Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

po zmroku i nocne

Dystans całkowity:44933.74 km (w terenie 3172.54 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2327:54
Średnia prędkość:19.19 km/h
Maksymalna prędkość:70.40 km/h
Suma podjazdów:301328 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:108246 kcal
Liczba aktywności:595
Średnio na aktywność:75.52 km i 3h 56m
Więcej statystyk

Dolina Prądnika o zachodzie słońca

  41.17  01:46
Rozleniwiłem się i zamiast od razu wyjść na rower, to przesiedziałem nad planowaniem innych rzeczy. Miało być do Miechowa, ale wyszła pętla przez Dolinę Prądnika. Na początek próbowałem dostać się jak najprościej w kierunku Krowodrzy. Prawie mi się to udało. Jeszcze będę próbował, bo przejazd przez Stare Miasto jest zbędny. Dalej znanym szlakiem z widokami na doliny i zachodzące słońce dotarłem do Bramy Krakowskiej, skąd wspiąłem się przez ciemny las do drogi krajowej, a tą, po zmroku, dotarłem do Krakowa. Tym razem nie przejechałem swojej kamienicy.
Kategoria Dolina Prądnika, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Kopiec Krakusa

  20.02  01:02
W tym roku stanowczo mam źle dobrane godziny pracy. Postanowiłem zrobić krótką przejażdżkę na Kopiec Krakusa. Skierowałem się na ul. Wadowicką, żeby stamtąd ul. Zamkniętą jakoś dojechać na miejsce. Niestety przeoczyłem wspomnianą drogę i musiałem błądzić koło cmentarza. Dalej uliczką pod górkę aż zatrzymałem się, żeby spojrzeć na mapę w telefonie. Źle pojechałem, więc skręciłem w polną drogę, która zamieniła się w ścieżkę. Rośliny wyższe ode mnie przeszkadzały w jeździe, a dodatek pokrzyw wyjątkowo zniechęcał do dalszej jazdy. Nie ugiąłem się i pokonałem strach przed poparzeniem. Dojechałem nad skarpę kamieniołomu tuż obok mojego celu. Widok bardzo piękny, zwłaszcza o zachodzie słońca. Udało mi się dotrzeć do kopca po ścieżce, którą jechałem. Choć nie jest tak wysoki jak kopce Piłsudskiego lub Kościuszki, to widok i tak jest niesamowity. Ludzie zbierają się tam, aby oglądać zachód słońca, dlatego i ja przystanąłem na tych parę chwil póki nie zapadł zmierzch.
Powrót miałem także po drodze terenowej, tylko na ostatnim zakręcie wpadłem w poślizg i wylądowałem na ziemi, zatrzymując się na dłoni. Nie pamiętam jak to zrobiłem, ale ani się nie wybrudziłem, ani nic nie stłukłem. Nawet nadgarstek mnie nie rozbolał. Pojechałem więc dalej i postanowiłem zrobić jedną rundkę po bulwarach nadwiślańskich.
Na ul. Grodzkiej jest jakaś tymczasowa zmiana organizacji ruchu, bo wjazd dla rowerów od Wawelu został zablokowany. Zignorowałem to, ale następnym razem będę musiał wybrać inną drogę. Zastanawiające jest też to, że ruch został także zablokowany dla dorożek, więc nie tylko rowerzyści mogą mieć pretensje. Teraz wyczytałem, że przebiegał tamtędy Tour de Pologne, a ponieważ znaki z tabliczkami wskazują daty do 3 oraz do 6 sierpnia, to zakaz jeszcze jakiś czas będzie obowiązywał. Kurczę, przegapiłem wtorkowy etap. Może chociaż na finał się załapię?
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Tatry Tour

  383.59  19:31
Rok temu zaplanowałem taką sobie wycieczkę wokół Tatr. Po miesiącu postanowiłem wykonać plan, jednak z powodu złego samopoczucia nie udało się. Plan czekał na swoją realizację aż do wczoraj. Obudziłem się wcześniej, żeby przespać się przed wyruszeniem. Z drzemki wiele nie wyszło, bo nie potrafię zasnąć w ciągu dnia. Przygotowałem zawczasu sakwy, wypełniłem odrobiną ubrań, zapasem wody i jedzenia. Wgrałem do telefonu szczegółową mapę, aby nie robić dodatkowych kilometrów. Sprawdziłem rozkład pociągów, żeby z Chabówki (70 km od Krakowa) wrócić pociągiem. Byłem gotowy.
Wyruszyłem tuż po godz. 22, żeby zdążyć na wschód słońca w pięknej scenerii. Było gorąco i duszno, dlatego jak najszybciej chciałem się wydostać z Krakowa. Za jego granicami powietrze było rześkie i jechało się o wiele lepiej. Oświetlona droga aż do Świątnik Górnych pozwalała na swobodną jazdę. Do czasu, bo za tym miastem musiałem się aż zatrzymać, żeby przyzwyczaić wzrok do ciemności. Nawet moje oświetlenie nie pomagało.
Tuż przed Myślenicami zaczęło wiać. Droga przestała być przyjemna. W samym miasteczku jakaś impreza, więc pełno ludzi i aut zaparkowanych na ulicach. W miarę szybko się przedarłem do drogi tuż przy ekspresówce. Miałem piękny widok na rzekę Rabę w świetle księżyca.
Za Lubieniem zaczął się podjazd do Skomielnej Białej. Na drodze ekspresowej panował strasznie duży ruch, że bałem się jak będzie dalej, ale niepotrzebnie, bo na krajówce już mogłem spokojnie jechać pod górę. Od Chabówki zaczęła się droga, której nie znałem. Na początek podjazdy z przepięknymi widokami. Przejaśniało się coraz bardziej, a ja dojeżdżałem do Nowego Targu. To miasto przywitało mnie mgłą. Brr. Jechałem więc dalej, żeby jak najszybciej znaleźć się w górach. Chciałem zobaczyć wschód słońca i w ogóle Tatry.
Kolejny podjazd zacząłem w Gronkowie. Piękne górskie domy, tylko ciągle zastanawia mnie czemu one są takie wysokie. Czy po to, żeby ćwiczyć nogi na schodach przed wyjściem w góry?
Po 100 km drogi miałem średnią 17,1 km/h, no ale musiałem się oszczędzać, zwłaszcza, że jechałem wciąż pod górę. Od czasu do czasu robiłem też krótki odpoczynek, bo przede mną było jeszcze dużo gór.
Wschodu słońca nie zobaczyłem, ponieważ jechałem drogą wzdłuż kotliny. Zobaczyłem za to Tatry. Najpierw tylko jeden szczyt, a gdy wjechałem na wzniesienie, które przesłaniało mi panoramę – ujrzałem przepiękny widok. Każdy metr drogi, to inna perspektywa, dlatego co chwila zatrzymywałem się, żeby zrobić zdjęcie. Chciałoby się tam zostać, ale przede mną była jeszcze długa droga.
Zjechałem do Łysej Polany. Przede mną granica państwa, ale moją uwagę zwrócił znak "Morskie Oko". Nie był to mój cel, dlatego nawet nie próbowałem jazdy w tamtym kierunku. W dodatku to teren parku narodowego, więc jazda rowerem jest niemożliwa. Widziałem za to tabuny aut tam zmierzających. Ciekawe jak duży jest tamtejszy parking.
Ruszyłem Drogą Wolności na Słowacji. Mijałem piękne widoki z dużą ilością podjazdów i zjazdów. I co najciekawsze – na drodze były wyrysowane oznaczenia trasy Tatry Tour z informacją o długości podjazdu lub o najbliższym skręcie. Ponieważ ta trasa wiedzie wokół Tatr zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to po pewnym czasie przestałem zerkać na mapę i jechałem za strzałkami.
Na Słowacji panuje inna kultura wśród rowerzystów. Oni się tam nie pozdrawiają. To chyba domena Polaków. Mimo wszystko ja machałem im, a gdy mi się znudziło to, że nie każdy odmachiwał, wtedy zauważyłem, że większość z nich dziwnie się patrzyła, gdy się mijaliśmy. Ach, jeszcze dziwniejsza rzecz – na Słowacji ludzie witają się lewą ręką? Jak już ktoś mi odmachał, to tylko lewą. Może ja po prostu nie zauważałem, gdy podnosili dwa palce, żeby niby mi pomachać? (Oczywiście teoretyzuję, bo takiego przypadku nie dostrzegłem).
Miasto Wysokie Tatry (słow. Vysoké Tatry) jest naprawdę położone wysoko, bo właśnie tutaj osiągnąłem wysokość 1271 m n.p.m. Miasto powstało z połączenia kilkunastu mniejszych osad, przez co ciągnie się przez kilkadziesiąt kilometrów.
Zmartwiła mnie bateria w telefonie, która padła po 150 km jazdy. Stanowczo odradzam kupowania zamienników, bo szybko się zużywają (coraz częściej muszę ją ładować). Na szczęście miałem przy sobie drugą, oryginalną, dzięki czemu mam ślad z całej wycieczki.
Gdy zaczął się zjazd – w miejscowości Szczyrbskie Jezioro – pojawił się problem. Na najwyższym biegu łańcuch przeskakiwał na tylnej zębatce. Zatrzymałem się i zacząłem grzebać przy napędzie, ale nie wiedzieć czemu nie udało mi się tego skorygować. Mając już tylko 6 rzędów w kasecie, ruszyłem dalej, już po Tatrzańskiej Drodze Młodości.
Tak jechałem i podziwiałem widoki – na lewo doliny, na prawo góry. Często się zatrzymywałem, żeby albo zrobić zdjęcie, albo po prostu odpocząć od upału, bo zbliżało się południe i jazda stawała się coraz cięższa. Co za widoki! Miejscowi kolarze mają tu raj, bo droga bardzo wygodna, aut niedużo i piękne okolice. Tylko brakuje drzew, które dawałyby cień. Choć z drugiej strony krajobrazy już nie byłyby tak zachwycające.
W miejscowości Podtúreň minąłem autostradę, która ma monumentalny most. Aż przypomniała mi się estakada nad Milówką. W sumie jeszcze nigdy nie jechałem żadną tak wzniosłą budowlą. Kiedyś trzeba spróbować.
W Liptowskim Mikułaszu (słow. Liptovský Mikuláš) miałem okazję przejechać się po raz drugi dzisiaj drogą dla rowerów, choć już mniej wygodną. Tutaj też odpocząłem, zjadłem swój posiłek, który zrobiłem wczoraj i pojechałem dalej, zatrzymując się coraz częściej, bo słońce prażyło coraz bardziej.
Przejechałem koło jeziora Wag (słow. Váh), przy którym w tak upalny dzień tłumy nie miały końca. Minąłem jeden z wielu kościołów dzisiaj, ale jakoś nie miałem ochoty zatrzymywać się i szukać najlepszego ujęcia, dlatego ten w Liptowskich Matiaszowcach (słow. Liptovské Matiašovce) jest jedynym, który sfotografowałem. Szkoda, bo minąłem ich tak dużo i niektóre wyglądały wybitnie. Chyba piękno Tatr dodatkowo zniechęcało mnie od odrywania aparatu od tych gór.
Jeszcze przez wyjazdem martwiła mnie serpentyna, do której zbliżałem się. I właściwie, bo przy tym upale nie mogłem jej podjechać. Zatrzymywałem się dosłownie przy każdym cieniu. Ten niestety był tylko po lewej stronie jezdni, a jak już ów cień był dłuższy, to szedłem do jego końca, odpoczywałem od upału o ile robaki pozwoliły i próbowałem dojechać do kolejnego przystanku. To był najgorszy podjazd jaki do tej pory zrobiłem w życiu. Gorszy od Kapelli. Ciągnął się niemiłosiernie. Co zakręt pragnąłem, żeby to był już koniec, ale tak nie było. Gdy w końcu dojechałem do cienia rzucanego przez stok... słońce zaszło za chmurę. Niech to szlag! Tak perfidnie. I jak już stok się skończył, to i chmura zdążyła się oddalić. Szczęście, że to był już koniec podjazdu.
Jak na temperaturę ok. 40 °C w słońcu, to miałem dość. Pół roku temu koleżanka namówiła mnie na tarocistę, który wywróżył mi wizytę w ciągu dwóch lat... w Afryce – na rowerze. To nie dla mnie, ja nie wytrzymam takich temperatur. Niech ktoś inny korzysta z tej wróżby, ale na pewno nie będę to ja.
Wczoraj, przed wyjazdem, spojrzałem na prognozę pogody dla okolic Tatr. Jak nic miało padać. Trochę się tego obawiałem przed podróżą, jednak podczas tego podjazdu pragnąłem, żeby spadł deszcz. Nie było jednak o tym mowy, bo o ile chmur nagromadziło się sporo, to nad moją głową nie było ani jednej. No, może poza tą, która w pewnym momencie na chwilę zasłoniła słońce, gdy kończyłem podjazd.
Miałem z górki i to długiej, ale dużej ulgi to nie przyniosło. Nie czułem tego chłodu podczas zjazdu, jak rok temu, gdy po długim podjeździe między Wisłą i Szczyrkiem zaczął się chłodny zjazd. Wtedy jednak cała podróż była przesycona mroźną jazdą; nie to, co dzisiaj.
Zaplanowałem dojazd do Chabówki, a następnie powrót pociągiem – ostatnim, którym można przewieźć rower – po godz. 15. Niestety ta godzina wybiła podczas morderczego podjazdu i wyglądało na to, że dzisiaj pobiję rekord życiowy.
W Orawicach (słow. Oravice) zaczęło być płasko, co więcej – miałem z górki, ponieważ jechałem z nurtem rzeki Orawicy (słow. Oravica). W samej miejscowości odbywał się jakiś festyn. Dużo Polaków i Słowaków, ale to zrozumiałe dla przygranicznych miejscowości. Ja jechałem dalej, ponieważ kończyła mi się woda, a nie miałem euro, żeby cokolwiek kupić po tej stronie granicy.
Chmur przybywało, widziałem nawet błyskawicę, ale przestawało być upalnie, więc już nie chciałem żadnego deszczu. Ostatni podjazd i znalazłem się w Chochołowie, w Polsce. Tutaj też znalazłem otwarty sklep. Sporo ludzi, jednak nie miałem wyjścia – zostawiłem rower przed wejściem. Nadal mam szczęście i mogłem ostatnie 100 km pokonać na rowerze. Jedynie licznikiem ktoś się pobawił.
Gdy Zakopianka jest zakorkowana, turyści wybierają właśnie tę drogę do powrotu z Zakopanego. Na początku mijało mnie strasznie dużo aut, ale później ruch się zmniejszył (fala się skończyła czy jest jakiś inny objazd?). Miałem teraz cały czas z górki, a po mojej lewej stronie widziałem zachodzące słońce. A! Co najważniejsze – za plecami miałem Tatry. Są widoczne naprawdę z daleka. Dlaczego nie zrobiłem tego ostatniego zdjęcia po polskiej stronie?
Z Chabówki udałem się do Rabki-Zdrój. Nie miałem już sił ani ochoty na podjazdy, więc skierowałem się do Mszany Dolnej. Zapomniałem, że na tej drodze jest kilka wzgórz, ale szybko sobie z nimi poradziłem. Masakra była dopiero z Mszany Dolnej do Lubienia. Dosłownie masakra, bo robactwa już dawno tyle się ode mnie nie odbiło. Chciałem jak najszybciej wyjechać z tej doliny, bo to najprawdopodobniej fauna znad rzeki Raby.
Droga do Myślenic już nie taka spokojna, bowiem było więcej aut niż ostatnio. Księżyc się schował, więc nie było widać Raby. Zostawało mi gapienie się na pędzące auta powracające z gór.
Impreza w Myślenicach nie miała końca, a dodatkowo zaraziła Lubień, który minąłem wcześniej. No ale każdy ma inny sposób na spędzanie wolnego czasu. Ja dzisiaj go spędziłem na rowerze.
Za Myślenicami czekała mnie ostatnia katorga. Jechałem i jechałem – podjazdy i zjazdy. Miałem dość, a końca nie było widać. Jeszcze te setki aut. Jedyny plus taki, że oświetlały mi pobocze, a to było szerokie i najczęściej wygodne. Jedynie od czasu do czasu pojawiały się wsi, w których ktoś wymyślił, żeby postawić betonowe bloki na mojej drodze.
Niestety w Krakowie idylla się skończyła i musiałem jechać po jezdni. O ile na wiadukcie nad autostradą mogłem przejechać z 5 razy w obie strony i nikt nie przeszkodziłby mi, to dalej ruch był znów duży i straszny. Gdy mogłem, to jechałem po chodniku, ale ten nie nadaje się, bo to stare, betonowe płyty, więc jak nie było aut, to wracałem na asfalt.
Do domu dojechałem tuż przed północą. Pokonałem swój poprzedni rekord życiowy, w dodatku miałem tyle podjazdów, że na ten rok mam dość. W 2014 spróbuję zrobić dystans z czwórką na przodzie. Marzy mi się też wyprawa jak rok temu podczas majówki, tylko może dłuższa. Marzenia.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, kraje / Słowacja, kraje / Polska, rowery / Trek

Frywałd

  46.94  02:03
Niewiele czasu, więc i niewiele kilometrów. Nie miałem celu, więc postanowiłem pojechać do Frywałda – miejscowości, przez którą przejeżdżałem wielokrotnie, zazwyczaj podczas powrotów nocą. Drogę miałem bardzo prostą, bo spod kamienicy prosto, bez żadnego skrętu na jakimkolwiek skrzyżowaniu. Stare, znajome tereny. Te same dziury, wyboje. Droga z Brzoskwinii do Frywałdu jak zawsze niebezpieczna, choć dzisiaj wyprzedzałem wszystkie jadące tamtędy auta.
Droga powrotna zaczęła się bardzo malowniczo. Kolejna dolina z pięknymi skałami wapiennymi. Równa droga, a za Mnikowem gładki asfalt. W Cholerzynie zaplanowałem skrócić sobie drogę przez wjazd na drogę terenową, żeby nie jechać przez Kryspinów. Po chwili byłem w Krakowie. Jechałem prosto do domu, dlatego postanowiłem zjechać z głównej drogi. Minąłem znane mi uliczki, ponieważ szukałem kiedyś drogi przez Rezerwat Panieńskie Skały. Niestety tak się zagapiłem, że nie zauważyłem progu. Choć przejechałem przez niego, to myślałem, że popękały mi obręcze tak odczułem to bliskie spotkanie z krawężnikiem. Ktokolwiek wymyślił ten stopień nie miał zbyt wesołego życia (do czasu aż ludzie zaczęli się wywracać w tamtym miejscu po zmroku). Dalej przez Park Decjusza i obok Błoni dostałem się do domu, już starając się bardziej uważać na drogę. Pewnie czeka mnie centrowanie kół.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Słomniki, Proszowice

  88.77  04:03
Dzisiaj w końcu wybrałem się na wycieczkę z zaplanowaną trasą. Nadal uważam, że przydałaby mi się aplikacja na telefon, która miałaby tylko niezbędne funkcje. Mimo wszystko obsługa apki Traseo jeszcze mnie nie frustruje do tego stopnia, aby napisać coś swojego (dziś tylko jeden raz zawiesiła mi telefon).
Miałem przed sobą 80 km. Strasznie dużo czasu spędziłem w Krakowie na szukaniu drogi czy staniu na światłach. Dalej już droga była łatwa, choć te podjazdy trochę męczyły. No ale nie było ich tyle, co podczas wycieczki do Gdowa, także narzekanie odłożyłem na bok. I tak za miejscowością Goszcza droga zaczęła być płaska, więc jechało się o wiele lepiej.
Trasę wyznaczyłem z mapami od Google i w miejscowości Sadowie zaproponowano mi jazdę przez drogę zarośniętą krzakami. Muszę bardziej uważać podczas tworzenia tras, żeby nie wydłużać sobie niepotrzebnie drogi.
Po 25 km stwierdziłem, że trzeba się pospieszyć, bo późno i przede mną jeszcze kawał drogi. Dojechałem jednak szybko do Słomnik, a później omijając drogę wojewódzką, żeby zaliczyć jeszcze jedną gminę dojechałem do Proszowic. Mogłem pokusić się o jeszcze jedną gminę, ale to nie ta godzina.
W Proszowicach znalazłem się po zachodzie słońca. Drogę do domu miałem prostą, bo obrałem kurs na drogę wojewódzką, która mi się ostatnio spodobała. Rzeczywiście jest wygodna i niedziurawa, ale dwujezdniowa zaczyna się dopiero od Luborzycy. W Krakowie miałem problem, bo nocą wszystko wygląda inaczej i nie poznałem jednego skrzyżowania, gdy szukałem drogi do centrum. Naprawdę przydałaby się szybka nawigacja na takie komplikacje.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Rowerem po Krakowie, odcinek XX

  34.96  01:30
Jestem już zmęczony tym rowerem. W piątek rano oddałem go do serwisu. Wieczorem facet powiedział, że zatrzyma go do soboty i zadzwoni do mnie, gdy skończy. Nie zadzwonił, ja zastałem zamknięty warsztat i piękny weekend spędziłem na spacerach marząc o sprawnym jednośladzie. Dzisiaj odebrałem go, ale niestety usterka wciąż gdzieś jest. W domu próbowałem przysłuchiwać się skąd dochodzi zgrzyt i do końca nie wiem czy to okolice korby, czy sterów. Korba była rozkręcona i nasmarowana, dlatego teraz skupię się na sterach. Z drugiej strony jak próbowałem jechać bez trzymania kierownicy, to stukanie nadal było słychać. Nie wiem co jest nie tak. Nie mam nawet sposobu na zbadanie skąd dochodzi dźwięk. Nie widzę żadnych pęknięć w ramie. Może obejrzeć ją jeszcze raz?
Wieczorem, gdy miałem dość grzebania przy rowerze, postanowiłem przejechać się gdziekolwiek. Ruszyłem nad Wisłę, a później na zachód w kierunku autostrady, żeby przejechać się kładką. Nocą droga wygląda inaczej.
Jechałem po wałach, miliony robali waliło się na mnie, także smacznego tym, którzy tam chcieliby pogadać. Zjechałem w ścieżkę przez krzaki, bo nie chciało mi się szukać innej drogi i na szczęście dobrze wyjechałem. Aż wstyd, gdy rower tak hałasuje. Na szczęście to nie łańcuch.
Zrobiłem jeszcze jakąś pętlę, żeby trafić na drogę dla rowerów nad Wisłą. Nie udało się to tak łatwo, ale w końcu znalazłem. Może nie w tym miejscu, od którego planowałem, ale pojechałem pod Wawel i stąd przez Stare Miasto dotarłem do domu. Ale teraz przyjemnie jest wypinać się z espedeków. Jakiś plus tej wizyty w serwisie jest.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Gdów

  69.22  03:04
Zaplanowałem dzisiaj zaliczyć 2 gminy. Po trudzie złapania sygnału GPS (ostatnio coraz ciężej z nim) ruszyłem w kierunku serwisu rowerowego nad Wisłą. Ostatnio za bardzo męczy mnie trzeszczenie w korbie (a przynajmniej ona jest najbardziej podejrzana) i chciałem zapytać czy znajdą czas nazajutrz. Później pozostało mi udać się w kierunku Wieliczki. To niestety przerosło moją nieznajomość miasta i pojechałem na Rynek, z którego już dalszą drogę znam.
Szybkim tempem dostałem się do Wieliczki i jakoś trafiłem na właściwą ulicę. Cóż, właściwie mapa przed wielickimi plantami mi w tym pomogła. No, może pomogła też pamięć tego miejsca, ponieważ na Rynku Górnym byłem już po raz trzeci. Pojechałem drogą o stromym podjeździe. Najpierw po gruzie, ponieważ w połowie drogi na szczyt stała koparka, która zerwała połowę kostki brukowej. Później po bruku i asfalcie. Kilometr męczącego podjazdu. Tylko że to dopiero początek tego, co mnie czekało.
Mijałem kolejne miejscowości, a te widoki, które stamtąd się rozciągają są tak piękne. Mieszkańcy mają tam naprawdę widowiskowe poranki i zachody słońca. Już sam nie wiem gdzie dokładnie chciałbym mieszkać :D
W pewnym momencie chciałem przerwać dalszą jazdę na południe i wrócić już do domu, ponieważ się ściemniało, ale rozmyśliłem się i dojechałem do samego Gdowa. Stąd już nie miałem tak łatwo. Pojawiły się auta, zaczęły podjazdy (7-9%) i zjazdy. Straciłem rachubę chyba po piątym wzniesieniu z rzędu. Dopiero jak dojechałem do Wieliczki, to wszystko się uspokoiło. Nie chciałem wracać drogą krajową, dlatego w ciemno skręciłem na Kraków, aby dojechać do Bieżanowa. Ciut za wcześnie odbiłem, ale na szczęście dojechałem tam, gdzie chciałem. Pozostała tylko ciężka jazda po Wielickiej, przy której nie biegnie żadna droga dla rowerów, a nawet o chodnik jest ciężko.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Rowerem po Krakowie, odcinek 19

  58.10  02:38
Dzisiaj miało padać, więc postanowiłem nie oddalać się nazbyt daleko. Znacie kultową grę Snake na Nokię? Pomyślałem, żeby coś takiego zrobić w Krakowie. Bez planu jednak nic z tego nie wyszło, ale może kiedyś coś zaplanuję i wykonam z dokładnością do błędu kilku przecznic :P
Przejechałem się nad Wisłą, pojeździłem dużo drogami dla rowerów, odrobinę chodnikami (powyżej 2 m szerokości z ograniczeniem do 70 km/h na drodze) i ulicami (niekoniecznie tylko tymi o niewielkim ruchu). Pobłądziłem po ślepych zaułkach i ścieżkach rowerowych, które prowadziły nie tam, gdzie chciałem. Przejechałem po drogach, które zeszłego roku były w trakcie budowy i teraz jeździ się po nich bardzo wygodnie. Chwilę pokropił deszcz, ale szybko przestał. Skierowałem się do Skawiny, żeby wrócić przez Tyniec, ale na jednym skrzyżowaniu coś mnie podkusiło i skręciłem w nieznane. Tak dojechałem do drogi, którą wracałbym z Tyńca, więc mogłem przejechać się po kolejnej drodze nad Wisłą.
Nie chciałem jeszcze jechać do domu, choć było już po zmroku. Pojechałem na jeszcze jedną pętlę, której nie powinienem był robić. Na rondzie pod dworcem PKP wjechałem brzydko na jednokierunkową, więc stwierdziłem, że pora wracać do domu. Trzeba zacząć planować jakieś dłuższe wycieczki.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Witaj, Krakowie!

  4.99  00:19
Na wstępie chciałem Cię bardzo przeprosić za 9 miesięcy rozłąki. Było to spowodowane studiami, ale teraz mam wakacje i mnóstwo czasu, aby porobić z Tobą masę ciekawych rzeczy. Także tych, których nie zrobiłem rok temu.
Dzisiaj, tuż po przyjeździe, wybrałem się na przejażdżkę. Było niestety po zmroku, a i chłodny wiatr też nie był przyjemny. Mimo to odwiedziłem Rynek, na którym zatrzymał mnie spektakl Teatru Ulicznego. Występ bardzo ładny i widowiskowy. Szkoda tylko, że nie wiedziałem o czym jest.
Skoro już Ciebie odwiedziłem, to postanowiłem zobaczyć Wawel. Wciąż stoi na swoim miejscu, cieszy mnie to.
Nie jeżdżąc zbyt długo powróciłem pod Sukiennice, aby zobaczyć jeszcze choć kawałek przedstawienia. Ach, gdybym tak mógł je zrozumieć.
Od jutra (a może od weekendu?) zacznę spędzać z Tobą dużo czasu, dlatego przygotuj się i nie chmurz się tak. Jak się rozchmurzysz, to Ci zrobię zdjęcie :)
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Kotlina Kłodzka

  258.91  13:06
Na początku tego roku zaplanowałem wizytę w Kotlinie Kłodzkiej. Ponieważ wakacje spędzam w Krakowie, to chciałem wykonać jeszcze choć jeden mój plan zwiedzenia Dolnego Śląska celem zaliczania gmin. Oczywiście to jest poboczny cel, ponieważ najważniejsza jest radość z widoków, jakie mijamy podczas pokonywania trasy. Tak było oczywiście i tym razem, ale jeszcze do tego wrócę.
Pobudka przed godz. 5, aby zdążyć na szynobus jadący ponad 3 godziny z Legnicy do Kłodzka. Tym razem obyło się bez niespodzianek i skorzystałem z promocyjnego przewozu roweru za złotówkę. Jeszcze nie wsiadłem na rower, a widoki już były niesamowite. Przewertowałem całą mapę ziemi kłodzkiej, zaplanowałem trasę z Kłodzka do Wałbrzycha i wpadł mi do głowy jeden pomysł. Może po zakończeniu studiów, tuż przed wakacjami zamieszkam w okolicach Kłodzka, aby móc zwiedzić choć część tego bogatego w historię i zabytki rejonu. Nie tylko na rowerze, ponieważ kuszą mnie podziemne trasy turystyczne, parki linowe i wiele innych atrakcji.
W końcu (z małym opóźnieniem) dotarłem do Kłodzka. Na początek niespodzianka – jak się wydostać? Objechałem dworzec, mapy niestety nie znalazłem, dlatego pojechałem jedyną drogą, która stamtąd odchodziła. Miałem piękny widok na Twierdzę Kłodzko. Chciałbym ją kiedyś zwiedzić. Dzisiaj niestety nie miałem ani czasu, ani sposobności.
Ruszyłem czerwonym szlakiem rowerowym do Bystrzycy Kłodzkiej, próbując nie zabłądzić. Szło mi to dobrze, aż do Gorzanowa, w którym z braku orientacji i elektronicznej mapy zaryzykowałem zjechanie do wsi, i dobrze wybrałem. Zatrzymałem się na chwilę pod remontowanym pałacem, a miejscowa kobieta mnie zaczepiła, że spóźniłem się o 100 lat ze zdjęciem. Jeśli za kilkanaście lat tam wrócę, to będzie nawet ładny pałacyk.
Nie mogłem ugryźć Bystrzycy Kłodzkiej. Nawet gdy odnalazłem mapę starego miasta, to nie wiedziałem gdzie ono jest. Brakowało najważniejszej rzeczy – oznaczenia punktu, gdzie się znajduję. Pokręciłem się chwilę i zacząłem szukać dalszej drogi w kierunku Długopola-Zdrój, aby ominąć drogę krajową. Zjechałem z górnej części miasta i zobaczyłem piękny widok na stare miasto, ale już nie chciałem zawracać i podjeżdżać, żeby przyjrzeć się z bliska tym budowlom.
W południe chmury zakryły słońce i zacząłem się obawiać deszczu. Prognoza pogody przewidywała przelotne opady. Mimo wszystko nie przejmowałem się, bo miałem jeszcze pół dnia do wykorzystania.
W Różance miejscowy zapytał mnie czy ciężko jest jechać pod górę. Nawet nie zauważyłem wzniesienia. Jednak dopiero za wsią zaczął się podjazd, na którym się zmęczyłem. Jakie widoki! A później zjazd do Międzylesia. Stąd jadę dalej na południe aż do Czech. Nie było w planach jazdy aż tak daleko na południe, ale w pociągu zmieniłem zdanie. Później zmieniłem zdanie jazdy przez Kamieńczyk i dojechałem do granicy drogą krajową.
Tym razem Czechy nie były tak miłe. Za Mladkovem zaczęły się podjazdy, a w sumie jeden długi podjazd, a właściwie serpentyna. Dojechałem do przejścia granicznego, do którego dostałbym się z Kamieńczyka. Chwilę odpocząłem po długim podjeździe i obejrzałem widoki. Droga do Polski kierowała w dół, a moja dalsza droga była dalej pod górę. Nie miałem ochoty na zjazd – wolałem przejechać się szczytami gór. Niestety długo to nie trwało, bo w krótkim czasie zjechałem w dół. Dalej drogą przygraniczną wzdłuż Dzikiej Orlicy... w kierunku źródła. Oznaczało to podjazd, długi podjazd. Przejechałem na polską stronę i tędy Szlakiem Liczyrzepy oraz Głównym Szlakiem Sudeckim jechałem pod górę.
Po 90 km czułem zmęczenie, a przede mną był jeszcze taki kawał drogi. W Rudawie minąłem jezioro z kilkoma plażowiczami. Szkoda, że nie umiem pływać, bo nawet nie zauważyłem kiedy się spaliłem na słońcu. Jechałem szlakiem ER-2, skręcając w leśną drogę. Kiedyś był tam asfalt, a teraz leży żwir. Po pewnym czasie jednak znów był asfalt, z tą różnicą, że świeży, jeszcze się lepił. Po drodze miałem aż 3 przeszkody – ciężkie maszyny pracujące przy wykańczaniu tej drogi. Przez to wszystko zgubiłem szlak i gdyby nie ścinka drzew (nie udałoby mi się minąć maszyny tam pracującej), to dostałbym się jakimś skrótem. Niestety musiałem wrócić się. Wjechałem na jakiś szczyt i dalej czekał mnie megazjazd – taki na rozpędzenie się do 60 km/h.
Dojechałem do Szczytnej, gdzie zgubiłem Szlak Liczyrzepy, który odnalazł się za miastem. Na kolejnym podjeździe zawiesił mi się telefon. Na szczęście zawiesił się w momencie, gdy próbowałem sprawdzić godzinę i nie straciłem danych trasy. Martwiło mnie jednak, że jest tak późno i plan może nie zostać zrealizowany w całości. A już po 130 km myślałem o poddaniu się, o dojechaniu do jakiejś stacji kolejowej, o zadzwonieniu do znajomego. Nie, nie mogłem się jeszcze poddać. Jechałem dalej i nawet nie zauważyłem, gdy ponownie znalazłem się na wysokości ponad 700 m n.p.m.
Góry Stołowe są przepiękne. Nie mogłem jednak długo ich podziwiać. Zmieniłem plan i skierowałem się do Radkowa. Miałem długi i szybki zjazd. Żadne auto mnie nie wyprzedziło. Może dlatego, że przekraczałem dopuszczalną prędkość? Jeszcze te napisy na asfalcie informujące o zbliżającym się zakręcie i konieczności hamowania. Czasami mylące, ale mimo to przydatne.
Z Radkowa kieruję się najprostszą droga w kierunku Mieroszowa. Podoba mi się oznaczenie rowerowych szlaków w Czechach. Są lepiej widoczne. Różnią się od tych pieszych tym, że zamiast białej farby użyta jest żółta. Łatwiej jest odczytać kierunek jazdy od znaków w Polsce.
Czechy przywitały mnie nieprzyjemnym wiatrem w twarz, który towarzyszył mi do końca mojej wycieczki. A po polskiej stronie zapragnąłem zdobyć gminy Boguszów-Gorce i Szczawno-Zdrój, dlatego ominąłem drogę krajową przez Wałbrzych i pojechałem na Czarny Bór, przypominając sobie, że tą drogą już jechałem. W Grzędach chwilę kropi i tyle. Koło Wałbrzycha wybiło 200 km, ale niestety nie udało mi się zaliczyć żadnej ze wspomnianych gmin. Przejechałem się zbyt daleko od nich. Gdyby nie późna pora i brak sił, to zajechałbym nawet do Wałbrzycha.
W Starych Bogaczowicach decyduję się na jazdę przez Sady Górne, ale to tylko wydłużyło mi drogę. W dodatku asfalt nie jest tam w najlepszej kondycji. Miałem za to szczęście, bo minęła mnie ulewa. Aż do Legnicy miałem slalom między kałużami. To pewnie ta chmura, którą widziałem od wjazdu do Polski w Niemojowie.
Do domu dojechałem tuż po 2, także zostało mi niewiele czasu na spakowanie się i wyjazd do Krakowa.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, za granicą, kraje / Czechy, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery