Wjazd do miasta Kaohsiung w ogóle nie zachęcał. Setki kominów i różnorakich wież witały przyjezdnych. Przejechałem obok olbrzymich fabryk po drogach o kilku pasach ruchu. Co gorsza, skutery i rowery miały wydzielony, wspólny pas. Gdy grupa pięćdziesięciu takich mija rowerzystę, jadąc po kilku obok siebie, to strach w ogóle ruszać. Jak to dobrze, że nie miałem okazji poruszać się po ulicach w godzinach szczytu.
Mając jak zwykle bardzo duży zapas czasu, pojechałem nad Staw Lotosu. Można tam zobaczyć kilka świątyń, wejść do środka, zjeść coś obok lub po prostu napić się herbaty. Nie chciałem spuszczać roweru z oka, więc zobaczyłem budowle z daleka i napiłem się odrobiny herbaty. Potem zakończyłem dzień jazdy w hostelu. Wieczorem wyszedłem zjeść na pobliski nocny market. Wydawał się jeszcze większy niż ten w stolicy.
