Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Góra Zaō

  113.00  06:18
Wczoraj wybrałem się na ostatni tego lata pokaz sztucznych ogni, a dzisiaj wyruszyłem na długą wycieczkę. Aki zaproponowała mi odwiedziny wulkanu Zaō oraz „pobliskiej” świątyni. Trochę to nie wyszło, ale wszystko od początku.
Dzień zapowiadał się upalnie. Leniwie wyszedłem i niespiesznie pojechałem na południe, żeby wydostać się z miasta. Słońce piekło skwarem, a kilometry powoli wskakiwały na licznik. Trafiłem na kilka dróg, które kojarzyłem z kwietnia, i kilka, których nie znałem. No cóż, za mało miałem okazji do jazdy poza miasto.
Gdy znalazłem się w miasteczku Zaō, dojrzałem mój cel. Nie cieszyłem się za bardzo, bo szczyt był spowity gęstymi chmurami. Mimo to kontynuowałem jazdę w jego kierunku. Duża liczba aut na drodze nie bawiła, ale dodałem sobie trochę zabawy później, gdy pojechałem złą drogą. Najpierw zadziwił mnie mały ruch, a po dojechaniu do zabudowań, gdy skręciłem na drogę, która prowadziła mnie na mapie, ruch był prawie żaden. Widziałem dziesiątki znaków, które wyglądały jak te, które mnie zawsze ostrzegały przed ślepą uliczką. Mimo to jechałem dalej, bo tych kilka aut, które mnie minęło, musiało dokądś zmierzać.
Dojechałem do momentu, gdy droga... zaczęła zmierzać w dół. Niestety ten cały trud wspinaczki musiałem powtórzyć. No, może nie cały, bo kilkaset metrów, ale i tak czekało mnie trochę więcej drogi w górę. Gdy znalazłem się na krajowej dwunastce, którą powinienem był jechać od samego początku, wrócił ruch, ale już mniejszy i zazwyczaj auta jechały grupami.
Krajobraz zmieniał się nieustannie. Na wysokości 1000 m n.p.m. szata roślinna zmieniła się z wysokich drzew na krzewy i trawy, a gdzieniegdzie między zielenią widoczne były skały wulkaniczne. 300 metrów wyżej wjechałem w mgłę albo w chmury, bo widoczność zaczęła się pogarszać i temperatura spadła o 10 stopni.
Minąłem kilka atrakcji, takich jak świątynia buddyjska czy widok na skalisty stok górski, który przypominał niejeden z Islandii. Była nawet toaleta z wodą (ale wyjątkowo z ostrzeżeniem, że nie była niezdatna do picia). W końcu dojechałem do miejsca, gdzie zaczynała się... droga ekspresowa. Tak, aby wjechać na szczyt trzeba zapłacić. Są bowiem dwie możliwości wstępu na szczyt – płatną drogą oraz kolejką linową (też płatną). Możliwe, że da się wejść jakimś szlakiem, ale nie mogłem znaleźć tego, który widziałem na widoku satelitarnym przed wyjazdem. Przez mgłę i tak było już ciemno i zimno (temperatura spadła do 10 °C), więc nie było mowy o zwiedzaniu. Pocieszeniem był wjazd na 1600 m n.p.m. Chyba najwyższy punkt, na jaki wjechałem w Japonii do tej pory. Aż złapałem zadyszkę przez rozrzedzone powietrze.
Nie chciałem wracać tą samą drogą do domu, więc skierowałem się do Yamagaty po drugiej stronie góry. Jechałem bardzo wolno, bo nie przemyślałem dzisiejszego wyjazdu i temperatura odczuwalna wynosiła ok. 5 °C. Do tego zapomniałem wymienić baterię w latarce i jechałem, świecąc oczami. Mniej więcej po setnym zakręcie tej długiej serpentyny zrobiło się cieplej i przestałem się telepać z zimna. Dłonie miałem już drętwe od trzymania hamulców.
Znalazłem sklep, a byłem wtedy strasznie głodny. Zmieniłem plany, bo bez światła i ciepłych ubrań nie zajechałbym daleko. Odszukałem najtańszy nocleg w mieście i zostałem tam na noc z nadzieją, że następny dzień będzie pogodny.
Do kolekcji dorzucam jeszcze parę zdjęć z wczorajszego pokazu.

Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Miyagi, Japonia / Yamagata, mikrowyprawa, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Daikannon

  27.19  01:45
Kusił mnie od dawna i w końcu zdecydowałem się podjechać bliżej. Daikannon jest najwyższą na świecie statuą przedstawiającą Guanyin trzymającą diament i najwyższą statuą bogini w Japonii. 100-metrowa konstrukcja z betonu i stali widoczna jest z wielu miejsc w Sendai.
Dojazd na miejsce nie był łatwy, bo chciałem ominąć główne drogi i mocno błądziłem po osiedlach. Zostawiłem rower pod obiektem i wjechałem windą na sam szczyt... który szczytem nie jest. Zaledwie 4 zamknięte okienka pozwalają wyjrzeć na zewnątrz z wysokości ¾ statui. Wrażenie robią schody, po których prowadzi droga powrotna na dół. Na każdym z jedenastu pięter można zobaczyć kapliczki. Podobno droga na górę po schodach jest rodzajem pielgrzymki. Ja się wynudziłem, schodząc w dół i byłem zniesmaczony brakiem widoków. Oczekiwania kontra rzeczywistość. No ale jest to obiekt religijny, więc oczekiwania powinny być inne.
Chciałem pojechać jeszcze do dzielnicy bogatych, aby obejrzeć jak się żyje na powierzchni większej niż 50 m², ale straciłem zainteresowanie po wizycie w Daikannonie. Pojechałem do centrum miasta, mijając kilka ciekawszych punktów widokowych, a potem wróciłem do domu.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Fukuura-jima

  67.87  03:35
Spróbowałem ponownie, tym razem w innym kierunku. Pojechałem do miasta Matsushima, gdzie byłem w kwietniu. Chciałem odwiedzić wyspę, na którą wstęp był płatny i która mnie zaciekawiła.
Na początek skierowałem się do miasta Shiogama, bo podobno można tam zobaczyć kolorowe łodzie. Teoretycznie tylko podczas festiwalu portowego, ale zapewniono mnie, że możliwe jest spotkanie samotnych jednostek również poza tym okresem. Przez remont nie mogłem dostać się do nadbrzeża, gdzie wydarzenie się odbywało, a z daleka nic nie widziałem przez zabudowę, tak że nic nie zobaczyłem.
W drodze do Matsushimy skusił mnie znak kierujący do drogi z panoramą na miasteczko. Długa i kręta, obrośnięta drzewami droga na szczęście doprowadziła mnie do atrakcji, ale i tam drzewa powoli zaczynają zasłaniać widoki. Klimat w Japonii jest tak sprzyjający wegetacji roślin, że cokolwiek zostawione w niepamięć szybko zostaje odebrane przez prawowitego właściciela – naturę.
Gdy dojechałem do celu, byłem bardzo głodny. Zrobiłem szybki spacer po centrum w poszukiwaniu restauracji. Jedyne znalezione miejsca miały ceny 50% wyższe w porównaniu do innych miast. Wszystko przez sławę Matsushimy, a dokładnie grupy wysp o takiej samej nazwie. Odwiedzona przeze mnie restauracja wyglądała bardziej jak polski bar z prowincji, tylko w azjatyckim stylu. Sashimi, które zamówiłem nie wyróżniało się niczym szczególnym.
Na wyspie Fukuura-jima było zaledwie kilku turystów. Szlak wokół wyspy doprowadził mnie do kilku widoków, ale roślinność zdążyła niektóre zasłonić. Mimo że to największa wyspa w tym archipelagu, zwiedzenie jej zajęło niewiele czasu. Odwiedziłem jeszcze sklep z pamiątkami i wróciłem do domu, wybierając nieznane drogi.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Jōgi Nyorai Saihō-ji

  63.16  03:29
Z powodu tajfunów zrobiło się mało ciekawie i nie mogłem się wyrwać na dłuższą wycieczkę aż do dzisiaj. Wybrałem na mapie jakiś punkt, którym okazała się świątynia z jedyną drogą dojazdową. Całość znajduje się w górach i na dodatek w mieście Sendai, w którym się obecnie znajduję (jego granice są dość rozległe).
Jadąc w kierunku zachodnim, trafiłem na chram Ōsaki Hachiman-gū, a potem jeszcze skusiły mnie długie schody do świątyni buddyjskiej. Na pobliskim wzgórzu zobaczyłem siedzącego Buddę, ale nie chciał się do mnie odwrócić. Minąłem kilka znaków ostrzegających przed niedźwiedziami. Drogi były puste, więc to ostrzeżenie nabierało znaczenia. Miśka można wtedy spotkać na każdym zakręcie, a tych z kolei trochę było. Wszak góry.
Po wąskich drogach dostałem się na miejsce. Zaparkowałem na pustym parkingu i ruszyłem zwiedzać cały obiekt. Składa się na niego kilka budynków, w tym stara świątynia, która stała się zbyt mała, aby pomieścić wiernych na tym odizolowanym od świata miejscu (widocznie odległość w buddyzmie nie ma znaczenia). W nowej świątyni zaczepił mnie mnich, który wezwał głównego kapłana umiejącego posługiwać się językiem angielskim. Porozmawialiśmy chwilę o świątyni i o mojej wizycie w Japonii, ale musiałem uciekać, bo martwiły mnie ciężkie chmury.
Droga powrotna nie była prosta. Za mocno pociągnąłem lewą manetkę, przez co zablokowała się w pozycji 30–40° i nie szło jej ruszyć. Działał tylko hamulec. Dobrze przynajmniej, że łańcuch utknął na małej zębatce, bo miałem przed sobą kilka podjazdów. Chciałem wrócić do domu inną drogą, więc przejechałem przez jakieś góry i w dolinie złapała mnie mżawka. Miałem blisko do domu, więc nie zmokłem. Niedźwiedzia też żadnego nie spotkałem.
W minioną niedzielę wybrałem się na festiwal tanabata. Jest to ogólnojapońskie wydarzenie, ale Sendai jest jednym z kilku miast, w których ten festiwal ma większe znaczenie. Zdjęcia załączam na końcu galerii.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Gujō Hachiman-jō

  138.88  06:53
Gujō miałem w planach już 2 miesiące temu, ale wtedy wypadło na Gero. Dzisiaj sprzyjała pogoda i miałem blisko, dlatego wybrałem się na dłuższą wycieczkę w góry.
Z tą sprzyjającą pogodą to nie do końca dobre określenie. Nie padało, ale termometr w cieniu pokazywał 38 °C, a w słońcu nawet 49. Jazda w cieniu była obowiązkowa. Dlatego na północ pojechałem w cieniu drogi ekspresowej (z jakiegoś powodu większość dróg ekspresowych w Japonii znajduje się kilkadziesiąt metrów nad ziemią). Chciałem ochłodzić się również w tunelu, ale okazało się, że jest zakaz wjazdu rowerem. Musiałem objechać górę i wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że poruszałem się po drogach, które dwa dni wcześniej widziałem ze szczytu zamku.
Dotarłem do doliny. Wzdłuż rzeki Hida-gawa biegły dwie drogi. Jedna była zatłoczona, druga stara, zapomniana, ale wciąż przejezdna. Wybrałem oczywiście tę drugą. Jako bonus dostałem mnóstwo cienia. W jednym miejscu nawet natrafiłem na grupę makaków. Po raz pierwszy widziałem je na wolności, ale były bardzo nieśmiałe i nie pozwoliły się uchwycić na zdjęciu.
Dotarłem do Gujō, spotkałem trochę obcokrajowców, spróbowałem dojechać do zamku. Po raz kolejny znajdował się na górze, ale tym razem możliwy był dojazd drogą. Niestety organizacja ruchu została tak zrobiona, że musiałem zostawić rower na parkingu i przejść się. Podjechałbym pod zamek, gdybym tylko skręcił w odpowiednim momencie. Nie chciałem jechać pod prąd, bo było za wąsko, a zawracać też nie miałem ochoty, bo byłem w połowie podjazdu. Widoki nie były jakieś powalające, a i cena za wstęp wyższa niż w Gifu. Do tego zbliżał się wieczór, więc zrezygnowałem z odwiedzin zamku. Zjechałem do centrum miasteczka, przejechałem się po reprezentatywnych ulicach i zatrzymałem w restauracji, żeby zjeść węgorza na ryżu (unadon), wakacyjny przysmak w Japonii.
Do domu chciałem pojechać nieco dłuższą drogą przez miasteczko Yamagata, ale zapomniałem wziąć ze sobą tylne światło, a i z przodu bateria była na wyczerpaniu, więc nie mogłem tracić czasu. Pojechałem tą samą drogą, wybierając dla uatrakcyjnienia podróży drogę po drugiej stronie rzeki. Ruch dziwnym trafem znikł, więc miałem znów drogę tylko dla siebie. Dopiero po zmroku zaczęły się kłopoty. Dojechałem do zabudowań. Nie przy wszystkich ulicach stały lampy, a światła reflektorów oślepiały mnie, więc musiałem często jechać bardzo wolno po chodnikach, żeby nie wpaść na krawężnik lub na poprzeczną nierówność. Jakoś się udało i dotarłem do domu w jednym kawałku i bez mandatu. Zresztą rowerzystów bez świateł jeździ tutaj tylu, co w Polsce.

Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Aichi, Japonia / Gifu, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Park Narodowy Ise-Shima

  106.18  05:59
Dzień rozpoczął się upałem. Wygląda na to, że japońskie lato się zaczęło. Pory deszczowej w tym roku jakoś tak nie było. Już kilka osób mówiło mi, że z roku na rok pora deszczowa robi się coraz dziwniejsza. Klimat na świecie się zmienia na naszych oczach.
Chociaż mogłem pojechać do Ise po „prostej” (z paroma górami), to jednak chciałem zobaczyć więcej i dlatego wybrałem się dookoła Parku Narodowego Ise-Shima. Tunele były oczywiście najlepszą atrakcją ze względu na przyjemną temperaturę, jaka w nich panowała.
Słoneczny dzień odbierał urok dzisiejszej wycieczce. Do Shimy prawie się nie zatrzymywałem. No, chyba że nie mogłem wytrzymać i potrzebowałem cienia. Potem wpadłem na pomysł, żeby szybko pojechać na południowo-wschodni kraniec półwyspu. Ale nie dalej, bo z mapy znalezionej poprzedniego wieczora dowiedziałem się, że nie ma żadnych oznaczonych atrakcji w tamtym rejonie. Można spróbować pojechać gdzieś dalej o wschodzie lub o zachodzie słońca, aby uchwycić piękne kolory i krajobrazy, ale ja nie miałem takich możliwości.
Ruch na drogach był strasznie duży. Było to o tyle dziwne, że to jest kraniec Japonii, a mimo to aut było pełno niczym w Kyōto lub w Ōsace. Dojechałem do punktu widokowego na brzegu oceanu, odpocząłem w cieniu i pojechałem na północ. Znalazłem kilka bocznych dróg, żeby uniknąć jazdy wśród aut i jeden wał przeciwpowodziowy wzdłuż plaży pełnej surferów. Przypadkiem trafiłem na drogę dla rowerów w środku lasu, ale taką dziwną, bo i tak jeździły po niej auta.
Wieczór zbliżał się szybkimi krokami. Chcąc skrócić sobie drogę, wybrałem Drogę Perłową. Wyglądała niczym te autostrady po środku niczego, które spotkałem już kilka razy w Japonii. Tym razem miałem szczęście i mogłem na nią wjechać. Było nawet ładnie, a przede wszystkim dużo drzew i cienia. Wieczór zastał mnie w miasteczku Toba, a noc w Ise. Miałem niewielki dystans do pokonania do celu, którym było miejsce spotkania z kolejnym Couchsurferem. Niespodzianką okazało się to, że umówiliśmy się w środku festiwalu z pokazem sztucznych ogni, które są organizowane w Japonii z okazji nadejścia lata. Czyli to już oficjalne otwarcie upałów. Chociaż ja różnicy nie zauważyłem żadnej, bo pory deszczowej prawie nie było.
Martwiłem się, że coś pójdzie nie tak, ale Abhi przyjechał pickupem. Udało mu się uprosić policjanta, żeby mógł zabrać mnie na pakę, bo nie było miejsca do zatrzymania. A potem pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów dalej do jego domu. Abhi jest 60-letnim Francuzem, który przez całe swoje życie podróżował w jakimś celu. Mieszkał w wielu miejscach na świecie, ale nigdy nie podróżował dla rozrywki. Zawsze miał cel. W Japonii zapragnął otworzyć miejsce dla podróżników, którzy mieliby się gdzie zatrzymać. Jego spirytystyczne podejście do życia było bardzo fascynujące.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Mie, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Minami-Ise

  116.36  06:44
Dzisiejsza trasa była odrobinę szalona, bo musiałem dostać się w kilka godzin do oddalonego o 100 km miasteczka. Oczywiście nie wszystko szło tak, jakbym sobie tego życzył.
Już od rana były problemy, bo znów miałem kapcia w przednim kole. Ale tylko dopompowałem powietrza i tyle ze mnie. Potem musiałem co 10 km powtarzać procedurę, ale to nic w porównaniu z resztą problemów. Długim tunelem przedostałem się do miasta Owase, skąd miałem dalej jechać wzdłuż wybrzeża. Niebo pokrywały deszczowe chmury i nawet przez kilkanaście minut popadało. Pojechałem jednak zgodnie z planem i skończyłem na ślepej drodze, która istniała tylko na mapie. Może gdybym rozumiał japoński, to wiedziałbym co mówią znaki drogowe. W każdym razie, musiałem się odrobinę zawrócić i na skrzyżowaniu pojechać drogą pod górę. Nic to jednak nie dało, bo na kolejnym skrzyżowaniu zrobiłem szybki spacer orientacyjny i docierałem tylko do kończących się dróg. Ostatecznie wybrałem drogę, która doprowadziła mnie z powrotem do miasta. Minąłem przy tym setki drzew z pomarańczami.
Chcąc skrócić sobie drogę, wybrałem jakiś stary asfalt, który miał być zakończony tunelem. Z początku było nieźle, ale już w momencie, gdy droga zmieniła nawierzchnię na żwirową powinienem był zawrócić. Mimo to uparcie jechałem pod górę, aż trafiłem na blokadę, a za blokadą... urwany most. Nijak nie mogłem się przedostać, więc cały wysiłek poszedł na marne. Musiałem zawrócić po raz kolejny i w końcu wjechać na drogę krajową, gdzie ruch samochodowy informował mnie, że tamtędy ta się pojechać. Miałbym niespodziankę, gdyby tunel okazał się zamknięty dla rowerów, ale na szczęście tak nie było.
Potem już nie miałem zbyt wielu przygód. Ot, kilka tuneli, w tym jeden z zakazem wjazdu rowerem, w innym tunelu wpadłem w poślizg, bo jechałem zbyt blisko lewej krawędzi. Zadziałał system antywypadkowy i odczepiła się przyczepka. W jeszcze innym tunelu było tak brudno, że całe nogi miałem czarne, nie wspominając o rowerze i sakwach. A po wyjechaniu z jeszcze innego tunelu przebiłem przednią oponę tak, że już nie działała metoda dopompowania co 10 km. Musiałem wymienić dętkę.
Dojechałem do mojego celu. Oczywiście spóźniony przez dzisiejsze problemy orientacyjne oraz techniczne. Pensjonat przeznaczony dla kobiet, ale właścicielka zrobiła wyjątek. Pewnie dlatego, że nie było gości – miałem po raz kolejny cały budynek tylko dla siebie. Takie proste życie wiedzie się na wsi.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, setki i więcej, kraje / Japonia, terenowe, z sakwami, za granicą, Japonia / Mie, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kumano Kodō

  49.30  02:55
Na dzisiaj zaplanowałem bardzo krótki odcinek po prostej, ale ze względu na niemożliwość jazdy po autostradzie ani po torach, musiałem wybrać bardziej krętą i górzystą drogę. Pogoda wyjątkowo sprzyjała, bo pojawiła się mgła. A może to były chmury?
Kumano Kodō jest zbiorem pradawnych szlaków pielgrzymkowych, które przecinały Półwysep Kii. Dzisiejsza wycieczka przypominała mi o tym na każdym kroku poprzez znaki drogowe kierujące do przeróżnych punktów na tym szlaku. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na zboczenie z drogi, bo postojów byłoby za dużo. Myślę, że warto jednak wybrać się pieszo na wyprawę w te okolice. Z rowerem byłoby ciężko, o czym przekonałem się przedwczoraj.
Poza wieloma zakrętami i podjazdami było też sporo tuneli. Najstarsze datowane na lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Ile to pracy musieli włożyć, żeby przekopać się przez taką górę. Wrażenie robią również drogi prowadzące po zboczach gór, bo częstym widokiem jest wielka, zacementowana ściana od strony góry. Po kilku miesiącach spędzonych w Japonii jest to już codzienność, ale wciąż robi wrażenie, gdy spojrzeć na skalę, z jaką przekształcono Japonię, aby żyło się wygodniej i bezpieczniej.
Dzisiaj zaczęły się problemy z przednim kołem. Z wolna zaczęło uchodzić z niego powietrze. Ponieważ działo się to bardzo wolno, to nie przejmowałem się. Dopompowałem od czasu do czasu trochę powietrza i mogłem jechać dalej. Na jednym zakręcie stało się coś dziwnego. Chciałem zwolnić, bo wszedłem w niego ze zbyt dużą prędkością, ale przyczepka popchnęła mnie i niskie ciśnienie z przodu spowodowało, że się zachwiałem. Pęd trzeciego koła wyrzucił je na środek jezdni. Zadziałało zabezpieczenie i przyczepka odpięła się, a ja bezpiecznie wyhamowałem. Takiej dawki adrenaliny dawno nie dostałem. Jak to dobrze, że te drogi są puste i nic za mną nie jechało.
Po osiągnięciu mojego celu, wioski Kuki, powietrze zeszło całkowicie. Odnalazłem pensjonat na dzisiejszy dzień, oczywiście cały tylko dla mnie i spróbowałem załatać dziurę. Znalezienie jej było wyjątkowo trudne, bo otwór był niewielki i wyglądał bardziej jak defekt dętki. Niestety miałem trudności z przyklejeniem łatki, bo dętka była pokryta tłustym talkiem. Wytarłem klejone miejsce, ale i tak łatka odeszła po przyklejeniu. Przykleiłem już wiele łatek, ale takich trudności nigdy nie miałem. No, pomijając te beznadziejne samoprzylepne łatki, z którymi męczyłem się na początku mojej podróży. Użyłem kleju po raz drugi i całość jakoś się związała. Pozostawała nadzieja, że to wytrzyma.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Mie, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Droga donikąd

  62.94  03:35
Zapowiadało się na deszcz, ale i tak było duszno. Chciałem więc przejechać jak najdalej. Nie chciałem wracać drogą z ograniczeniami w ruchu, więc pojechałem w przeciwną stronę. Nie był to najlepszy wybór.
Na mapie znalazłem bardzo ładny odcinek drogi wzdłuż rzeki. Z początku nie wyglądał najlepiej, ale dałem mu szansę. Stary asfalt przysypany liśćmi, do tego odrobinę podjazdu. Było ślisko, ale dostałem się na zbocze i miałem w dół do rzeki. Tylko co to było? Mogłem już wtedy zawrócić, ale nie, uparłem się. Nie mogłem jechać, więc prowadziłem rower. Korzenie i luźne kamienie przeszkadzały nawet w przemieszczaniu się pieszo. Ale i tak szedłem. Pokonałem tak z kilometr, aż dostałem się do rzeki. Tam droga wiodła dalej po wale rzecznym. Tylko ciężko to nazwać drogą. Na mapie oznaczona jako droga drugorzędna, a tam człowiek ledwo może przejść. Zostawiłem rower i poszedłem sprawdzić jak to dalej wygląda. Nic dobrego, bo było widać ślady żywiołu, który kilka miesięcy albo tygodni wcześniej wraz z masami wody porywał drzewa i luźny materiał, blokując przejścia. Murowany wał nadrzeczny był w kiepskim stanie. Kombinowałem jak go pokonać, usuwałem drobne przeszkody, aż wreszcie podjąłem właściwą decyzję – powrót. Nie wiem, co mnie czekało w dole rzeki, bo widziałem rybaka, który na pewno nie dostał się od mojej strony. Może byłem blisko cywilizacji, ale byłem wystarczająco wykończony, a czekała mnie jeszcze wspinaczka na górę. Było ciężko, pot się lał ze mnie niby litrami, bo ubrania miałem mokre jakbym wyszedł z wody. Buty ślizgały się, ręce bolały od ciągnięcia roweru. Wreszcie powróciłem do cywilizacji i nie miałem sił na nic.
Dalsza droga okazała się w miarę prosta, bo dużo zjazdu w dół. Zatrzymałem się przy kilku maszynach z napojami, bo zużyłem całą wodę na niefortunnej wspinaczce. Został jeszcze jeden długi podjazd i akurat wtedy pokazało się słońce. Było gorąco jak diabli. Ubrania nie zdążyły wyschnąć, a tu znowu pot ciekł ciurkiem. Japonia kiedyś mnie wykończy.
Dotarłem do miasta, nawet znalazłem pierwszy od dwóch dni konbini (coś jak nasza Żabka). Chciałem odpocząć, ale czas mi nie pozwalał. Zjadłem szybko zimny makaron, który jest super popularny latem i pojechałem dalej, omijając wyspy kuszące na mapie. Nie przepuściłem okazji, aby zobaczyć skały Hashi-Gui-iwa. Skusiła mnie brama torii na pobliskiej wyspie, a ponieważ był odpływ, mogłem się tam dostać spacerem. Znalazłem tam niewielką kapliczkę i w sumie tyle. Wróciłem do kręcenia korbą.
Całą drogę do miasteczka Taiji pokonałem prawie bez zatrzymania. Niestety nie zwróciłem uwagi, że słońce opaliło mi połowę twarzy i po dotarciu do celu nie wyglądałem najlepiej. Znalazłem jeszcze jedno konbini i z zakupami udałem się do pensjonatu. Dowiedziałem się, że byłem pierwszym gościem, bo dopiero otworzyli to miejsce. Różnica temperatury i wilgotności powietrza między klimatyzowanym pokojem i resztą domu była ogromna. Zupełnie jakby z pokoju wejść do sauny. Do tego znów miałem cały budynek tylko dla siebie. Choć ciężko jest znaleźć nocleg w tej części Japonii, to jednak nie ma dużej popularności wśród turystów.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Wakayama, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

W górach, gdzie internetu brak

  58.68  03:22
Dzień zaczął się upałem, a ja miałem zaplanowany odcinek górski. Nie zapowiadało się to dobrze. Do tego pojawiły się cykady. Z daleka są niegroźne, ale z bliska? Ogłuchnąć można.
Objechałem Shirahamę po linii brzegowej. Można tam zobaczyć mnóstwo formacji skalnych. I to w sumie tyle atrakcji na dzisiaj. Pojawiło się kilka podjazdów, jeszcze więcej słońca, a i palmy coraz gęściej obsiane. Tylko gdzie są kokosy?
Zacząłem długi podjazd. Nie był na szczęście stromy. Niebo zachmurzyło się i od czasu do czasu grzmiało. Domyślałem się, że czeka mnie prysznic. A na drodze jeszcze blokada z powodu remontu. Droga zamykana na pół dnia i otwierana tylko raz na półtorej godziny. Miałem to szczęście, że przyjechałem tylko kwadrans przed otwarciem. Dalej było jeszcze ciekawiej, bo droga zwęziła się do szerokości japońskiego auta. Ale przy zerowym ruchu to nie przeszkadza. Tam nawet w tunelach wyłączają światła, bo nie miałyby dla kogo świecić.
Oczywiście zaczęło padać, ale byłem prawie na miejscu. Zaniepokojony pogodą właściciel wyjechał mi naprzeciw autem, a potem doprowadził do celu. Zatrzymałem się dzisiaj w domu gościnnym wynajętym przez Airbnb. Byłem jedynym gościem, więc miałem ciszę i całą przestrzeń dla siebie. Tylko brakowało internetu. Po kontakcie z właścicielem przez telefon publiczny udało się odnaleźć przyczynę. Ręcznie zapisane hasło było trudne do rozszyfrowania, a do tego moja sieć komórkowa nie działała z powodu awarii stacji nadawczej – podobno po uderzeniu pioruna.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Wakayama, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery