Rano stawiliśmy się na dworcu, by wsiąść do pociągu InterCity. Pierwsza niespodzianka to brak przedziału dla rowerów – trzeba było je umieścić w ostatnim wagonie. Już dawno tak nie podróżowałem. Po drobnym problemie z panem, który nie chciał nas wpuścić, bo ustawił na miejscu dla rowerów kamerę (interweniowała konduktorka) mogliśmy jechać do Piły. Tam kolejna niespodzianka: pociąg regionalny był opóźniony. Okazało się, że zderzył się z autem. Całe szczęście mógł jechać, choć bujało.
W końcu dotarliśmy na miejsce startu. Zaplanowaliśmy zacząć koło Człuchowa. Było jednocześnie wietrznie, pochmurno i słonecznie. Ruszyliśmy spokojnie, zaliczając kawałek polnej drogi, potem różnej jakości dróg dla rowerów, wliczając kawałek z niebezpiecznymi barierkami.
Zamek w Człuchowie już z daleka kusił swoją wysoką wieżą. Zatrzymaliśmy się pod nim i weszliśmy na sam szczyt. Widoki nie wyróżniały się niczym szczególnym. Bilet wstępu pozwalał na zwiedzenie również eksponatów muzealnych i dziedzińca zamku. Ograniczyliśmy się tylko do dziedzińca. Potem szybki objazd rynku zalanego betonem i ruszaliśmy dalej.
Droga do Chojnic wydała mi się znajoma. Tak, jechałem nią podczas zimowej wyprawy. Wtedy jeszcze nie było wszystkich dróg dla rowerów, chociaż przy Człuchowie nic się nie zmieniło – drogi dla kaskaderów stoją w najlepsze.
Chojnice miały dziwny układ dróg dla kaskaderów, ale doprowadziły nas one na rynek. Zrobiliśmy sobie krótki objazd, bo mamy w planach powrót do tego miasta, i zatrzymaliśmy się na obiedzie. Na przedmieściach chcieliśmy ominąć główną drogę, co odbiło się na wygodzie jazdy, gdy musieliśmy niepotrzebnie pokonać górkę i parę piaszczystych dróg. W Charzykowach już sobie odpuściliśmy objazdy. Tam rozpoczęła się Kaszubska Marszruta. Jest to sieć szlaków o utwardzonej nawierzchni, które biegną głównie wzdłuż dróg. Była kostka, był asfalt, ale najwięcej jechało się po szutrowej nawierzchni, więc mało przyjemna okolica dla szosowców – mijaliśmy dużo zakazów wjazdu rowerem.
Marszruta wiodła lasami. Nawet kawałek przebiegał przez Park Narodowy Bory Tucholskie. Ścieżka wyglądała pięknie w świetle słońca wędrującego nisko nad horyzontem. Do tego mijaliśmy mnóstwo wrzosów, przejechaliśmy przez intrygująco nazwaną miejscowość Małe Swornegacie. W końcu zjechaliśmy z mniej i bardziej wygodnych ścieżek na drogi lokalne, by dostać się do celu. Ten okazał się polem biwakowym pozbawionym jakichkolwiek udogodnień. Tuż obok znajdowało się kolejne pole namiotowe. Niestety zostało niedawno otwarte i było tak samo półdzikie, jak to spod Starego Sącza. Wyjątkowo były toalety, które zadecydowały o zmianie planu. Pierwszy raz w Polsce widziałem toaletę kompostową (wcześniej było to w Japonii). Rosa mocno uprzykrzała rozbijanie obozu.
