Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:60971.37 km (w terenie 3370.14 km; 5.53%)
Czas w ruchu:3580:12
Średnia prędkość:16.84 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:460934 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:704
Średnio na aktywność:86.61 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Na górze bez widoku

  84.08  04:31
Byłem na wielu górach, na których brakowało widoków. Dzisiaj trafiło na kolejną z nich. Wczoraj lało bez przerwy, więc przejechałem zaledwie parę kilometrów, aby zmienić hostel ze względu na brak miejsc. Byłem przygotowany również na deszcz dzisiaj, ale dzień zaczął się bezdeszczowo, a drogi zdążyły wyschnąć.
Początek podróży bez rewelacji, bo część dróg widziałem ostatnim razem. Chociaż podeszczowy krajobraz był nieco inny od tego sprzed deszczu. Podczas podjazdu na przełęcz zaczęło mżyć, ale na górze przestało. Zjechałem do Minami-Furano. Miasteczko wyglądało jak z Islandii wzięte. No, ciągnie mnie na Islandię. Z pewnością!
Jechałem dalej w górę. Minąłem miasteczko-widmo i dużo lasów. Zaczęło mżyć. Na górze przełęczy był parking z punktem widokowym. No i oczywiście przez mżawkę nie było nic widać, a z mapki poglądowej mogłem wyczytać, że na horyzoncie da się dostrzec nawet dwutysięczniki. Założyłem ubrania przeciwdeszczowe, bo czekał mnie dłuższy zjazd i ruszyłem na dół. Jeszcze temperatura spadła o kilka kresek, więc nie było za przyjemnie.
Próbując znaleźć drogę do celu, trafiłem na... polską wieś. Serio, klimat jak w Polsce. Mogłem porobić więcej zdjęć, ale z lekka się spieszyłem. Zatrzymałem się w kwaterze prywatnej. Kolacja, którą zaserwował właściciel smakowała niczym w luksusowej restauracji.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Droga dla ciężarówek

  88.38  04:52
Dzisiaj to mi się trafiło. Wstałem wcześnie rano i wielce się zdziwiłem. Była ósma, znajdowałem się w górach, a temperatura zupełnie jak poprzedniego dnia. Było po prostu ciepło. Dostałem śniadanie na drogę i ruszyłem. Miałem do pokonania dwie góry. No, może trzy, wliczając tę z wczoraj, ale to tylko rozgrzewka; szybko poszło.
Tak jak wczoraj, niebo było przepełnione ciężkimi chmurami. Dojechałem do głównej drogi prowadzącej na północ i okazało się, że prawie cały ruch stanowiły pojazdy ciężarowe. Jak nigdzie w Japonii, musiałem jechać w tak nietypowych warunkach. Całe szczęście pobocze było szerokie.
W sumie nie mam za wiele do opowiadania. Do pokonania założyłem sobie dłuższy dystans przez góry i szło mi całkiem nieźle. W miasteczku Shimukappu zatrzymałem się na stacji drogowej Michi-no-Eki, gdzie zjadłem obiad i obejrzałem szeroki wybór lokalnych produktów. Na drodze miałem jeszcze jedną górę. Właściciel noclegu, z którego wyruszyłem powiedział, że dzisiaj spotkam niedźwiedzia. Niestety, przejechałem przez przełęcz, zjechałem daleko w dół i dotarłem do miasta Furano, nie spotykając żadnego misia. Może innym razem. Tymczasem dotarłem do hostelu. Tak się cieszyłem, że uciekłem z Sendai przed deszczem, a deszcz przyszedł za mną. Będzie lało przez kilka dni.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Hokkaidō

  90.84  05:09
Po ponad 15 godzinach rejsu promem dopłynąłem do Tomakomai. Przywitała mnie przyjemna temperatura. W Sendai zaczął się sezon deszczowy, więc trafiłem idealnie, bo Hokkaidō jest pozbawione tego sezonu. Co więcej, klimat wyspy jest taki sam jak w Polsce!
Tak właściwie Hokkaidō nie było w moich planach, ale ponieważ mój pobyt w Azji przedłużył się, to nie mogłem sobie odmówić, aby zwiedzić drugą co do wielkości wyspę Japonii. Na miejsce dotarłem przed południem. Dopompowałem koło w przyczepce i ruszyłem wokół wyspy. Niestety nie jest ona licznie zamieszkana, toteż znalezienie dogodnej sieci noclegów nie jest łatwe. Niestety z powodu mojej pracy nie mogłem skorzystać z noclegów pod namiotem. W ten sposób, zamiast wokół wyspy po linii brzegowej, musiałem ruszyć w głąb lądu.
Spodobały mi się szerokie drogi. Stare i nierówne, ale wiele z nich miało pobocza zamiast nędznych chodników, więc jechało się zdecydowanie wygodniej niż w pozostałej części Japonii. Niestety wiał silny wiatr, więc odczuwalnie było zimno. Grube chmury i góry w oddali mocno przypominały mi o Islandii. Zaczynało mi się podobać na Hokkaidō.
Całe szczęście droga wzdłuż wybrzeża skończyła się i skończyło wiać. Droga w kierunku centrum wyspy zaczęła mi z kolei przypominać o wyspie Amami. Tyle wspomnień. Już nie mówiąc, że widziałem mnóstwo koni, niczym na Islandii.
Mimo braku wiatru, temperatura zaczęła spadać. Zacząłem obawiać się deszczu. Wjechałem na boczną drogę, ostatnią i wiodącą pod górę. Było pusto i wszystko wokół ucichło. Również kruki i cykady, które słyszałem wcześniej. Brak aut martwił mnie, bo na wyspie żyły niedźwiedzie i czytałem w niejednej historii o spotkaniach z tymi drapieżnikami.
Całe szczęście do celu dostałem się, spotykając wyłącznie jelenie, których w tych okolicach jest tak dużo, że są lokalnym przysmakiem. Zatrzymałem się w domu gościnnym, gdzie zostałem zaproszony na kolację w wyspiarskim stylu. Właściciel, który podróżował po świecie dużo, był bardzo rozgadany, więc spędziłem wieczór na rozmowie i delektowaniu się potrawami z grilla.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Sendai. Który to już raz?

  72.59  03:54
Po raz kolejny ruszyłem w kierunku Sendai. Byłem tam tyle razy, że straciłem rachubę. Do pokonania miałem górę. Pogoda była nie najgorsza. Wiatr w plecy i odrobina słońca.
Niedaleko szczytu złapałem kapcia. Dziura tak mała, że już miałem iść z dętką do wodospadu, który szumiał obok, ale całe szczęście znalazłem ją. W międzyczasie naszła dziwna chmura z przejeżdżającego auta. Smród palonego plastiku. Już myślałem, że ktoś się popisuje, bo w Japonii takich delikwentów też się spotyka. Okazało się, że dostawczak miał usterkę i kopcił z wydechu gorzej niż parowóz na pełnych obrotach. Aż inne auta się zatrzymały, bo nikt nie wiedział, co się wydarzy. Kierowca zatrzymał się, jeszcze kilka razy próbował odpalić silnik, ale za każdym razem ta sama biała chmura ziała z wydechu niczym ogień z paszczy smoka na niejednym filmie fantasy. Naprawiłem koło i pojechałem dalej, a dostawczak jak stanął, tak się nie ruszał.
Znalazłem się w Sendai. Drzewa wiśni znów kwitły. Jedna góra dzieli tak wiele, bo po drugiej stronie jeszcze brakuje tygodnia albo dwóch do rozkwitu. Pojechałem w jedno miejsce, które było chętnie fotografowane. Latarnia pod kwitnącą wiśnią przyciągnęła kilka osób. Udało się i mnie zrobić kilka zdjęć.
Pojechałem dalej na północ, mijając chram Sendai Tōshō-gū, na wejściu którego stoi moja ulubiona brama torii. W zeszłym roku trafiłem dwukrotnie na plan zdjęć szkolnych. W tym nie miałem tego szczęścia, ale może byłem za późno, bo kwiaty wiśni zdążyły zrobić się białe. Mimo to brama wciąż była piękna.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Miyagi, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Yamagata z niespodzianką

  78.61  04:26
Kolejny dzień ze słabą przejrzystością powietrza. Było ciepło, ale widoki mnie nie zadowalały, więc nie wyciągałem często aparatu. Dopiero po przejechaniu niewielkiej góry zrobiło się ciekawiej. Zatrzymałem się w Yamagacie, bo miasto jest znane z makaronu soba. Zjadłem ciepły posiłek i ruszyłem dalej.
Zaczęły mnie martwić ciemne chmury na horyzoncie. Nagle, gdy wyjeżdżałem z Yamagaty, nadszedł front niżowy. Temperatura spadła o 15 stopni, a po kilku kilometrach jazdy zaczęło kropić. Opad narastał z każdym kilometrem. Dołączając do tego temperaturę odczuwalną bliską zeru (na termometrze było 5 °C), był to jeden z najgorszych dni od czasu wizyty pod deszczowym i śnieżnym Fuji-sanem.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Rok na obczyźnie

  68.48  03:30
Ale ten czas leci. Dokładnie rok temu wsiadłem do samolotu i 19 godzin później znalazłem się w Japonii. Od tamtej pory spędzałem mój najbardziej aktywny w życiu czas, jeżdżąc na rowerze i poznając kulturę. Przejechałem od tamtej pory prawie 16 tys. km, z czego 65% z przyczepką, a 14,5 tys. km po samej Japonii (był jeszcze Tajwan). Przedłużyłem mój pobyt i teraz nie wiem kiedy wrócę.
Dzisiaj krótko, bo i droga krótka. Miałem przedostać się przez jedną górę do kolejnego miasta. Droga z początku prosta, a potem z podjazdami i tunelami. Straciłem rachubę ile ich było, ale za ostatnim, 4-kilometrowym, był już tylko zjazd w dół. Z początku nawet pojechałem blisko 60 km/h, ale pojawił się wiatr i musiałem zwolnić. Było też sporo śniegu, nawet 2 metry, chociaż nie wiem, czy pod spodem nie było jakichś obiektów. Dojechałem do Yonezawy i zatrzymałem się w hotelu.

Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Fukushima, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Aizu-Wakamatsu

  124.14  06:09
Słońce przesłaniała warstwa chmur, ale temperatura nie była niska. Do południa zdążyła wyrównać się z wczorajszą.
Na początek musiałem zjechać w dół, co nie było cieszące, bo zaraz rozpoczynał się podjazd. Pierwszą atrakcją okazały się bramki przed płatną drogą. Nie widziałem znaku drogi ekspresowej ani zakazu wjazdu rowerem, ale nie ciekawiła mnie wysokość opłaty, toteż zjechałem na chodnik, który mnie poprowadził w różne miejsca. Najpierw do niewielkiej kaskady. Potem minąłem kładkę dla pieszych, ciasny tunel (pomyśleć, że kiedyś przejeżdżały przez niego auta) i znalazłem koniec drogi. To sobie pojechałem. Wspiąłem się do punktu widokowego, aby spojrzeć na przyczynę blokady, bo na mapie biegła dalej. Okazało się, że skarpa, po której prowadziła droga, osunęła się. Nie było więc mowy nawet o próbie kontynuowania. Zawróciłem do kładki i tutaj, po raz kolejny, był plus dla zestawu rower plus przyczepka. Do kładki prowadziły schody, więc najpierw zniosłem przyczepkę, a potem rower, i od razu mogłem jechać.
Znalazłem się w dzielnicy Nikkō, która bardziej przypominała wymarłe miasteczko. Wzdłuż rzeki stały kilkunastopiętrowe hotele. W kilku widziałem światła, więc może nawet były czynne. Gorące źródła, które się tam znajdowały musiały w dawnych czasach przyciągać tysiące ludzi. Na postojach widziałem na starych zdjęciach dziesiątki uśmiechniętych twarzy. Może po prostu przyjechałem nie w porę?
Przejechałem obok tamy tworzącej jezioro Ikari-ko. Trwały prace nad budową elektrowni wodnej. Prawdopodobnie z tego powodu spuszczono całą wodę z jeziora. Wyglądało to dziwnie, niczym po katastrofie ekologicznej. Przez środek jeziora płynęła rzeka, która wydrążyła w mule głębokie koryto. Ciekawe jak taka ilość materiału ma wpływ na stan rzeki poniżej tamy.
W końcu wjechałem na szczyt góry stojącej na mojej drodze i został długi zjazd. Próbowałem znaleźć drogę, którą jechałem rok wcześniej (jak ten czas leci), ale wtedy trochę kombinowałem, aby uciec od aut. Dzisiaj miałem mniej szczęścia, bo ruch był dużo większy. Może to dzięki porze dnia, bo o zmierzchu zaczęło być luźniej. Dotarłem do miasta Aizu-Wakamatsu, rzuciłem okiem na słabo oświetlony zamek, który chodził po mojej głowie podczas poprzedniej wizyty w mieście, i zatrzymałem się w hotelu.
Kategoria za granicą, z sakwami, setki i więcej, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Fukushima, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

W centrum Japonii

  72.28  04:22
Kolejny słoneczny dzień z kwitnącą wiśnią w tle. Ruszyłem w kierunku miasta Utsunomiya, bo szukając noclegu, wyczytałem, że jest tam środek Japonii.
Starałem się jechać po prostej, a że główne drogi prowadziły nieco naokoło, to trochę kombinowałem po osiedlowych, trochę po wałach rzecznych, aż trafiłem do parku Shinonome-kōen, gdzie ludzie spędzali hanami. Sznurek aut oczekujących na wjazd się nie kończył. Widziałem też rowery, więc niektórzy byli przygotowani na taką ewentualność. Przespacerowałem się kawałek, poczekałem też na przejazd pociągu, bo one pięknie komponują się z sakurą.
Znalazłem się w mieście Utsunomiya, a tam trafiłem najpierw na ulicę Shinkawa Sakura Namiki-dori obsadzoną drzewami wiśni, potem pod ruiny zamku z piknikującymi ludźmi, aż w końcu całkowitym przypadkiem, gdy zerknąłem na boczną uliczkę, zauważyłem kładkę z ludźmi. Zatrzymałem się w parku Hachimanyama-kōen, bo zapragnąłem przespacerować się górą. Ludzi było co nie miara. Znalazłem nawet korek po drugiej stronie parku, który towarzyszy wszystkim obchodom okresu kwitnienia wiśni. Przeszedłem po kładce i to w sumie tyle. Zabrałem się w dalszą drogę. Co do centrum Japonii, to jest kilka kategorii i w każdej z nich centrum znajduje się w innym miejscu, więc uznałem to za nic wyjątkowego i zaniechałem poszukiwań.
Jazda do Nikkō nie była ciekawa. Duży ruch zmuszał mnie do poruszania się po chodnikach, a te były bardzo niewygodne, bo znajdowały się półtora do dwóch metrów powyżej drogi, a każde skrzyżowanie z podjazdem na posesję wiązało się ze zjechaniem i ponownym wjechaniem na ścieżkę. Już w Polsce widziałem lepsze rozwiązania. W każdym razie dojechałem do centrum miasta, gdzie chciałem zobaczyć aleję cedrową. Trafiłem niestety na mniej ciekawą (a jest ich kilka) i byłem nieusatysfakcjonowany.
Dotarłem do górnego miasta, gdzie znajdował się mój hostel. Plan był taki, aby zostawić rzeczy i ruszyć do jeziora Chūzenji-ko. Zabrakło czasu, bo zaczynało się ściemniać. Wykorzystałem plan alternatywny i ruszyłem pieszo do świątyni Nikkō Tōshō-gū. Oczywiście była zamknięta, a okolica niczym wymarła (w przeciwieństwie do dnia, gdy jest tam tłoczno niczym na jarmarku). Przespacerowałem się do chramu Nikkō Futarasan-jinja, gdzie, mimo pustek, świeciły się światła w oknach. Zrobiło się chłodno, więc może i dobrze, że nie ruszyłem do jeziora.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

W pogoni za sakurą

  88.72  04:36
Jako że w Tōkyō drzewa wiśni przekwitają, wyruszyłem na daleką północ w poszukiwaniu pięknych widoków.
Najpierw odwiedziłem park Sumida-kōen, z którego wczoraj zrezygnowałem z oszczędności czasu. Później trafiłem na jeszcze kilka parków, ale we wszystkich drzewa wiśni były w połowie przekwitłe. Nie mogłem zrobić nic więcej, jak jechać dalej. W sumie tyle mógłbym napisać, gdyby nie miasto Satte, a dokładnie park Gongendō Tsutsumi. Znajdowało się tam tysiąc drzew wiśni. Łatwo było trafić na miejsce, jadąc za kilkukilometrowym korkiem. Zastanawiam się, gdzie oni upchali te wszystkie auta, bo ludzi było chyba kilka tysięcy.
Miejsce bardzo ładne. Przypominało Hitome Senbon Zakura, w którym byłem w zeszłym roku. Tutaj dodatkowo uroku dodawał rzepak. W ogóle ten rejon ma go bardzo dużo, bo jak rzadko widuję rzepak w Japonii, tak dzisiaj przez resztę dnia zobaczyłem go sporo.
Przeszedłem duży kawał ścieżki otoczonej drzewami. Tutaj, mimo spadających płatków, kwiatom było daleko do przekwitu. Udało mi się zrealizować dzisiejszy plan. Pozostało dojechać do miejsca noclegowego. Pokonałem kawałek dystansu po wałach rzecznych, potem ulicami. Temperatura spadła o kilka stopni. Na miejscu znalazłem się chwilę po zapadnięciu zmroku. Już wywieszają koinobori z okazji dnia dziecka, który w Japonii odbywa się w sumie dopiero w maju.
Kategoria za granicą, z sakwami, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, kraje / Japonia, Japonia / Ibaraki, Japonia / Saitama, Japonia / Tochigi, Japonia / Tōkyō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Z ogrodu do ogrodu po Tōkyō

  22.24  01:37
Wczoraj nie jeździłem, ale wybrałem się na długi spacer. Odwiedziłem dwa razy Shinjuku Gyoen, gdzie zrobiłem mnóstwo zdjęć. Dwukrotnie, bo za pierwszym nie wziąłem aparatu. Niestety światło zdążyło się zmienić i zdjęcia nie wyszły takie, jak chciałem. Ale załączam je do pokaźnej kolekcji. Nie mogłem się zachwycić widokami, bo choć wszystkie są podobne, to jednak każdy zawiera coś innego.
Dzisiejszy dzień zaplanowałem z udziałem map Google, w których zostały dodane popularne miejsca do podziwiania kwitnienia wiśni. Wybrałem kilka leżących na drodze do kolejnego noclegu i ruszyłem. Na początek był Meij-ijingū Gaien, ale rozczarowałem się. Objechałem część kompleksu i nie znalazłem miejsca przeznaczonego na hanami. Tak właściwie, duża część drzew wiśni przekwitła. Potem jeszcze w kilku innych miejscach zobaczyłem w połowie gołe drzewa. Hanami w Tōkyō dobiega końca.
Obok znajdował się pałac Akasaka, który przyjmuje dygnitarzy z całego świata. Strzeżony przez mundurowych, ale można zwiedzić wnętrza po uprzedniej rezerwacji. Chętnych nie brakowało.
Następnym punktem był Tōkyō Middotaun (albo Midtown z angielskiego) i znajdujący się obok maleńki park Hinokichō-kōen. Drzew wiśni niewiele, ale ludzi piknikujących na trawie nie brakowało.
Na swojej drodze miałem wieżę tokijską, więc nie mogłem się nie zatrzymać. Kolejne zdjęcia do kolekcji z tych samych miejsc, ale w innym świetle, więc nie są to duplikaty.
Kyū Shiba Rikyū Onshi-teien, czyli Stary Ogród Cesarski Shiba Rikyū (albo jakoś tak) był kolejny na liście. Zapłaciłem za wejście, a tam mnóstwo pracowników biurowych. Akurat była pora lanczu, więc po części to zrozumiałe, choć zastanawiam się, czy to zwyczajne, że tam jedzą kanapki i inne dania na wynos, czy może ze względu na hanami pracownicy postanowili spędzić godzinę obiadową na kocach pod drzewami wiśni. Może praca od 7 do 19 nie pozwala im na taki odpoczynek w innej porze. Życie pracoholika w Japonii jest ciężkie.
Tuż obok znajdowały się ogrody królewskie Hamarikyū Onshi-teien, większy kompleks, ale szybko go obszedłem. Czas mnie gonił, więc pojechałem do parku Ueno-kōen. Przypomniała mi się poprzednia wizyta tamże 2,5 roku temu. Nawet trafiłem na uliczkę, która wtedy była pusta, a dzisiaj zapełniały ją stragany z jedzeniem i ławki z radosnymi Japończykami, którzy spędzali hanami w towarzystwie rodzin i przyjaciół.
Powoli opuszczałem park, gdy zaczepił mnie Japończyk, zwracając się z pytaniem, czy jestem z Polski – zapytał po polsku. Jak się okazało, uczył się polskiego kilkadziesiąt lat wcześniej. Był to jego czwarty język po japońskim, rosyjskim i angielskim. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, porozmawialiśmy chwilę i poszliśmy w swoje strony.
Miałem jeszcze dwa miejsca do odwiedzenia, ale robiło się późno, więc pojechałem prosto do hostelu. Pod świątynią Sensō-ji był straszny tłok i jak zwykle nie miałem gdzie zostawić roweru. Pomyślałem, że mogę zostawić rzeczy w hostelu. Zrobiłem więc szybki spacer, bo było blisko i na tym zakończyłem dzień podróży. Już dawno nie zrobiłem tylu zdjęć.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, Japonia / Tōkyō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery