Z drugiego brzegu fiordu widziałem moją dalszą drogę. Nie wyglądała kolorowo. Droga alternatywna przez przełęcz też nie rysowała się w jasnych barwach przez nisko wiszące chmury. Ryzyko deszczu też mogło być wyższe niż na drodze wzdłuż wybrzeża. Zdecydowałem się kontynuować zgodnie z planem.
Było dużo górek – niczym na kolejce w wesołym miasteczku. Wiatr oczywiście dalej w twarz. Potem drogi zrobiły się jeszcze bardziej pokręcone, poprzecinane szutrami, biegnące pod zboczami, z których mogły runąć kamienie. Jeszcze dalej zaczęło mżyć. Mżawka zamieniła się w mgłę i w końcu dotarłem do tunelu – jednojezdniowy, z miejscami do mijania. Przynajmniej ruch był niewielki, to mogłem spokojnie pokonać tę trasę.
Za tunelem nadal była mgła, ale zjechałem niżej i warunki poprawiły się. W końcu dotarłem do miasteczka i mogłem odpocząć. Miało deszczową aurę, więc musiało tam mocniej popadać przed moim przyjazdem. Zaczęło się nawet wypogadzać i do kolejnego tunelu (nowszy, dwujezdniowy) wjechałem w słońcu. Potem jeszcze jeden tunel i kolejne miasteczko, następny wąski tunel i byłem na ostatniej prostej do kempingu. Towarzyszyły mi słoneczne widoki na ośnieżone szczyty tej chłodnej północy Islandii.




