Wyjechałem z Yokohamy po mniej lub bardziej ruchliwych drogach i szybko trafiłem do Kamakury. Tam przypadkiem zauważyłem wejście do świątyni, która okazała się być świątynią zen, jedną z najważniejszych w Japonii. Pozwoliłem sobie kupić bilet wstępu i obszedłem kompleks. Oświeconym nie zostałem, ale zwiedzanie świątyni mnie pochłonęło na pół godziny.
Zauważyłem przy drodze plan Kamakury oraz liczbę świątyń i chramów rozlokowanych w centrum. Złapałem się za głowę i pojechałem dalej. Było tego za dużo, aby zobaczyć w jeden dzień, więc wybrałem dwa miejsca do odwiedzenia.
Znalazłem się pod wejściem do chramu Tsurugaoka Hachiman-gū. Chciałem zajrzeć do środka, mimo że tłumy waliły w jego kierunku. Przeszedłem się pieszo wzdłuż kompleksu. Na końcu, gdy wspiąłem się do głównego budynku, zobaczyłem widok na arterię biegnącą przez miasto. Wróciłem do roweru i ruszyłem tą drogą.
Chciałem zobaczyć posąg Buddy, ale zabłądziłem i prawdopodobnie przegapiłem skręt. Nie zawracałem, żeby nie trafić czasu. Postanowiłem dostać się nad wybrzeże, bo zawsze można tam liczyć na kawałek pustej drogi lub chodnika. Tak też było i tym razem. Najpierw wzdłuż drogi, ale potem zauważyłem drogę dla rowerów wzdłuż plaży. Było tam nieco piachu, ale nie na tyle, żeby jechało się źle lub niebezpiecznie. Pedałowałem ile sił w nogach, bo poświęciłem nieco za dużo czasu na Kamakurę i zbliżał się zmierzch. Gdy ścieżka wzdłuż plaży się skończyła, wjechałem na lokalne drogi. Do hostelu dotarłem bez problemu o czasie. To już nie jest Tōkyō, więc wśród gości przeważali Japończycy.
