Trzy fiordy później dotarłem do drogi, która mnie przerażała 10 lat temu. Biegła po zboczu, które było osuwiskiem. Postawili grube, metalowe grodzie, w których widać było odkształcenia po uderzeniach skał. Zapamiętałem zbocze jako bardziej strome. Teraz już mniej przerażało.
Dalej było wcale nie lepiej. Góra Eystrahorn wyglądała, jakby z niej kipiało. Chmury kłębiły się u szczytu niczym w kotle. Ten spektakl nie obył się bez niedogodności, bo u podnóża wiało szalenie, o czym ostrzegł znak drogowy. Potem było jeszcze dziwniej, bo wiało falami – chwila wiatru uniemożliwiającego jazdę, chwila bezwietrzna, i tak na zmianę. Na szczęście droga po drugiej stronie ciągnęła się w spokoju. Góry skąpane w ciemnych chmurach wyglądały równie zjawiskowo.
Dotarłem do kempingu. Trochę się tam wszystko rozlatywało, ale były konie. Klamki hamulcowe, bo rano już obie nie wracały na swoją pozycję, po paru godzinach w słońcu wróciły do normy. Kolejny minus hydrauliki.




