Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

W kierunku Tōkyō

  100.73  05:39
Zbliża się jesień, więc pora rozpocząć kolejną przygodę. Tak właściwie planowałem wyruszyć wraz z pojawieniem się złotych liści na drzewach, ale dowiedziałem się o pewnym wydarzeniu w Tōkyō, na którym chciałem się pojawić. Ruszyłem powoli w kierunku metropolii.
Zwlekałem ze startem 2 dni ze względu na deszczową pogodę. W końcu się rozpogodziło i wystartowałem. Dzisiejsza droga była relatywnie prosta. Miałem się spotkać z Couchsurferem w Nihonmatsu, więc po spakowaniu wszystkiego co miałem (nie planowałem wracać do Sendai) ruszyłem na południe. Początki zawsze są trudne, bo trzeba się przyzwyczaić do dodatkowego balastu, ale na szczęście utrzymałem balans i przyczepka nie telepała się. Kolejne kilometry leciały, aż dotarłem do rzeki Abukuma-gawa, do której wpada Shiroishi-gawa. Ruszyłem więc znanymi mi już wałami rzecznymi w kierunku miasta Shiroishi.
W sumie nie mam o czym opowiadać, bo prawie się nie zatrzymywałem. Zmierzch złapał mnie na podjeździe między Shiroishi i Fukushimą. W odległej części Fukushimy słyszałem znane mi dźwięki, bo trwał tydzień festiwalowy, ale jego obszar nie był mi po drodze, więc nie zbaczałem z kursu, aby zdążyć na czas.
Do Nihonmatsu miałem kilka dróg, a ponieważ byłem w kontakcie z Johnem, moim gospodarzem, informowałem go o mojej pozycji. Tak się złożyło, że John wyjechał mi na przeciw autem i spotkaliśmy się w połowie drogi, akurat na skrzyżowaniu zamkniętym przez policję. John mówił po japońsku, więc dowiedział się o co chodzi. Byliśmy gdzieś na południu Fukushimy. A może był to już Nihonmatsu? W każdym razie, z wielkim łutem szczęścia trafiliśmy na festiwal. Był to najpiękniejszy festiwal, jaki do tej pory widziałem w Japonii. Kilkanaście powozów obwieszonych latarniami, w których wykorzystuje się świeczki, a nie jakieś tam żarówki. Ludzie w pogodnych nastrojach, niejeden z promilami we krwi, wszyscy się świetnie bawili. Spędziliśmy chyba godzinę, podziwiając tę tradycję, która trwa od kilkuset lat. To było naprawdę coś.
Po tym wszystkim John zabrał mój rower do samochodu, a następnie pojechaliśmy do jego mieszkania w górach. Tam czekało na nas jeszcze dwóch Szwajcarów, bo dom Johna jest otwarty dla turystów. Wieczór spędziliśmy na wymianie doświadczenia turystycznego i kulturowego. Zamieszkałbym tak w Japonii. Tylko co ja bym tu robił?
Przed wyjazdem dostrzegłem kilka niepokojących rzeczy w rowerze. W tylnej zębatce ubyło dwóch zębów, chociaż napęd i tak niebawem będzie trzeba wymienić. Do tego w tylnej obręczy zauważyłem pęknięcia wokół nypli. To już jest poważniejszy problem. No i w końcu wymieniłem klocki. Niestety nie udało mi się samemu tego zrobić i o wymianę dwóch poprosiłem serwis rowerowy. Sami mieli z tym kłopot, bo śruby się zapiekły. Ale wszystko się udało, skasowali mnie na 1000 jenów i byłem krok do przodu ze sprawnym rowerem.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Fukushima, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

To nie góra Zaō

  126.55  06:51
Nie mogłem odpuścić. Po tym jak znalazłem drogę na szczyt Zaō, chciałem zrealizować plan do końca i wspiąć się na górę, zobaczyć jezioro i porobić parę zdjęć do albumu.
Mając już pewne doświadczenie na drogach pod Sendai, wybrałem najlepszą trasę. Było bardzo słonecznie, więc chciałem zrobić jak najmniej podjazdów. Ruch na drogach był momentami spory, ale właściwy podjazd już dało się znieść.
Tym razem pojechałem właściwą drogą prosto w kierunku szczytu. Pojawiła się niespodzianka, bo wraz z wysokością liście na drzewach i krzewach przybierały coraz śmielej jesienne barwy. Nie mogę się doczekać prawdziwej jesieni.
W końcu, po kilku godzinach jazdy dotarłem na parking, gdzie zostawiłem rower i ruszyłem na szczyt. Szlak był prosty. Dużo schodów, sporo widoków, kilku turystów i w końcu szczyt, ponad 1700 m n.p.m. Na nim kilkadziesiąt osób i niestety to nie był koniec. Za szczytem dojrzałem jeszcze kilkaset innych turystów. Było też jezioro wulkaniczne Okama oraz szlak (a właściwie nieskończenie wiele wydeptanych dróg) do szczytu Zaō, bo jak się okazało, Zaō to nazwa łańcucha górskiego, a najwyższa góra – Kumano-dake – leżała dalej na północ. Nawet zacząłem iść w tym kierunku, ale ostatecznie zrezygnowałem. Zrobiło się chłodno, a słońce przepadło za chmurami. Przerwałem misję i zawróciłem. Nie byłem w tym zamyśle sam, bo turystów, nie wiedzieć kiedy, mocno ubyło.
Droga na parking dłużyła się. Słońce przepadło, więc widoki były mniej kolorowe. 40 minut później byłem przy rowerze. Został mi długi zjazd, na który nie do końca byłem przygotowany. Klocki hamulcowe wymagały wymiany, a ja o tym oczywiście zapomniałem. Miałem więc dodatkowy powód, aby się nie rozpędzać. I tak było zimno, więc ręce drętwiały nie tylko od zaciskania klamek hamulcowych.
Na rozstaju dróg zdecydowałem pojechać nieco inaczej, żeby sobie urozmaicić podróż powrotną. Wybrałem starą drogę, która doprowadziła mnie do cywilizacji. Zapadł też zmrok, więc czekała mnie długa droga w świetle gwiazd i reflektorów aut. Zimno trzymało długo, póki nie zjechałem z gór do większych zabudowań miasta. Końcówkę podróży lekko zmodyfikowałem, żeby ograniczyć podjazdy, bo byłem już trochę zmęczony tą całą wspinaczką.

Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Sendai, akt trzeci

  59.58  03:10
Kolejny upalny dzień był przede mną. Ale to ostatni dzień wyprawy po Tōhoku, bo wracałem do Sendai, gdzie zostawiłem połowę mojego bagażu.
Miałem do pokonania dosyć spory kawałek podjazdu. Zaczęło się spokojnie, choć od początku miałem pod górkę. Nie była to najwygodniejsza droga, bo gdy już znalazł się kawałek pobocza, leżało tam sporo śmieci. Na szczyt dojechałem w całości. Zjechałem też bez problemów, chociaż powiedziałbym, że ruch zamarł po drugiej stronie masywu.
Cieszyłem się ze zjazdu, ale nie przeczuwałem, że tamta droga była mi znana. Jechałem nią pół roku wcześniej w kierunku Niigaty. Potem jeszcze kilka dróg wydało mi się ciekawych, ale zdałem sobie sprawę, że jechałem nimi wielokrotnie, choć nigdy w tamtym kierunku. Znalazłem się w centrum Sendai lekko po południu, więc miałem jeszcze sporo czasu przed pracą na przepakowanie swoich rzeczy. Niebawem ruszam dalej.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Miyagi, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Akita

  98.89  04:50
I znów upalny dzień, znów bez ciekawych wydarzeń. Dzisiaj chciałem się dostać do miasta Akita. Miasto nosi tę samą nazwę, co rasa psów. Ciekawe, czy są ze sobą powiązane, bo gdy wjeżdżałem do prefektury, widziałem zdjęcia psów na znakach drogowych.
Jadąc na zachód, trafiłem na stację drogową Michi-no-Eki. Polubiłem te miejsca i starałem się zatrzymywać na każdej stacji, aby spojrzeć na dostępne produkty, a można tam dostać wszystko świeże, bo prosto od lokalnych rolników. Do tego sprzedawane są regionalne produkty, z których słodycze cieszyły się u mnie największą popularnością. Aby jednak nie zbankrutować, najczęściej tylko oglądałem ładnie zapakowane i nierzadko apetycznie wyglądające rarytasy.
Zrobiłem sobie kilka niepotrzebnych podjazdów, ale skąd mogłem wiedzieć? Gdybym jechał lokalnymi drogami, pokonałbym po płaskim podobny dystans, a do tego w mniej licznym towarzystwie. Jeszcze muszę popracować nad planowaniem podróży.
Narzekałem już, że było gorąco? Było tak bardzo, że z całej długiej wycieczki wyszło zaledwie kilka fotografii. Dojechałem do Akity, gdzie zatrzymałem się w prywatnym mieszkaniu znalezionym przez Airbnb.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Akita, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Zajechałem, zobaczyłem, zawróciłem

  84.41  04:22
To by było na tyle z podróży na północ. Nic więcej nie miałem w planach. Hokkaidō zostawiłem sobie „na potem”. Przez kilka dni miałem problem ze znalezieniem noclegu, ale ostatecznie udało się znaleźć hotel za dwiema górami.
Dzień był pochmurny, ale gorąc nie odpuszczała. Pierwszą górę pokonałem bez większego wysiłku. Znałem ją zresztą z wycieczki dnia poprzedniego. Potem prosto na południe, pod słońce. O cieniu mogłem pomarzyć, bo albo pola ryżu, albo zabudowa mieszkalna rozciągały się po horyzont.
Szukałem jabłek na sprzedaż, bo chciałem kupić kilka dla Aki, która bardzo mi pomogła w zaplanowaniu wyprawy po Tōhoku. Jako że prefektura Aomori jest największym producentem jabłek w Japonii, to ceny są tutaj zaskakująco kilkakrotnie niższe. No i jakoś tak jabłka bardziej tutaj smakują.
Nie miałem szczęścia. Widziałem setki sadów z soczystymi owocami, ale ani jednego stoiska czy marketu. Do czasu, bo już gdy miałem zaczynać drugi podjazd, trafiłem na samoobsługowe targowisko. Wybiera się owoce do woli i płaci do słoika odliczoną sumę (słoik nie wydawał reszty). Napakowałem do sakw tak dużo owoców, że zrobiło się strasznie ciężko, a miałem przecież jechać pod górę. Trochę tego nie przemyślałem, ale przynajmniej miałem trochę prowiantu dla siebie i jakiś prezent z podróży. W Japonii bardzo popularne jest przywożenie ze sobą prezentów z odwiedzonego miejsca, np. dla współpracowników czy rodziny.
Podjazd zdobyłem, choć nie był on specjalnie wymagający. Szerokie drogi były bardzo wygodne. Jako ciekawostkę można zauważyć, że wzdłuż górskich odcinków stoi bardzo wysoki pikietaż. Służy on w sezonie zimowym jako drogowskaz, aby pługi (czy czego się w Japonii używa) mogły usunąć śnieg bez kłopotów orientacyjnych, a kilka metrów śniegu w niektórych rejonach to norma. Górskie widoki się skończyły, droga również, a ja dotarłem do mojego miejsca noclegowego.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Akita, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Tanbo āto

  95.51  05:00
Wczoraj nad Tōhoku przeszedł tajfun, dlatego nie wychylałem za bardzo nosa i zostałem dodatkową noc nad jeziorem Towada-ko. Po południu przestało na chwilę padać, więc wyszedłem z aparatem zobaczyć okolicę. Dużo gałęzi walało się po drogach, kilka drzew zakończyło żywota, namioty stojące za hostelem odleciały (nocleg w nich kosztował tyle samo, co mój w holu; dobrze, że nie próbowałem szczęścia pod gołym niebem).
Wraz ze mną zatrzymał się Kazuki, który również podróżował na rowerze. Postanowił do mnie dołączyć, bo jechaliśmy w tym samym kierunku. Zaczęliśmy tą samą drogą, co podczas mojego objazdu sprzed wczoraj. Na rozstaju dróg zostawiłem przyczepkę z bagażem pod punktem widokowym i namówiłem Kazukiego do dołączenia do mnie. Zgodził się bez zastanowienia i bardzo się ucieszył, gdy wjechaliśmy na 1000 m. Tym razem mogłem spojrzeć na jezioro za dnia, chociaż słońce prześwitujące przez chmury trochę raziło po oczach.
Mieliśmy długą drogę w dół. Po tajfunie zostało sporo liści i gałęzi na jezdni. Ktoś musiał z grubsza uprzątnąć ten bałagan, bo wczoraj podczas spaceru widziałem wiele zniszczeń. W każdym razie, zjazd nie był przyjemny, bo trzeba było uważać na śliskie liście i patyki, a rower na końcu i tak wyglądał tragicznie z błotem i liśćmi przylepionymi do ramy.
Zatrzymaliśmy się na stacji Michi-no-Eki Nijinoko, żeby coś zjeść. Przy okazji kupiłem bardzo tanie jabłka. To był znak, że znalazłem się w prefekturze Aomori, określanej jako owocowa prefektura.
Skończyła się droga przez las i trafiliśmy na drogi pełne aut. Do tego słońce zaczęło prażyć. Okazało się, że mój dzisiejszy cel – i właściwie cel całej mojej wyprawy – znajdował się na wspólnej drodze mojej i Kazukiego. Pojechaliśmy więc najpierw do miejsca mojego noclegu, abym mógł zostawić bagaż i przyczepkę, a potem ruszyliśmy w drogę. Były dwa miejsca, gdzie można zobaczyć tanbo āto, czyli sztukę na polu ryżowym. Pojechaliśmy do pierwszego, gdzie znajdowało się jedno pole ryżu przedstawiające morską wyprawę (symboliki nie jestem w stanie odczytać) oraz dwa inne obrazy ułożone z kolorowych kamieni. Oczywiście wjazd na wieżę widokową był płatny.
W oddali dostrzegłem rzęsisty deszcz, którego zacząłem się obawiać. Mimo to pojechaliśmy jeszcze w drugie miejsce, które znajdowało się zaraz za miejscowym ratuszem. Sam ratusz też niczego sobie, bo udawał zamek. Trochę się oszukałem, gdy próbowałem zrozumieć cennik. Okazało się, że wejście na wieżę to dodatkowa opłata, ale zupełnie nieopłacalna, bo widok na rysunek w ryżu był w pełni widoczny z tarasu obok wieży. Znów pojawił się motyw morski z potworem oraz wojownikiem.
Ostatnim moim punktem do odwiedzenia był zamek Hirosaki-jō. Był on w trakcie remontu, a właściwie to mury, na których powinien stać zamek. Został on tymczasowo przesunięty, ale wciąż dało się do niego wejść. Nie rozciągały się z niego żadne widoki, ale z platformy obok zamku można było zrobić mu zdjęcie na tle góry Iwaki. Wczesnym rankiem pewnie ładnie to wyglądało. Ja tymczasem musiałem wracać. Pożegnałem się z Kazukim, który zaplanował zatrzymać się w parku pod namiotem, i pojechałem prosto do domu gościnnego. Na szczęście żaden deszcz mnie nie złapał. Zachodzące słońce pięknie oświetlało krajobrazy na mojej drodze.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, ze znajomymi, Japonia / Akita, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Poranny market rybny

  74.91  04:50
Wstałem o piątej rano, aby pojechać z Ryosaku na rybny market. Było tam strasznie dużo ludzi i równie wiele stoisk z pysznym jedzeniem... głównie, bo można było znaleźć wszystko. Zjedliśmy śniadanie i musieliśmy wracać, bo się rozpadało.
Deszcz nie trwał długo, więc ruszyłem suchy. Jesień zaczyna być widoczna na krzewach, na polach ryżowych zaczęły się żniwa (chyba można tak określić zbiór ryżu). Trochę się martwiłem o to, czy uda mi się zobaczyć cel wyprawy po Tōhoku. Ale nie chciałem zapeszać i nie przejmowałem się tym za bardzo. Syciłem oczy pięknymi krajobrazami.
Droga pięła się bardzo łagodnie w górę. Niestety robiłem się głodny, a od opuszczenia Hachinohe nie trafiłem na żaden czynny sklep, o supermarkecie nie wspominając. Zaczęły się cięższe podjazdy, ale w samą porę trafiłem na jakiś postój z odrobiną jedzenia. Wziąłem onigiri (kulki ryżowe) i gruszkę. Wypatrzyłem jeszcze ciastka, ale okazało się, że w środku były cukierki. Moja nieznajomość języka kiedyś mnie zgubi.
Zjadłem przy stoliku mój posiłek, a w międzyczasie zostałem poczęstowany kawą od siedzących obok mnie Japończyków. Ruszyłem dalej i robiąc ostatnie podjazdy, a potem krótki zjazd, znalazłem się nad jeziorem Towada-ko. Z ciekawości zboczyłem z głównej drogi, aby wjechać na półwysep. Prawie nie było ruchu, ale musiałem zrobić dodatkowy podjazd. Przez drzewa prześwitywał turkusowy kolor jeziora. Wyglądało to pięknie. Jak w Polsce.
Dojechałem do punktu widokowego. Nieco zapomnianego, bo z tej drogi już prawie nikt nie korzysta. Nie byłem jednak sam. Po krótkiej sesji zdjęciowej pojechałem w dół do mojego hostelu.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Aomori, Japonia / Akita, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Towada-ko

  47.13  02:21
To nie koniec atrakcji na ten dzień. Chciałem okrążyć jezioro, więc już bez przyczepki i po posiłku ruszyłem na zachód.
Chmury na niebie zwiastowały coś niedobrego. Miałem więc nadzieję, że uda mi się wrócić przed deszczem. Nabrałem dobrego tempa, przynajmniej jak na początek. Zrobiłem parę zdjęć i zaczął się ciężki podjazd, na końcu którego znalazłem punkt widokowy i rozjazd. Widok był trochę przesłonięty przez drzewa, więc pozostało mi tylko kontynuowanie jazdy. Droga znów zaczęła się ciągnąć w górę, aż przekroczyłem 1000 m n.p.m. Pojawił się też kolejny punkt widokowy, jednak było zbyt ciemno, więc nie zobaczyłem z niego nic.
Obawiałem się, że będę miał jeszcze jakieś podjazdy dalej, chociaż zaryzykowałem, aby zamknąć szlak wokół jeziora. Aut minęło mnie raptem kilka. Przynajmniej żadne zwierzę nie wyskoczyło przede mnie. Nie jechało się najprzyjemniej, bo pojawiła się mgła i chłód. Musiałem wolno wchodzić w zakręty, aby nie wpaść w poślizg. Gdy w końcu zrobiło się płasko, a mgła została w tyle, mogłem przyspieszyć. Ostatni tunel na drodze i już byłem w hostelu. Wtedy zaczęło padać.
Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Akita, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Hachinohe

  112.80  06:00
Znów zebrałem się wcześnie rano. Akurat kończyłem śniadanie pod lokalnym konbini, gdy rozległ się sygnał alarmowy. Korea Północna znów wystrzeliła rakietę. Japończycy chyba już do tego przywykli, bo nikt się specjalnie tym nie przejął. Na razie, bo jeśli dojdzie do eksplozji rakiety nad terenami zamieszkałymi albo do testów broni jądrowej, które doprowadzą do skażenia większego niż elektrownia Fukushima, wtedy skończą się słowne potyczki.
Jechałem głównie drogą nr 4. Czasem udawało się po ulicy, gdy aut było mniej, chociaż najczęściej lądowałem na chodnikach, które były różnej jakości. W jakiejś wiosce trafiłem na podobny festiwal, co poprzedniego dnia w Morioce, ale tylko przyjrzałem się mu z daleka, bo gonił mnie czas.
W Ninohe miałem szczęście zobaczyć występ młodzieży z okazji innego festiwalu. Jako jedyny obcokrajowiec zwróciłem swoją uwagę i jeden z uczestników przedstawienia wymienił ze mną kilka zdań. Kilka ulic dalej trafiłem na karawan, ale nietypowy, bo znalazły się na nim wielkie penisy wyrzeźbione z drewna. Z efektami specjalnymi w postaci pary buchającej ze szczytu jednej z rzeźb. Sądząc po dekoracjach, jest to coś związanego z religią szintoistyczną.
Do Hachinohe dojechałem po zmroku. Temperatura spadła do 15 °C, ale na rowerze jest zawsze cieplej. Do ustalonego miejsca dojechałem w ostatniej chwili, chociaż i tak musiałem chwilę poczekać na Ryosaku, który był moim dzisiejszym gospodarzem. Zabrał mnie na wycieczkę autem po mieście, a potem poszliśmy zjeść lokalne specjały. Znalezienie parkingu nie było łatwe.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Iwate, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Yama-dera

  104.49  05:11
Wstałem wcześnie, bo miałem trochę planów na dzisiaj i kawałek drogi do przejechania. Było bardzo pochmurnie. Temperatura mogłaby być w porządku, gdyby nie wysoka wilgotność powietrza.
Na początek wybrałem się do zamku, a właściwie jego murów. Niestety nawet brama nie była oryginalna. Planowana jest dalsza odbudowa mająca na celu przywrócenie kompleksu do stanu z okresu Edo.
Potem było długo, długo nic, aż dojechałem do Yamadery, dzielnicy Yamagaty. Znajduje się tam świątynia o tej samej nazwie. Yama oznacza górę, a dera – świątynię, czyli świątynia na górze. Żeby się tam dostać, musiałem najpierw gdzieś zaparkować. Objechałem całe zabudowania i nic, wszystko dla aut. Zostawiłem rower pod dworcem kolejowym i poszedłem za turystami. Droga jest usłana tysiącem stopni w górę, ale co kilka metrów można się zatrzymać, aby odpocząć pod jedną z tysiąca kapliczek (około, bo nie liczyłem). Na górze odpocząłem, zrobiłem kilka fotografii i wróciłem na dół. Jesienią na pewno jest tam pięknie, chociaż dzień też trafił mi się nie najgorszy.
Zacząłem długi podjazd, który miał mnie szybko przeprowadzić na drugą stronę masywu górskiego. Nie zrobił tego jednak. Już wąski początek drogi i brak ruchu powinny były zwrócić moją uwagę. Po kilku kilometrach jazdy w górę trafiłem na całkowity zakaz wstępu. Droga piękna, wyremontowana, ale nie ważyłem się łamać przepisów. Zawróciłem.
Miałem tylko jedno wyjście. Stara krajówka wzdłuż drogi ekspresowej. Ta pierwsza biegła serpentyną w górę, druga – tunelem przez górę. Na szczęście byłem na lekko, więc jechało się łatwo i przyjemnie. Ruch był minimalny. Minęło mnie więcej motocyklów niż aut. Ze szczytu rozciągał się widok na doliny po jednej i po drugiej stronie. Zjazd serpentyną po nieznajomych drogach nie był trudny, chociaż na zakrętach obawiałem się spotkać kierowców. Do Sendai droga była dosyć nudna. Dużo aut, wąskie drogi, ponura aura, zmęczenie.
Kategoria góry i dużo podjazdów, setki i więcej, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Miyagi, Japonia / Yamagata, mikrowyprawa, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery