Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Hakone

  60.59  03:46
Kazuyoshi polecił mi wulkan Hakone, więc skusiłem się. Wiązało się to z bonusowymi podjazdami, ale dla widoków czasem warto pocierpieć. Dzisiaj dużo zdjęć gór, bo zrobiłem ich z tysiąc w przeróżnych sceneriach – głównie z tą jedną jedyną.
Przed śniadaniem pojechaliśmy autem do punktu widokowego, aby zobaczyć górę Fuji z bliska. O poranku jest na to najlepsza pora, bo wtedy nie ma tylu chmur. A potem rozpocząłem podjazd. Nie był tak stromy, jak się obawiałem. Do tego mogłem zrobić kilka przystanków z widokiem na pochmurny Fuji-san.
Po kilku kilometrach pojawił się problem, gdy po środku niczego trafiła się autostrada. Znak zakazu odradzał wjazd, a czujne oko strażnika pilnującego pobliskiej bramy dodatkowo zniechęcało do próby dalszej jazdy. Zastanawiam się tylko kto jeździ tą drogą. Minęło mnie niewiele pojazdów, a znakomitą większość z nich stanowili motocykliści. Na szczęście był jeszcze wybór – ciemny tunel.
Na drugim końcu tunelu ujrzałem przepiękny widok na dolinę i Hakone; a tuż obok punktu widokowego – ukrytą ścieżkę. Skusiła mnie informacja o 10-minutowym spacerze do punktu. Tym punktem był jednak rozstaj dróg otoczony przez wysoką roślinność. Kolejne znaki pokazywały 30, 60 i 90 minut drogi. Spróbowałem swoich sił z najkrótszym szlakiem. Dodatkowo motywowała mnie wieża na górze. Po kilkunastu minutach okazało się, że to stacja nadawcza i nie ma na nią wstępu. Poczułem się oszukany i wróciłem do roweru.
Zjechałem do doliny, aby przejechać się wzdłuż jeziora. Znalazłem nawet ukrytą ścieżkę, dzięki której mogłem spokojnie pokonać kilka kilometrów. Dzięki temu trafiłem do chramu Hakone-jinja, który nad brzegiem jeziora informuje o swojej obecności wielką bramą torii.
Dalsza droga nie była do końca przyjemna. Musiałem wjechać na drogę krajową nr 1, gdzie ruch był dosyć duży. Najpierw podjazd na przełęcz Hakone (chyba że Hakone-Pass to tylko nazwa tamtejszego Michi-no-Eki), a potem niesamowity zjazd. Widoki były przepiękne, ale ani jednego miejsca postojowego, aby uchwycić choć odrobinę tego uroku.
Dojeżdżając do miasta, znalazłem się na wysokości kilkudziesięciu metrów n.p.m. Na tej wysokości nie byłem od wyjazdu z Niigaty. Miałem trochę czasu do spotkania z moim dzisiejszym gospodarzem – Takeshim, którego również poznałem przez serwis Couchsurfing. Pojechałem więc spokojnie do centrum, zahaczając o kilka zielonych punktów na mapie.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Shizuoka, Japonia / Kanagawa, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Gdzie jest Fuji?

  75.57  04:53
Dzisiaj dla odmiany dzień rozpocząłem od podjazdu. Miałem do pokonania trochę gór, które zasłoniły górę Fuji.
Trafiły mi się puste drogi, przynajmniej na początku. Nachylenie nie było duże, więc kolana nie buntowały się po ostatnich dawkach ciężkiej pracy na podjazdach. Po pewnym czasie za moimi plecami pojawiły się ciężkie chmury i gdy tylko dojechałem do rozstaju dróg, zaczęło kropić. Miałem dwie opcje – dalszy podjazd lub tunel. Wybrałem to drugie, mimo większego ruchu. Na drugim końcu było sucho, więc po zjechaniu do miasta zatrzymałem się w restauracji, aby zjeść ramen (taka zupa z makaronem). Jestem w Japonii tak długo, a był to mój pierwszy ramen. Muszę nadrobić zaległości.
Gdy przyszła pora, aby ruszać, na niebie zalegały ciężkie chmury, z których zaczęło padać. Schroniłem się na trochę czasu, ale deszcz nie ustał, więc założyłem ubrania przeciwdeszczowe i pojechałem w dalszą drogę. Wzdłuż lasu po chodniku, bo było pod górę. Na drodze spotkałem wyjątkowo dużo kolarzy, nawet takich w samej koszulce i spodenkach mimo niskiej temperatury. Nie byli jednak chętni do witania się.
Dojechałem do jeziora Yamanaka-ko, a ponieważ wygodna droga dla rowerów się skończyła, to okrążyłem zbiornik po jeszcze wygodniejszej ścieżce. Chociaż się rozpogodziło, to Fuji-san pod słońce nie prezentował się fotogenicznie. Jechałem więc dalej. Trafiłem na podjazd przez przełęcz, a dalej zjazd. Koszmarnie chłodny, bo cały czas w cieniu. Przemarzłem strasznie, ale dotarłem do docelowego miasta – Gotenba (chociaż widziałem też zapis Gotemba). Szukałem jakiegoś dobrego ujęcia na wulkan, ale byłem po jego niewłaściwej stronie. Musiałem się więc nacieszyć tym, co do tej pory udało mi się uzbierać. Pojechałem na miejsce spotkania z Kazuyoshim, który uczy się angielskiego, bo chce podróżować po świecie. Dobrze mu idzie. Praktyka czyni mistrza.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Yamanashi, Japonia / Shizuoka, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Jezioro Suwa

  113.99  05:45
Wstałem wcześnie, bo nie mogłem spać. Pewnie przez zimno. Na początek dnia postanowiłem wrócić do jeziora z wczoraj, aby je okrążyć.
Zjazd z góry nie był przyjemny, bo nierówna droga wymuszała użycie hamulców, więc musiałem zatrzymywać się co chwilę, aby obręcze ostygły. Zapowiadał się upalny dzień, ale do jeziora jechało się wygodnie, bo wybrałem boczną drogą z wczoraj. Samo jezioro jest niewielkie – znaki mówią o 16 km obwodu. Dookoła biegnie droga o wygodniejszej nawierzchni dla biegaczy. (Dlaczego nie robią takich dróg dla rowerów?). Wiatr też był sprzyjający, więc jechało się bardzo wygodnie.
Miasto Chino objechałem od wschodu wśród pól uprawnych. Wiązało się to niestety z kolejnymi podjazdami, więc tym razem wspiąłem się na ponad 1100 m n.p.m. Ale za to jakie widoki na Alpy Japońskie się stamtąd rozciągały.
W Hokuto chciałem zobaczyć zamek, który pokazał się na mojej mapie, ale źle trafiłem czy coś, bo nawet jednego znaku nie było. Dalej tylko zmniejszałem wysokość. Spotkałem pierwszego sakwiarza – i to dziewczynę. Uświadomiłem sobie również, że wzgórza, przez które jechałem były zielone. Na północy widziałem same szare zbocza pokryte bezlistnymi drzewami i nawet nie wiem kiedy się to zmieniło. Przyszła wiosna.
W końcu moim oczom ukazał się wulkan Fuji-san. Trochę niewyraźnie przez słabą przejrzystość powietrza, ale brak chmur oraz szczyt pokryty śniegiem to widok, który trzeba zobaczyć na własne oczy. Uszczęśliwiło mnie to na cały dzień, bo Fuji pojawiał się na horyzoncie jeszcze wiele razy.
W Kōfu zapadł zmrok, ale do noclegu miałem niedaleko. No, prawie, bo musiałem dojechać do sąsiedniego miasta. Trochę po szerszych drogach, trochę po uliczkach osiedlowych, ale dzisiaj trafiłem bez problemu. Dom prowadzony jest przez małżeństwo Japończyka i Chinki. Zatrzymał się tam Amerykanin, a dzisiaj dołączyła Peruwianka, więc w takim międzynarodowym gronie spędziłem wieczór.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Nagano, Japonia / Yamanashi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Shōwa Day

  95.71  05:35
Dzisiaj jest Dzień Cesarza, takie święto. Tytuł można też odczytać z angielskiego jako shower day, bo spotkał mnie prysznic. Może jednak od początku.
Nadeszła majówka, czas urlopów. Również w Japonii, chociaż tutaj nazywa się to złotym tygodniem. Wielu ludzi wyjeżdża do rodziny albo za granicę. Ja wybrałem się w podróż do Nagoi. Głównym celem była jednak góra Fuji. Nie chciałem na nią wjeżdżać ani wchodzić, bo sezon jeszcze się nie rozpoczął, a rowerem i tak nie dałoby się, ale ta góra jest od wieków wykorzystywana w kulturze Japonii ze względu na swoje piękno. Dlatego chciałem ją ujrzeć i uchwycić na zdjęciach.
Dzisiaj chciałem się zatrzymać w miejscowości Tatsuno. Żeby uniknąć ruchu, pojechałem bocznymi drogami. Było całkiem wygodnie i mało ruchu. Tylko podjazd sobie niepotrzebnie zrobiłem, bo uciekłem daleko na zachód, pod góry, a mogłem pojechać wzdłuż rzeki na środku doliny.
Z ciekawości zajrzałem do Parku Alpejskiego Azumino, ale wizyta w centrum informacji w żaden sposób mnie nie zachęciła do kupna biletu, więc nie wchodziłem do parku. Pojechałem dalej na południe, robiąc jeszcze kilka podjazdów. Wiatr z południa niestety nie pomagał, więc nawet na zjazdach było wolno.
Na początku jechałem przez pola ryżu, a od Matsumoto krajobraz zmienił się diametralnie, bo po horyzont rozciągały się różnorakie sady. Szkoda, że jeszcze bez owoców. Ciekawe jak duży wkład ma ten region w krajowej produkcji owoców.
Gdy dotarłem do miasta Shiojiri, za moimi plecami dojrzałem ciemną chmurę. Trochę za późno, bo szybko zaczęło kropić. Myślałem, że miałem szczęście, bo padało z dużymi przerwami i bez ulewy. Gdy tylko zbliżyłem się do Tatsuno, temperatura spadła o połowę. Byłem zdziwiony, ale zrozumiałem przyczynę, gdy nieco dalej wjechałem na mokre drogi, a kiedy się zacząłem cieszyć, że udało mi się ominąć ulewę, zaczęło padać. Schowałem się, żeby przeczekać to i ruszyłem dalej, gdy przestało.
Niestety osoba z Couchsurfingu się przeziębiła i odwołała mój nocleg, więc zacząłem intensywnie szukać nowego miejsca. W złotym tygodniu to niełatwe. Na szczęście w Chino trafił się Sergey, więc tam pojechałem. Zostałem uprzedzony, że dom znajduje się na górze. Podjazd był koszmarem, ale wdrapałem się na miejsce wskazane przez Mapy Google. Niespodzianką było, że Google nie znalazł poszukiwanego adresu i wyświetlił mi najbliższy bez żadnego ostrzeżenia. Gdy dotarłem na miejsce, nie mogłem znaleźć domu. Było chłodno, a ja po podjeździe się mocno zgrzałem, więc było mi jeszcze zimniej. Wziąłem latarkę i zacząłem szukać domu pieszo, bo nie miałem sił na jazdę. Ostatecznie znalazłem go, ostatkami sił dotargałem majdan na wysokość 1000 m n.p.m. i mogłem odpocząć. Chociaż odpoczynek to złe słowo, bo musiałem się dostać do domu zgodnie ze wskazówkami Sergeya, który był w Tokio. A w środku temperatura jak na zewnątrz. Dobrze, że zabrałem ciepły śpiwór.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Nagano, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Krótko po górach

  41.10  02:27
Nie miałem żadnego planu na dzisiaj, bo zatrzymałem się w mało atrakcyjnym dla lekkiej turystyki rowerowej miejscu. Wymyśliłem, że zrobię kilka podjazdów, bo gór tu pod dostatkiem.
Pojechałem jak zwykle boczną drogą. Spodobała mi się, bo są i widoki, i piękne budynki, parę szybkich podjazdów oraz brak aut. Na mapie upatrzyłem sobie kilka dróg wiodących przez łańcuch górski dzielący dwie doliny. Pojechałem pierwszą drogą. Pusta, wąska, stroma i cicha tak bardzo, że słychać było zwierzęta wokół. Potem jeszcze zjazd i znalazłem się w dolinie, przez którą jechałem kilka dni temu na trzech kołach. Okazuje się, że wzdłuż rzeki biegły dwie drogi. Dzisiaj pojechałem tą drugą, pustą.
Miałem zaskakujące szczęście, że trafiały mi się drogi o zerowym ruchu. Gdy tylko dojechałem do drogi powrotnej, na drugą stronę gór, ta również okazała się być pusta. Do tego tak wąska, że zmieściłaby zaledwie jedno auto. Dobrze jednak, że wybrałem taką kolejność dróg, bo było czasem nierówno. Po pięciuset metrach różnicy wysokości byłem na szczycie. Alpejskie widoki przeciskały się między drzewami, a od czasu do czasu spotykałem opuszczone chaty. Potem droga zmieniła się w wygodniejszą, aczkolwiek usłaną serpentynami. Musiałem powoli pojechać w dół, a potem do domu.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Nagano, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kolizja pod Matsumoto

  66.76  03:25
Droga prosta, miasta dwa. Właściwie drogi też dwie, ale ta druga wiodła przez przynajmniej trzy strome podjazdy, więc wybrałem krajową 19 w górę rzeki Chikuma (zwana też Shinano, jest najdłuższą rzeką Japonii).
Dzień zapowiadał się upalnie i był upalny. Miałem okazję, aby się opalić, bo moje białe czoło i czerwone policzki przypominały flagę, która powiewała na mojej przyczepce. Wysokość nad poziomem morza rosła, ale jazda nie była zbyt ciężka. Od czasu do czasu pojawiły się bardziej strome pagórki i kilka tunelów, ale ruch był niewielki. Nie musiałem często uciekać na chodniki i takie drogi mi się podobają.
Jechałem tak w górę, aż po miasto Azumino. Stamtąd jest już tylko 10 km do Matsumoto. Niestety czas mnie gonił, więc musiałem darować sobie odwiedziny na zamku, ale co się odwlecze to nie uciecze. Gdy po wjechaniu w ślepy zaułek chciałem włączyć się do ruchu, nie wiedzieć jakim cudem moja przyczepka się odczepiła, a ja zostałem z pustym rowerem. Całe szczęście kierowca tira jadącego za mną wyhamował, a ja zwlokłem ze środka drogi koło i sakwę, która się odczepiła podczas upadku. Wyjątkowo flaga się nie wybrudziła, jak to było podczas ostatniego upadku. Ja to wiem, że kiedyś źle skończę.
Przez całą moją drogę mogłem podziwiać góry. Czasem tylko te wzdłuż doliny, a czasem białe szczyty widoczne daleko. Nie mogłem się doczekać, aby je ujrzeć. Mój nocleg na ten tydzień znalazłem przez serwis Airbnb. W końcu, gdy byłem blisko celu, na horyzoncie ukazały się olbrzymie masywy górskie pokryte białym puchem (albo może zleżałym śniegiem). Niestety znajdują się one w przeciwnym kierunku do Matsumoto, ale kto wie, mam przecież tydzień na wycieczki.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Nagano, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Nagano

  134.30  06:52
Plan na dzisiaj był prosty, to i nie mam o czym pisać, mimo że to jedna z najdłuższych wycieczek po Japonii. Musiałem się dostać do Nagaoki i to by było na tyle.
Wyruszyłem wcześnie rano, żeby nie dotrzeć do celu zbyt późno. Niestety nie miałem zbyt wielu opcji, więc wjechałem na krajową 117. Droga wiodła w górę wzdłuż rzeki. Mimo to zdarzało się wiele krótkich pagórków, które wydłużały jazdę. Kawałek przed celem skręciłem do miasta Iiyama. To był dobry wybór, bo w końcu drogi stały się puste i mogłem jechać w takim luksusie prawie do samego Nagano.
Dzisiaj miałem trochę pecha, bo gdy już się cieszyłem, że będę miał się gdzie zatrzymać, to okazało się, że mój host z Couchsurfingu się pomylił. Tak oto skończyłem w hostelu, ale zostałem poczęstowany ciepłym posiłkiem ugotowanym przez Chińczyków.
Wyjątkowo cenię sobie chodniki w Nagano, ponieważ mają bardzo małe krawężniki, więc mogłem jechać szybciej niż auta stojące w korkach.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Niigata, Japonia / Nagano, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Oguni

  119.80  07:04
Na kolejny tydzień zaplanowałem odwiedzić Niigatę, a jako że z trzech dni wolnego zostały mi tylko dwa, to musiałem się sprężać. Znalazłem więc nocleg na trasie i mogłem ruszać.
Przed wyjazdem pożegnałem się z dziewczynami z wczorajszego hanami, przez co straciłem trochę na czasie, a potem pojechałem na zachód. Po dłuższej chwili zorientowałem się, że tę samą drogę pokonałem poprzedniego dnia. Przynajmniej miałem rozeznanie w terenie i tym razem nie padało. Miałem do pokonania długi podjazd, niewielki tunel i zjazd do Tendō. Dalsze plany zaczął psuć wiatr w twarz. Na tyle skutecznie, że szybko zapadł zmrok, zostawiając mnie daleko od celu. Jazda nocą jest dużo mniej wygodna, ale przynajmniej na tamtych drogach nie było tak dużo aut, jak zwykle.
Na jednym z przystanków skontaktowałem się z panem Toshiharu, na którego trafiłem za pomocą serwisu Airbnb. Uprzedziłem go, że się spóźnię o 2 godziny ze względu na wiatr. Po dłuższej wymianie zdań po japońsku, bo tylko tym językiem się posługiwał, dostałem instrukcję, abym pojechał na dworzec kolejowy. Tam po pewnym czasie pojawił się mój gospodarz z autem i zabrał mnie do celu, czyli swojego domu. Podróż zajęła prawie godzinę, więc nawet nie chcę wiedzieć ile bym jechał na rowerze pod górę i pod wiatr. Jestem dozgonnie wdzięczny za całą pomoc, jaką otrzymałem.
Drewniany dom pana Toshiharu znajduje się w górach pokrytych śniegiem, więc i temperatura spadła. Budowa domu trwała 20 lat, ale efekt jest zdumiewający. Tylko te robaki, które nawiedzają wiejskie domy. W miastach nigdy ich nie spotkałem, ale podobno są plagą na wsi. Zobaczyłem też studio nagrań z mnóstwem elektroniki, efekt pasji pana Toshiharu. Na koniec wszystkiego zostałem poczęstowany sporą kolacją. Jedyny minus to brak wody.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Miyagi, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Hitome Senbon Zakura

  91.57  04:26
Od pani Naoko dowiedziałem się o kolejnym miejscu idealnie nadającym się na hanami, czyli podziwianie kwitnących wiśni. Wybrałem się tam z ciekawości.
Przeprawianie się przez miasto idzie mi coraz sprawniej. Dojechałem najpierw do parku Nishi, w którym byłem wczoraj, a potem pojechałem drogą krajową. Minąłem niespodziewanie onsen, w którym byłem kilka dni temu, a potem tak się rozpędziłem, że przejechałem skrzyżowanie o dobrych kilka kilometrów. Nie chciało mi się zawracać, więc wybrałem inną drogę. Okazała się prowadzić przez góry. Do tego od czasu do czasu kropiło, a wielka chmura nadciągała z oddala. Kilka razy chowałem się pod zadaszeniem, ale deszcz szybko przechodził.
W końcu dotarłem do mojego celu. Niestety chmury zepsuły mi zdjęcia i słabe światło nie pozwoliło na uchwycenie dobrych ujęć. Musiałem się nacieszyć tym, co było, a przecież równie dobrze mogło lać. Przespacerowałem się aleją kwiatów i gdy tylko wsiadłem na rower, poczułem kapeć. Jak się okazało, w tym samym miejscu, co ostatnio. Ostry kamyk wszedł w szczelinę i zabrał mi kilkanaście minut cennego czasu.
Powrót do Sendai okazał się zaskakujący. Wzdłuż rzeki ciągnie się wał przeciwpowodziowy. Równy asfalt, brak ruchu, do tego wiatr w plecy. Pojechałbym tak do końca, ale rzeka kończyła się w oceanie, więc odrobinę nie po drodze. Musiałem włączyć się do ruchu i pokonałem ten sam odcinek, co podczas pierwszej podróży po tym mieście.
Po tym jak zostawiłem rower, udałem się do Aki, ponieważ miała odwiedzić ją rowerzystka z Niemiec. Heike od 7 lat znajduje się w podróży. Do wschodniej części Azji dostała się na rowerze. Wyczyn godny podziwu.
Jako że był to weekend, a ja zostałem w Sendai jeden dzień dłużej, miałem wolny wieczór. Wraz z Aki i Heike wybraliśmy się do parku Tsutsujigaoka, aby urządzić tam tradycyjny piknik podczas hanami. Japończycy stają się wtedy bardzo otwarci, bo poznałem ich niesamowicie wielu w ciągu jednego wieczoru. Takie spędzanie czasu jest zdecydowanie przyjemniejsze od pracy tuż przed pójściem spać.

Kategoria góry i dużo podjazdów, za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Hanami

  22.55  01:30
Hanami jest specyficznym okresem w Japonii, który można określić jako czas podziwiania kwiatów wiśni. Mój przyjazd do Japonii nie był blisko związany z tym wydarzeniem, bo myślałem, że go przegapię, ale ostatecznie przyjechałem przed kwitnieniem wiśni. Stąd też dzisiaj chciałem zobaczyć drzewa sakury w pełnym rozkwicie.
Pojechałem najpierw do centrum, aby wymienić pieniądze. Niestety kurs jena japońskiego wzrósł w ostatnim czasie i byłem niezadowolony. Jak tak dalej pójdzie, to będę musiał zacisnąć pasa.
Moim celem był park Tsutsujigaoka. Polecany zarówno przez Aki, jak i panią Naoko. Gdy już tam dotarłem, zastałem typowy widok podczas hanami, czyli płachty porozkładane pod drzewami wiśni, które informują o rezerwacji miejsca. Celem jest świętowanie do późnych godzin nocnych, któremu towarzyszą pikniki, picie alkoholu oraz zabawy towarzyskie pod drzewami wiśni. Przy okazji niespodziewanie spotkałem panią Naoko. Jaki ten świat mały. Obszedłem cały park, fotografując kilkanaście drzew, czego efektem jest bogata galeria kwiatów.
Drzewa sakury były właściwie pobocznym celem. Skierowałem się do wzgórza zamkowego. Wzgórze okazało się kawałkiem stromego podjazdu, który udało mi się zdobyć dzięki braku trzeciego koła. Na szczycie zacząłem rozglądać się tu i tam, aż zaczepiła mnie dziewczyna, która robiła ankiety wśród obcokrajowców. W trakcie wypełniania kwestionariusza zruszył się silny wiatr, a potem nawet zaczęło padać, więc poszliśmy pod dach, a potem schowaliśmy się do jakiegoś budynku, bo zacząłem się telepać z zimna (i przestraszyłem się, że mnie przewiało). Po skończonym zadaniu dostałem ciepłą herbatę (którą dziewczyna kupiła po tym, gdy zauważyła jak przemarzłem) oraz gumkę biurową w kształcie nigiri sushi. Chciałem wrócić do zwiedzania, ale znów zaczęło padać. Zniechęcony, zacząłem się szykować do powrotu. I tak na wzgórzu zamkowym nie ma już zamku, bo ten został zniszczony przez Amerykanów w czasie wojny.
Pojechałem do muzeum miejskiego, bo pani Naoko użyczyła mi swojej karty do bezpłatnego wstępu. Zaledwie kilka słów było po angielsku, ale i tak ciekawie się patrzyło na kulturę Japonii sprzed wieków.
Na koniec przespacerowałem się po ulicy handlowej, która ciągnęła się w nieskończoność po samą stację centralną. Pojechałem potem odwiedzić Aki i wróciłem na kolację do pani Naoko. Podoba mi się w Sendai. Aż ciężko będzie stąd wyruszyć w dalszą drogę.

Kategoria góry i dużo podjazdów, za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery