Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Półwysep Snæfellsnes

  120.40  07:21
Poranek był chłodny i pochmurny. Przez resztę dnia pojawiły się tylko lokalne przejaśnienia.
Kontynuowałem plan jazdy na Półwysep Snæfellsnes. Ruch na drodze nie zmienił się od wczoraj – był umiarkowany. Wiatr ciągle przeszkadzał. Jedynie widoki dopisywały. Chwilę nawet pokropiło, ale obyło się bez deszczu. Spotkałem pierwszych sakwiarzy. Pękła też pierwsza szprycha.
Rozważany na dzisiaj kemping nie podobał mi się. W opiniach narzekano na rybitwy popielate atakujące ludzi. Wystarczyło mi dotychczasowych wrażeń, więc czekał mnie dłuższy dystans.
Znalazłem się w Parku Narodowym Snæfellsjökull. W jego granicach znalazło się pole zastygłej lawy, którą porastał mech. Były nawet szlaki piesze i konne, ale co tam można zobaczyć? Na wybrzeżu są przynajmniej różne formacje skalne.
Wiatr się rozszalał i zaczął mnie spowalniać. Kolejne kilometry wpadały bardzo wolno, przystanków nie było końca. Wreszcie dotarłem do celu i nawet znalazłem miejsce na namiot bez wiatru.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Góra terenu

  80.16  05:20
W nocy trochę padało, nad ranem też, ale wyjrzało słońce i namiot spakowałem niemal suchy. Musiałem zmienić plany na dzisiaj, bo najbliższy sklep był prawie trzy dni drogi dalej, a nie zdałem sobie z tego sprawy podczas ostatnich zakupów.
Chcąc ominąć główne drogi, ruszyłem po drodze gruntowej. Była pokryta paskudną tarką i luźnymi kamieniami. Do tego było kilka wymagających podjazdów. Co najgorsze, pojawiły się irytujące meszki. Nie gryzły mocno, ale założyłem na głowę siatkę od owadów, żeby w spokoju dotrzeć na górę. Za to widoki rekompensowały trud. Później zorientowałem się, że kiedyś tamtędy jechałem.
Po zakupach czekała mnie długa droga na północ w pełnym słońcu. Były widoki, ale droga ciągnęła się w nieskończoność. Przynajmniej ruch nie był jakiś straszny.
Wczoraj coś zaczęło skrzypieć. Najpierw myślałem, że to pedały, potem, że uszczelka w korbie. Dzisiaj odkryłem, że to amortyzowana sztyca. Wlałem w nią trochę oleju i myślałem, że wystarczyło, ale skrzypienie szybko powróciło. Słaby to sprzęt.
Dotarłem na farmę, na której kiedyś nocowałem. Stała się kompletnie bezobsługowa. Płatność przez internet. Nawet za prysznic płaci się kartą. Islandia niemal odeszła od gotówki. Wszędzie można zapłacić kartą.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Przez Reykjavík

  135.31  08:26
W nocy było zimno, nad ranem z kolei musiałem rozpiąć śpiwór. Przynajmniej słońce dało pospać i wygoniło z nagrzanego namiotu dopiero o ósmej. Niebo było niemal bezchmurne. Namiot spakowałem suchutki.
Ruszyłem po pustej drodze. Na tyle pustej, że wiele ptaków założyło gniazda w pobliżu. Wliczając kulika mniejszego, rycyka, ostrygojada i bekasa kszyka, które przez kilkaset metrów latają i piszczą nad głową intruza. Są też rybitwy popielate, z islandzkiego kría, co jest onomatopeją wydawanego przez nie odgłosu podczas ataku, które dodatkowo odstraszają nieproszonych gości „bombardowaniem” odchodami. Musiałem się też raz wracać, bo ktoś wykupił drogę i postawił bramę.
Wjechałem na drogę krajową. Dwa pasy ruchu w każdym kierunku, pełna aut, ale pobocze zrobili szerokie. Potem pojawiły się i drogi dla rowerów. Niewiele lepsze od chodników, tylko były tak pokręcone, że bez nawigacji lub wiedzy lokalnej można na nich zmarnować dużo czasu.
Znalazłem się w Reykjavíku – z dwóch powodów. Pierwszym była rowerowa mapa Islandii. Chciałem dostać nową wersję tej, którą znalazłem 10 lat temu. Islandka, której poprzedniego dnia pomagałem na lotnisku, podpowiedziała mi, że znajdę je w sklepach rowerowych. Udałem się do otwartego. Pracował tam Polak, który rozpoznał polski rower, na którym podróżowałem. Chwilę porozmawialiśmy i wiedział, czego szukam, ale powiedział, że już ich nie drukują. Szkoda, bo lubię takie pamiątki. Drugim celem był kościół Hallgrímskirkja. Oblegany przez ludzi, ale zrobiłem jakieś zdjęcia.
Niebo pokryły chmury. Czasem pojawiało się przejaśnienie. Pojechałem najpierw wzdłuż wybrzeża, potem po znanej mi drodze. Ruch był straszny. Do tego dużo kretynów. Wszyscy jechali standardową trasą z przewodnika. Po kilkunastu kilometrach skręciłem i znów miałem drogę tylko dla siebie.
Dotarłem na kemping. Niestety był zamknięty. Nie wiem, jak to przeoczyłem podczas planowania. Nie miałem wystarczająco wody na dziki obóz, więc musiałem doliczyć dodatkowe 35 km do kolejnego kempingu. Wiele pagórków później znalazłem się na miejscu. Było otwarte, a gdy rozbiłem namiot, zaczęło kropić.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Po piachu do Łomży

  96.50  05:47
Warunki pogodowe bez większych zmian – duże zachmurzenie, wietrznie i ciepło. Ruszyłem z takim rozpędem, że przegapiłem zjazd do centrum Łochowa. Potem mijałem dywany z zawilców. Zobaczyłem pierwszego tej wiosny bociana, a później już lawinowo kilkadziesiąt innych osobników. Gdzieś w oddali nawoływał dudek, spłoszyłem też dwa żurawie.
Przekroczyłem Bug, przejechałem przez Ostrów Mazowiecką i zaczęła się zabawa. Wkroczyłem w krainę piachu. Droga za drogą tonęły w tym szkaradzieństwie. Co skręciłem w dobrze zapowiadającą się odnogę, to zaraz problem powracał. Czasem kręciłem się bez celu, zawracałem, próbowałem sił po drogach, których nie było na mapach. Do tego wszystkiego doszły jeszcze wzgórza. Długo walczyłem, aż w końcu zdecydowałem dokończyć jazdę po drogach lokalnych. Tam czekał na mnie wiatr, który w ciągu dnia wznosił tumany kurzu z jałowych pól. Spowalniał mnie, ale to już była końcówka. Dojechałem do Łomży i mogłem odpocząć.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Polska, Polska / mazowieckie, Polska / podlaskie, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Przedmajówka 2026, z sakwami

Kraina piachu

  83.87  05:02
Nie padało. Temperatura była taka jak wczoraj, ale potem odrobinę spadła. Kontynuowałem jazdę na północ. Droga za drogą były pokryte piachem. Czasem grząskim, czasem utwardzonym, czasem z korzeniami, czasem z dołami. Kraina piachu, bo inaczej trudno określić te strony. Było dużo pagórków. Odwiedziłem kilka kaszubskich miejscowości.
Dotarłem do celu, jakim była droga położona na miejscu dawnej linii kolejowej. Droga była różnej jakości, oczywiście w większości piaszczystej. Im bliżej Bytowa, tym większe błoto. Większość mostów kolejowych nie przetrwała, więc trzeba było często zjeżdżać z nasypu, aby przekroczyć skrzyżowanie. Powstał tam nawet szlak rowerowy, ale nie znalazłem informacji o nim.
Dotarłem do Bytowa. Mają straszny układ dróg, do tego drogi dla rowerów powciskane byle jak. Tylko przedostałem się do kolejnej atrakcji, czyli kolejnej trasy położonej na nasypie dawnej linii kolejowej. Tym razem był asfalt. Byli też ludzie korzystający z atrakcji (na wcześniejszej nie spotkałem żywej duszy). Droga biegła gdzieś dalej, ale nie w moim kierunku, więc zrezygnowałem z dalszej jazdy i zorientowałem się, że zarezerwowałem nie ten nocleg, który oglądałem. Nie wiem, jak to się stało, więc musiałem wrócić, ale tylko do Bytowa.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, Polska / pomorskie, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Przedwiosenna 2026, z sakwami

Skały Adrszpaskie

  58.34  03:15
W nocy coś popadało, bo drogi były mokre. Wiało dość mocno. Ruszyłem zgodnie z planem do miejscowości Adršpach. Zaliczyłem trochę błota i nierównych dróg, wiatr mną wytarmosił, ale pojawiło się słońce. Przy okazji też trochę pokropiło.
Na miejscu mieli zadaszony parking na rowery. Wszedłem na szlak zielony. Ludzi było bardzo mało, choć pod koniec wpadłem na wycieczkę szkolną. Skały sięgające nieba robiły wrażenie. Natura urządziła się tu rewelacyjnie. Jedyną ujmą była najwęższa ścieżka między skałami o nazwie Mysia Dziura, która miała tylko 50 cm szerokości. Przejścia w Błędnych Skałach są węższe.
Po dwugodzinnym spacerze ruszyłem w drogę powrotną. Prognozowany był opad popołudniu, ale pozwoliłem sobie na powrót inną drogą. Słońce zdążyło zniknąć za chmurami. Budowa drogi szybkiego ruchu wpłynęła na nieprzejezdność szlaków, więc skierowałem się na Okrzeszyn. Rozważałem jeszcze jazdę szlakami w terenie, ale nie chciałem zmoknąć i przeszła mi chęć na kolejne podjazdy. Pojechałem przez Chełmsko, a deszcz przyszedł dopiero wieczorem.
Ze względu na załamanie pogody zdecydowałem się zakończyć wyjazd na półmetku, więc jest to ostatni wpis tej wyprawy. Jesień w jej trakcie szybko zmieniła się w brązy, ale skalne miasta bardzo mi się spodobały. Na pewno jeszcze wrócę w te strony.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Czechy, kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, rowery / Fuji, terenowe, wyprawy / Jesień 2025, za granicą

Listopadowy październik

  61.18  03:26
Dzisiaj krótko. Było pochmurno z lokalnymi przejaśnieniami. Zjechałem do Radkowa. Nie było najgorzej, choć po drodze pojawiło się lekkie zamglenie. Wjechałem na szlak i pojechałem przez Czechy wzdłuż linii kolejowej. W międzyczasie słońce kompletnie przepadło. Przejechałem przez Mieroszów i wymyśliłem sobie drogę redukującą podjazd. Pojechałem jeszcze kawałek przez Czechy. W międzyczasie zaczęło padać. Chmura na radarze wolno sunęła. Przeczekałem to pod wiatą. Potem dokręciłem do Lubawki. Pod koniec zaczęło mżyć, a krajobraz przypominał typowo listopadowy. Tylko jeszcze trochę złota na drzewach dało się gdzieniegdzie dojrzeć.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Czechy, kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, rowery / Fuji, terenowe, wyprawy / Jesień 2025, z sakwami, za granicą

Skalne miasto Ostaš

  51.60  03:22
Było pochmurno. Pojechałem poszukać śniadania w tej wymarłej wiosce, bo zajazd miał beznadziejną obsługę gości. W międzyczasie wyjrzało słońce. Niestety wiało.
Ruszyłem po szlaku do Czech. Zjazd był nie taki chłodny. Potem trafiłem na kilka podjazdów przez tutejsze uformowanie terenu. Na brak podjazdów na pewno nikt tu nie narzeka. Za to ruch był niewielki.
Dotarłem do osady Ostaš znajdującej się pod szczytem o tej samej nazwie. Zostawiłem rower i wspiąłem się na szczyt, na którym ulokowany jest skalny labirynt. Finezyjne formy skalne znane z polskiej części Gór Stołowych wzbijały się wysoko nad głową. W kilku miejscach na szlaku trzeba było się przeciskać między skałami. Obszedłem cały szlak niebieski i zszedłem do dolnego labiryntu. Tam szlak zielony doprowadził mnie do Kociego Zamku, skały z ciasnym korytarzem prowadzącym do ciasnego wnętrza.
Ten spacer zmęczył mnie bardziej niż chodzenie po Tatrach. Ruszyłem szlakami w drogę powrotną. Chciałem jeszcze zobaczyć Białe Skały. Zabrałem ze sobą rower na szlak, ale często musiałem go przenosić ponad licznymi korzeniami. Zobaczyłem jeszcze parę skał i zszedłem do szlaku rowerowego. Miałem po nim objechać torfowisko, ale zniechęciła mnie jakość zabłoconej drogi. Ruszyłem do Karłowa coś zjeść i wróciłem do noclegu.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Czechy, kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, rowery / Fuji, terenowe, wyprawy / Jesień 2025, za granicą

Błędne Skały

  38.14  03:19
Czas ruszać dalej. Rano był kolejny przymrozek, ale słońce sprawiło, że był to, jak dotąd, najcieplejszy dzień wyprawy.
Chcąc uniknąć jazdy po drodze krajowej, wybrałem szlaki biegnące po wzgórzach. Doprowadziły mnie najpierw do dużego wiaduktu kolejowego, a potem do ogrodu japońskiego, który niestety był zamknięty. Podejrzewam, że po sezonie.
Droga krajowa nadal nie podobała mi się. Wybrałem szlak żółty, który był pełen kałuż i błota, ale doprowadził mnie do Kudowy-Zdroju. Po krótkim spacerze zacząłem podjazd po szlaku, znów nie spotkawszy żywej duszy. Dużo drzew zdążyło zgubić liście.
Dotarłem do Rozdroża pod Lelkową. Tam zaczynał się asfaltowy podjazd do Błędnych Skał. Paskudna droga. Po dotarciu do parkingu wszedłem na szlak jako jedyny turysta. Ścieżki wśród formacji skalnych podobały mi się. Niektóre wymagały akrobacji, żeby się przecisnąć. Powinni wejście zrobić szerokości najciaśniejszego przesmyku, bo pewnie są tacy, co musieli zawracać. Tu nie ma schodów, jak do Szczelińca Wielkiego. Do tego punkty widokowe im pozarastały.
Zjazd po paskudnym asfalcie był koszmarem. Drugą część drogi wyremontowali, więc o tyle było dobrze. Potem jeszcze parę złotych zakrętów i znalazłem się w Karłowie, gdzie był mój nocleg. Obsługa wyglądała na zaskoczoną, ale dostałem swój pokój.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, rowery / Fuji, terenowe, wyprawy / Jesień 2025, z sakwami

Orlické hory

  58.47  04:08
Nad ranem złapał przymrozek. Na szczęście było słonecznie, więc gdy wyszedłem, nie było tak źle. Nawet zrobiło się cieplej niż wczoraj, chociaż mijałem oszronione trawy czy skute lodem kałuże.
Ruszyłem po szlakach w Góry Orlickie. Celem były Czechy, więc przekroczyłem granicę na niewielkim przejściu i od razu odczułem różnicę. Większość szlaków była utwardzona. Miejscami jakość miała wiele do życzenia, ale porównując to ze stroną polską, było bardzo wygodnie. Ludzi brak. Przynajmniej do czasu, gdy dotarłem na szlak biegnący na Wielką Desztnę (czes. Velká Deštná). Tam z kolei były tłumy, jak na Morskie Oko. Pojechałem i ja, wspiąłem się na wieżę i porobiłem parę zdjęć.
Czas uciekał. Zjechałem z gór. O dziwo zjazd nie był tak zimny, jak wczorajsze. Przejechałem kilka wiosek, docierając do ostatniego podjazdu. Za nim czekał zjazd po fatalnej jakości szlaku. Było ślisko i niewygodnie. Na koniec jeszcze znaki pokierowały mnie na ulicę w remoncie. W Czechach bardziej mi się podobało.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Czechy, kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, rowery / Fuji, terenowe, wyprawy / Jesień 2025, za granicą

Kategorie

Archiwum

Moje rowery