Dostałem się do Wrocławia. Znalazłem karton na tyle duży, że pakowanie nie sprawiło kłopotu. Islandia przywitała mnie słońcem. Tak jakby było mi go mało w upalnej Polsce. Kontener ze stojakami rowerowymi na lotnisku zestarzał się. Rower złożyłem, karton podpisałem i zostawiłem razem z innymi. Ciekawe, czy będzie na mnie czekał.
Poza słońcem było też wietrznie. Najprzyjemniej jechało się oczywiście z wiatrem, ale nieczęsto była mi dana ta przyjemność. Krajobrazy zmieniły się mocno. Niegdyś mech pokrywał okolice tych dróg, teraz kwitnący łubin rozciąga się po horyzont.
Islandzkie drogi nie są tak chropowate, jak w Szkocji czy Irlandii. Jedynie chodniki (można jeździć po nich rowerem) mogłyby być mniej wyboiste. Przynajmniej były proste. Resztę trasy do kempingu pokonałem po drodze krajowej. Najszerszej na wyspie. Ruch zdawał się nie mieć końca.
Rozbiłem namiot za nasypem chroniącym przed wiatrem. Słońce zaszło przed północą, ale było na tyle jasno, że młodzież na boisku obok grała jeszcze długo po północy. Woda nasycona siarką pachnie zgniłymi jajami, ale pamiętam, że tak było tylko pod Reykjavíkiem.




