Przyleciałem na Tajwan pełen optymizmu, jednak od razu po przylocie przeraziłem się. Szary i smutny krajobraz okazał się, całe szczęście, tylko mgłą. Za radą spotkanych turystów ruszyłem wokół Tajwanu zgodnie ze wskazówkami zegara, dzięki czemu trafiłem do stolicy, gdzie po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć nocny market.
Zaskakujące były drogi. W porównaniu do Japonii, nie musiałem jechać chodnikami, bo tych nie było. Były za to szerokie pobocza. W miastach zastawione parkującymi pojazdami, ale za nimi jechało się wygodnie – zero krawężników. Problem stanowili skuterzyści, bo skuter jest najpopularniejszym środkiem transportu na Tajwanie i widok grupy kilkunastu czy kilkudziesięciu skuterzystów wyprzedzających jeden drugiego mroził krew w żyłach. Całe szczęście nie miałem z nimi bliższego spotkania. Denerwujące było też długie oczekiwanie na czerwonych światłach.
Odwiedziłem wiele ciekawych miejsc. Jiufen, który jest przepiękną górską wsią z uliczkami ozdobionymi czerwonymi lampionami, malownicze wschodnie wybrzeże usłane czarnymi plażami o lazurowych wodach, punkt wysunięty najdalej na południe, Tainan, dawną stolicę oraz wiele innych. Pozostaje masa miejsc, które przegapiłem lub na które zabrakło czasu. Może jeszcze kiedyś tutaj wrócę.
