Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Serpentyna w deszczu

  64.93  03:47
Zapowiadał się zwykły dzień na wyspie Shikoku. Załatwiłem z rana wszystkie formalności na poczcie i w banku (mój pobyt w Japonii związany jest z posiadaniem karty zamieszkania, a tym samym z płaceniem pewnych podatków) i ruszyłem lokalnymi drogami na wschód.
Niewiele się działo, aż dojechałem do wybrzeża. Tam zaczęło kropić. Nic strasznego, ale założyłem ubrania przeciwdeszczowe i zacząłem podjazd. Zaplanowałem pojechać drogą nr 1, która miała setki zakrętów i przekonała mnie do swojej niesamowitości. Nie zawiodłem się, bo było łagodnie i pięknie. Co skarpa zatrzymywałem się mimo drogi wąskiej na półtora auta. Ale ruchu nie było, więc nie martwiłem się. Na samym szczycie jeszcze znalazłem taras widokowy, ale wtedy to już całkiem zaczęło padać i musiałem ruszać dalej. Miałem z górki. Problem z tym, że w deszczu i bałem się wpaść w poślizg. Powolnym tempem zjechałem do miasteczka Itano, gdzie zatrzymałem się w domu gościnnym państwa Sanae. Dostałem piękny i przestronny pokój w stylu japońskim, aczkolwiek nie było tam ciepło przez specyficzną architekturę budynku (wchodzi się garażem i brakuje drzwi między nim i obszarem mieszkalnym, ale pewnie latem jest tam bajka).
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Kagawa, Japonia / Tokushima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Czy dłuższa droga będzie lepsza?

  117.36  07:18
Kierowałem się dalej na zachód. Właściciel hostelu zasugerował mi, abym nie jechał główną drogą, tylko wybrał wybrzeże. Skorzystałem z rady i pojechałem nad Morze Wewnętrzne (Seto Naikai).
Przejazd przez Himeji nie był łatwy, zwłaszcza gdy się wpakowałem do tunelu w środku miasta. Albo gdy mnie zatrzymał brak drogi przez tory. Ostatecznie pojechałem tak, jak chciałem – dostałem się na kręte drogi nadbrzeża. Było dużo podjazdów i zjazdów, ale aut też nie brakowało. Miałem wrażenie, że na dwójce, którą ominąłem miałbym chociaż chodnik, a tak jechałem razem z pojazdami.
Dlaczego się tego obawiam? Według statystyk Japończycy są jednymi z najgorszych kierowców na świecie. Mimo że nie byłem świadkiem żadnego wypadku, to niejednokrotnie ktoś wymusił na mnie pierwszeństwo czy wyminął mnie niebezpiecznie. Kierunkowskaz najczęściej widzę po wykonanym manewrze, a zaparkowane auto spotkałem już chyba w każdym możliwym miejscu. Do tego naczytałem się wielu historii i wolałem być uważny.
Jazda wzdłuż wybrzeża może i była urozmaicona widokami, ale zabrała mi strasznie dużo czasu. Byłem gdzieś w połowie drogi, gdy zaszło słońce. Temperatura spadła do 5 °C. Zapowiadała się ciężka noc. Wróciłem do planu sprzed podróży i wjechałem na główną drogę do Okayamy. Nie miałem jednak tak prosto, bo nocleg odnalazłem w następnym mieście, więc jeszcze nabijając 20 km, dotarłem do Kurashiki. Nawet ładne miasteczko z historyczną zabudową. Po zmroku ciekawie by się je zwiedzało, ale nie w tak niskiej temperaturze. Odnalazłem swój hostel i zatrzymałem się w ciepłym pokoju.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Japonia / Hyōgo, Japonia / Okayama, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Ruszam na zachód

  78.13  04:32
Przedwczoraj robiłem za fotografa, więc kilka zdjęć z tej okazji trafiło do mojej galerii, a wczoraj przez cały dzień padało i nie udało mi się wybrać w pożegnalną wycieczkę po Kyōto. Dzisiaj wyruszyłem na zachód, aby uciec przed zimą. Do kolekcji dorzucam jeszcze kilka zdjęć z wizyty (pociągiem) w Kyōto, gdy zatrzymałem się w Ōsace.
Dzień był pochmurny, ale ciepły. Po miesiącu jazdy na lekko musiałem znowu robić to samo i powoli uczyć się jazdy z ciężkim bagażem. Zaplanowałem trochę gór, aby nie pchać się ponownie do Kōbe. Jechało się całkiem lekko, choć po kilkudziesięciu kilometrach w oddali dojrzałem deszcz, który próbował mnie dopaść. Całe szczęście tylko chwilę pokropiło i nie musiałem nawet zakładać przeciwdeszczowych ubrań.
W mieście Sasayama kusił mnie zamek, ale rozmyśliłem się, gdy zobaczyłem cennik. Słońce pokazało się na koniec dnia, ale akurat w najpiękniejszym momencie, czyli złotej godzinie. Szkoda tylko, że tak mało miałem obiektów do fotografowania.
Dojechałem do domu gościnnego w mieście Tanba. Przywitała mnie właścicielka ze swoją córką. Zaskoczyło mnie to, że nastolatka mówiła bardzo dobrym angielskim. Porównując ze starszymi od niej Japończykami było to dość intrygujące. Czyżby program nauczania w japońskich szkołach się zmienił?

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hyōgo, Japonia / Kyōto, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kifune-jinja

  32.74  01:48
Jako że nastała jesień, to pomyślałem, żeby wybrać się w góry do chramu Kifune-jinja, w którym byłem latem. Ciekawiło mnie jak się zmieniła sceneria. Było chłodno, ale jazda oczywiście zawsze rozgrzewa.
Droga na północ poszła szybko. Zajrzałem nawet do mojego ulubionego chramu Kamigamo-jinja, który był po drodze. Jeszcze tylko wąski podjazd wzdłuż rzeki Kifune-gawa i znalazłem się na górze. Wszystkie restauracje nad rzeką zniknęły. Najwidoczniej jesień to nie jest pora na jedzenie na zewnątrz.
Trafiłem na jakąś chińską wycieczkę i było ciężko robić zdjęcia. Zrobiłem więc krótki spacer i zabrałem się do drogi powrotnej. Temperatura w międzyczasie spadła do 6 °C, ale tylko na górze, bo po mroźnym zjeździe zrobiło się cieplej. Moim zwyczajem, wybrałem nieco inną drogę powrotną. Nawet słońce się pokazało.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Kyōto, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Za Arashiyamą

  67.01  03:54
Dzień był pochmurny, temperatura znośna. Wybrałem się w górską część Kyōto. Przynajmniej tak mi się zdawało.
Pojechałem w kierunku Arashiyamy, gdzie wypatrzyłem kilka ciekawych dróg. Gdy znalazłem się na miejscu, potwierdziłem swoje obawy – jedna z dróg była płatna i tylko dla aut. Szukając alternatywy, zabłądziłem odrobinę i po kilku próbach w końcu znalazłem się na ulicy, która została zachowana jako historyczna ulica miasta. Nie było tam zbyt wielu zagranicznych turystów. Najwyżej nieliczni turyści górscy z plecakami, bo zaraz za zakrętem zaczynała się wąska dróżka, z której biegło kilka szlaków turystycznych, nie do przejechania na moim rowerze.
Jechałem wzdłuż rzeki Katsura-gawa, po której płynęły łodzie ze znudzonymi turystami. Coś jak na spływie Dunajcem, tylko żaden z pasażerów nie miał kapoka, a jak ostatnio płynąłem po spokojnym jeziorze to każdy musiał założyć pomarańczowy element garderoby.
Na krętej drodze, na zboczu rzeki, znalazło się kilka punktów widokowych i nawet słońce coraz śmielej zaczęło wychodzić zza chmur. Minęło mnie kilku kolarzy, parę aut i jedna zorganizowana piesza wycieczka emerytów. Przejechałem przez cytrusową wioskę, jak informowały tabliczki. Zobaczyłem też tarasy ryżowe, niestety po sezonie, więc nie zachwycały oka.
Dojechałem do jakiegoś skrzyżowania i skręciłem przedwcześnie. Chciałem pojechać 10 km dalej, ale w sumie dobrze zrobiłem. Na zjeździe ręce mi strasznie zmarzły, a i zmierzch szybko zapadł. Zmierzałem czym prędzej w kierunku centrum Kyōto i zorientowałem się, że nie byłem w tym samym mieście. Przejechałem przez miasteczka Nantan i Kameoka. Nie ominęła mnie zabawa na drodze krajowej, tunel dedykowany dla niezmotoryzowanych oraz nocny przejazd przez Kyōto.
Spotkałem pochód festiwalowy, więc zatrzymałem się na chwilę, ale żadne ze zdjęć mi nie wyszło. Jeszcze dużo nauki przede mną. Przed powrotem do mieszkania odwiedziłem centrum, aby zasięgnąć wiedzy o mieście. Za kilka dni zaczyna się prognozowana jesień w Kyōto. Ciekawe, czy będzie mocno się różniła od tego, co widać już teraz.
Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Kyōto, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Bez opony nie pojadę

  67.73  04:22
Od pewnego czasu mój rower męczył brak ciśnienia w oponach. Przed wyprawą po Tōhoku tylko w tylnej oponie, a po wyprawie również z przodu musiałem każdego dnia napompować koła przed podróżą. Kilka tygodni temu zauważyłem też lekkie przetarcia na bieżniku, ale po ostatnich deszczach stan opony przeraził mnie i dzisiaj doszło do najgorszego.
Zjadłem śniadanie w hotelu, a potem ruszyłem w drogę. Było chłodno i pochmurno, ale nie spodziewałem się deszczu. Wybierałem oczywiście drogi o obniżonym lub zerowym ruchu, chociaż nawet takie osiedlowe dukty potrafiły przynieść niespodzianki w postaci aut blokujących sobie przejazd na bardzo wąskiej drodze. Ale to Japonia. Tutaj nikt nie jest zawzięty i kto ma większe możliwości, szybko ustępuje drugiemu.
Miałem nieco ponad 10 km w nogach, gdy nagle usłyszałem syk. Przebita dętka, spędzonych kilka minut i co? Z łatki zrobił się balonik. Po napompowaniu koła, gdy już miałem ruszać, rzuciłem jeszcze okiem na wytarty bieżnik, a na nim balonik, jak to robi się z gumy do żucia. Tylko ten balonik pękł, a ja znów miałem kapcia. Co zrobić? Poszukiwania serwisu rowerowego na mapie zakończone fiasko, więc odwiedziłem pobliską pocztę. Pani mówiąca po japońsku pokierowała mnie do najbliższego serwisu, którego nie znalazłem. Nawet zrobiłem coś po raz pierwszy w Japonii i zatrzymałem przechodnia, pytając go o drogę. Niestety pani, choć wyglądająca na lokalną, nie miała pojęcia o sklepie rowerowym (nazywają go jitensha-ya). Dopiero na posterunku policji, który minąłem, policjant wskazał mi drogę do warsztatu samochodowego, w którym urzędował starszy człowiek (Japonia cierpi na starzejące się społeczeństwo, więc taki widok jest na porządku dziennym). Niestety opon do kolarzówek nie miał. Prawie dostałem oponę z bieżnikiem, ale niestety nie było mojego rozmiaru. Nie pozostało mi nic innego, jak rozebrać koło i załatać je po raz kolejny. Miły pan serwisant użyczył mi kawałka starej dętki, którą zatkałem powiększającą się dziurę w bieżniku. W podziękowaniu poczęstowałem go słodyczami z prefektury Miyagi i ruszyłem w dalszą drogę.
Przejechałem kilkadziesiąt kilometrów, tym razem w kompletnym odludziu. Tak bardzo, że nie spotkałem do końca żadnego sklepu i byłem tak głodny, że nie myślałem o niczym innym, jak o jedzeniu. Zatrzymał mnie jeszcze jeden kapeć. Guma przetarła się i trzeba było znowu powtórzyć proces łatania. Łatka na łatce, guma złożona dodatkowo w pół i znów miałem sprawne koło. Tym razem przesadziłem z ilością gumy, bo w feralnym miejscu opony zrobiło się takie zgrubienie, że rower podskakiwał co okrążenie koła. Ale jechałem i to było najważniejsze.
Do miasteczka Iwamura (mieszkańcy wciąż tak mówią o tym miejscu, choć od wielu lat jest to część miasta Ena) dotarłem po zmierzchu, a miałem taki piękny plan, aby zwiedzić okolicę. Na szczęście to już moja druga wizyta w mieście, i to w tym samym domu gościnnym, więc wiele nie przegapiłem. Chciałem tak właściwie pojechać w kierunku miasta Toyota, ale nie znalazłem noclegu, a ryzykować nie chciałem ze względu na wiejski charakter okolicy po drodze do Toyoty.
Kategoria za granicą, z sakwami, kraje / Japonia, na trzech kółkach, góry i dużo podjazdów, Japonia / Gifu, Japonia / Nagano, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Akisame zensen

  98.69  05:59
Zostałem w wiosce Yamanakako 2 dni w nadziei, że zobaczę górę Fuji. Nie udało mi się. Chciałem jeszcze pojechać do innego hostelu, ale patrząc na prognozę pogody, straciłem wszelką nadzieję. Wybrałem kolejny cel, daleko od Fuji.
Dowiedziałem się skąd ten deszcz. Trwa właśnie jesienna pora deszczowa, związana z akisame zensen, czyli jesiennym frontem deszczowym. Trwa około dwóch tygodni, a ja akurat wybrałem się w moją podróż. Nie mogłem się zatrzymywać, bo miałem już wykupione noclegi, ale jeszcze nie będę zdradzał szczegółów dalszych planów.
Do pokonania miałem spory kawałek. Z pięciu jezior pod Fuji odwiedziłem aż 4 (nad pierwsze wybrałem się wczoraj z parasolką). Widoki byłyby jeszcze ładniejsze bez deszczu, ale co zrobić? Przynajmniej pomyślałem o zrobieniu kilku zdjęć telefonem, i choć mocno zamókł, to nadal był sprawny.
Jadąc drogą, na której były namalowane sierżanty (więc jak najbardziej dla rowerów), wpadłem na kamień i przebiłem przednią oponę. Zdenerwowany, załatałem dziurę w deszczu. Przynajmniej podniosłem swój komfort i zamieniłem mokre skarpety na suche, nałożyłem na nie worki foliowe dla izolacji i na to nałożyłem mokre skarpety. Dzięki temu przez resztę dnia miałem suche stopy.
Pokonanie jezior okazało się proste, bo nie było specjalnie dużo podjazdów. Aut też niewiele, a i widoki niczego sobie. Dodatkowo, ponieważ nie znalazłem uchwytu do parasolki, znalazłem sposób na przymocowanie jej do mojego torsu. Wykorzystałem do tego kieszeń w kurtce oraz pasek klamrowy. Wciąż mokłem w ręce i stopy, ale coś jednak ta parasolka chroniła. Jako uwagę muszę napisać, że w Japonii jazda na rowerze z parasolem w ręku jest zabroniona, ale ja miałem dwie ręce wolne.
Nadeszła pora na tunele. Wybrałem tym razem prostszą drogę przez góry i pojechałem dalej na zachód, żeby przedostać się do Kōfu. Za każdym tunelem czekała na mnie mgła oraz długi i stromy zjazd w dół. Do tego sporo aut i mokra nawierzchnia. Bałem się wpaść w poślizg, więc czasem się zdarzało, że tamowałem ruch i zatrzymywałem się, aby tych biedaków przepuścić. Do tego zniszczyłem parasolkę, bo bardziej martwiłem się deszczem niż oporami powietrza. W każdym razie, zjechałem na sam dół, gdzie mgły już nie było i mogłem spokojnie jechać przez miasto.
Zmierzch złapał mnie szybko, ale co zrobić, jak jazda w takich warunkach nie pozwala osiągać wysokich prędkości. Moje dążenie do omijania ruchliwych dróg doprowadziło mnie na całkowicie puste polne asfaltówki i przez kilkadziesiąt kilometrów miałem je tylko dla siebie. Na plus należy dodać, że deszcz po zmroku przestał padać.
Dojechałem do hostelu i okazało się, że zamókł mój paszport, który trzymałem w nieszczęsnej torbie przy siodle. Do tego aparat był cały pokryty kropelkami wody. Tragedia.
Kategoria za granicą, z sakwami, kraje / Japonia, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, góry i dużo podjazdów, Japonia / Yamanashi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Gdzie jest Fuji? Znowu

  55.71  04:01
Lało jeszcze gorzej niż w Tōkyō. Prognoza pogody na najbliższy tydzień nie cieszyła mnie, więc nawet nie zamierzałem siedzieć bezczynnie. Pojechałem dalej zgodnie z planem. Dzisiaj chciałem zobaczyć Fuji.
Początek wyprawy nie był zbyt udany. Szukałem sklepu z uchwytem do parasola, abym mógł zamontować go na kierownicy. Skoro moje ubrania nie dają rady, to trzeba było się ratować inaczej. Niestety poszukiwania zakończyły się klapą. Na całej drodze na północ nie znalazłem żadnego takiego sklepu, nawet z pomocą mapy.
Jechało się ciężko, bo nie dość, że ciągle lało, to miałem do podjechania ponad 1100-metrową górę. Za jej szczytem pojawił się kolejny problem – 100 metrów w dół. Podczas zjazdu nie czułem palców od zimna. Do tego nie czułem, aby klocki hamulcowe hamowały, więc miałem je zaciśnięte przez cały zjazd. Przejechałem to – szczęśliwie – bez poślizgu i dotarłem do domu gościnnego. Znowu nie widziałem Fuji. No, może tym razem naprawdę, bo nie dojrzałem nawet konturu góry.
Kategoria za granicą, z sakwami, kraje / Japonia, na trzech kółkach, góry i dużo podjazdów, Japonia / Kanagawa, Japonia / Shizuoka, Japonia / Yamanashi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Nikkō Tōshō-gū

  71.05  03:32
Skoro już do Nikkō dotarłem, nie mogłem przegapić zobaczenia dostępnych tam atrakcji. A te najlepsze znajdowały się kilka kilometrów na północ od centrum miasta i figurowały na liście UNESCO jako Chramy i świątynie Nikkō. Było dużo do zobaczenia, jednak ja ograniczyłem się do jednego – chramu Nikkō Tōshō-gū.
Zapowiadał się deszcz po południu, więc chciałem jak najszybciej znaleźć się na górze, a do pokonania miałem lekki podjazd. Na jego końcu ukazała się reprezentatywna część miasta. O parking było trudno, więc co mogłem, to objechałem rowerem, a potem wjechałem na zatłoczony parking pod chramem. Chętnych na wjazd było wielu, więc korki ciągnęły się przez połowę dzielnicy. Rower zostawiłem pod płotem razem z innymi kolarzami, którzy byli na lekko. Tylko ja z tą moją przyczepką.
Bilet wstępu bardzo drogi, ale zarabiają dużo, bo turystów było niesamowicie dużo, i to w środku tygodnia. Do zobaczenia też jest sporo i nawet dodali mapkę, aby się nie zgubić. W dwóch obiektach byli nawet przewodnicy, ale niestety mówili po japońsku, więc nic nie zrozumiałem. Zobaczyłem, co mogłem i wraz z mżawką opuściłem kompleks, wyjeżdżając z tej części miasta. Przestało padać, gdy minąłem centrum.
Chciałem pojechać do miasta Utsunomiya, ale zwróciłem uwagę na uciekający czas i zmieniłem plany, kierując się prosto na południe do Tochigi. Droga poszła szybko, bo miałem cały czas z górki i nawet średnia podskoczyła. W mieście Tochigi minąłem kilka miejsc przechowywania powozów festiwalowych, które były gotowe do listopadowego wydarzenia. Szkoda, że nie miałem możliwości zobaczenia tego festiwalu. Tyle miejsc do odwiedzenia, a tak mało czasu. Może by się udało przedłużyć moją wizę?
Zatrzymałem się w domu gościnnym obsługiwanym przez przesympatyczną obsługę. Niestety słaby dostęp do internetu zmusił mnie po raz kolejny do skorzystania z dobrodziejstw Starbucksa. Jak to dobrze, że jeszcze są takie awaryjne miejsca w Japonii, gdzie można uzyskać w miarę dobre połączenie z internetem.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Mgła na górze, upał na dole

  102.32  05:57
Ruszam w dalszą drogę. Na zewnątrz była gęsta mgła. John powiedział, że tak jest prawie każdego poranka. Góry przynoszą wiele niespodzianek, ale codziennie zaczynać jazdę we mgle na pewno nie chciałbym. Chociaż marzy mi się zamieszkać gdzieś blisko gór.
Czekała mnie nieco dłuższa droga w dół do miasta Kōriyama. W połowie zrobiło się tak upalnie, że musiałem zrzucić z siebie większość ubrań. Potem już miałem prosto przed siebie. Chociaż tak prosto nie było, bo próbowałem omijać ruchliwe drogi i wjeżdżałem na boczne i wiejskie dróżki różnej jakości i nachyłu. Przynajmniej nie było aut.
W mieście Shirakawa zatrzymałem się pod zamkiem. Wstęp był bezpłatny. Niestety widok z wieży rozciągał się na niewielki dystans. Chciałem się tam zatrzymać, ale Takeguchi, którego poznałem pół roku temu był zajęty pracą. Musiałem pojechać dalej i w ten sposób dotarłem do domków kempingowych.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Fukushima, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery