Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:60971.37 km (w terenie 3370.14 km; 5.53%)
Czas w ruchu:3580:12
Średnia prędkość:16.84 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:460934 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:704
Średnio na aktywność:86.61 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Upał w Sakacie

  100.79  05:10
Rano Miki, u którego się zatrzymałem, zabrał mnie na przejażdżkę po mieście. Pokazał mi swoje rodzinne miasto i kilka miejsc wartych odwiedzenia. Po powrocie do domu zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem w drogę. Było gorąco jak diabli.
Pojechałem najpierw do centrum, żeby przespacerować się po miejscach, które pokazał mi Miki. Nic mi się nie chciało przez ten upał.
Bardzo powolnym tempem ruszyłem w kierunku kolejnego miasta. Znalazłem puste drogi, którymi jechało się bardzo przyjemnie. Wokół pracowały kombajny. Wyglądały zabawnie, bo były wielkości japońskich aut. Ale to zrozumiałe, gdy przez pół roku pole ryżowe znajduje się pod wodą i wymaga lekkiego sprzętu do zbioru plonów.
Pojawiło się trochę nieznacznych podjazdów. Niestety jedyna droga zwęziła się, a ruch stał się nadzwyczaj wzmożony. Cóż, może dlatego, że to jedyna droga. W każdym razie, z powodu leniwego poranka złapało mnie późne popołudnie. Słońce zaczęło chylić się ku horyzontowi w połowie mojej drogi. Przynajmniej widok był efektowny. Złota godzina w Japonii bywa tak samo piękna, jak na Islandii.
Zapadł zmrok i zrobiło się chłodniej. Narzekałem za dnia na upał, a teraz musiałem szukać bluzy. Później w sumie nic się nie działo. Do samego hotelu dojechałem po spokojnych drogach i chodnikach.
Kategoria na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Wybrzeżem do Sakaty

  109.91  05:42
Chciałem dzisiaj pojechać w głąb lądu, ale napisałem do Couchsurfera, który pół roku temu zaproponował mi nocleg, tylko w tamtym czasie moje plany się pozmieniały i nie skorzystałem z okazji. Zaprosił mnie ponownie, więc ruszyłem wybrzeżem do Sakaty.
Obudziła mnie właścicielka noclegu. Dobijała się drzwiami i oknami. Okazało się, że przyniosła śniadanie. Miły gest, choć nie byłem przygotowany. Dobrze, że nie kupiłem czegoś poprzedniego dnia. Zjadłem, spakowałem się i ruszyłem w kierunku zamku, który był oddalony o spacerowy dystans. Z zamku zostały tylko bramy (o ile to nie repliki). Zrobiłem sobie krótki spacer kulturoznawczy i pojechałem w kierunku południa.
Droga nie była jakoś ciekawa. Sporo aut, kilka podjazdów. Widoki nie były najlepsze, bo morze zasłaniały wydmy, drzewa i różne falochrony. Radość dawały stacje drogowe Michi-no-Eki, na których można było dostać lokalne produkty, japońskie łakocie czy pamiątki. Zatrzymałem się na każdej ze spotkanych i zawsze coś mi musiało wpaść w oko. Przynajmniej nie narzekałem na głód.
Dzień szybko się skończył. Zmrok dopadł mnie na wiele kilometrów przed celem, ale dojechałem zgodnie z przewidywaną godziną. Miki, człowiek z wielkim doświadczeniem, który przyjął dziesiątki osób pod swój dach, przywitał mnie wraz ze swoim uczniem. Zjedliśmy wspólnie kolację i porozmawialiśmy na różne tematy. Wieczór zleciał strasznie szybko.

Kategoria na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Akita, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Akita

  98.89  04:50
I znów upalny dzień, znów bez ciekawych wydarzeń. Dzisiaj chciałem się dostać do miasta Akita. Miasto nosi tę samą nazwę, co rasa psów. Ciekawe, czy są ze sobą powiązane, bo gdy wjeżdżałem do prefektury, widziałem zdjęcia psów na znakach drogowych.
Jadąc na zachód, trafiłem na stację drogową Michi-no-Eki. Polubiłem te miejsca i starałem się zatrzymywać na każdej stacji, aby spojrzeć na dostępne produkty, a można tam dostać wszystko świeże, bo prosto od lokalnych rolników. Do tego sprzedawane są regionalne produkty, z których słodycze cieszyły się u mnie największą popularnością. Aby jednak nie zbankrutować, najczęściej tylko oglądałem ładnie zapakowane i nierzadko apetycznie wyglądające rarytasy.
Zrobiłem sobie kilka niepotrzebnych podjazdów, ale skąd mogłem wiedzieć? Gdybym jechał lokalnymi drogami, pokonałbym po płaskim podobny dystans, a do tego w mniej licznym towarzystwie. Jeszcze muszę popracować nad planowaniem podróży.
Narzekałem już, że było gorąco? Było tak bardzo, że z całej długiej wycieczki wyszło zaledwie kilka fotografii. Dojechałem do Akity, gdzie zatrzymałem się w prywatnym mieszkaniu znalezionym przez Airbnb.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Akita, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Zajechałem, zobaczyłem, zawróciłem

  84.41  04:22
To by było na tyle z podróży na północ. Nic więcej nie miałem w planach. Hokkaidō zostawiłem sobie „na potem”. Przez kilka dni miałem problem ze znalezieniem noclegu, ale ostatecznie udało się znaleźć hotel za dwiema górami.
Dzień był pochmurny, ale gorąc nie odpuszczała. Pierwszą górę pokonałem bez większego wysiłku. Znałem ją zresztą z wycieczki dnia poprzedniego. Potem prosto na południe, pod słońce. O cieniu mogłem pomarzyć, bo albo pola ryżu, albo zabudowa mieszkalna rozciągały się po horyzont.
Szukałem jabłek na sprzedaż, bo chciałem kupić kilka dla Aki, która bardzo mi pomogła w zaplanowaniu wyprawy po Tōhoku. Jako że prefektura Aomori jest największym producentem jabłek w Japonii, to ceny są tutaj zaskakująco kilkakrotnie niższe. No i jakoś tak jabłka bardziej tutaj smakują.
Nie miałem szczęścia. Widziałem setki sadów z soczystymi owocami, ale ani jednego stoiska czy marketu. Do czasu, bo już gdy miałem zaczynać drugi podjazd, trafiłem na samoobsługowe targowisko. Wybiera się owoce do woli i płaci do słoika odliczoną sumę (słoik nie wydawał reszty). Napakowałem do sakw tak dużo owoców, że zrobiło się strasznie ciężko, a miałem przecież jechać pod górę. Trochę tego nie przemyślałem, ale przynajmniej miałem trochę prowiantu dla siebie i jakiś prezent z podróży. W Japonii bardzo popularne jest przywożenie ze sobą prezentów z odwiedzonego miejsca, np. dla współpracowników czy rodziny.
Podjazd zdobyłem, choć nie był on specjalnie wymagający. Szerokie drogi były bardzo wygodne. Jako ciekawostkę można zauważyć, że wzdłuż górskich odcinków stoi bardzo wysoki pikietaż. Służy on w sezonie zimowym jako drogowskaz, aby pługi (czy czego się w Japonii używa) mogły usunąć śnieg bez kłopotów orientacyjnych, a kilka metrów śniegu w niektórych rejonach to norma. Górskie widoki się skończyły, droga również, a ja dotarłem do mojego miejsca noclegowego.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Akita, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Aomori czy Reykjavík?

  40.07  02:10
Plan na dzisiaj był bardzo krótki. Chciałem się dostać do Aomori. Na północ jechało się lekko. Na prawo i na lewo miałem widoki pól ryżowych, a i góra Iwaki czasem wyjrzała zza chmur. Było bardzo gorąco, więc jechałem bez pośpiechu.
Pokonałem niewielki masyw górski i wjechałem do Aomori. Drogami równymi i nierównymi dostałem się do centrum, a potem do portu. Ów port zwrócił moją uwagę swoim ogromnym podobieństwem do portu w Reykjavíku. Miałem w swojej głowie obraz Islandii. Aż zatęskniłem za tamtą wyspą. Kompletne przeciwieństwo zatłoczonej Japonii.
Dostałem się do dworca kolejowego, gdzie zostawiłem rower i ruszyłem na piesze zbadanie terenu. Zjadłem ramen, odwiedziłem kilka sklepów z pamiątkami, a także kupiłem bilet do muzeum festiwalu Aomori Nebuta, gdzie można poznać historię, sztukę tworzenia, usłyszeć melodię festiwalową i obejrzeć wybrane powozy, które uczestniczyły w minionych edycjach. Bardzo dobry pomysł dla tych, którzy nie mogli odwiedzić miasta w trakcie trwania festiwalu. Też chciałem to zrobić, ale znalazłem w Sendai inne zajęcia.
Nie wiem kiedy na niebie pojawiło się strasznie dużo chmur. Skierowałem się do miejsca noclegowego. W samą porę tam dotarłem, bo lunęło tak mocno, że temperatura odczuwalna spadła o połowę. Korzystając z czasu, zdjąłem oponę, żeby znaleźć przyczynę uciekającego powietrza w tylnym kole. Okazało się, że na łatce, którą założyłem kilka dni temu, pojawiła się dziura. Zaryzykowałem i nałożyłem kolejną łatkę na poprzednią. Powoli szykuję się do zmiany opony, mimo że nie przejechałem na niej jakiegoś zawrotnego dystansu.

Kategoria na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Tanbo āto

  95.51  05:00
Wczoraj nad Tōhoku przeszedł tajfun, dlatego nie wychylałem za bardzo nosa i zostałem dodatkową noc nad jeziorem Towada-ko. Po południu przestało na chwilę padać, więc wyszedłem z aparatem zobaczyć okolicę. Dużo gałęzi walało się po drogach, kilka drzew zakończyło żywota, namioty stojące za hostelem odleciały (nocleg w nich kosztował tyle samo, co mój w holu; dobrze, że nie próbowałem szczęścia pod gołym niebem).
Wraz ze mną zatrzymał się Kazuki, który również podróżował na rowerze. Postanowił do mnie dołączyć, bo jechaliśmy w tym samym kierunku. Zaczęliśmy tą samą drogą, co podczas mojego objazdu sprzed wczoraj. Na rozstaju dróg zostawiłem przyczepkę z bagażem pod punktem widokowym i namówiłem Kazukiego do dołączenia do mnie. Zgodził się bez zastanowienia i bardzo się ucieszył, gdy wjechaliśmy na 1000 m. Tym razem mogłem spojrzeć na jezioro za dnia, chociaż słońce prześwitujące przez chmury trochę raziło po oczach.
Mieliśmy długą drogę w dół. Po tajfunie zostało sporo liści i gałęzi na jezdni. Ktoś musiał z grubsza uprzątnąć ten bałagan, bo wczoraj podczas spaceru widziałem wiele zniszczeń. W każdym razie, zjazd nie był przyjemny, bo trzeba było uważać na śliskie liście i patyki, a rower na końcu i tak wyglądał tragicznie z błotem i liśćmi przylepionymi do ramy.
Zatrzymaliśmy się na stacji Michi-no-Eki Nijinoko, żeby coś zjeść. Przy okazji kupiłem bardzo tanie jabłka. To był znak, że znalazłem się w prefekturze Aomori, określanej jako owocowa prefektura.
Skończyła się droga przez las i trafiliśmy na drogi pełne aut. Do tego słońce zaczęło prażyć. Okazało się, że mój dzisiejszy cel – i właściwie cel całej mojej wyprawy – znajdował się na wspólnej drodze mojej i Kazukiego. Pojechaliśmy więc najpierw do miejsca mojego noclegu, abym mógł zostawić bagaż i przyczepkę, a potem ruszyliśmy w drogę. Były dwa miejsca, gdzie można zobaczyć tanbo āto, czyli sztukę na polu ryżowym. Pojechaliśmy do pierwszego, gdzie znajdowało się jedno pole ryżu przedstawiające morską wyprawę (symboliki nie jestem w stanie odczytać) oraz dwa inne obrazy ułożone z kolorowych kamieni. Oczywiście wjazd na wieżę widokową był płatny.
W oddali dostrzegłem rzęsisty deszcz, którego zacząłem się obawiać. Mimo to pojechaliśmy jeszcze w drugie miejsce, które znajdowało się zaraz za miejscowym ratuszem. Sam ratusz też niczego sobie, bo udawał zamek. Trochę się oszukałem, gdy próbowałem zrozumieć cennik. Okazało się, że wejście na wieżę to dodatkowa opłata, ale zupełnie nieopłacalna, bo widok na rysunek w ryżu był w pełni widoczny z tarasu obok wieży. Znów pojawił się motyw morski z potworem oraz wojownikiem.
Ostatnim moim punktem do odwiedzenia był zamek Hirosaki-jō. Był on w trakcie remontu, a właściwie to mury, na których powinien stać zamek. Został on tymczasowo przesunięty, ale wciąż dało się do niego wejść. Nie rozciągały się z niego żadne widoki, ale z platformy obok zamku można było zrobić mu zdjęcie na tle góry Iwaki. Wczesnym rankiem pewnie ładnie to wyglądało. Ja tymczasem musiałem wracać. Pożegnałem się z Kazukim, który zaplanował zatrzymać się w parku pod namiotem, i pojechałem prosto do domu gościnnego. Na szczęście żaden deszcz mnie nie złapał. Zachodzące słońce pięknie oświetlało krajobrazy na mojej drodze.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, ze znajomymi, Japonia / Akita, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Poranny market rybny

  74.91  04:50
Wstałem o piątej rano, aby pojechać z Ryosaku na rybny market. Było tam strasznie dużo ludzi i równie wiele stoisk z pysznym jedzeniem... głównie, bo można było znaleźć wszystko. Zjedliśmy śniadanie i musieliśmy wracać, bo się rozpadało.
Deszcz nie trwał długo, więc ruszyłem suchy. Jesień zaczyna być widoczna na krzewach, na polach ryżowych zaczęły się żniwa (chyba można tak określić zbiór ryżu). Trochę się martwiłem o to, czy uda mi się zobaczyć cel wyprawy po Tōhoku. Ale nie chciałem zapeszać i nie przejmowałem się tym za bardzo. Syciłem oczy pięknymi krajobrazami.
Droga pięła się bardzo łagodnie w górę. Niestety robiłem się głodny, a od opuszczenia Hachinohe nie trafiłem na żaden czynny sklep, o supermarkecie nie wspominając. Zaczęły się cięższe podjazdy, ale w samą porę trafiłem na jakiś postój z odrobiną jedzenia. Wziąłem onigiri (kulki ryżowe) i gruszkę. Wypatrzyłem jeszcze ciastka, ale okazało się, że w środku były cukierki. Moja nieznajomość języka kiedyś mnie zgubi.
Zjadłem przy stoliku mój posiłek, a w międzyczasie zostałem poczęstowany kawą od siedzących obok mnie Japończyków. Ruszyłem dalej i robiąc ostatnie podjazdy, a potem krótki zjazd, znalazłem się nad jeziorem Towada-ko. Z ciekawości zboczyłem z głównej drogi, aby wjechać na półwysep. Prawie nie było ruchu, ale musiałem zrobić dodatkowy podjazd. Przez drzewa prześwitywał turkusowy kolor jeziora. Wyglądało to pięknie. Jak w Polsce.
Dojechałem do punktu widokowego. Nieco zapomnianego, bo z tej drogi już prawie nikt nie korzysta. Nie byłem jednak sam. Po krótkiej sesji zdjęciowej pojechałem w dół do mojego hostelu.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Aomori, Japonia / Akita, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Hachinohe

  112.80  06:00
Znów zebrałem się wcześnie rano. Akurat kończyłem śniadanie pod lokalnym konbini, gdy rozległ się sygnał alarmowy. Korea Północna znów wystrzeliła rakietę. Japończycy chyba już do tego przywykli, bo nikt się specjalnie tym nie przejął. Na razie, bo jeśli dojdzie do eksplozji rakiety nad terenami zamieszkałymi albo do testów broni jądrowej, które doprowadzą do skażenia większego niż elektrownia Fukushima, wtedy skończą się słowne potyczki.
Jechałem głównie drogą nr 4. Czasem udawało się po ulicy, gdy aut było mniej, chociaż najczęściej lądowałem na chodnikach, które były różnej jakości. W jakiejś wiosce trafiłem na podobny festiwal, co poprzedniego dnia w Morioce, ale tylko przyjrzałem się mu z daleka, bo gonił mnie czas.
W Ninohe miałem szczęście zobaczyć występ młodzieży z okazji innego festiwalu. Jako jedyny obcokrajowiec zwróciłem swoją uwagę i jeden z uczestników przedstawienia wymienił ze mną kilka zdań. Kilka ulic dalej trafiłem na karawan, ale nietypowy, bo znalazły się na nim wielkie penisy wyrzeźbione z drewna. Z efektami specjalnymi w postaci pary buchającej ze szczytu jednej z rzeźb. Sądząc po dekoracjach, jest to coś związanego z religią szintoistyczną.
Do Hachinohe dojechałem po zmroku. Temperatura spadła do 15 °C, ale na rowerze jest zawsze cieplej. Do ustalonego miejsca dojechałem w ostatniej chwili, chociaż i tak musiałem chwilę poczekać na Ryosaku, który był moim dzisiejszym gospodarzem. Zabrał mnie na wycieczkę autem po mieście, a potem poszliśmy zjeść lokalne specjały. Znalezienie parkingu nie było łatwe.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Iwate, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Morioka

  69.95  03:56
Do wczorajszego szeregu trzeba dopisać jeszcze jednego kapcia, gdy opuściłem hotel. Napompowałem koło, nic nie zeszło, więc pojechałem dalej. Kierunek: Morioka, czyli na północ.
W Hanamaki dostrzegłem dom pokryty strzechą, więc skręciłem do niego. Spotkałem po drodze kilka grup dzieci, które przywitały się ze mną, a potem jeszcze z samochodu powitała mnie dwójka Japończyków. Rodzeństwo zauważyło mnie na głównej drodze, gdy skręcałem do tego obiektu i postanowili ze mną porozmawiać. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, wymieniliśmy kontaktem i nawet dostałem coś do picia z pobliskiego automatu. Bardzo sympatyczni ludzie z dobrą znajomością angielskiego.
Konieczność dopompowania powietrza co kilkadziesiąt kilometrów zmusiła mnie do zatrzymania się i zajrzenia do dętki. Znalazłem dziurę i ją załatałem. Opona zaczyna łapać dziury, mimo że wymieniłem ją jakoś niedawno, 2 tys. kilometrów temu.
Dotarłem do Morioki, ale już nie miałem czasu na zwiedzanie. Pojechałem do najbliższego Starbucksa, żeby zabrać się do pracy. Po kilku godzinach ruszyłem dalej, już po zmroku – w kierunku mojego celu. Miałem się zatrzymać wyjątkowo u Couchsurfera. Pojawiła się przeszkoda w postaci mżawki, która po kilku kilometrach jazdy przekształciła się w ulewę. Był to ostatni odcinek drogi, więc nie zatrzymywałem się. Dojechałem na stację kolejową, gdzie umówiłem się z Suzukim. Akurat gdy dotarłem na miejsce, deszcz przestał padać.

Kategoria na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, po zmroku i nocne, Japonia / Iwate, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Szereg niefortunnych zdarzeń na drodze do Kitakami

  87.71  04:46
Dzień zaczął się gorąco. Droga z początku była prosta, zaledwie kilka niewielkich pagórków, ale wąsko. Dużo pojazdów ciężarowych zmuszało mnie do częstego zatrzymywania się, aby umożliwić im wyprzedzanie mnie. Taki mój gest bycia dobrym Polakiem na obczyźnie.
Dojeżdżałem do miasta Ichinoseki, gdy zauważyłem krzywą obręcz w tylnym kole. Tym razem szprycha pękła przy nyplu. Rozpocząłem poszukiwania serwisu rowerowego. Pierwsze miejsce oczywiście nie przyniosło rezultatu, bo nikogo przez ponad kwadrans nie było w środku. Tak to jest podczas pory lunchowej. Pojechałem do drugiego serwisu. Tam serwisant sprawnie wstawił nową szprychę i byłem znów w drodze, chociaż ze sporym opóźnieniem.
Na obiad zatrzymałem się, jak zwykle, w konbini (rodzaj sklepu osiedlowego), ale ruszając w dalszą drogę, zapomniałem o okularach, które położyłem na sakwie. Całe szczęście nie odjechałem za daleko zanim się zorientowałem, że miałem coś lekko na nosie. Zawróciłem i odnalazłem okulary całe, a właściwie z tym samym zestawem rys, co ostatnio.
W Ōshū spełnił się mój koszmar. Serwisant napompował oponę do granic wytrzymałości, więc była jak skała podczas jazdy. Drogi w Japonii nie są najczystsze i kamienie są codziennością na poboczach czy chodnikach. Trafiłem na wyjątkowo paskudny wysyp żwiru i wtedy tylko usłyszałem syk. Nie mam pojęcia, co się stało, ale dętka została przebita w dwóch miejscach, jak przy snake'u, tyle że miałem za duże ciśnienie, aby doprowadzić do takiego przebicia. Zagadki nie potrafiłem rozwiązać, ale dostałem loda od chłopczyka, który był na spacerze ze swoją mamą. Być może dojrzał mnie z okna, gdy męczyłem się z łataniem. Tym razem napompowałem oponę na tyle, abym mógł kontynuować bez obaw.
Dojechałem do Kitakami spóźniony przez cały szereg niefortunnych zdarzeń. Tym razem zatrzymałem się w hotelu. Podobno z restauracją; gdyby tylko była czynna. Postanowiłem spróbować regionalnych dań, bo każda prefektura, a czasem nawet każde miasto mają swoje unikalne kompozycje smakowe. Nie mam jakiegoś dobrego poczucia smaku, żeby móc opowiadać o jedzeniu jak jakiś wirtuoz kulinarny, ale skoro mam możliwość skosztować Japonii, to nie przejmuję się tym.
Kategoria na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Miyagi, Japonia / Iwate, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery