Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / zachodniopomorskie

Dystans całkowity:4466.89 km (w terenie 580.85 km; 13.00%)
Czas w ruchu:232:04
Średnia prędkość:19.25 km/h
Maksymalna prędkość:52.00 km/h
Suma podjazdów:22032 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:154 (78 %)
Suma kalorii:26198 kcal
Liczba aktywności:36
Średnio na aktywność:124.08 km i 6h 26m
Więcej statystyk

Wolin – Stargard

  85.61  05:44
Było cieplej niż wczoraj, choć wietrznie. Przejechałem się po Wolinie, bo miałem mnóstwo czasu do otwarcia dzisiejszej głównej atrakcji – Centrum Słowian i Wikingów. Przespacerowałem się po tym skansenie, chłonąc odrobinę wiedzy z tablic informacyjnych. Widziałem również pracowników przebranych w stroje z epoki. W sklepiku zaopatrzyłem się w parę pyszności. Ciekawe miejsce.
Na mojej drodze pojawił się szlak nr 3, którym częściowo dostałem się wczoraj do Wolina. Było trochę asfaltu, a potem wjechałem na szutry na wałach otaczających Zalew Szczeciński. Nie wiem, czy legalnie, bo było mnóstwo sprzecznych znaków. Ktoś bezmyślnie je tam poustawiał. Niestety wiatr wiejący z południa był zbyt silny i zrezygnowałem z dalszej jazdy szlakiem, zjeżdżając do głównej drogi, z której mogłem dostać się do lasów. Niemal cała droga wojewódzka była w remoncie, więc jechało się ciężko. Ruch wahadłowy, dużo kurzu, korki. Nic przyjemnego. Za to lasy wręcz przeciwnie. Jechało się dużo wygodniej.
Minąłem drogę dla rowerów biegnącą po nasypie dawnej linii kolejowej. Gdybym nie zjechał ze szlaku wokół zalewu, z pewnością przejechałbym się nią, a tak nie było mi po drodze.
Kiedyś Goleniów zafascynował mnie kwitnącymi drzewami wiśni. Wtedy chyba byłem nieuważny, bo w Poznaniu widuję ich mnóstwo lub od tamtego czasu mnóstwo zostało posadzonych. Pokręciłem się chwilę po mieście w poszukiwaniu restauracji. Większość była nieczynna, ale znalazłem coś, aby nabrać sił na dalszą podróż.
Tuż za Goleniowem zatrzymał mnie kierowca, który również jeździł na rowerze i był ciekaw, co sprowadza sakwiarza w tamte strony. Wymieniliśmy się informacjami. Zwiedzał Ameryki i bardzo chwalił sobie Meksyk, bo podobno dzięki papieżowi Polacy są tam serdecznie witani.
Jechałem po różnych szlakach rowerowych, zaliczyłem trochę terenu, choć nie do końca planowanego. Wspiąłem się na jedną wieżę widokową, przejechałem po wiadukcie nad tzw. Berlinką, zaliczyłem trochę pagórków i dotarłem do Stargardu w porę przed przyjazdem pociągu do Poznania.
Znów niewiele zabrakło do tysiąca kilometrów podczas całej wyprawy. Z początku planowałem pojechać w kierunku Kołobrzegu, a potem na południe, ale pokonanie szlaku Odra – Nysa zajęło mi 8 dni z 9 zaplanowanych (a sam szlak ma zaledwie 627 km). Podobała mi się architektura Górnych Łużyc, a Dolina Dolnej Odry obfitowała w faunę. Przejechałem mnóstwo różnych dróg i zepsuło się moje wyobrażenie równych niemieckich dróg, bo szlak zestarzał się. Jednakże, przeciwieństwie do szlaków w Polsce, niemiecka część szlaku była całkiem dobrze oznaczona. Tylko w kilku miejscach miałem problemy.
Kategoria kraje / Polska, Polska / zachodniopomorskie, terenowe, z sakwami, dojazd pociągiem, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Koniec szlaku Odra – Nysa

  156.45  09:47
Wstałem wcześnie, bo miałem przed sobą dłuższy dystans. Był chłodny poranek. Dzisiaj trafiłem na sporo nierównych dróg. Przejechałem przez kilka wiosek ze sporą liczbą domów pokrytych strzechą.
W Ueckermünde szlak gdzieś uciekł bez słowa. Potem tak samo w jeszcze jednej wiosce. Nie wiem, czy stałem się nieuważny, czy znaki poznikały. Potem pojawiło się sporo terenu. Na szczęście nie padało, więc dało się jechać.
Pojawił się kolejny objazd na szlaku. Nie ufałem mu, bo takie same znaki stawiają przy drogach, wzdłuż których są drogi dla rowerów. To nie ma sensu, ktokolwiek wpadł na ten pomysł. Przejechałem się kawałek po szlaku, ale ostatecznie dojechałem do blokady. Musiałem dostać się do objazdu. Ten niestety prowadził po betonowych płytach, więc trochę mnie wytrzęsło i zrezygnowałem. Szlak pewnie prowadził okrężną drogą. Szkoda, że zapomnieli, jak się robi plany objazdów. Robili je jeszcze parę lat temu. Nie miałem ochoty jechać w nieznane po beznadziejnych drogach, nadrabiając nie wiadomo jaki dystans. Skierowałem się do głównej drogi.
Nie wiem, co było gorsze. Telepanie się po tych betonowych zabytkach czy jazda ruchliwą krajówką. Dostałem się do Anklam. Zorientowałem się, że źle wyliczyłem dzienny dystans i że zaliczę jeszcze więcej kilometrów. Szlak też gdzieś przepadł i pojawił się dopiero za miastem. Tam złapali mnie Polacy, którzy poznali rodaka pewnie po producencie sakw – Crosso, bo w Niemczech same Ortlieby. Pogadaliśmy chwilę, powiedzieli mi o drodze, którą mógłbym pojechać nazajutrz. Oni skręcili w jakiś skrót, a ja kontynuowałem jazdę szlakiem.
Byłem głodny, a po drodze nie widziałem niczego otwartego. Na szczęście miałem jeszcze owsiankę. Nie na darmo wiozłem kuchenkę turystyczną i bukłak z wodą.
Ostatnie niespodzianki na szlaku, który nie był spójny z oficjalnym śladem i znalazłem się w Ahlbeck, gdzie miał znajdować się koniec szlaku. Niestety nie znalazłem go, szlak nawet gdzieś zdążył przepaść. Miałem nadzieję zobaczyć jakąkolwiek informację, ale nic z tego. Tylko dojechałem do morza i ruszyłem w drogę do Polski. Wybudowali drogę dla rowerów, która doprowadziła mnie do Świnoujścia.
Rozważałem dostać się do Wolina pociągiem, ale nic sensownego już nie jechało. Było jedno połączenie, ale z głupią przesiadką i zdecydowałem się dojechać do celu o własnych siłach.
Zapadł zmrok. Pokonałem część dystansu głównymi drogami, a potem wjechałem na Szlak Orła Bielika, który biegł lasami. Jechało się wolno, było dużo kałuż i dołów, ale przynajmniej nie grzązłem w piasku, którego obawiałem się najbardziej. Z istot żywych spotkałem jedynie samotnego jelenia.
Rozważałem jechać krajówką, ale zaryzykowałem. Kiedyś dostałem się do Lubina lasami. Tym razem trafiłem na szlak nr 3. Na kilku odcinkach były znajome znaki Pomorza Zachodniego, kilka odcinków było mało wygodnych, pojawiły się podjazdy, długa droga usłana kocimi łbami i asfaltowym poboczem. Widać, że województwo zainwestowało w turystykę. W Wolińskim Parku Narodowym przez ulicę przebiegło stado jeleni. Potem jeszcze słyszałem ryk byka. Znów wjechałem w teren, ale wyglądało to tak, jakby coś tam jeszcze chcieli robić. Telepało, ale nie było dołów. Dalej szlak wiódł po nowych płytach betonowych, po nowym asfalcie. Strasznie dużo pajęczyn z siebie zdarłem.
Szlak gdzieś przepadł, więc wjechałem na krajówkę. Pobocze było bardzo szerokie, więc w sumie mogłem jechać tamtędy. Szybko dotarłem do Wolina. Zatrzymałem się ponownie w domu gościnnym. Wyszło 20 km mniej niż myślałem.
Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, po zmroku i nocne, Polska / zachodniopomorskie, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

To już prawie morze

  101.96  06:10
Dzisiaj było nieco cieplej niż wczorajszej nocy. Komary nadal nie dawały żyć, gdy się pakowałem. Zjadłem śniadanie i ruszyłem w słońcu na szlak Odra – Nysa. Mimo braku chmur było chłodno przez wiatr. Nie zawsze wiało w plecy. To był koniec jazdy wzdłuż Odry. Szlak biegł nie tylko po niemieckiej stronie granicy, ale też odbił daleko do jakichś nieciekawych miasteczek, prowadząc przez wioski o drogach tak okropnych, że rozważałem powrót na polską stronę. Do tego część szlaku przebiegała po drogach publicznych, a te w większości były niewiele szersze niż auta. Nie każdy mijał mnie bezpiecznie. Zważając na to, że w tym regionie słychać dużo języka polskiego, ci niebezpieczni kierowcy to pewnie Polacy.
Jeden odcinek szlaku biegł przez las po drogach niczym na Kaszubskiej Marszrucie, tylko nawierzchnia była ciut lepsza, bo asfaltowa. Dalej wygoda się skończyła, bo pojawił się teren. Szlak prowadził po nasypie dawnej linii kolejowej. Kiedyś jechałem jego odcinkiem. Równoległa droga była jeszcze gorsza, bo wybrukowana. Dojechałem do Rieth, przedostałem się do Polski i pojechałem do Nowego Warpna. Po polskiej stronie na dawnym nasypie kolejowym był już asfalt. Niestety sfatygował się przez te wszystkie lata.
Pobliski kemping zakończył już działalność, więc musiałem zatrzymać się w pensjonacie. Odechciało mi się nocować na dziko. Co rusz widziałem informację o obiekcie na sprzedaż. Objechałem miasteczko, znalazłem sklep, zjadłem kolację w barze tuż przed jego zamknięciem i poszedłem spać w wygodnym łóżku.
Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, pod namiotem, Polska / zachodniopomorskie, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Dolina Dolnej Odry

  85.01  05:20
Noc była bardzo chłodna, nie czułem komfortu termalnego. Jednakże lepiej mi się spało niż przez ostatnich parę nocy, bo byłem na kempingu. Lepszy komfort psychiczny – wiedziałem, że nikt nie przyjdzie i mnie nie przegoni.
Nieopodal kempingu było mnóstwo restauracji i straganów. Zjadłem śniadanie rolnika, jak oznajmiała pozycja w menu, i kontynuowałem jazdę szlakiem Odra – Nysa. Trochę pokropiło, ale wyjechałem spod ciężkiej chmury i groźba większego deszczu minęła. Nawet zaczęło świecić słońce. Pojawił się kolejny objazd na szlaku, jednak nie wydłużył mi drogi znacząco. Wiał okropny wiatr. Dobrze, że w plecy.
Jechałem po Parku Narodowym Doliny Dolnej Odry. Dzisiaj wyjątkowo, poza niezwykle licznym ptactwem, widziałem także parę saren. Miałem też szczęście złapać odrobinę tej licznej fauny na zdjęciach.
W Schwedt zdałem sobie sprawę, że już raz jeździłem po tym mieście. Pojechałem więc do Polski na obiad. Niemal wszystko było pozamykane, ale znalazła się jedna restauracja. Potem wróciłem na szlak i od razu wydał mi się znajomy. Wtedy jednak szlak prowadził po objeździe. Zdołali przywrócić ruch, ale droga okazała się okropnie nierówna. Tak jakby układali ją Polacy, bo taką samą tarkę na drogach asfaltowych spotykam właśnie w Polsce.
Gartz zwiedzałem podczas tej samej wycieczki, co Schwedt, więc nawet nie wjeżdżałem do centrum. Za to za miastem wjechałem na najgorszy asfalt na trasie. Prawie wypadła mi kierownica z rąk, bo tak korzenie zniszczyły drogę. Koszmar, chociaż droga biegła przez bardzo ładne lasy. Ciche i urokliwe miejsce. Miałem mieszane uczucia.
W miejscowości Mescherin kusił mnie kemping, ale miałem tyle czasu, że ruszyłem do Polski. Tuż za granicą pojawił się znak kierujący na pole namiotowe, a śladu po tym polu nie było – wszędzie chaszcze. To już nie pierwszy raz, gdy na taki nieaktualny znak trafiłem. Pojechałem po okropnej drodze do Gryfina i odwiedziłem o dziwo czynny kemping. Mieli nawet ciepłą wodę. Pani specjalnie włączyła bojler, bo został po sezonie wyłączony.
Zrobiłem szybki objazd miasteczka. Byłem w nim ostatnio zimą, gdy zwiedzałem pobliskie szlaki po polskiej stronie. Potem wróciłem na kemping, aby rozbić się. Komary oszalały. Były tak samo agresywne, jak 2 dni temu w Kostrzynie. Pod kempingiem przechodziło mnóstwo ludzi i było głośno. Miałem nadzieję, że rower nikomu się nie spodoba.
Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, pod namiotem, Polska / zachodniopomorskie, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Ukradł mi rower

  82.56  04:29
W namiocie mam lekki sen, więc często się budzę. Nie było inaczej, gdy po północy drogą obok przechodzili ludzie z latarkami. Moment później wrócili i podeszli pod moje obozowisko. Rozmawiali we wschodnim języku. Chyba ich spłoszyłem, gdy zacząłem szukać telefonu. Już wtedy powinienem był wynieść się stamtąd, ale przez agresywne komary nie miałem ochoty składać namiotu. Jeden z nich wrócił 2 godziny później. Ukradł rower, któremu założyłem zabezpieczenie niestety tylko na koło z braku drzew. Całe szczęście w porę wyskoczyłem z namiotu i pobiegłem za rabusiem. Gdybym nie zablokował roweru, pewnie nie dogoniłbym złodzieja, ale że rower mu ciążył, po kilkuset metrach porzucił zdobycz i uciekł. Nie chciałem tam zostawać ani chwili dłużej. Zebrałem obóz i pojechałem spróbować przespać resztę nocy w hotelu, chociaż emocje długo ze mnie schodziły.
Wstałem późno, bo w końcu miałem wygodne łóżko. Zjadłem śniadanie kupione poprzedniego wieczoru i ruszyłem na poszukiwanie serwisu rowerowego. Niestety w żadnym nie mieli czasu, aby mi pomóc, ale kupiłem szprychy, żeby samemu zająć się awarią z wczoraj. Musiałem tylko znaleźć odpowiednie miejsce.
Wziąłem kawę na wynos i połaziłem chwilę po Starym Kostrzynie, chociaż byłem tam parokrotnie. Potem z wolna wróciłem na szlak Odra – Nysa. Wiatr tym razem pomagał, bo wiało z południa. Niestety komary nie ustępowały, gdy zatrzymywałem się na zrobienie zdjęcia lub podczas wymiany pękniętej szprychy. Całe szczęście ten proces przebiegł bez problemów. Nawet centrowanie sprowadziło się wyłącznie do dokręcenia nypla nowej szprychy. Szkoda, że Niemcy nie słyszeli o samoobsługowych punktach naprawy rowerów, bo jeszcze ani jednej takiej stacji nie widziałem.
Zaczęło padać. Pojawił się też pierwszy objazd na szlaku. Deszcz przybierał na sile, więc schroniłem się pod wiatą, jedną z nielicznych, jakie widziałem. Niemcy chyba lubią moknąć, że tak mało jest zadaszonych miejsc postoju. Zastałem tam komary i książki. Komary chyba wszystkie anihilowałem, a książki były po niemiecku. Przeczekałem tam dość długo. Deszcz nie ustawał, więc ruszyłem. Po kilku kilometrach zaczęło się rozpogadzać, aż w końcu przestało padać.
Skręciłem w kierunku Wriezen z planem zobaczenia szlaku, która w przyszłości będzie przedłużeniem Trasy Pojezierzy Zachodnich. Wcześniej trafiłem na jedną drogę dla rowerów po środku niczego. Z kolei Wriezen już odwiedziłem, więc od razu wjechałem na zaplanowane tory. Szlak prowadził po nasypie dawnej linii kolejowej. Niestety niemiecki odcinek, choć wyłożony asfaltem, był bardzo słabej jakości. Gorszej nawet od dróg na szlaku Odra – Nysa. Mimo to, mając wiatr w plecy, dotarłem do mostu, na którym było widać prace remontowe. Za rok, może dwa będzie można tamtędy przejechać do Polski.
Dojechałem do dzisiejszego celu, którym był kemping, ale nie taki zwykły. Byłem jedynym z namiotem, cała reszta placu została zawalona kamperami. Nie było opłat, choć wodę i prąd każdy z przyjezdnych miał zapewnione. Nawet nie wiem, czy nie byłem tam jedynym Polakiem. Tym razem rower zabezpieczyłem do metalowej barierki.

Kategoria kraje / Niemcy, kraje / Polska, po dawnej linii kolejowej, pod namiotem, Polska / lubuskie, Polska / zachodniopomorskie, z sakwami, za granicą, wyprawy / Odra – Nysa 2021, rowery / Fuji

Wybrakowana Trasa Pojezierzy Zachodnich

  85.29  04:59
Było chłodno. Nie padało, gdy ruszałem. Dopiero po paru kilometrach pojawił się mokry asfalt, a im dalej, tym więcej kałuż. Na szczęście coś mnie ominęło.
Kontynuowałem jazdę Trasą Pojezierzy Zachodnich. Szlak przestał biec po dawnej linii kolejowej. Poprowadził kawałek po dziurawych asfaltach, by skręcić w teren. No, prawie, bo wzdłuż polnej drogi biegł świeży asfalt. Zero znaków, nawet terenu budowy, ale z planów wynikało, że to mój szlak. Całkiem wygodny, choć pagórkowaty, bo nie biegł po dawnej linii kolejowej.
Jechałem długo lokalnymi drogami i prawie do Myśliborza nie spotkałem nikogo. Niedzielny poranek. Tuż przed Myśliborzem skusiłem się na odcinek szlaku oznaczony jako propozycja. Biegł po nasypie innej linii kolejowej niż ta z wczoraj. Torowisko rozebrano i została mocno zarośnięta droga, która potem zmieniła się w błotnisty dojazd do pola. Po dojechaniu do asfaltu rezygnowałem z dalszej eksploracji.
Skusiła mnie obwodnica Myśliborza, którą wybudowali w miejscu dawnej linii kolejowej. Liczyłem, że zjadę do centrum na jakimś skrzyżowaniu, ale skutecznie mnie odciągnęli brakiem skrzyżowań. Wróciłem na szlak, chociaż co oni w tym Myśliborzu odwalili? Szlak kończył się przy kawałku obwodnicy oddanym do użytku. Dalej był zakaz, więc wjechałem na obwodnicę, a za nią nie zrobili żadnego połączenia z drogą dla rowerów. Musiałem przejść po grząskiej ziemi, na której posiali trawę, i ominąć barierki. Co za bezmyślność drogowców. Trzeba albo złamać zakaz wjazdu, albo jechać po pasie zieleni.
Słońce zaczęło prześwitywać przez chmury i temperatura podskoczyła. Szlak biegł dalej, aż do drogi ekspresowej. Tam nie zrobili żadnego tunelu. Był za to objazd przez wioski. Po drugiej stronie szlak nie był ukończony, więc wjechałem na ruchliwą wojewódzką, ale o szerokim poboczu. W Sulimierzu szlak znów wrócił, by urwać się po paru kilometrach. Całe szczęście nie było żadnego zakazu, a na tamtym odcinku już rozpoczęto prace. Pojawił się tłuczeń pod nową drogę, a w niektórych miejscach nawierzchnia została ujeżdżona. Jechało się całkiem dobrze i po śladach widziałem, że nie byłem tam jedyny.
Na odcinku do Barlinka na szlaku wrócił asfalt, który – pomijając drogi w miastach – biegł bez żadnych objazdów do samego Choszczna. W Barlinku pokręciłem się trochę, obszedłem szlak wzdłuż dawnych murów miejskich, zjadłem i ruszyłem w dalszą drogę, przekraczając 53. równoleżnik północny.
Pełczyce były tym pechowym miastem, w którym zaczęło padać. Musiałem ograniczyć zwiedzanie i sprężyć się z dojazdem do celu. Temperatura spadła i w dodatku zaczęło wiać. Założyłem coś od deszczu i mozolnie jechałem dalej. Kawałek szlaku przed Choszcznem był nieukończony. Asfalt już był, tylko brakowało znaków, więc pewnie szybko skończą. Dalej jednak trasa jest gotowa dopiero za Ińskiem, więc pewnie sobie poczekam, aż uzupełnią braki.
Dostałem się na stację w Choszcznie. Akurat zaczęło mocniej lać. Od ostatniej wizyty niewiele się zmieniła. Całe szczęście do pociągu miałem tylko kilkanaście minut. Było nawet miejsce na rower, ale tak absurdalnie zorganizowane, że nie da się wyciągnąć rowerów w innej kolejności, niż zostały wprowadzone.

Kategoria dojazd pociągiem, kraje / Polska, mikrowyprawa, po dawnej linii kolejowej, Polska / zachodniopomorskie, terenowe, rowery / Fuji

Most na Trasie Pojezierzy Zachodnich

  127.01  06:31
Zauważyłem, że na Trasie Pojezierzy Zachodnich otwarto kolejne odcinki. Nie mogłem wytrzymać i zaplanowałem je zobaczyć. Z początku chciałem wystartować z Choszczna, dokąd wybudowano najwięcej odcinków szlaku, ale nie podobał mi się kierunek wiatru i zacząłem kombinować. Ostatecznie i tak wiało ciągle w twarz. Zdecydowałem się na Gorzów Wielkopolski, co nie było najtrafniejszą decyzją, ale wszystko po kolei.
W Gorzowie znalazłem się dopiero koło południa. Od razu ruszyłem na zachód. Dopiero wtedy zorientowałem się, że kiedyś jechałem tamtędy. Dzisiaj wybrałem Gorzów tylko dlatego, aby sprawdzić (tę samą) drogę dla rowerów biegnącą do Kostrzyna. Co za niefortunny początek.
W Witnicy przespacerowałem się po Parku Drogowskazów i Słupów Milowych Cywilizacji, i ruszyłem leśnymi drogami ku dzisiejszemu celowi. Z początku planowałem kierować się do Kostrzyna, ale jechałbym po własnym śladzie. Wolałem skrócić sobie drogę. W ten sposób wypatrzyłem wrzosy. Właściwie trudno było je przegapić, gdy pokrywało całe runo leśne.
Szybko uciekłem z Dębna, bo był jakiś zlot hałaśliwych maszyn. Potem jeszcze złapali mnie w jednej z wiosek, ale zjechałem w teren i dzięki temu nie straciłem słuchu. Wyjechałem z tej drogi tuż koło znajomego kościółka. Ale ten świat mały.
Mieszkowice to bardzo ładne miasteczko. Ma mury obronne i ładną, choć sypiącą się architekturę. Pokręciłbym się tam dłużej, gdybym miał więcej czasu. Zostały mi ostatnie proste, aby dostać się do Odry. Tylko temperatura zaczęła spadać.
Most w Siekierkach został ukończony. Przynajmniej pierwszy, ale będę miał powód, aby tam wrócić, gdy skończą most nad samą Odrą. Zrobiłem tylko kilka zdjęć. Zostałbym tam dużo dłużej, bo przyroda wokół mostu była dość żywa, ale gonił mnie czas. Pozostało mi pojechać po własnym śladzie do Trzcińska-Zdroju. Droga nie zmieniła się od lutego. No, zrobiło się zieleniej. Złapał mnie zmierzch i wszędzie wokół latało mnóstwo nietoperzy. Chyba nawet jeden na mnie wpadł.
W Trzcińsku zrobiłem szybkie zakupy, zjadłem i po zmroku, po niedawno ukończonym odcinku szlaku, dotarłem do agroturystyki. Nie najgorsze miejsce na nocleg w trasie. Mam obawy o pogodę nazajutrz. Może mocniej popadać. Aczkolwiek dzisiaj też miało padać i nic z tego nie wyszło.
Kategoria kraje / Polska, Polska / lubuskie, Polska / zachodniopomorskie, setki i więcej, terenowe, dojazd pociągiem, po dawnej linii kolejowej, mikrowyprawa, rowery / Fuji

Choszczno – Kalisz Pomorski – Tuczno – Piła

  111.85  05:12
Dziś pierwszy dzień astronomicznej wiosny. Temperatury nocami nadal są ujemne, przez co przyjdzie nam trochę poczekać na kwieciste widoki, jak rok temu. Jednakże brak liści na drzewach sprawia, iż bez trudu można dojrzeć budynki obsadzone roślinami. Nie, żebym był zwolennikiem betonozy, drzewa też dodają jakiegoś uroku architekturze. Dodatkowo latem nie wyobrażam sobie jeździć po niezacienionych drogach czy odwiedzić rynek jakiegoś miasta, który nie ma ani jednego rozłożystego drzewa, pod którym dałoby się odpocząć od upału.
Na dzisiaj planowałem dostać się pociągiem do Szczecina i wrócić z wiatrem do Poznania lub gdzieś pomiędzy, bo nie za bardzo czułem się na siłach. Potem przyszedł mi do głowy plan zaliczania gmin, więc zmieniłem Szczecin na Stargard i za cel obrałem Piłę. Jadąc ze Stargardu, przejechałbym przez Choszczno, a że nie spieszyło mi się na pierwszy pociąg, to znów zmieniłem plan i wybrałem za początek wycieczki właśnie to miasto. Jazda się dłużyła przez remont linii kolejowej do Szczecina. Gdy przejeżdżaliśmy przez Puszczę Notecką, zaczęło sypać śniegiem. Dobrze, że sypało tylko tam.
W Choszcznie byłem parę lat temu w lecie. Poznałem po fontannie i kościele na Rynku. Wtedy jeszcze miasto było wolne od dróg dla kaskaderów. Ruszyłem prostą drogą na wschód. Temperatura wahała się od 2 °C podczas zachmurzenia do 5 °C, gdy świeciło słońce. W lasach odczuwalnie było jednak na minusie. Jechało się bardzo dobrze, z wiatrem, ruch niewielki.
W Drawnie byłem kilkakrotnie. Znów zapamiętałem tamtejszy kościół, choć tym razem go rozebrali na drobne kawałki. Droga do Kalisza Pomorskiego była również prosta, ale wiatr zaczął wiać z różnych stron. W dodatku zachmurzone niebo i lasy otaczające drogę obniżyły temperaturę. Brr. Dopiero w Kaliszu zrobiło się słonecznie. Podjechałem pod pałac vel zamek, a potem rozpocząłem najtrudniejszy etap podróży – do Tuczna.
Kolarze nie mają prostego życia podczas wypraw w nieznane. Czy to przez powstające w lawinowym tempie drogi dla kaskaderów, czy przez brak utwardzonych dróg. Jako że wybrałem dzisiaj kolarzówkę, to dręczył mnie ten drugi problem. Leśne drogi były w większości suche, jednak zdarzało się trochę błota czy grząskiej ziemi, a o piachu już nie wspomnę. Pocieszające były widoki natury. Podczas jednego z postojów nawet zauważyłem pnący się w górę wiadukt kolejowy. Z kolei gdy do niego dotarłem, usłyszałem nadjeżdżający pociąg. Sprawnie wspiąłem się na skarpę i udało mi się go złapać na zdjęciu.
W Tucznie pojechałem tylko zobaczyć zamek. Zrobiło się chłodno, a nawet pojawiło się trochę zalegającego śniegu. Mam wrażenie, że okolice Piły są jakąś arktyczną anomalią, bo to nie pierwszy raz, gdy zderzyłem się z zimnem w tych stronach.
Za Tucznem czekało mnie jeszcze trochę terenu. Niestety dominowało błoto. Na jednym z rozstajów dróg musiałem wybrać objazd, bo inaczej częściej niósłbym rower niż na nim jechał. Tak się dostałem do asfaltów. Niestety połowa z nich była w opłakanym stanie. Dopiero druga połowa, już w województwie wielkopolskim, przywracała przyjemność z jazdy. O ile temperaturę lecącą ku zeru i zmienny wiatr można nazwać przyjemnymi. Do tego Piła przywitała mnie jednymi z najgorszych dróg dla kaskaderów, jakie widziałem w Polsce. Po prostu ręce opadają, jak można było coś takiego odwalić w 70-tysięcznym mieście.
Dotarłem jakiś kwadrans za późno na dworzec, bo z głodu i zimna zatrzymałem się na stacji benzynowej. Miałem więc sporo czasu do kolejnego pociągu, dlatego pokręciłem się po mieście i kupiłem sobie gazetę na drogę. Dzisiaj kolej zabrała mi niemal 5 godzin z dnia. Jak na złość zamordyzm zamknął hotele i na razie nie mam jak optymalizować swoich podróży, ale powoli klaruje się mój wiosenny plan.

Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, Polska / zachodniopomorskie, setki i więcej, terenowe, dojazd pociągiem, rowery / GT

Blue Velo oraz Trasa Pojezierzy Zachodnich

  130.35  06:42
Plan wpadł mi w oko przedwczoraj. Z rozsądku nie zrealizowałem go wczoraj, ale dzisiaj wszystko się udało. Pobudka w połowie nocy, aby tylko przygotować się i ruszyć pociągiem do Gryfina. 3 godziny później byłem na miejscu. Jeszcze w Kętrzynie świeciło słońce, ale potem pojawiło się całkowite zachmurzenie, a nawet duża mgła. W Gryfinie pogoda wyklarowała się i mgła zniknęła, choć zastąpiła ją niewielka mżawka. Do tego temperatura wynosiła zaledwie 3,5 °C. Dobrze, że zabrałem dwuwarstwowe rękawice, bo szybko je założyłem.
Pokręciłem się chwilę po pustym mieście i ruszyłem w kierunku domniemanego początku szlaku. Z mapy znalezionej przy drodze dla rowerów dowiedziałem się co nieco o szlaku. Blue Velo, prawdopodobnie w kontraście do Green Velo, to jeden ze szlaków województwa zachodniopomorskiego, oznaczony numerem 3. Na razie to nieco ponad 40-kilometrowy szlak z planem rozbudowy nawet do 1000 km. W większości został wytyczony po nasypie dawnej linii kolejowej, dzięki czemu jazda jest bardzo wygodna i relaksująca. Początek mnie urzekł, bo krajobrazy wyglądały, jakby czas zatrzymał się jesienią. Do tego równiutki asfalt i bezpieczne skrzyżowania z drogami, czego brak mnie gryzł na szlaku przez powiat nowosolski.
Piękne krajobrazy wzdłuż rzeki Tywy, mokradła, tereny zalewowe, jeziora, dużo ptaków. Świetna trasa dla miłośników natury. Niestety wygoda się skończyła, tak jak oczekiwałem. Przez parę kolejnych kilometrów szlak biegł po drogach leśnych, które nie były zbyt suche. Jechałem na kolarzówce i lekko zachlapałem ją błotem, choć nie było grząsko.
Szlak powrócił na tory. Niestety jakość drogi była miejscami koszmarna, przypominała mi o szlaku z Zieleńca do Połczyna-Zdroju. Zbyt cienka warstwa asfaltu została w wielu miejscach zniszczona przez korzenie. 16 kilometrów później to się skończyło. Na chwilę powróciła odrobina terenu, trochę dróg dla kaskaderów i dotarłem do Trzcińska-Zdroju. Ładne miasteczko, choć puste. Chwilę się pokręciłem i pojechałem do jedynego czynnego miejsca, żeby się ogrzać i zjeść – na stację benzynową. To miasto jest tak małe, że oferowali tam wyłącznie kiełbasę w bułce.
Blue Velo za mną. Przejechałem 43 km istniejącego szlaku, które powstały 3 lata temu i nie wiadomo kiedy i czy powstaną kolejne. Tymczasem zaraz za zakrętem znajdował się początek kolejnego szlaku – Trasy Pojezierzy Zachodnich, który został oznaczony numerem 20. Może początek to złe określenie, bo szlak biegnie od Odry do Miastka, co w tej chwili daje 340 km długości (420 km według niektórych źródeł). Miałem jednak przed sobą 36-kilometrowy w pełni asfaltowy odcinek położony na nasypie dawnej linii kolejowej. Zaraz za mną była rozkopana część, która pobiegnie gdzieś w kierunku Myśliborza, więc za parę lat będzie gdzie jeździć.
Ruszyłem ku zachodowi. Pojawił się wiatr, ale przynajmniej zniknęła mżawka, a temperatura skoczyła do 4,5 °C. Zachwyciła mnie jakość drogi, wyglądała na świeżo położoną. To jest prawdziwe odkrycie roku 2021. Humor mi dopisywał, krajobrazy podobały się, jechało się lekko i przyjemnie. Ach, będę polecał tę drogę i nie mogę się doczekać, aż połączą ze sobą kolejne miasta. Warto też tam wrócić, gdy krajobrazy się rozzielenią.
Jedynym minusem był krótki odcinek niewygodnej drogi dla pieszych i rowerów w Godkowie, ale rozeszło się po kościach. Dotarłem do końca szlaku. Zawiodłem się jednak, bo oczekiwałem zobaczyć most kolejowy, a okazało się, że był w trakcie prac remontowych. Pozwolenie dostali w 2016 roku, więc powinni wkrótce skończyć. Jedynie sfotografowałem most z daleka i ruszyłem na południe.
Wzdłuż drogi rozciągały się przepiękne widoki na rozlewisko Odry. Wiedziałem, że nie zdążę na wcześniejszy pociąg powrotny, więc jechałem niespiesznie. Trafiłem na jeszcze więcej terenu wśród leśnych kniei, ale było lepiej niż rano, bo drogi były suche. W końcu dotarłem do Kostrzyna. Znalazłem otwartą kebabownię, dzięki czemu w końcu porządnie zjadłem i pojechałem na pociąg. Dzisiaj spędziłem 6,5 godziny w pociągach, ale opłacało się. Dzień spędziłem świetnie, dobrze się bawiłem i mam nadzieję, że wkrótce odkryję kolejne atrakcje, które przynajmniej dorównają dzisiejszym.
Kategoria kraje / Polska, Polska / lubuskie, Polska / zachodniopomorskie, setki i więcej, terenowe, po dawnej linii kolejowej, dojazd pociągiem, rowery / GT

Przez Oderbruch

  162.09  07:41
Zauważyłem, że mój zjazd ze Ślęży zaczepił o nową gminę. Powracam więc do mojego planu zwiedzania Polski przez zaliczanie gmin. Na mojej liście była Cedynia, samotna gmina otoczona dziesiątkami innych, już zaliczonych jednostek. Planowałem ją odwiedzić już w zeszły weekend, ale deszcz mnie zniechęcił. W ten weekend ma być to samo, ale mając dzień wolny od pracy przed nieszczęsnym weekendem, mogłem się wyrobić. Wczoraj wsiadłem do pociągu do Kętrzyna nad Odrą, a dzisiaj wprowadziłem plan w życie.
Było okrutnie zimno, gdy ruszałem. Wszędzie szron, temperatura daleko poniżej zera. Choć wziąłem zapas ciepłych ciuchów, to wiało mi w kostki. Nie było jednak odwrotu. Musiałem jechać w tym, co zabrałem z domu.
Przekroczyłem granicę z Niemcami, wjeżdżając do Oderbruch, delty śródlądowej na Odrze. Ulice pierwszej wioski były puste, a obok biegły drogi dla pieszych i rowerów. Jakość beznadziejna. Już w Japonii wygodniej się jeździło. Dopiero po wyjechaniu z obszaru zabudowanego zacząłem zazdrościć jakości. Nawierzchnia zamieniła się w asfalt – o tej samej jakości, co ulice. Jazda stała się przyjemnością i tylko przejazdy przez obszary zamieszkałe przynosiły udrękę.
W połowie podróży pojawił się objazd. Dużo znaków, wszystkie po ichniejszemu. Nie mając przy sobie żadnego tłumacza, musiałem pojechać objazdem, a ten wydłużał dystans dość sporo. Chcąc sobie pomóc, wjechałem w obiecującą drogę asfaltową. Niestety, w połowie zamieniła się w dziurę na dziurze. Zacisnąłem zęby i przejechałem to.
Dotarłem do Wriezen, większego miasteczka. Na rynku odbywał się jakiś festyn. Jedzenia prawie nie było widać. Same stragany z rzeczami jak „u Chińczyka” i warzywniak. Chociaż miałem ze sobą parę euro, które zostały mi z zeszłorocznej podróży przez Słowację, to nic mnie nie przyciągnęło.
Chcąc dorzucić jeszcze jakąś atrakcję do programu, pojechałem do miasta Bad Freienwalde. Rynek wyglądał jakby wyjęty niczym z dolnośląskiego miasteczka. Tylko kocie łby trochę bardziej telepały.
Ruszyłem w kierunku Polski. Ten przejazd przez Niemcy był nieco mniej imponujący niż moje poprzednie wizyty. Kierowcy jeżdżą dużo kulturalniej niż w Polsce, ale nadal było wielu takich z niemiecką blachą, co wyprzedzało „na gazetę”. Trafiłem również na wiele dróg, na których omal nie wybiłem zęby. Za to oznakowanie było bardzo czytelne (pomijając znaki z napisami w języku niemieckim). Niektóre rozwiązania mogłyby pojawić się w Polsce.
Z Cedynii mogłem ruszyć w wielu kierunkach. Wyliczyłem jednak, że Szczecin był dla mnie osiągalnym celem, a w razie problemów mogłem przerwać podróż w Gryfinie. Nie miałem zresztą ochoty na siłowanie się z wiatrem z południa.
W Cedyńskim Parku Krajobrazowym trafiła mi się gratka w postaci polskiej złotej jesieni. Przynajmniej jej resztek. Jednym z celów tej wycieczki było bowiem odnalezienie jesieni po stronie niemieckiej. Nie udało się tam, więc zostałem zaskoczony.
Ponownie przekroczyłem granicę, aby wygodnie dostać się do celu. Już wczoraj właścicielka noclegowni powiedziała mi o popularności szlaku rowerowego wzdłuż niemieckiej granicy, dlatego chciałem go wypróbować. Równy asfalt biegł przez park narodowy ze znikomą liczbą zabudowań, a olbrzymią ilością natury. Przejechałem też przez las o złotych liściach. Spełniłem swoją nadzieję na znalezienie jesieni i to po obu stronach granicy.
Szlak na pewnym odcinku został zamknięty, ale to nie Polska, rowerzyści nie zostali zdani na łaskę losu. Został wyznaczony objazd, do tego dobrze oznakowany, a na znakach pojawiły się mapy objazdu. Coś niesłychanego. Niestety objazd nie był mi na rękę, bo zaczęło zmierzchać, więc wjechałem na główną drogę, zaczynając tym samym jazdę po własnym śladzie z podróży wzdłuż polskiego wybrzeża.
Zapadł zmrok, a ja miałem jeszcze kawał drogi do Szczecina. Zwróciłem uwagę, że prawie wszystkie auta wyprzedzające mnie miały polskie rejestracje. No cóż, kilka kilometrów dalej przekroczyłem granicę, dojechałem na dworzec kolejowy, odczekałem ponad godzinę na pociąg i powróciłem do Poznania nim zaczął się deszczowy weekend.

Kategoria Polska / zachodniopomorskie, Polska / lubuskie, kraje / Polska, kraje / Niemcy, po zmroku i nocne, setki i więcej, za granicą, dojazd pociągiem, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery