Wjechałem na drogę krajową nr 1. Ruch nadal nie był duży. Dzisiaj zaskakująco 90–95% aut jechało na północ, czyli w przeciwnym kierunku do mojego, nierzadko kolumnami. W połowie fiordu pojawiła się mgła, która przerodziła się w mżawkę. Widoki były, ale nijak nie dało się ich uchwycić na zdjęciach.
W fiordzie Stöðvarfjörður wiało, ale nie padało, jednak po objechaniu go znów się zepsuło. Podobna sytuacja w zatoce Breiðdalsvík, tylko tam jeszcze pojawiły się przejaśnienia. Zatrzymałem się na kawie i zjadłem rybę szefa w lokalu chyba prowadzonym przez samych Polaków.
Tak rozglądałem się za reniferami, bo Islandzki Zarząd Dróg ostrzegał o nich na drodze, że zapomniałem o tym, gdy się rozpadało. Na szczęście turyści robiący zdjęcia zwrócili moją uwagę i tak dostrzegłem stado poroży wyglądających z trawy. Niewiele w porównaniu do wzgórz z Norwegii, ale tutejsze nie są hodowlane (chociaż na ten cel zostały sprowadzone).
Na drodze do ostatniego fiordu mżawka znów zaczęła przeszkadzać, ale chociaż wiatr przepadł na chwilę. Potem się wypogodziło i końcówka drogi znów w niepogodzie. Ostatni podjazd i znalazłem się na kempingu, chyba też prowadzonym przez samych Polaków. Znów dużo ludzi, ale przynajmniej było kilka miejsc do przyrządzenia posiłku, to szybciej się rozgrzałem.
Skończył mi się wosk do łańcucha, więc musiałem przejść na olej. Łańcuch zaczął jakby ciszej pracować na niskich biegach. Może za rzadko go woskowałem. Do tego klamka przedniego hamulca przestała w pełni odbijać. Ciekawe, co tym razem się stało.




