islandia 10 lat później

  21.26  01:11
W tym roku wypadała dziesiąta rocznica mojej pierwszej dużej wyprawy. Postanowiłem wrócić na Islandię. Doświadczenie zebrane przez te lata miało mi w tym pomóc. To zaś są zapiski z dziennika, który prowadziłem w trakcie podróży.
Dostałem się do Wrocławia. Znalazłem karton na tyle duży, że pakowanie nie sprawiło kłopotu. Islandia przywitała mnie słońcem. Tak jakby było mi go mało w upalnej Polsce. Kontener ze stojakami rowerowymi na lotnisku zestarzał się. Rower złożyłem, karton podpisałem i zostawiłem razem z innymi. Ciekawe, czy będzie na mnie czekał.
Poza słońcem było też wietrznie. Najprzyjemniej jechało się oczywiście z wiatrem, ale nieczęsto była mi dana ta przyjemność. Krajobrazy zmieniły się mocno. Niegdyś mech pokrywał okolice tych dróg, teraz kwitnący łubin rozciąga się po horyzont.
Islandzkie drogi nie są tak chropowate, jak w Szkocji czy Irlandii. Jedynie chodniki (można jeździć po nich rowerem) mogłyby być mniej wyboiste. Przynajmniej były proste. Resztę trasy do kempingu pokonałem po drodze krajowej. Najszerszej na wyspie. Ruch zdawał się nie mieć końca.
Rozbiłem namiot za nasypem chroniącym przed wiatrem. Słońce zaszło przed północą, ale było na tyle jasno, że młodzież na boisku obok grała jeszcze długo po północy. Woda nasycona siarką pachnie zgniłymi jajami, ale pamiętam, że tak było tylko pod Reykjavíkiem.
Kategoria pod namiotem, rowery / Kross, z sakwami, za granicą, kraje / Islandia, wyprawy / Islandia 2026

Z plecakiem po Islandii

  99.01  06:55
Nie umiem jeździć na rowerze. Wstałem po 6 rano, zebrałem się, spakowałem w plecak i – zostawiając namiot pod opiekę elfom – ruszyłem w podbój Reykjavíku. Musiałem jeszcze wrócić się po telefon, bo zostawiłem go podłączonego do prądu w socjalnym budynku. Jazda z sakwami przez prawie miesiąc przestawiła mój mózg i na lekkim rowerze chwiałem się jak podczas nauki jazdy. Po dłuższym czasie wszystko wróciło do normy i w dodatku jechało się o niebo lepiej bez ciężkiego bagażu.
Pojechałem wzdłuż wybrzeża do miasta na zachodzie, potem jeszcze pobłądziłem i wróciłem do centrum. Właściwie to chciałem dostać się na lotnisko, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku z moim lotem oraz kartonem na rower. Chciałem to zrobić jeszcze wczoraj, ale zabrakło czasu. Dzisiaj też nie miałem go za dużo, więc z pomysłu zrezygnowałem.
Odwiedziłem kilka sklepów z pamiątkami. Kupiłem tradycyjny islandzki sweter z wełny owczej, a potem rozejrzałem się za restauracją. Wstąpiłem do tej obok najsłynniejszego kościoła. Zamówiłem islandzką zupę z mięsem, zestaw nr 2, tj. ryba na 4 sposoby oraz kawałki sfermentowanego mięsa rekina (hákarl). To ostatnie cuchniało amoniakiem i piekło w ustach, ale dało się zjeść. W dużych ilościach jednak nie dałbym rady.
W końcu wróciłem się na kemping. Po drodze zauważyłem budkę ze słynnymi islandzkimi hotdogami. Nic specjalnego, ale spotkałem tam Kanadyjkę, która dopiero co przyjechała na Islandię. Porozmawialiśmy chwilę i ruszyliśmy w swoje strony. Mój angielski jest strasznie słaby.
Spakowany wyruszyłem przez miasto. Zwykle drogami osiedlowymi. Szukając jakiegoś punktu widokowego na Reykjavík, trafiłem na drogę, którą jechałem pierwszego dnia. Potem i tak zboczyłem, gubiąc się odrobinę. W końcu dojechałem do drogi na półwysep Reykjanes. Ciągnęła się strasznie długo. Na jej końcu skręciłem do miasta, aby nie jechać główną drogą, bo ruch był dzisiaj strasznie duży.
Na lotnisko dotarłem na 4 godziny przed odlotem. Problem pierwszy – brak pudła na rower. Nikt nie zostawił żadnego dla mnie. Porozmawiałem z kilkunastoma osobami (połową lotniska) i za ich naradą w samoobsługowym warsztacie rowerowym wygrzebałem ze śmietnika trochę tektury i folii. Używając zacisków, sznurków, taśmy i szczęścia rozłożyłem rower, owinąłem jak mogłem najbezpieczniej i ledwo zdążyłem nadać bagaż. Potem jeszcze zdołałem dokonać zwrotu podatku za sweter, zrobiłem zakupy za ostatnie korony islandzkie (chciałem suweniry, ale nie mieli) i zdążyłem do bramek, aczkolwiek i tak było prawie godzinne opóźnienie. Ciekawe, czy zdążyłbym, gdyby wszystko ruszyło na czas.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Znów ten Reykjavík

  102.31  07:19
Dzień zaczął się pochmurno. Fiord, który miałem do pokonania był usłany pagórkami. To zdecydowanie nie był mój dzień, bo jechało się ciężko.
Minąłem starą amerykańską bazę z czasów II wojny światowej. Przeznaczyli ją na akademik. Ciekawe jak tam z ciepłem zimą w takich starych hangarach.
Zboczyłem z drogi w kierunku wodospadu Glymur. Niestety ponad godzinny trekking z tysiącem wstrętnych much latających wokół głowy i włażących gdzie popadnie zniechęciło mnie do zobaczenia najwyższego wodospadu Islandii (przynajmniej dawniej najwyższego, bo kilka lat temu odkryto nowy). W drodze powrotnej wybrałem skrót po starej drodze. Wyglądał obiecująco, ale asfalt się skończył i musiałem przetoczyć się ze stromizny po luźnych kamieniach. Taka krótka przygoda na islandzkich bezdrożach.
Zajechałem do kawiarni. Kawę serwowali tylko z dzbanka, więc nic specjalnego. Mieli za to dania obiadowe. Głównie hamburgery. Byłem głodny, więc zamówiłem jednego. Oraz islandzką szarlotkę na deser. I jeszcze rogalika. Wszystko podali od razu, więc szarlotka zdążyła rozmięknąć przez bitą śmietanę. Rogalik był taki nieokreślony. Bez dodatków, twardy, łatwo się nim zapchać. Ale mieli sklep, więc podratowałem się codzienną porcją skyru. No, może prawie codzienną, bo nie codziennie miałem dostęp do cywilizacji.
Na mapie rowerowej, którą dostałem na lotnisku była propozycja drogi, którą można dojechać do Reykjavíku. Wydawała się lepsza niż jedynka pod Borgarnes. Aut nie było dużo, ale może to przez zbliżający się wieczór. Minąłem kemping, na którym chciałem się zatrzymać wczoraj, a miałem na liczniku ponad 70 km. To bym dopiero rekordową trasę zrobił.
Wjechałem do obszaru metropolitalnego. Ruch na drogach był bardzo duży, a do tego od dłuższego czasu padało. Jechałem więc chodnikami, co jest dopuszczalne przez islandzkie prawo. Najczęściej był wygodny asfalt, czasem jakaś gleba. Krawężniki też w dużej mierze zostały ścięte, choć daleko im do ideału.
Minąłem dziesiątki pół golfowych. Islandczycy chyba uwielbiają spędzać czas w ten sposób. Nie wiedzieć kiedy wjechałem do Reykjavíku. Miałem takie piękne plany, aby zatrzymać się na kempingu i wybrać na wycieczkę z plecakiem. Dotarłem na kemping. Najdroższy na Islandii, ale ze zniżką 10% dla rowerzystów było lepiej. Był olbrzymi. Bardzo podobny do tego w Selfossie, tylko na miarę metropolii. Rozbijałem się w deszczu. Lubię islandzki deszcz, ale to ma swoje granice. Spędziłem więc dużo czasu w pomieszczeniach socjalnych, gdzie poszerzałem swoją ksenofobię wobec niekulturalnych narodów.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Jest Ok

  105.45  08:37
Udało mi się wyruszyć wcześnie. Było pochmurno, ale za gorąco, bo jechałem tylko w koszulce i spodenkach. Upał w Fiordach Zachodnich to było nic. No i miałem siatkę na głowie, bo inaczej się nie dało, tak dużo latało tych wstrętnych much. Miałem przed sobą dużo terenu, ale nie w głowie mi były lodowce (chociaż mijałem je dosyć blisko). Chciałem się dostać do obszaru metropolitarnego okrężną drogą obok góry Ok. Znów czekał mnie interior. Droga była usłana kamieniami i wyryta dołkami jak w tarce. Co kilkadziesiąt minut mijało mnie auto 4x4, a za nim ciągnęły się kłęby kurzu.
Podczas postoju na obiad zatrzymała się furgonetka. Brytyjka, która podróżuje od kilku lat po świecie z mężem, zaproponowała mi, że zrobi zdjęcie moim aparatem. Szkoda, że słońce wiszące nad lodowcem wyszło zza chmur. Przynajmniej miałem zdjęcie mnie na tle lodowca, bo sam nie wpadłbym, aby takie sobie zrobić.
Od początku dnia miałem pod górkę. Podjazd był jednak wyjątkowo łatwy jak na Islandię. Znalazłem się na ponad 700 m i był to, jak do tej pory, najwyższy szczyt na Islandii przeze mnie zdobyty. Ze zjazdem był kłopot, bo rozpęd miałem, ale kamienie i doły nie dawały mi żadnych szans. Kilkanaście razy poczułem, jak obręcz koła dobija do podłoża. Nie pompowałem kół od przylotu, ale z mniejszym ciśnieniem nie czułem drgań. Tak czy inaczej, kapcia nie złapałem.
Ruch nie był jakiś duży. Spotykałem różnych typków, włącznie z tymi bezmyślnymi, co jechali bez zwalniania. Strasznie się kurzyło. Mój rower na koniec dnia wyglądał jak po kąpieli w piachu. Nie wiedziałem nawet od czego mogłem zacząć, aby go wyczyścić.
Trafiłem na gorące źródło, ale woda w basenie nie wyglądała na najczystszą, więc zrezygnowałem. Z czarnych chmur, które zdążyły nadciągnąć zaczęło kropić. Miałem nadzieję, że umyję szybko rower, ale popadało tylko trochę, a pyłu niewiele ubyło. Potem i tak jeszcze zostałem wielokrotnie okurzony, bo dzisiaj prawie cały dzień był terenowy.
Byłem tak zmęczony, że ledwo robiłem kolejne podjazdy, a czekało na mnie jeszcze sporo. Niestety wieczór złapał mnie szybko, więc musiałem zatrzymać się na noc. Na obranym miejscu nie zastałem nikogo. Dosłownie, bo nawet jednej osoby na polu namiotowym. O ile to było pole, bo nie dopatrzyłem się żadnego znaku, ale trawa była przystrzyżona i na mojej mapie turystycznej obiekt oznaczony, więc się zatrzymałem. I tak byłem zbyt wykończony, aby jechać gdziekolwiek dalej. Jazda w terenie to mordęga na Islandii.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Tam, gdzie zaczyna się lodowiec

  108.32  06:15
Odespałem kilka ostatnich dni i jako jeden z ostatnich na kempingu ruszyłem do Borgarnes. Na drogach panował dość duży ruch. Zacząłem się obawiać tego, co miało się znajdować na krajowej jedynce.
Całe niebo pokrywały chmury, ale i tak było gorąco. Pod wiatr robiło się przyjemniej, można powiedzieć, że idealnie. Mogłem tak jechać przez całą wyspę, gdybym tylko miał troszkę więcej czasu.
Zrobiłem sobie przerwę na jabłko i nagle znikąd pojawiło się stado koni. Wszystkie z islandzkimi fryzurami. Niestety długo nie były mną zainteresowane i odeszły w nieznane. Przynajmniej zachowałem kilka ich zdjęć.
Znalazłem się w Borgarnes. Musiałem jechać po chodnikach, bo było za dużo aut. Wstąpiłem do restauracji w centrum osadnictwa. Zupa z jagnięciną – przepyszna, tłuczona ryba – taka sobie, kawa olbrzymia i pyszna, a deser – podobny do tego, co ostatnio, czyli skyr z islandzkimi jagodami, ale w ogóle nie dorównał tamtemu.
Miałem do wyboru dwie drogi: w kierunku Reykjavíku oraz w głąb lądu (ewentualnie Akureyri). Miałem dzień zapasu, więc darowałem sobie stolicę na rzecz natury. Ruszyłem w drogę po krajowej jedynce na północ. Było późne, niedzielne popołudnie. W kierunku Reykjavíku zmierzały setki aut. O dziwo wszystko było w ruchu, żadnych korków. Miałem to szczęście, że jechałem w kierunku przeciwnym. Zdarzyło się jedno auto raz na kilka minut, ale bez ofiar na tamtej wąziutkiej drodze.
Po kilku kilometrach pomyślałem sobie, że w ogóle nie musiałem na jedynkę wjeżdżać. Skręciłem więc w boczną drogę, bo ani myślałem oglądać kolumn aut. Dojechałem do właściwej drogi, którą wypatrzyłem wcześniej na mapie i dalej już miałem prosto (nie licząc pagórków i krętych odcinków). Chmury psuły widoki i nie chciałem robić zdjęć, bo wszystko wyglądało tak zwyczajnie. Przyzwyczaiłem się do Islandii tak, że te wszystkie widoki, które na początku podróży robiły wrażenie, teraz stały się pospolite.
Pod koniec dnia trafiłem na wodospady Hraunfossar. Piękna sceneria, zwłaszcza do jesiennych zdjęć. Może by tak wrócić tam?
Na kemping dojechałem po północy. Olbrzymi. Było tak dużo ludzi, że chwilę potrwało zanim znalazłem miejsce dla siebie. Húsafell, bo tam się znalazłem, był rozległą farmą oferującą wiele usług. Reklamowali się jako miejsce idealne do wyruszenia na lodowiec. Wszak Langjökull był oddalony o rzut beretem.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Po islandzkich wodach

  74.82  04:53
Wiatr okazał się być łagodny nad ranem. Nawet deszczu nie spadło za dużo. Spakowałem się i pojechałem zjeść śniadanie w hotelu obok. Niestety spóźniłem się na porę śniadaniową, a regularne menu wyglądało jakoś tak ubogo. Wybrałem espresso, zupę dnia (pomidorowa) oraz kanapkę z krewetkami. Była to kromka chleba z warzywami i mnóstwem krewetek. Chleba prawie nie było widać spod takiej góry.
Potem szybko pojechałem na przystań, aby kupić bilet na prom do Stykkishólmur, ponieważ opuszczałem fiordy zachodnie. Wybrałem prom z dwóch względów. Po pierwsze, obawiałem się, że się nie wyrobię z powrotem. Po drugie – chciałem zobaczyć Islandię z oddali. A i wyczytałem, że mają dobrą restaurację. Rower zapakowałem do czarnej skrzyni, prawie do niewłaściwej i potem musiałbym szukać roweru na wyspie w połowie drogi, bo tam prom miał przystanek. Ktoś mi na szczęście pomógł ogarnąć co do czego i później tylko z nerwów pilnowałem skrzyni, coby jej nie spuścili na wyspę.
Zamiast restauracji był bar z fast foodem. Z pięciu dań dostępnych wybrałem niedosmażony mrożony filet rybny. Nic specjalnego. Po dwóch i pół godzinie żeglugi znalazłem się w Stykkishólmur.
Zaciekawiła mnie reklama restauracji Viking Sushi, więc odwiedziłem punkt turystyczny, a przy okazji wybrałem kilka pamiątek na biurko w pracy. Z tego całego sushi wyszło, że to grupowa wycieczka morska, podczas której łapie się ryby i robi świeże potrawy (w dodatku na ten dzień nie było terminów). A zrobiłem sobie taką ochotę na sushi z Islandii. Postanowiłem odwiedzić po powrocie do Polski którąś z restauracji w Poznaniu. Dawno w jakiejkolwiek byłem.
Gdy w końcu wyjechałem z miasta, było późno, a prażące słońce, które od wczoraj mnie smażyło ze wszystkich stron, schowało się za grubą warstwą chmur. Widziałem te chmury już z promu. Myślałem, że lada chwila lunie, ale nic takiego. Jechało mi się tylko strasznie ciężko po wczorajszych niekończących się górach. W dodatku wiatr wiał z południa. Podjechałem jedno większe wzniesienie i... wiatru nie było. A już się bałem, że będę walczył z nim jak kilka dni temu w drodze do zachodnich fiordów.
Teren zrobił się płaski, a od chmur także pociemniało. W oddali widziałem znikające góry. Po kilku kilometrach rozwiązałem zagadkę – zaczęło mżyć. Ale nie wiem, czy to był deszcz czy mgła.
Próbowałem znaleźć gorące źródło, bo mi się spodobało wczoraj. Niestety na żadnym znaku drogowym nie odnalazłem go, choć było na mapie rowerowej (skala nie pozwalała na dokładną lokalizację). Znalazłem za to kemping, który zaplanowałem na dzisiaj. Na farmie. Recepcja znajdowała się w domu. Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi śliczna dziewczyna. Zupełnie niepodobna do wszystkich Islandek, które spotykałem – wytatuowane, z mnóstwem kolczyków, z pstrokatymi włosami. Szkoda, że było bardzo drogo, a czystość w łazience pozostawiała wiele do życzenia.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery