Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Do tamy i z powrotem

  49.83  02:51
Dzisiaj nie padało, choć pojawiło się ostrzeżenie o 4-metrowych falach. Całe szczęście nie widziałem tak dużych. Wybrałem się wzdłuż wybrzeża, aby zobaczyć miejsca, które 2 dni temu widziałem w deszczu.
Na początek zamiast pojechać tunelem, wybrałem się drogą górską w nadziei na lepsze widoki. Nie było ich za wiele, ale zboczyłem kawałek do plaży. Prawdopodobnie popularny kurort na wyspie, ale obecnie poza sezonem. Zaglądali tam jedynie pracownicy remontujący muszlę koncertową oraz przypadkowi turyści, tacy jak ja.
Miałem okazję zobaczyć jeszcze raz te same widoki, choć bez deszczu odrobinę potraciły na uroku. No ale bez parasolki i z butami pełnymi wody nie miałem wtedy ochoty się zatrzymywać. Dzisiaj za to turkusowe wybrzeża były dużo bardziej jaskrawe. Zobaczyłem też dawne budynki do przechowywania lokalnych plonów (Boregura według znaku, Gunkura według map oraz Arakura według elektronicznego tłumacza).
Doszła godzina, gdy chciałem wracać. A żeby nie jechać po własnym śladzie, ruszyłem w głąb lądu. Niestety z dróg na mapie zostały tylko ścieżki. Nie chciałem powtarzać błędu z Półwyspu Kii, więc skończyło się na dojeździe do tamy i powrocie po własnym śladzie. Zwłaszcza że na wyspie żyją jadowite węże. Z widoku Street View wynika, że można jakoś przejechać przez wyspę, ale drogi są bardzo terenowe, więc w sumie dobrze zrobiłem, nie wjeżdżając na żadną.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Z widokiem na zatokę

  50.82  02:58
Dzisiaj padało trochę mniej – to tak w dużym skrócie. Rano słyszałem deszcz za oknem, więc przedłużałem wyjście prawie do południa. W sumie nie planowałem roweru na dzisiaj, ale prognoza pogody stała się dość optymistyczna. Temperatura też nie była najgorsza.
Przez pół godziny jechało się nawet przyjemnie, ale potem dopadły mnie pierwsze krople, które przerodziły się w deszcz. Schowałem się w jedynym możliwym miejscu – pod drzewem. Nie padało długo, ale drogi zrobiły się mokre. Potem do tanga dołączył wiatr z północy. Temperatura odczuwalna spadła znacznie. Dostałem się na północ półwyspu i przestało padać. Połowę drogi towarzyszyły mi olbrzymie fale. Byłyby dobre dla amatorów sportów wodnych, gdyby nie skały ukryte w wodzie..
Wczoraj cieszyłem się z pojedynczych drzew kwitnącej śliwy, a dzisiaj trafiłem na całą drogę obsadzoną tymi drzewami. Ciekawe ile z kolei jest drzew wiśni, które czekają na rozkwit.
Na drodze do celu pozostał tylko podjazd. Był ciężki i na jego szczycie nie było żadnych widoków. Z ubolewaniem zjeżdżałem na dół, rozglądając się jeszcze za prześwitem między drzewami, aż trafiłem na parking z widokiem na zatokę. Potem mogłem spokojnie wrócić do domu. Szkoda, że nie ma dokładnej mapy turystycznej wyspy, bo pewnie wiele rzeczy umyka mojej uwadze.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Od zmroku do zmroku po wyspie

  157.69  09:41
Była 5 rano, gdy znalazłem się na wyspie Amami-ōshima. Panował zmrok, ale nie przeszkadzało mi to. Pojechałem do domu gościnnego zostawić bagaż (właściciele zapraszali mimo tak wczesnej godziny), a potem rozpocząłem swój plan.
Zaskakująca była temperatura, która dochodziła do 18 °C. Pojechałem na początek drogą krajową wzdłuż wyspy, bo o tak wczesnej porze było pusto. W powietrzu czułem wilgoć, a gdy się przejaśniło, zaskoczyła mnie otaczająca zieleń. Prawdę mówiąc, nie rozważałem tej opcji, ale znalazłem się na tropikalnej wyspie.
Chciałem zobaczyć wschód słońca, jednak mogłem tylko pomarzyć. Całe niebo pokrywały chmury. Zauważyłem za to kwitnące drzewa śliwy. Wygląda na to, że już wkrótce zaczną kwitnąć wiśnie. Jak ten czas szybko leci, raptem 9 miesięcy temu podziwiałem kwitnienie sakury w Sendai. No ale to inny klimat, stąd wyższa temperatura i inny okres zakwitu.
Gdy dojechałem na południe wyspy, wyszło słońce i zrobiło się gorąco, ale spadło też kilka kropel deszczu. Prognoza pogody przewidywała słoneczny dzień, chociaż niebo pełne chmur trochę temu przeczyło. Mając całą niedzielę, chciałem zobaczyć jak najwięcej na południu wyspy, ale po którymś podjeździe ostatecznie zawróciłem. Zjadłem obiad i pojechałem na północ, aby odkryć nowe drogi.
Na tej małej wysepce (mimo że to siódma wyspa Japonii pod względem wielkości) jest przynajmniej setka tuneli. Prawie wszystkie mają szeroki chodnik, czasem nawet 3-metrowy. Zaledwie dwa spotkane tunele nie miały żadnego pobocza. Z pewnością ułatwiają życie, zwłaszcza mnie. A jak posłuchać rzężenia aut na podjazdach to im też służą. W kilku miejscach przydałoby się kilka kolejnych skrótów przez góry, bo na wielu podjazdach nie było widoków i tylko spowalniały podróż. Widziałem też jeden tunel w budowie. Za kilkadziesiąt lat pewnie będzie można przejechać wokół wyspy bez niepotrzebnych podjazdów.
Rozpadało się. Zatrzymałem się chyba w starej szkole, a na wyspie jest ich zadziwiająco dużo. Tylko jeszcze nie miałem okazji spotkać żadnego dziecka. Podziwiając kwiaty kolejnej śliwy i jedząc kanapki, czekałem na przejaśnienie. Pół godziny później deszcz zelżał i ruszyłem. Niestety na podjeździe znów zaczęło lać. Nie miałem się gdzie schować, więc nie zatrzymywałem się. Trafiłem na kilka zadaszeń, więc przeczekiwałem momenty, gdy deszcz się nasilał, ale ogólnie temperatura spadła jedynie do 15 °C, jechało się nie najgorzej, nawet z butami pełnymi wody. Żałowałem tylko, że nie miałem zbyt wielu okazji do zrobienia zdjęć, bo było wiele pięknych widoków, ale wyciąganie aparatu w deszczu to dość głupi pomysł.
Deszcz nie ustawał, wkrótce zapadł zmierzch, a ja nie mogłem się doczekać powrotu do suchego miejsca. Odliczałem kolejne kilometry. Nawet znalazłem tunel, którego nie było na mapie i dzięki temu oszczędziłem sobie ostatni podjazd. U celu deszcz był tak silny, że dostałem ostrzeżenie z aplikacji wczesnego ostrzegania. Prognoza pogody na najbliższe dni przewiduje ciągłe deszcze. A w mojej głowie zrodziło się tyle planów. Myślałem też, że będzie to moja rekordowa trasa po Japonii. Cóż, była, ale raptem kilka kilometrów więcej niż wycieczka do Hikone.
Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Pomiędzy wulkanami

  80.22  04:36
Temperatura wzrosła dzisiaj raptem o jedną kreskę. Z doniesień pogodowych dowiedziałem się, że śnieg zasypał wschód Japonii. Zabawne, bo gdy byłem na wschodzie 2 tygodnie temu to zasypało zachód. Ja to mam szczęście. Ale może nie powinienem zapeszać.
Miałem wiele planów na najbliższe dni. Mogłem pozostać w Kagoshimie, podzielić podróż na dwa lub trzy dni. Wybrałem opcję drugą i ruszyłem na południe. Trochę przez góry, aby móc urozmaicić sobie podróż i nie wracać nazajutrz po własnym śladzie. A co planuję, o tym za kilka dni.
Było wietrznie, w sumie kolejny już dzień. Pojechałem w góry takimi drogami, że nikt nie chciał tamtędy jeździć. Miałem całe dwa metry szerokości drogi dla siebie; ale nie jechałem środkiem, bo jednak było za dużo zakrętów, zza których mogło coś wyjechać. Góra nie była wymagająca, toteż szybko na nią wjechałem. Potem trochę zjazdów i podjazdów, które mogłem ominąć, gdybym przyłożył się do planowania. Ledwo za górami schował się wulkan Sakurajima, a na horyzoncie pojawił się kolejny – Kaimon-dake. Niższy niż pierwszy, ale dużo piękniejszy.
Dojechałem do hostelu prowadzonego przez ekscentrycznego Japończyka. Lista zasad obowiązujących w obiekcie była taka sama jak w każdym innym tego typu, ale właściciel zrobił z nich problem i przedstawił wszystkie strasznie drobiazgowo, przez co komentarze na jego profilu na Airbnb skupiają się właśnie na tych zasadach.
Szkoda, że miałem pracę do wykonania, bo dowiedziałem się, że w pobliżu znajduje się niezwykły onsen – suna-mushi, czyli woda zastąpiona piaskiem. Para wodna przenika między kryształkami piasku, docierając do skóry. Zapomniałem wspomnieć, że w trakcie kąpieli „kąpiący się” jest zakopywany w piasku. Z pewnością ciekawe doświadczenie.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kapeć u celu

  59.84  03:14
Z powodu deszczu zrobiłem sobie dzień wolnego i zwiedziłem miasto Hitoyoshi. Dzisiaj miałem się tylko dostać bardziej na południe. Nie mam za dużo do opisywania, bo droga nie była wymagająca. Wciąż czułem obolałe mięśnie po górach sprzed dwóch dni.
Było wietrznie i chłodno. Chyba gonił mnie deszcz, bo spadło kilka kropel, a w oddali było widać szary horyzont. Nic mnie na szczęście nie dopadło... poza kapciem. Raptem 2 kilometry przed celem straciłem powietrze w tylnym kole. Pompowanie nic nie pomagało, ale nie miałem siły na zabawę. Dopchałem rower do mojego miejsca noclegowego. Zajęło mi to pół godziny, ale pewnie tyle samo spędziłbym na łataniu dziury.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Kumamoto, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kawa pod górą

  111.62  07:06
Pożegnałem się z Ai i Osamu dzień wcześniej ze względu na niekorzystną prognozę pogody. Chciałem najpierw przedostać się przez góry, a potem to już co los przyniesie.
Dzień zaczął się tak samo jak wczoraj i tak samo założyłem zbyt ciepłe ubrania. Początek podróży był w miarę prosty. Podjazd zaczął się po kilku kilometrach. Droga o zmiennej szerokości przeprowadziła mnie przez tunel i sprowadziła na dół. Znalazłem się niżej niż w punkcie startowym, a przede mną stał tysięcznik. Już wiedziałem, że to nie był mój dzień.
Byłem głodny, bo od śniadania minęło trochę czasu. Objazd po wsi Shība nie przyniósł rezultatów. Poszedłem zobaczyć miejscowy chram i przy (prawdopodobnie) muzeum zostałem zaczepiony przez panią. Jakoś się dogadaliśmy, że jestem głodny i szukam restauracji, więc zaproponowała mi makaron soba. Przy okazji koleżanki z pobliskich sklepików z pamiątkami przyszły dowiedzieć się skąd jestem i dokąd jadę. Dostałem nawet mapę wsi, chociaż nie było mi dane niczego zwiedzać. Na pewno ciekawie byłoby zamieszkać na takiej wsi, gdzie każdy każdego zna.
Ruszając w dalszą drogę, dostałem jeszcze kilka słodyczy na czarną godzinę. Ledwo zacząłem podjazd, a znowu mnie zatrzymali. Tym razem Japończyk w średnim wieku był ciekawy mojego roweru. Zaproponował mi kawę w warsztacie kilkaset metrów w dół. Zostawiłem rower, żeby nie robić podjazdu jeszcze raz i skorzystałem z zaproszenia, wsiadając do jego pickupa. Okazało się, że on również był rowerzystą i przygotowywał się do maratonu. Powiedział, że na szczyt można dostać się w kilkadziesiąt minut, choć przy moim tempie ten czas wydłużał się sporo. Pokazał mi swój karbonowy sprzęt, mapę z drogą, którą obrałem, pogadaliśmy, wypiliśmy kawę i odwiózł mnie do mojego roweru. Wróciłem do mozolnej wspinaczki.
Na szczyt dotarłem o zmierzchu. Było tak ciężko, że często się zatrzymywałem. To był jednak początek, bo na zjeździe hamulce aż syczały. Nie mogłem się rozpędzać ze względu na krętą drogę i skały spadające ze stoku. Na dole panowały ciemności i w ogóle było tak cicho, brakowało ruchu na całym odcinku od Shīby. Czasem się bałem, że coś wyskoczy na drogę.
Rozgrzałem się pod automatem z napojami. Jak dobrze, że one są wszędzie. No, prawie wszędzie, bo dopiero w terenie zamieszkałym znalazłem pierwszy z nich. Potem zaczęła się kolejna droga w górę. Tym razem inna, bo nachylenie zmieniało się często. Czasem stawałem przed ścianą, którą mogłem pokonać tylko pchając rower. Drugi szczyt nie osiągnął tysiąca metrów, ale i tak dał mi w kość.
Pozostało zjechać z gór, co oczywiście nie było proste z powodu dziesiątek zakrętów i zmroku, a droga była w bardzo złym stanie. Stoczyłem się powoli i w pierwszych światłach dostrzegłem, że było 5 °C. Na szczycie odczuwalna była zdecydowanie poniżej zera.
Cała ta walka z górami zajęła mi tyle czasu, że zacząłem się obawiać o mój nocleg. Zameldowanie kończyło się o godz. 22, a ja wciąż miałem wiele kilometrów do miasta. Dałem z siebie wszystko pomimo zmęczenia. Na miejsce dotarłem na kwadrans przed 22 i nie zastałem nikogo. Pisanie wiadomości do obsługi hostelu nie przyniosło rezultatu, więc wypełniłem formularz rejestracyjny i wybrałem łóżko w pokoju. Tej nocy byłem jedynym gościem.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Japonia / Kumamoto, Japonia / Miyazaki, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Do pięciu razy sztuka

  82.98  05:15
Siódmy sezon rowerowy zacząłem odrobinę później. Planowałem spędzić tydzień pod Kumamoto i ruszyć dalej, ale przyszedł mi do głowy inny plan, więc następnego dnia po powrocie z wulkanu Aso ruszyłem z Osamu i Ai do Kumamoto, aby złapać autokar do Fukuoki, skąd z plecakiem poleciałem przez Sapporo do Sendai, aby odwiedzić Aki. Spędziłem z nią i jej rodziną Nowy Rok, który bardzo mi się podobał, bo w Japonii nie ma sztucznych ogni o północy, więc można spokojnie spać. Odwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc, w tym market rybny w Shiogamie, gdzie wśród dziesiątek korytarzy można było przebierać w świeżych rybach. Spróbowałem wielu rzeczy, w tym tradycyjnych potraw noworocznych. Miałem również okazję jeździć na pożyczonym rowerze, choć było tego na oko tylko 100 km. Przed wylotem martwiłem się, że w Tōhoku będzie zimno, ale było wręcz przeciwnie. Śniegu spadło niewiele. Dużo więcej spadło na zachodzie kraju, więc w sumie uciekłem przez najgorszym. Wczoraj – w odwrotnym kierunku – powróciłem na Kyūshū, gdzie po śniegu już prawie nie było śladu.
Osamu polecił mi zobaczyć kilka miejsc w okolicy. Odczekałem aż opadnie mgła, ubrałem się ciepło i potem tego żałowałem, bo zrobiło się wyjątkowo gorąco (jak na zimę). Dojechałem do doliny Soyō-kyō, która nazywana jest również Wielkim Kanionem Kyūshū. Z punktu widokowego miałem kilka wyjść i wybrałem chyba najgorsze, bo mogłem zawrócić po własnym śladzie, ale nie, pojechałem dalej – szukać szczęścia. Na zjeździe było stromo i ślisko. Gdy w końcu dotarłem na dół do rzeki, okazało się, że to ślepa uliczka. Prowadziła wyłącznie do elektrowni wodnej, a most widniejący na mapie był położony kilkadziesiąt metrów dalej i nie było sposobu, aby się do niego dostać od mojej strony. Co zrobić? Zawróciłem.
Nie poddałem się i pojechałem inną drogą. Błądząc, dojechałem do znalezionego mostu, a za nim... kolejna elektrownia i brak przejazdu. Tyle trudu na marne? Oj, nie. Zauważyłem ścieżkę pod płotem i poszedłem sprawdzić dokąd prowadzi. Wspiąłem się na zbocze, na górze którego znalazłem ścieżkę. Nieco starą, ale na mapie wyprowadzała poza kanion. Wróciłem po rower, wciągnąłem go na górę i spacerem doszedłem do... końca. Ścieżka prowadziła wyłącznie do wodospadu, z którego była czerpana woda do elektrowni. I tyle z mojego wydostania się z doliny. Znowu zawróciłem i pojechałem tym razem na wschód, gdzie po raz czwarty spotkałem się z przeszkodą. Ulica kończyła się na posesji. Próbowałem zapytać o drogę, ale odpowiedzieli tylko, że dalej jej nie ma i muszę pojechać na drugą stronę rzeki, a tam oczywiście mostu nie ma, więc co mogłem zrobić? Trzeba było zawrócić. Tym razem nie bawiłem się w lokalne drogi i pojechałem do głównej.
W końcu znalazłem sklep, a obok niego restaurację. Zmarnowałem ponad 2 godziny na błądzeniu i umierałem z głodu. W sklepie nie znalazłem żadnego posiłku, ale za to restauracja serwowała mnóstwo jedzenia w bufecie za 1200 jenów. Skorzystałem z oferty, żeby napełnić żołądek. Wszystko wyglądało apetycznie. Pewnie przez rozmiar głodu.
Niestety trafiłem na wyjątkowo górzysty odcinek i po zbłądzeniu w kanionie dodatkowo straciłem czas na podjazdach. Do mojego drugiego celu dojechałem o zmierzchu. Kanion Takachiho-kyō wycięty w skale wulkanicznej był przepiękny. Turystów również było niewielu, a można ich nawet spotkać, gdy pływają łódkami na dole pod ikonicznym wodospadem. Zaczepił mnie ciekawski Koreańczyk, z którym zamieniłem kilka zdań, a potem pojechałem do miasta.
Moje kolejne cele na dzisiaj musiały zostać odwołane. Dzień dobiegał końcowi, więc ruszyłem w drogę powrotną. Temperatura spadła do 5 °C, drogi przemokły od mgły, a pod domem Osamu i Ai było prawie 0 °C. Jeszcze tyle rzeczy zostało do zobaczenia, a pogoda na najbliższe dni nie jest optymistyczna.
Jeszcze krótkie podsumowanie minionego roku. Było to niespodziewany okres, gdy wyruszyłem w przygodę życia. Spędziłem 9 miesięcy w Japonii, jeżdżąc kolarzówką z doczepioną przyczepką. Pokonałem tam prawie 12 tys. km, z czego ponad połowę na trzech kółkach. Nie udało mi się pobić rekordu sezonu 2015, kiedy to szalałem z wycieczkami powyżej 200 km. W tym roku najdłuższa miała 155 km. Chyba się starzeję, że wynik jest taki słaby. Albo po prostu Japonia jest taka cudowna, że podziwiam ją wolnym tempem. To jeszcze nie koniec mojej przygody w Japonii, a już marzą mi się kolejne kraje. Moja wiza jest ważna do kwietnia, więc mam jeszcze dużo czasu na zaplanowanie wszystkiego.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, po zmroku i nocne, za granicą, Japonia / Kumamoto, Japonia / Miyazaki, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Zamknęli wulkan

  86.47  04:49
Był wyjątkowo zimny dzień, ale przynajmniej dzisiaj nie padało. Buty miałem tak przemoczone, że w końcu założyłem nowe, które kupiłem jeszcze na Shikoku. Wiał paskudny wiatr, który dodatkowo psuł komfort jazdy. Mimo to wszystkie te przeciwności nie powstrzymały mnie przed wyruszeniem w kierunku jednej z największych na świecie kalder.
Przemarzałem, ale nie było co narzekać, bo widoki dopisywały. Wspiąłem się na ścianę kaldery, z której było widać wioski położone u jej podnóża i wulkan Aso, największy w Japonii. Mój plan był taki, aby objechać wulkan, choć Osamu wskazał mi drogę na jego szczyt i wciąż się wahałem co zrobić.
Wiatr w dolinie wiał mocniej i zrobiło się zimno. Po drodze było niewiele atrakcji. Trafiłem między innymi na tunel zamieniony w park. Zrezygnowałem z wejścia, bo byłem zbyt przemarznięty. Zatrzymałem się za to w poleconej restauracji, gdzie spróbowałem regionalnych specjałów i rozgrzany mogłem ruszać dalej.
Od razu zostałem rzucony na głęboką wodę, bo miałem całą drogę pod górę. Ostatecznie pojechałem w kierunku wulkanu. Wiatr prawie mną targał, ale byłem twardy. Postawiłem sobie za cel wjechać na sam szczyt i półtorej godziny później zrobiłem to. Turystów było niewielu, po drodze trafiłem nawet na tunel – tunel przez aktywny wulkan. Strach było jechać. W budynku na szczycie znajdowało się kilka stoisk z pamiątkami (przy pustym parkingu było to zaskakujące), maleńki park rozrywki oraz wejście do kolejki linowej. To ostatnie zostało zamknięte i dopiero po wyjściu z budynku zauważyłem, że na kolejce brakowało lin. Nie było innej metody, aby dostać się do wulkanu, więc nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do domu.
Temperatura spadła do -1 °C, więc było naprawdę zimno. Podczas zjazdu musiałem używać hamulców, żeby opory powietrza mnie nie zamieniły w bryłę lodu. Na dole zrobiło się o 4 °C cieplej, ale zaczęło zmierzchać. Na szczyt kaldery wjechałem już po zmroku. Widoki były niczego sobie. Do domu Osamu i Ai wróciłem przy temperaturze 0 °C.
Kategoria za granicą, po zmroku i nocne, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Kumamoto, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Wigilia w deszczu

  61.69  04:41
Nie planowałem zatrzymywać się w Kumamoto, ale ze względu na dzienny dystans musiałem podzielić wyprawę na dwa dni, dzięki czemu poznałem Davida. Zostałem też zaproszony przez poznanych niedawno Couchsurferów. Mieszkali w górach, więc czekało mnie trochę wspinaczki.
Przed wyruszeniem odwiedziłem centrum miasta, bo chciałem zobaczyć zamek. Zniszczenia po zeszłorocznym trzęsieniu ziemi były ogromne. Duża część murów czekała na odbudowę, a sam zamek był niedostępny. Przykry widok.
Odrywając się od przykrości, miałem piękne widoki przed sobą. Zamglone doliny układały szczyty gór w zachwycające warstwy. Te cuda jednak nie trwały wiecznie, bo gdy w końcu dotarłem do gór, wszystko zniknęło za drzewami. Dodatkowo po kilku kilometrach zaczęło padać. Nie przestawało aż do zmierzchu. Do bilansu problemów trzeba jeszcze doliczyć drogę zamkniętą na skutek osunięcia się ziemi. Całe szczęście losowo wybrana alternatywa doprowadziła mnie do cywilizacji, choć przy okazji wydłużyła moją podróż. Udało mi się wyciągnąć kilka razy aparat, aby złapać jeszcze kilka zniewalających widoków.
Jechałem mozolnie, byłem przemoczony. W pewnym momencie podjechał do mnie pickup. Zmartwiony deszczem i późną porą Osamu zaproponował, że mnie podrzuci. Tak dostałem się do domu jego i Ai, pary Japończyków, którzy mnie zaprosili.
Po raz pierwszy w życiu spędziłem wigilię w innym stylu – poza domem i chrześcijańskimi tradycjami. Zaserwowana kolacja była jednak wyjątkowa, bo spróbowałem specjału prefektury – basashi, czyli surowego mięsa konia. Trochę jak wieprzowina. Cóż więcej mogę powiedzieć? Polecam spróbować.
Kategoria za granicą, z sakwami, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Kumamoto, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Na japońskiej poczcie

  66.17  04:11
Z wolna ruszyłem w dalszą drogę. Słońce podniosło temperaturę wysoko, jak na porę zimową. Chciałem wysłać do Polski kilka rzeczy, które nazbierały się od czasu, gdy opuściłem Sendai. Poprzednia paczka, wysłana budżetową metodą, dotarła po dwóch miesiącach – w całości, choć bałem się, że przepadła. Tym razem miałem do wysłania ciut mniej rzeczy, więc zaplanowałem nadać przesyłkę jako list. Naszukałem się poczty kawał drogi, aż w końcu znalazłem mały budynek. W środku nikt nie mówił po angielsku, więc wspomagając się elektronicznym tłumaczem, wypełniłem wszystkie formalności i ponad pół godziny później byłem wolny. Straszne, że to tyle czasu zabiera.
Akcja z pocztą, a wcześniej jeszcze z przygotowaniem przesyłki zabrała mi za dużo czasu. Mimo to po drodze wstąpiłem do sklepu sportowego, żeby kupić odtłuszczacz, bo tylny hamulec zaczął ciężko pracować. Popsikałem go, ale może chciałem zbyt szybkich efektów, bo nic się właściwie nie zmieniło.
W mieście Ōmura trafiłem na park, w którym znajdował się zamek, ale gdy spojrzałem jak czas mi uciekał, zrezygnowałem ze zwiedzania czegokolwiek. To jest właśnie minus posiadania pracy. I w sumie najbliższego noclegu znalezionego w miejscu oddalonym o wiele kilometrów.
Złapał mnie zmierzch, ale za to jaki, bo zachodzące słońce było przepiękne. Pozostał do pokonania górski odcinek i dotarłem do miasta Ureshino, w którym znaleźć można mnóstwo gorących źródeł. Było ich tak dużo, że na ulicach udostępniono darmowe gorące źródła dla stóp. Mimo panującej niskiej temperatury, widziałem wielu ludzi moczących stopy w gorącej wodzie. Na noc zatrzymałem się w ryokanie. Miał być hostel, ale recepcjonistka zaproponowała mi prywatny pokój, który był urządzony w stylu japońskim. Do tego w budynku był onsen, więc miałem Japonię pełną gębą. Ok, może brakowało wyżywienia, ale z noclegu byłem zadowolony.

Kategoria za granicą, z sakwami, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Nagasaki, Japonia / Saga, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery