Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Trochę deszczu i ulewa

  113.41  06:35
Kolejny dzień podróży wokół półwyspu Kii. Jego dużym plusem jest znikomy ruch. Cała droga raz na kilka minut jest tylko moja. Na dzisiaj zaplanowałem dłuższy odcinek, ale szło mi strasznie wolno po tak długiej przerwie od roweru. Przynajmniej pogoda była pobłażliwa... z rana.
Wyjeżdżając z Wakayamy, dostrzegłem na zboczu świątynię na wysokich fundamentach. Musiałem się tam zatrzymać, a i bilet miał przystępną cenę. Nie to, co w Kyōto. Wdrapałem się na szczyt placu świątynnego i okazało się, że w pawilonie, który zwrócił moją uwagę, stoi złoty posąg Buddy. Wstęp na taras widokowy był dodatkowo płatny, ale już wiedziałem, że widoki nie powalają, więc nie wchodziłem tam. Świątynia jest popularna dzięki temu, że kwiaty wiśni zaczynają tam kwitnąć dużo wcześniej niż w okolicy.
Prognoza pogody zapowiadała grzmoty i tak też było. Ciężkie chmury przesuwały się po niebie, dając o sobie znać od czasu do czasu, grzmiąc w oddali. Jednak po pewnym czasie zaczęło padać. Lekki deszcz orzeźwiał na tyle, że nie zakładałem kurtki. Po co zresztą, jak było gorąco? Czasami nie wiedziałem, czy po twarzy płynęły krople słonego deszczu czy potu.
Deszcz ustał. Do wieczora jechało się przyjemnie, póki znów nie zaczęło padać. Padało już bez końca. Dojechałem do Shirahamy. Myślałem, że będę spóźniony, ale Mitsy, u której miałem się zatrzymać, wracała autem i spotkała mnie po drodze. Nie musiałem więc jechać w umówione miejsce. Ruszyłem za nią do domu. Poznałem jej rodzinę, zjedliśmy wspólnie kolację. Mitsy spędziła kilka lat w Stanach i Kanadzie, więc jej angielski był na wysokim poziomie. Odwiedziła łącznie 23 kraje i stwierdziła, że pomysł Staniego, którego poznałem wczoraj, jest szalony.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Wakayama, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kōbe

  80.05  04:44
Jak co roku, tak i dzisiaj zorganizowałem swoje urodziny na rowerze. Wybrałem miasto, które uśmiechało się na mapie od dawna. Nie spodziewałem się, że nie był to dobry pomysł.
Już od początku było słabo. Zabłądziłem w Ōsace, gdy próbowałem dojechać do nadbrzeża wzdłuż rzeki Yodo-gawa. Ōsaka nie ma normalnej linii brzegowej z oceanem. Jest to raczej szereg sztucznych półwyspów połączonych nielicznymi mostami. Musiałem wrócić do głównej drogi pod autostradą (autostrady w miastach biegną najczęściej wysoko po wiaduktach), bo nie mogłem się z jednego takiego półwyspu wydostać.
Ogólnie jazda tamtędy to nuda. Dużo terenów przemysłowych, brak ciekawych widoków. Udało mi się zjechać bliżej brzegu, to mogłem powdychać trochę zapachu ryb i wody. Nie są to najprzyjemniejsze zapachy, ale lepsze to niż chemia przemysłowa.
Znak uliczny pokierował mnie do jakiejś atrakcji, którą była latarnia. Nie mogłem jej dostrzec na horyzoncie, więc jechałem i jechałem, aż wyskoczył do mnie strażnik i musiałem zawrócić, bo wjechałem na jakąś prywatną wyspę. Podczas powrotu zauważyłem ją. Ledwie widoczną, kilkumetrową, drewnianą konstrukcję, która dawno zapomniała jak wygląda ocean, bo ląd wysunął się daleko w kierunku wody.
Jechałem po drogach i po chodnikach. Te drugie były zasypane ludźmi. Trafił się nawet jeden taki, co wystawił pięść z zamiarem uderzenia mnie, bo uważał się za pana i władcę dróg. Wyglądał na obcokrajowca. Jechał bez ładu i składu. Niestety Japońskim rowerzystom też brakuje dyscypliny. Ludzie są tutaj samolubni, ale najwidoczniej Japończykom to nie przeszkadza, więc przyjezdni muszą się nauczyć żyć w tej komórce społecznej z jej wszystkimi niedoskonałościami.
Dojechałem do Kōbe. Nie wiedziałem jednak dokąd mogę się udać. Planu miasta nie spotkałem dopóki nie dotarłem do dworca kolejowego, a i to jakiś taki lokalny obszar można było z niego wyczytać. Na szczęście po angielsku, więc coś mogłem zrozumieć. Pojechałem w kierunku jakiegoś ogrodu, bo mi się pomyliło, że jest tam park linowy, a była to kolejka linowa na szczyt góry. Pewnie rozciągał się stamtąd nie najgorszy widok, bo już ze wzgórza, na które się wtoczyłem, można było gdzieniegdzie dojrzeć panoramę miasta i portu.
Zniechęciłem się do dalszego zwiedzania i skręciłem do Ōsaki, ale chciałem zobaczyć jeszcze jakieś widoki, więc trzymałem się wzniesień. Było nawet ciekawie, bo droga osiedlowa o niewielkim ruchu. Tylko te skrzyżowania równorzędne na uliczkach szerokości dwóch metrów były szaleństwem. Jeszcze jak dodać do tego japońską samolubność, to można sobie krzywdę zrobić. Zostało mi kilka rys na nogach przez kilku Japończyków, którzy zatrzymali się bez powodu przede mną albo zablokowali mi drogę. Trzeba się przyzwyczaić, nie ma wyjścia.
Wyczerpała mi się bateria w nawigacji, więc miałem nieplanowane poszukiwanie sklepu, bo byłem „na lekko”. Chociaż wycieczka była krótka, to zajęła mi cały dzień. Chciałem jeszcze odwiedzić Nambę, żeby porobić nocne zdjęcia, a potem wyjść gdzieś, ale było tak późno, że sobie darowałem. Obfotografowałem jedynie miasto znad rzeki, wzdłuż której jechałem rano. I to było tyle.
Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Ōsaka, Japonia / Hyōgo, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kōya-san

  118.31  05:58
Pomysł na tę wycieczkę podrzucił mi pewien Couchsurfer z Wakayamy. Jako że zatrzymałem się u Nikity na 2 dni, to wybrałem się na lekko do rekomendowanej miejscowości.
Wpierw musiałem się dostać do miasta Iwade, skąd miał się rozpocząć właściwy podjazd. Pojechałem szlakiem R-1, który wczoraj zgubiłem. Jak się okazało, szlak R-1 biegł z jednej strony rzeki, a R-2 z drugiej. Zabrakło normalnych znaków, bo te na jezdni prowadziły objazdem do przejścia dla pieszych, coby rowerzysta nie pomyślał o przejechaniu skrzyżowania jak normalny uczestnik ruchu.
Wzdłuż rzeki jechało się bardzo przyjemnie, ale musiałem zacząć podjazd. Po szybkim uzupełnieniu zapasów na drogę ruszyłem do góry. Ruch był niewielki, wręcz znikomy jak na Japonię, a wszak droga krajowa ma numer 3. Plan dzisiejszej podróży wytyczyłem dzięki serwisowi gpsies.com, który czasem jest pomocny, gdy trzeba wybrać drogę o najwygodniejszym profilu wysokości. Tym razem ktoś zaszalał, bo pokierowali mnie na boczną drogę. Wyglądała na niezamieszkaną, nawet ostrzeżenia o niedźwiedziach utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Nagle pojawiły się domy. Niektóre wciąż zamieszkałe, co można poznać po zaparkowanych autach. Szkoda tylko, że droga się skończyła. Próbowałem kilku starych szlaków, ale im głębiej w las, tym były bardziej nieprzejezdne. Aż w końcu wjechałem na jakieś wzniesienie, a po drugiej stronie – raptem parę metrów w dole – dojrzałem drogę. Tylko problemem była prywatna działka. Po długiej chwili wahania i sprawdzeniu alternatyw zszedłem. Nie zauważyłem nikogo, więc może moja obecność pozostała tam niezauważona. Pojawił się problem, a właściwie przykrość, bo droga poleciała w dół. Na darmo cały wysiłek, gdy mogłem jechać dalej drogą krajową.
Dalsza jazda w górę była nawet prosta (zwłaszcza patrząc na ten niepotrzebny podjazd). Sporo zakrętów, trochę cienia, niewiele aut, kilka robót drogowych, dwa tunele i brama. W końcu, na wysokości prawie 900 m n.p.m. ujrzałem pierwszy element kompleksu. Kōya-san składa się z 52 świątyń buddyjskich według przewodnika. Znalezienie parkingu dla roweru jest niezwykle trudne, bo w górach nie ma turystyki rowerowej według Japończyków. Zaparkowałem w ustronnym miejscu i ruszyłem na podbój tej wioski. Obejrzałem zaledwie kilka świątyń, ale najbardziej ciekawił mnie cmentarz. Największy w Japonii, na którym na nagrobki mogą sobie obecnie pozwolić wyłącznie najbogatsi. Oczywiście zaciekawiła mnie najstarsza część cmentarza, gdzie nagrobki mają najwięcej uroku.
Spędziłem aż 4 godziny na zwiedzaniu i pora powrotu była niełatwa. Zjadłem przed wyruszeniem. Droga w dół wiodła przez wiele zakrętów. Musiałem często hamować. Raz z powodu krętych dróg, a dwa – korków. W dół jechałem nie tylko ja, ale też dziesiątki aut, a żeby za nimi pojechać, trzeba było włączyć się do ruchu o prędkości 30 km/h. Najbardziej szkoda klocków hamulcowych. Dla urozmaicenia widoków do doliny zjechałem inną drogą. Wzdłuż rzeki obrałem szlak R-1. Jechałem bez zmartwień, aż do skrzyżowania, na którym podjąłem wczoraj złą decyzję. Chciałem zjechać do najbliższego konbini, aby wysłać wiadomość mojemu gospodarzowi, że się spóźnię godzinę, ale po drodze złapałem kapcia. W innym miejscu niż wczoraj, więc musiałem jedynie załatać dziurę i dodać pół godziny do spóźnienia. Naprawdę zaczyna mnie martwić ta opona. Przejechałem na niej tak niewiele, a tak szybko zaczęła łapać kapcie. Gdybym tak miał sponsora wyprawy, może nie byłoby tylu zmartwień.
Po uporaniu się z dziurą wróciłem na szlak R-1, którym jechałem rano. Zbliżał się zmrok, więc trochę przycisnąłem w pedały i dobiłem prędkości zjazdowej z Kōya-san. Najgorzej jest dostać się z tej drogi na ulice. Znalazłem jakieś schody ukryte za barierkami i wróciłem do Nikity, trafiając na tę samą drogę, którą jechaliśmy wczoraj spod dworca.

Kategoria za granicą, kraje / Japonia, setki i więcej, po zmroku i nocne, góry i dużo podjazdów, Japonia / Wakayama, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Ekskluzywnie w Kibune

  47.01  02:18
Nie mogę sobie przypomnieć skąd wziąłem pomysł na dzisiejszą wycieczkę, ale nie spodziewałem się tego, co dzisiaj doświadczyłem. Jak zawsze zacznę od początku.
Dzień zapowiadał się upalnie i taki też był. Ruszyłem tą samą drogą, co zwykle na północ. Na jej końcu skoczyłem na ścieżkę wzdłuż Kamo-gawy. Na końcu ścieżki wyjechałem pod Kamino-jinja, więc nie mogłem się oprzeć pokusie odwiedzenia chramu. Nie chodziłem daleko, bo w takim upale najlepiej się jedzie. Wtedy wiatr dmucha w twarz, ochładzając ciało.
Dojechałem do skrzyżowania. Droga na wprost to ślepa ulica według znaku, więc pojechałem drugą. Tam pojawił się tunel i zakaz wjazdu rowerem. Zaryzykowałem i wróciłem do skrzyżowania. Pierwsza droga jednak nie była ślepa i przeprowadziła mnie na drugą stronę tunelu. Jeszcze kilka obrotów korbą i znalazłem się w cieniu drzew otaczających drogę pnącą się do góry. Drzewa o grubych pniach pięły się wysoko niczym kilkusetletni obserwatorzy wydarzeń. Tylko wąsko na jezdni.
Dojechałem do wioski Kibune, a tam niespodzianka. Chciałem zobaczyć tylko chram, a trafiłem na restauracje, które widziałem kiedyś na zdjęciach najdziwniejszych restauracji na świecie. Owe restauracje są bowiem rozpięte nad rzeką Kamo-gawa. Rower zostawiłem na parkingu i przeszedłem się po okolicy. Wszędzie zakazy robienia zdjęć i ludzie nagabujący do wejścia do restauracji. Odwiedziłem najpierw atrakcje, czyli Kifune-jinja i, wracając do roweru, wstąpiłem do jednej z restauracji. Co trzeba powiedzieć o tych lokalach, to powalające z nóg ceny. 7 czy 11 tys. jenów za zestaw na osobę (200–350 zł) to coś normalnego w tamtym miejscu. Ja podczas spaceru wypatrzyłem najtańszy obiad za 3600 jenów (ok. 130 zł), a i tak jest to 3–4 razy wyższa suma niż w restauracjach w mieście za podobny zestaw. Dopiero po powrocie do domu dowiedziałem się, że te restauracje są uważane za ekskluzywne i stąd takie kwoty. Ktoś mi powiedział, że to był urodzinowy lancz (w Japonii powszechne jest spędzanie urodzin w restauracji), mimo że urodziny mam za pół miesiąca. A do domu wróciłem tą samą drogą. Przez cień, a potem w upale. Przydałoby się pojechać gdzieś w zalesione rejony. Tylko bez niedźwiedzi.

Kategoria za granicą, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Kyōto, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Shirakawa

  114.67  05:49
Deszcz przestał padać jeszcze wczoraj, więc miałem szansę, aby obejrzeć wioskę Ogimachi wewnątrz Shirakawy. Gdyby jeszcze słońce tak nie grzało.
Objechałem większość domów dookoła, wspiąłem się nawet do punktu widokowego i jakoś nic nie przykuło mojej uwagi. Wioski z poprzedniego dnia były takie same. No, może nieco mniejsze, ale to już było. Chyba widok miejskich zabudowań sprzed kilkuset lat bardziej mi przypadł do gustu.
Nie szwendałem się długo. Trzeba było wracać do Kanazawy, ale inną drogą. Wypatrzyłem jedną taką przez wysokie góry. Zero ruchu, a do tego oczekiwałem pięknych widoków. Jakże się rozczarowałem, gdy natknąłem się na blokadę drogi. Ludzie krążący tam nie przepuściliby mnie, bo na pewno jakiś powód blokady był. Zawróciłem i niestety musiałem wrócić tą samą drogą, co przyjechałem wczoraj.
Całe szczęście miałem wciąż z górki. Nie chciałem pokonywać podjazdów, które stały wczoraj na mojej drodze, więc pojechałem wzdłuż rzeki do samego centrum miasta Nanto. Po drodze jednak wydarzył się wypadek. Od kilku dni coś trzeszczało w rowerze. Odkryłem, że to bagażnik przyczepiony do sztycy. Myślałem, że problemem jest piasek, ale gdy w pewnym momencie konstrukcja odpadła, zrozumiałem, że trzeszczał pęknięty nit w zawiasie, który łączył bagażnik z rowerem. Najsłabsze ogniwo, niestety bez możliwości wymiany na środku drogi. Torbę (całe szczęście miała pasek na ramię) zarzuciłem na plecy, na których już miałem plecak, więc nie jechało się przyjemnie.
Dalsza droga w słońcu nie wyróżniała się niczym szczególnym. Trochę podjazdu się jeszcze znalazło, jeden tunel i potem w dół do Kanazawy.
Kategoria góry i dużo podjazdów, setki i więcej, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Gifu, Japonia / Ishikawa, Japonia / Toyama, wyprawy / Japonia 2017/2018, mikrowyprawa, rowery / GT

Japońskie wioski

  91.43  04:38
Jest taka wieś w Japonii. Kilkakrotnie polecono mi ją odwiedzić. Nie była mi po drodze, ale skoro zatrzymałem się na tydzień w Kanazawie, to nic nie stało na przeszkodzie, abym wyskoczył tam na jeden dzień z plecakiem. Zwłaszcza że to tylko rzut beretem. Ehe!
Najpierw musiałem przebić się przez miasto, a zaczynało się robić upalnie. Skończyłem na ślepej uliczce z zakazem wjazdu rowerem na drogę krajową i musiałem zawracać. Spróbowałem kawałek dalej. Było trochę podjazdów, szybki zjazd i wjechałem do miasteczka Nanto. Wyglądało bardziej jak wieś, bo mijałem pola ryżowe ciągnące się po horyzont. Przyjemność jednak się skończyła i powróciły podjazdy, a dokładnie jeden, bardzo stromy. Gdzieś przed szczytem naszły chmury, a ja w międzyczasie ugotowałem się we własnym pocie.
Przejechałem przez kilka tuneli i trafiłem na coś nieoczekiwanego – wieś Ainokura, a w niej zabytkowe domy, które miałem zobaczyć na końcu dzisiejszej podróży. Budynki z zewnątrz od innych japońskich domów różnią się dachem, który pokryty jest strzechą. Środka nie widziałem, bo wciąż mieszkają tam ludzie i wiodą spokojne życie. Można co prawda wejść do jakiegoś muzeum, ale nie miałem na to czasu.
Dalsza droga była nieco łatwiejsza, bo jechałem wzdłuż rzeki. Zaraz za pierwszym zakrętem trafiłem do Suganumy, kolejnej wioski z zachowanymi zabudowaniami sprzed kilkuset lat. Byłem tak głodny, że zatrzymałem się, aby zjeść pożywną zupę, ale już nie oglądałem okolicy tak jak wcześniej. Musiałem pędzić, żeby zdążyć obejrzeć centrum wsi Shirakawa, gdzie zmierzałem.
Droga wiodła łagodnie w górę. Były setki tuneli i mostów. Na samym końcu zaczął padać deszcz. Nie pozostało mi nic innego, jak skierować się do hostelu. Udało mi się jeszcze zrobić zakupy zanim zaczęło kompletnie lać. Nie spodziewałem się załamania pogody i nie miałem przeciwdeszczowych ubrań, więc nawet nie próbowałem zwiedzać.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Gifu, Japonia / Ishikawa, Japonia / Toyama, wyprawy / Japonia 2017/2018, mikrowyprawa, rowery / GT

Czy tu są niedźwiedzie?

  54.60  02:50
Po raz kolejny nie miałem pomysłu co ze sobą zrobić, więc zrobiłem sobie dzień podjazdów. Wypatrzyłem górę w pobliżu i drogę wiodącą ku wierzchołkowi.
Przez miasto przejechałem szybko, bo jak by inaczej. Mała miejscowość i niewielki ruch. Było trochę gorąco, ale gdy wjechałem na drogę o znikomym ruchu prowadzącą tylko w górę, naszły chmury. Jechało się komfortowo. Nie było atrakcji, jedynie kontakt z naturą, bo droga biegła doliną. Na szczycie zastałem ośrodek wypoczynkowy albo centrum sportów zimowych. Chociaż mało nie pomyślałem, że to szkoła, bo było tam mnóstwo młodzieży szkolnej. Widziałem też resztki śniegu i znak informujący o 1510 m n.p.m. Szkoda, że widoki zasłaniały inne góry.
Zjazd zaplanowałem inną drogą. Wyglądała na starą, ale wraz z kolejnymi zakrętami zaczynałem podejrzewać, że nikt tamtędy nie jeździ. Mnóstwo kamieni na drodze, kilka osuwisk, brak śladów kół. Przypomniałem sobie, że w Japonii żyją niedźwiedzie. Na nieuczęszczanej drodze istniało bardzo duże prawdopodobieństwo spotkania dzikiego zwierzęcia. Patrzyłem więc w każde lustro na zakrętach, czy aby nic tam nie czeka. Na szczęście jedynym dzikim stworzeniem był serau. Dojechałem do miasta, mając prawie ciągle z górki.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Gifu, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Przez Osakę

  52.15  02:54
Padało nieustannie, więc nie mogłem czekać. Martwiłem się o sakwy, bo nie wiedzieć kiedy na boku jednej z nich zrobiła się dziura. Myślałem, że są niezniszczalne. Zakleiłem otwór taśmą i ruszyłem.
Przypadkiem trafiłem na drogę o mniejszym ruchu, bo wzdłuż rzeki biegły dwie. Niestety ceną było więcej podjazdów. W połowie dystansu do miasta skończyła się wygoda i została tylko jedna droga. Trafiłem nawet na tunel z zakazem wjazdu rowerem. Dziwiły mnie znaki prowadzące do Osaki na północ, ale potem się okazało się, że to wioska leżąca po drodze. Deszcz pod koniec wycieczki zmalał, a na obrzeżach Takayamy wyjrzało słońce.
Po podjeździe przyszła pora na zjazd i byłem prawie w domu. Zatrzymałem się jedynie na lunch i gdy wyszedłem ze sklepu, przechodzień zauważył kapcia w moim kole. Po raz kolejny odkleiła się łatka. Gdy tylko dojechałem do hostelu, wyszedłem do sklepu rowerowego po prawdziwy zestaw łatek i nową dętkę. No bo ile można?

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Gifu, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Gero czy Goro, a może Gujo?

  84.87  04:35
Dzień zapowiadał się dobrze. Było pochmurnie, temperatura spadła do 20 °C. Idealnie na górską wycieczkę.
Rano, mając zapas czasu, pojechałem na lekko zobaczyć ruiny zamku Iwamura-jō. Było trochę podjazdów, potem przespacerowałem się pośród starych murów, pojechałem zobaczyć dziedziniec muzeum oraz stare zabudowania miasta. Do domu gościnnego wróciłem trochę okrężną drogą, ale dzięki temu trafiłem na rondo. Byłem przekonany, że ich w Japonii nie ma, a tu taka niespodzianka.
Już miałem ruszać z trzecim kołem, gdy zauważyłem kapcia. Znów ta przeklęta łatka. W ramach pocieszenia dostałem pomarańczę i kilka kawałków placka drożdżowego z domowego wypieku od właścicielki noclegu. Potem jeszcze kilka razy się zatrzymałem, aby tylko dopompować powietrze, aż w końcu się zdenerwowałem i po raz kolejny zmieniłem łatkę. W gratisie zostałem boleśnie pogryziony przez różne robaki.
Droga się dłużyła. Do pokonania miałem dłuższy podjazd, a zjazd okazał się być koszmarny. Tę drogę dobrze jest pokonać w przeciwnym kierunku, bo na zjeździe miałem wąsko i dużo zakrętów. Postój co kilka z nich, aby obręcze ostygły. Potem się nieco poprawiło i nawet ładne widoki się ujawniły.
Przeprawa przez pierwszą górę zajęła znacznie więcej czasu niż planowałem, a przede mną było jeszcze kilka innych podjazdów i zjazdów, ale już bez niespodzianek ze strony tylnego koła. Dotarłem do Gero po bardzo długim zjeździe. Miasteczko jest bardzo ładne, ale niestety zabrakło mi czasu na obejrzenie go. Dotarłem do hostelu i wieczorem zaczęło padać.
Jeszcze słowem wyjaśnienia. Gero i Gujo to miasta leżące blisko siebie, które były w moich luźnych planach, ale wciąż mi się wszystko miesza i zamiast Gero wychodzi mi Goro, a zamiast Gujo – Gojo. Chyba za dużo myślę o go.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Gifu, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Ena

  52.55  03:02
Pola i Nora podrzucili mnie 20 km na wschód, abym miał bliżej do hostelu. Sami wybrali się do świątyni, a ja w upalnym słońcu i temperaturze dochodzącej do 30 st. pojechałem do miasteczka Ena.
Znowu nie mam o czym pisać, bo nie było nic ciekawego. Jazda wzdłuż dolin z wieloma podjazdami i zjazdami. Kilka mostów, w tym jeden całkiem imponujący, jakieś koło młynowe i kapeć. W sumie to nie kapeć, a łatka odkleiła się przez gorący asfalt. Czuję się oszukany. Sprzedawcy w sklepach rowerowych jedynie chcą upchnąć towar, a wiedzę mają bardzo mizerną. Będę musiał kupić nowy zestaw łatek, bo szkoda nerwów na obecny szmelc. Odkleiłem starą, nakleiłem nową i jakoś dojechałem do hostelu.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Aichi, Japonia / Gifu, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery