Przejechałem się kawałek po szlaku rowerowym. Wybudowany chyba przez park narodowy. Grząskie kamienie, nie na rower obładowany sakwami. Na MTB raczej też nie jechałoby się przyjemnie.
Ruch na krajowej jedynce wrócił do tego sprzed dwóch dni – na północ jechało więcej niż na południe, ale liczba morderców dzisiaj przerażała. Nawpuszczali karaluchów z całego świata i nie jest to już bezpieczny kraj. Policję widziałem tylko dwa razy od przylotu. Jeszcze usuwają jednopasowe mosty, więc kierowcy nie muszą się zatrzymywać, aby przepuścić innych, więc nie uczą się cierpliwości i szacunku do innych.
Pękła czwarta szprycha od początku wyprawy, czyli druga od ostatniej naprawy. Dość późno, więc taki mały sukces.
Rozpoznałem sporo miejsc, które widziałem 10 lat temu, więc nie przy wszystkich zatrzymywałem się. Dotarłem do kempingu. Miałem czas na pranie i odpoczynek, chociaż trudno nazwać to odpoczynkiem, gdy wszystko jest zadymione od liczby grillów, a każdy puszczał swoje brzdęki. Przynajmniej wziąłem prysznic zanim wywiesili plakietki na wszystkich, że są zepsute.




