Znalazłem się w Akureyri, jednym z trzech miast na Islandii mających serwis rowerowy. Nie było serwisanta zajmującego się szprychami, ale dogadaliśmy się, że sam to zrobię z użyciem ich narzędzi. Dwa problemy: śruba w piaście nie chciała puścić. Trochę się z nią naszarpałem, mimo że przed wyjazdem nasmarowałem gwint. Drugi problem zauważyłem w porę – klejona śruba bagażnika prawie wykręciła się. Był też problem z odkręceniem tarczy hamulcowej, więc mi z tym pomogli. Reszta poszła bez problemów. Te dwie szprychy musiałem mocno naprężyć, aby wycentrować koło, więc to ta obręcz może być tandetna.
Szprychy mają drogie, bo policzyli 1000 koron za sztukę (30 zł). Za zabawę w serwisanta też sobie doliczyli 6000 koron. Rozbój, ale to ostatni serwis, z którego dane mi było skorzystać na wyspie.
Jechałem dalej na prostym kole. Miałem dylemat. Tunel był niedostępny dla rowerów. Do wyboru pozostały długi podjazd lub o 20 km dłuższy dystans wzdłuż rzeki. Suma podjazdów wychodziła podobna. Zdecydowało jednak natężenie ruchu i ruszyłem drogą dłuższą. I tak znów zaczęło padać. Gdy dotarłem do rzeki, droga okazała się terenowa. Na tyle, że całe spodnie miałem obryzgane błotem. Nie mówiąc o rowerze czy sakwach. Przynajmniej ruch był znikomy. Dopiero na ostatnich kilometrach przestało padać.
Na kemping dotarłem po 21. Dość biedny, bo nie mieli kuchni, a prysznic był na monety. Te same, od których Islandczycy odchodzą. Przynajmniej była ciepła woda w umywalce, więc sobie poradziłem.




