Przypadkiem trafiłem na drogę o mniejszym ruchu, bo wzdłuż rzeki biegły dwie. Niestety ceną było więcej podjazdów. W połowie dystansu do miasta skończyła się wygoda i została tylko jedna droga. Trafiłem nawet na tunel z zakazem wjazdu rowerem. Dziwiły mnie znaki prowadzące do Osaki na północ, ale potem się okazało się, że to wioska leżąca po drodze. Deszcz pod koniec wycieczki zmalał, a na obrzeżach Takayamy wyjrzało słońce.
Po podjeździe przyszła pora na zjazd i byłem prawie w domu. Zatrzymałem się jedynie na lunch i gdy wyszedłem ze sklepu, przechodzień zauważył kapcia w moim kole. Po raz kolejny odkleiła się łatka. Gdy tylko dojechałem do hostelu, wyszedłem do sklepu rowerowego po prawdziwy zestaw łatek i nową dętkę. No bo ile można?
