Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:62042.35 km (w terenie 3667.34 km; 5.91%)
Czas w ruchu:3639:58
Średnia prędkość:16.86 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:466689 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:717
Średnio na aktywność:86.53 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Droga do jeziora

  90.01  04:51
Sobota. Wstałem leniwie, jako ostatni zszedłem na hotelowe śniadanie. Oczywiście bufet, ale wszystkie miski były prawie pełne. Zjadłem i ruszyłem. Było bardzo zimno. Aż założyłem nogawki i myślałem o drugiej bluzie. Nie było tragicznie, więc na myśleniu się skończyło.
Już na początku podróży załatwiłem sobie przerwę, bo byłem nieuważny podczas jazdy poboczem i wjechałem na kamienie. Zakleiłem w dętce z przodu dwie dziury, czyli typowego snake’a. Pierwsze kilometry przyniosły wiele podjazdów. W międzyczasie wyszło słońce i zaczęło robić się upalnie. Termometr wskazywał na 20 °C, choć odczuwalnie było dużo więcej. Z mapy turystycznej dowiedziałem się, że obok znajdował się olbrzymi park narodowy. Szkoda, że kilka kolejnych dni miałem już zaplanowanych i nie mogłem się zatrzymać na dłużej, bo zauważyłem kilka ciekawych szlaków, w tym prowadzących do punktów widokowych. Uwielbiam punkty widokowe, a dzień robił się idealny na podziwianie panoram górskich. Tylko nie miałem siły na wspinanie się, więc odłożyłem to na inną okazję.
Dotarłem do miasteczka Teshikaga, w granicach którego znajdują się dwa jeziora. Cały obszar jest właściwie zbiorem wygasłych wulkanów, które tysiące lat temu wyrzeźbiły dwa jeziora. Kierowałem się do Kussharo-ko, które poleciła mi Ai, choć obok było jezioro Mashū-ko, którego zdjęcia mnie bardziej zauroczyły, ale zobaczyłem je za późno, aby planować cokolwiek. W złotych promieniach słońca dojechałem do schroniska młodzieżowego.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Kto pierwszy na drugą stronę wyspy?

  127.66  06:45
Islandzka pogoda nie ustaje. Chmury kłębiły się na niebie, tworząc piękne scenerie. Wstałem wcześnie rano, bo czekała mnie bardzo długa droga do celu. Było chłodno i bardzo wietrznie. Liczyłem na wczorajszy wiatr z zachodu, ale się przeliczyłem, bo zaczęło wiać ze wschodu, czyli bardzo nie na rękę.
Wydostałem się z miasta, ale droga była słaba, więc pojechałem nieco dalej, aby dostać się na wały przeciwpowodziowe. Droga nie była w najlepszym stanie, ale przynajmniej miałem ją tylko dla siebie. Gdyby jeszcze ten wiatr się zmienił.
Chcąc skrócić sobie pokręconą drogę, ruszyłem na wzgórza. Wygodny asfalt się skończył i wjechałem na szuter. Rower szosowy dawał radę za wyjątkiem stromych górek. Las stawał się coraz bujniejszy, a w pewnym miejscu wjechałem w strefę... dla cykad. Słyszałem z daleka ich odgłosy, a gdy przekroczyłem tę granicę, ich dźwięki towarzyszyły mi nieprzerwanie jeszcze przez kilka godzin. Jednak najbardziej mnie przerażało to, że słyszałem tylko cykady. Była to przeraźliwa „cisza”, bo wtedy zorientowałem się, że mogę nie być sam. Nie chodziło o ludzi, a o niedźwiedzie. Nie spotkałem żywej duszy od wjazdu do lasu, więc byłem odrobinę przerażony.
W końcu natrafiłem na bramę w środku lasu. Otworzyłem ją i za zakrętem znalazłem drogę asfaltową. Za sobą zaś informację ostrzegającą o niedźwiedziach. Żaden mnie nie zjadł, więc – jak to mówią – głupi ma szczęście.
Droga wzdłuż wybrzeża na początku przypominała te z Islandii. Było po prostu przepięknie. Szkoda tylko, że wiało. No, ale udało mi się sprawnie dojechać do miasta. W sumie wjechałem do niego na 50 km przed znalezieniem się w centrum, ale to szczegół. Po drodze spotkałem pierwszych na Hokkaidō rowerzystów z sakwami. Byli to również pierwsi spotkani sakwiarze w Japonii przez kilka ostatnich miesięcy. Przejazd przez miasto był trudny. Nierówne chodniki, duży ruch na ulicach i światła zmieniające się za szybko. Chyba z godzinę mi zeszło na przejechaniu przez zabudowania do mojego hotelu.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

W Japonii jak na Islandii

  53.22  02:58
Dzień rozpoczął się słonecznie, choć wietrznie. Wokół można było dostrzec mnóstwo pięknych gór, zupełnie jak na Islandii. Przed startem zjadłem śniadanie podane przez właściciela noclegu. Nie ustępowało wczorajszej kolacji. Do pokonania miałem niewielki dystans, więc ruszyłem leniwie.
Wyjechałem z wioski rodem z Islandii. Trafiłem na mniej ruchliwą drogę, wokół której właściwie wszystkie krajobrazy przypominały mi o Islandii. Na rozwidleniu zjechałem na wały przeciwpowodziowe. Miałem równiutki asfalt tylko dla siebie. Szkoda, że drogi nie były połączone i musiałem przejechać po kilku szutrach.
Dla urozmaicenia krajobrazu zjechałem na wiejskie drogi. Asfalt był słaby, ale widoki już nie. Ziemniaki, zboże, kukurydza. Krajobraz zmieniał się z każdym skrzyżowaniem. Było prawie jak w Polsce.
W końcu dojechałem do Obihiro. Miałem bardzo dużo czasu przed zameldowaniem się, więc pokręciłem się po mieście, odnajdując dworzec centralny. Na mapie nie wypatrzyłem niczego interesującego, więc ruszyłem do największego parku, żeby spędzić tam czas wolny. Pokręciłem się po nim, trafiając na zoo. Tylko je objechałem, zauważając stado żubrów. A może to były bizony.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Na górze bez widoku

  84.08  04:31
Byłem na wielu górach, na których brakowało widoków. Dzisiaj trafiło na kolejną z nich. Wczoraj lało bez przerwy, więc przejechałem zaledwie parę kilometrów, aby zmienić hostel ze względu na brak miejsc. Byłem przygotowany również na deszcz dzisiaj, ale dzień zaczął się bezdeszczowo, a drogi zdążyły wyschnąć.
Początek podróży bez rewelacji, bo część dróg widziałem ostatnim razem. Chociaż podeszczowy krajobraz był nieco inny od tego sprzed deszczu. Podczas podjazdu na przełęcz zaczęło mżyć, ale na górze przestało. Zjechałem do Minami-Furano. Miasteczko wyglądało jak z Islandii wzięte. No, ciągnie mnie na Islandię. Z pewnością!
Jechałem dalej w górę. Minąłem miasteczko-widmo i dużo lasów. Zaczęło mżyć. Na górze przełęczy był parking z punktem widokowym. No i oczywiście przez mżawkę nie było nic widać, a z mapki poglądowej mogłem wyczytać, że na horyzoncie da się dostrzec nawet dwutysięczniki. Założyłem ubrania przeciwdeszczowe, bo czekał mnie dłuższy zjazd i ruszyłem na dół. Jeszcze temperatura spadła o kilka kresek, więc nie było za przyjemnie.
Próbując znaleźć drogę do celu, trafiłem na... polską wieś. Serio, klimat jak w Polsce. Mogłem porobić więcej zdjęć, ale z lekka się spieszyłem. Zatrzymałem się w kwaterze prywatnej. Kolacja, którą zaserwował właściciel smakowała niczym w luksusowej restauracji.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Droga dla ciężarówek

  88.38  04:52
Dzisiaj to mi się trafiło. Wstałem wcześnie rano i wielce się zdziwiłem. Była ósma, znajdowałem się w górach, a temperatura zupełnie jak poprzedniego dnia. Było po prostu ciepło. Dostałem śniadanie na drogę i ruszyłem. Miałem do pokonania dwie góry. No, może trzy, wliczając tę z wczoraj, ale to tylko rozgrzewka; szybko poszło.
Tak jak wczoraj, niebo było przepełnione ciężkimi chmurami. Dojechałem do głównej drogi prowadzącej na północ i okazało się, że prawie cały ruch stanowiły pojazdy ciężarowe. Jak nigdzie w Japonii, musiałem jechać w tak nietypowych warunkach. Całe szczęście pobocze było szerokie.
W sumie nie mam za wiele do opowiadania. Do pokonania założyłem sobie dłuższy dystans przez góry i szło mi całkiem nieźle. W miasteczku Shimukappu zatrzymałem się na stacji drogowej Michi-no-Eki, gdzie zjadłem obiad i obejrzałem szeroki wybór lokalnych produktów. Na drodze miałem jeszcze jedną górę. Właściciel noclegu, z którego wyruszyłem powiedział, że dzisiaj spotkam niedźwiedzia. Niestety, przejechałem przez przełęcz, zjechałem daleko w dół i dotarłem do miasta Furano, nie spotykając żadnego misia. Może innym razem. Tymczasem dotarłem do hostelu. Tak się cieszyłem, że uciekłem z Sendai przed deszczem, a deszcz przyszedł za mną. Będzie lało przez kilka dni.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Hokkaidō

  90.84  05:09
Po ponad 15 godzinach rejsu promem dopłynąłem do Tomakomai. Przywitała mnie przyjemna temperatura. W Sendai zaczął się sezon deszczowy, więc trafiłem idealnie, bo Hokkaidō jest pozbawione tego sezonu. Co więcej, klimat wyspy jest taki sam jak w Polsce!
Tak właściwie Hokkaidō nie było w moich planach, ale ponieważ mój pobyt w Azji przedłużył się, to nie mogłem sobie odmówić, aby zwiedzić drugą co do wielkości wyspę Japonii. Na miejsce dotarłem przed południem. Dopompowałem koło w przyczepce i ruszyłem wokół wyspy. Niestety nie jest ona licznie zamieszkana, toteż znalezienie dogodnej sieci noclegów nie jest łatwe. Niestety z powodu mojej pracy nie mogłem skorzystać z noclegów pod namiotem. W ten sposób, zamiast wokół wyspy po linii brzegowej, musiałem ruszyć w głąb lądu.
Spodobały mi się szerokie drogi. Stare i nierówne, ale wiele z nich miało pobocza zamiast nędznych chodników, więc jechało się zdecydowanie wygodniej niż w pozostałej części Japonii. Niestety wiał silny wiatr, więc odczuwalnie było zimno. Grube chmury i góry w oddali mocno przypominały mi o Islandii. Zaczynało mi się podobać na Hokkaidō.
Całe szczęście droga wzdłuż wybrzeża skończyła się i skończyło wiać. Droga w kierunku centrum wyspy zaczęła mi z kolei przypominać o wyspie Amami. Tyle wspomnień. Już nie mówiąc, że widziałem mnóstwo koni, niczym na Islandii.
Mimo braku wiatru, temperatura zaczęła spadać. Zacząłem obawiać się deszczu. Wjechałem na boczną drogę, ostatnią i wiodącą pod górę. Było pusto i wszystko wokół ucichło. Również kruki i cykady, które słyszałem wcześniej. Brak aut martwił mnie, bo na wyspie żyły niedźwiedzie i czytałem w niejednej historii o spotkaniach z tymi drapieżnikami.
Całe szczęście do celu dostałem się, spotykając wyłącznie jelenie, których w tych okolicach jest tak dużo, że są lokalnym przysmakiem. Zatrzymałem się w domu gościnnym, gdzie zostałem zaproszony na kolację w wyspiarskim stylu. Właściciel, który podróżował po świecie dużo, był bardzo rozgadany, więc spędziłem wieczór na rozmowie i delektowaniu się potrawami z grilla.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Sendai. Który to już raz?

  72.59  03:54
Po raz kolejny ruszyłem w kierunku Sendai. Byłem tam tyle razy, że straciłem rachubę. Do pokonania miałem górę. Pogoda była nie najgorsza. Wiatr w plecy i odrobina słońca.
Niedaleko szczytu złapałem kapcia. Dziura tak mała, że już miałem iść z dętką do wodospadu, który szumiał obok, ale całe szczęście znalazłem ją. W międzyczasie naszła dziwna chmura z przejeżdżającego auta. Smród palonego plastiku. Już myślałem, że ktoś się popisuje, bo w Japonii takich delikwentów też się spotyka. Okazało się, że dostawczak miał usterkę i kopcił z wydechu gorzej niż parowóz na pełnych obrotach. Aż inne auta się zatrzymały, bo nikt nie wiedział, co się wydarzy. Kierowca zatrzymał się, jeszcze kilka razy próbował odpalić silnik, ale za każdym razem ta sama biała chmura ziała z wydechu niczym ogień z paszczy smoka na niejednym filmie fantasy. Naprawiłem koło i pojechałem dalej, a dostawczak jak stanął, tak się nie ruszał.
Znalazłem się w Sendai. Drzewa wiśni znów kwitły. Jedna góra dzieli tak wiele, bo po drugiej stronie jeszcze brakuje tygodnia albo dwóch do rozkwitu. Pojechałem w jedno miejsce, które było chętnie fotografowane. Latarnia pod kwitnącą wiśnią przyciągnęła kilka osób. Udało się i mnie zrobić kilka zdjęć.
Pojechałem dalej na północ, mijając chram Sendai Tōshō-gū, na wejściu którego stoi moja ulubiona brama torii. W zeszłym roku trafiłem dwukrotnie na plan zdjęć szkolnych. W tym nie miałem tego szczęścia, ale może byłem za późno, bo kwiaty wiśni zdążyły zrobić się białe. Mimo to brama wciąż była piękna.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Miyagi, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Yamagata z niespodzianką

  78.61  04:26
Kolejny dzień ze słabą przejrzystością powietrza. Było ciepło, ale widoki mnie nie zadowalały, więc nie wyciągałem często aparatu. Dopiero po przejechaniu niewielkiej góry zrobiło się ciekawiej. Zatrzymałem się w Yamagacie, bo miasto jest znane z makaronu soba. Zjadłem ciepły posiłek i ruszyłem dalej.
Zaczęły mnie martwić ciemne chmury na horyzoncie. Nagle, gdy wyjeżdżałem z Yamagaty, nadszedł front niżowy. Temperatura spadła o 15 stopni, a po kilku kilometrach jazdy zaczęło kropić. Opad narastał z każdym kilometrem. Dołączając do tego temperaturę odczuwalną bliską zeru (na termometrze było 5 °C), był to jeden z najgorszych dni od czasu wizyty pod deszczowym i śnieżnym Fuji-sanem.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Rok na obczyźnie

  68.48  03:30
Ale ten czas leci. Dokładnie rok temu wsiadłem do samolotu i 19 godzin później znalazłem się w Japonii. Od tamtej pory spędzałem mój najbardziej aktywny w życiu czas, jeżdżąc na rowerze i poznając kulturę. Przejechałem od tamtej pory prawie 16 tys. km, z czego 65% z przyczepką, a 14,5 tys. km po samej Japonii (był jeszcze Tajwan). Przedłużyłem mój pobyt i teraz nie wiem kiedy wrócę.
Dzisiaj krótko, bo i droga krótka. Miałem przedostać się przez jedną górę do kolejnego miasta. Droga z początku prosta, a potem z podjazdami i tunelami. Straciłem rachubę ile ich było, ale za ostatnim, 4-kilometrowym, był już tylko zjazd w dół. Z początku nawet pojechałem blisko 60 km/h, ale pojawił się wiatr i musiałem zwolnić. Było też sporo śniegu, nawet 2 metry, chociaż nie wiem, czy pod spodem nie było jakichś obiektów. Dojechałem do Yonezawy i zatrzymałem się w hotelu.

Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Fukushima, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Aizu-Wakamatsu

  124.14  06:09
Słońce przesłaniała warstwa chmur, ale temperatura nie była niska. Do południa zdążyła wyrównać się z wczorajszą.
Na początek musiałem zjechać w dół, co nie było cieszące, bo zaraz rozpoczynał się podjazd. Pierwszą atrakcją okazały się bramki przed płatną drogą. Nie widziałem znaku drogi ekspresowej ani zakazu wjazdu rowerem, ale nie ciekawiła mnie wysokość opłaty, toteż zjechałem na chodnik, który mnie poprowadził w różne miejsca. Najpierw do niewielkiej kaskady. Potem minąłem kładkę dla pieszych, ciasny tunel (pomyśleć, że kiedyś przejeżdżały przez niego auta) i znalazłem koniec drogi. To sobie pojechałem. Wspiąłem się do punktu widokowego, aby spojrzeć na przyczynę blokady, bo na mapie biegła dalej. Okazało się, że skarpa, po której prowadziła droga, osunęła się. Nie było więc mowy nawet o próbie kontynuowania. Zawróciłem do kładki i tutaj, po raz kolejny, był plus dla zestawu rower plus przyczepka. Do kładki prowadziły schody, więc najpierw zniosłem przyczepkę, a potem rower, i od razu mogłem jechać.
Znalazłem się w dzielnicy Nikkō, która bardziej przypominała wymarłe miasteczko. Wzdłuż rzeki stały kilkunastopiętrowe hotele. W kilku widziałem światła, więc może nawet były czynne. Gorące źródła, które się tam znajdowały musiały w dawnych czasach przyciągać tysiące ludzi. Na postojach widziałem na starych zdjęciach dziesiątki uśmiechniętych twarzy. Może po prostu przyjechałem nie w porę?
Przejechałem obok tamy tworzącej jezioro Ikari-ko. Trwały prace nad budową elektrowni wodnej. Prawdopodobnie z tego powodu spuszczono całą wodę z jeziora. Wyglądało to dziwnie, niczym po katastrofie ekologicznej. Przez środek jeziora płynęła rzeka, która wydrążyła w mule głębokie koryto. Ciekawe jak taka ilość materiału ma wpływ na stan rzeki poniżej tamy.
W końcu wjechałem na szczyt góry stojącej na mojej drodze i został długi zjazd. Próbowałem znaleźć drogę, którą jechałem rok wcześniej (jak ten czas leci), ale wtedy trochę kombinowałem, aby uciec od aut. Dzisiaj miałem mniej szczęścia, bo ruch był dużo większy. Może to dzięki porze dnia, bo o zmierzchu zaczęło być luźniej. Dotarłem do miasta Aizu-Wakamatsu, rzuciłem okiem na słabo oświetlony zamek, który chodził po mojej głowie podczas poprzedniej wizyty w mieście, i zatrzymałem się w hotelu.
Kategoria za granicą, z sakwami, setki i więcej, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Fukushima, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery