Wstałem późno, bo w końcu miałem wygodne łóżko. Zjadłem śniadanie kupione poprzedniego wieczoru i ruszyłem na poszukiwanie serwisu rowerowego. Niestety w żadnym nie mieli czasu, aby mi pomóc, ale kupiłem szprychy, żeby samemu zająć się awarią z wczoraj. Musiałem tylko znaleźć odpowiednie miejsce.
Wziąłem kawę na wynos i połaziłem chwilę po Starym Kostrzynie, chociaż byłem tam parokrotnie. Potem z wolna wróciłem na szlak Odra – Nysa. Wiatr tym razem pomagał, bo wiało z południa. Niestety komary nie ustępowały, gdy zatrzymywałem się na zrobienie zdjęcia lub podczas wymiany pękniętej szprychy. Całe szczęście ten proces przebiegł bez problemów. Nawet centrowanie sprowadziło się wyłącznie do dokręcenia nypla nowej szprychy. Szkoda, że Niemcy nie słyszeli o samoobsługowych punktach naprawy rowerów, bo jeszcze ani jednej takiej stacji nie widziałem.
Zaczęło padać. Pojawił się też pierwszy objazd na szlaku. Deszcz przybierał na sile, więc schroniłem się pod wiatą, jedną z nielicznych, jakie widziałem. Niemcy chyba lubią moknąć, że tak mało jest zadaszonych miejsc postoju. Zastałem tam komary i książki. Komary chyba wszystkie anihilowałem, a książki były po niemiecku. Przeczekałem tam dość długo. Deszcz nie ustawał, więc ruszyłem. Po kilku kilometrach zaczęło się rozpogadzać, aż w końcu przestało padać.
Skręciłem w kierunku Wriezen z planem zobaczenia szlaku, która w przyszłości będzie przedłużeniem Trasy Pojezierzy Zachodnich. Wcześniej trafiłem na jedną drogę dla rowerów po środku niczego. Z kolei Wriezen już odwiedziłem, więc od razu wjechałem na zaplanowane tory. Szlak prowadził po nasypie dawnej linii kolejowej. Niestety niemiecki odcinek, choć wyłożony asfaltem, był bardzo słabej jakości. Gorszej nawet od dróg na szlaku Odra – Nysa. Mimo to, mając wiatr w plecy, dotarłem do mostu, na którym było widać prace remontowe. Za rok, może dwa będzie można tamtędy przejechać do Polski.
Dojechałem do dzisiejszego celu, którym był kemping, ale nie taki zwykły. Byłem jedynym z namiotem, cała reszta placu została zawalona kamperami. Nie było opłat, choć wodę i prąd każdy z przyjezdnych miał zapewnione. Nawet nie wiem, czy nie byłem tam jedynym Polakiem. Tym razem rower zabezpieczyłem do metalowej barierki.
