Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:62222.15 km (w terenie 3705.74 km; 5.96%)
Czas w ruchu:3650:00
Średnia prędkość:16.86 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:467167 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:719
Średnio na aktywność:86.54 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Nikkō Tōshō-gū

  71.05  03:32
Skoro już do Nikkō dotarłem, nie mogłem przegapić zobaczenia dostępnych tam atrakcji. A te najlepsze znajdowały się kilka kilometrów na północ od centrum miasta i figurowały na liście UNESCO jako Chramy i świątynie Nikkō. Było dużo do zobaczenia, jednak ja ograniczyłem się do jednego – chramu Nikkō Tōshō-gū.
Zapowiadał się deszcz po południu, więc chciałem jak najszybciej znaleźć się na górze, a do pokonania miałem lekki podjazd. Na jego końcu ukazała się reprezentatywna część miasta. O parking było trudno, więc co mogłem, to objechałem rowerem, a potem wjechałem na zatłoczony parking pod chramem. Chętnych na wjazd było wielu, więc korki ciągnęły się przez połowę dzielnicy. Rower zostawiłem pod płotem razem z innymi kolarzami, którzy byli na lekko. Tylko ja z tą moją przyczepką.
Bilet wstępu bardzo drogi, ale zarabiają dużo, bo turystów było niesamowicie dużo, i to w środku tygodnia. Do zobaczenia też jest sporo i nawet dodali mapkę, aby się nie zgubić. W dwóch obiektach byli nawet przewodnicy, ale niestety mówili po japońsku, więc nic nie zrozumiałem. Zobaczyłem, co mogłem i wraz z mżawką opuściłem kompleks, wyjeżdżając z tej części miasta. Przestało padać, gdy minąłem centrum.
Chciałem pojechać do miasta Utsunomiya, ale zwróciłem uwagę na uciekający czas i zmieniłem plany, kierując się prosto na południe do Tochigi. Droga poszła szybko, bo miałem cały czas z górki i nawet średnia podskoczyła. W mieście Tochigi minąłem kilka miejsc przechowywania powozów festiwalowych, które były gotowe do listopadowego wydarzenia. Szkoda, że nie miałem możliwości zobaczenia tego festiwalu. Tyle miejsc do odwiedzenia, a tak mało czasu. Może by się udało przedłużyć moją wizę?
Zatrzymałem się w domu gościnnym obsługiwanym przez przesympatyczną obsługę. Niestety słaby dostęp do internetu zmusił mnie po raz kolejny do skorzystania z dobrodziejstw Starbucksa. Jak to dobrze, że jeszcze są takie awaryjne miejsca w Japonii, gdzie można uzyskać w miarę dobre połączenie z internetem.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Nikkō

  74.37  04:03
Słyszałem wiele razy o Nikkō, ale tak szczerze nie miałem bladego pojęcia, co tam można było zobaczyć. Postanowiłem odwiedzić to miasto i się dowiedzieć.
Dzisiaj zamglenie było nieznaczne. Mimo chmur na niebie temperatura przekraczała 28 °C. Na początku jechałem po wyżynach i pagórkach, z których były nie najgorsze widoki, a potem znalazłem się na długiej drodze na południe. Była prawie pusta i niesamowicie wygodna.
Poszukiwania przydrożnych lokalnych marketów Michi-no-Eki doprowadziły mnie do kilku, w których jednak było więcej lokalnych produktów spożywczych niż pięknie zapakowanych japońskich słodyczy i przekąsek. Prawdopodobnie stosunek liczby turystów do lokalnej ludności znacząco wpłynął na charakter marketów w tym rejonie Japonii. Nie widziałem zbyt wielu sklepów po drodze, więc prawdopodobnie takie markety stają się miejscem spotkań ludzi z daleko położonych gospodarstw.
Do Nikkō miałem dwie drogi – dłuższą i bez podjazdów oraz krótszą z kilkoma wzgórzami. Wybrałem drugą opcję, bo wydała się najbardziej optymalna. Słońce prażyło pod górkę i gdyby nie drzewa to nie byłoby się gdzie schować. Gdy już dojeżdżałem do granic miasta, chmury przesłoniły całe niebo. Ot, znalazły sobie porę. Do hotelu dojechałem za wcześnie, więc miałem czas, aby poszukać restauracji, bo sklepów w okolicy nie było. Nie znalazłem nic otwartego, więc musiałem nadrobić drogi do centrum. Przy okazji przejechałem się po drodze otoczonej potężnymi cydrami. Wyglądała ona niesamowicie.
Kategoria na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Mgła na górze, upał na dole

  102.32  05:57
Ruszam w dalszą drogę. Na zewnątrz była gęsta mgła. John powiedział, że tak jest prawie każdego poranka. Góry przynoszą wiele niespodzianek, ale codziennie zaczynać jazdę we mgle na pewno nie chciałbym. Chociaż marzy mi się zamieszkać gdzieś blisko gór.
Czekała mnie nieco dłuższa droga w dół do miasta Kōriyama. W połowie zrobiło się tak upalnie, że musiałem zrzucić z siebie większość ubrań. Potem już miałem prosto przed siebie. Chociaż tak prosto nie było, bo próbowałem omijać ruchliwe drogi i wjeżdżałem na boczne i wiejskie dróżki różnej jakości i nachyłu. Przynajmniej nie było aut.
W mieście Shirakawa zatrzymałem się pod zamkiem. Wstęp był bezpłatny. Niestety widok z wieży rozciągał się na niewielki dystans. Chciałem się tam zatrzymać, ale Takeguchi, którego poznałem pół roku temu był zajęty pracą. Musiałem pojechać dalej i w ten sposób dotarłem do domków kempingowych.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Fukushima, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

W kierunku Tōkyō

  100.73  05:39
Zbliża się jesień, więc pora rozpocząć kolejną przygodę. Tak właściwie planowałem wyruszyć wraz z pojawieniem się złotych liści na drzewach, ale dowiedziałem się o pewnym wydarzeniu w Tōkyō, na którym chciałem się pojawić. Ruszyłem powoli w kierunku metropolii.
Zwlekałem ze startem 2 dni ze względu na deszczową pogodę. W końcu się rozpogodziło i wystartowałem. Dzisiejsza droga była relatywnie prosta. Miałem się spotkać z Couchsurferem w Nihonmatsu, więc po spakowaniu wszystkiego co miałem (nie planowałem wracać do Sendai) ruszyłem na południe. Początki zawsze są trudne, bo trzeba się przyzwyczaić do dodatkowego balastu, ale na szczęście utrzymałem balans i przyczepka nie telepała się. Kolejne kilometry leciały, aż dotarłem do rzeki Abukuma-gawa, do której wpada Shiroishi-gawa. Ruszyłem więc znanymi mi już wałami rzecznymi w kierunku miasta Shiroishi.
W sumie nie mam o czym opowiadać, bo prawie się nie zatrzymywałem. Zmierzch złapał mnie na podjeździe między Shiroishi i Fukushimą. W odległej części Fukushimy słyszałem znane mi dźwięki, bo trwał tydzień festiwalowy, ale jego obszar nie był mi po drodze, więc nie zbaczałem z kursu, aby zdążyć na czas.
Do Nihonmatsu miałem kilka dróg, a ponieważ byłem w kontakcie z Johnem, moim gospodarzem, informowałem go o mojej pozycji. Tak się złożyło, że John wyjechał mi na przeciw autem i spotkaliśmy się w połowie drogi, akurat na skrzyżowaniu zamkniętym przez policję. John mówił po japońsku, więc dowiedział się o co chodzi. Byliśmy gdzieś na południu Fukushimy. A może był to już Nihonmatsu? W każdym razie, z wielkim łutem szczęścia trafiliśmy na festiwal. Był to najpiękniejszy festiwal, jaki do tej pory widziałem w Japonii. Kilkanaście powozów obwieszonych latarniami, w których wykorzystuje się świeczki, a nie jakieś tam żarówki. Ludzie w pogodnych nastrojach, niejeden z promilami we krwi, wszyscy się świetnie bawili. Spędziliśmy chyba godzinę, podziwiając tę tradycję, która trwa od kilkuset lat. To było naprawdę coś.
Po tym wszystkim John zabrał mój rower do samochodu, a następnie pojechaliśmy do jego mieszkania w górach. Tam czekało na nas jeszcze dwóch Szwajcarów, bo dom Johna jest otwarty dla turystów. Wieczór spędziliśmy na wymianie doświadczenia turystycznego i kulturowego. Zamieszkałbym tak w Japonii. Tylko co ja bym tu robił?
Przed wyjazdem dostrzegłem kilka niepokojących rzeczy w rowerze. W tylnej zębatce ubyło dwóch zębów, chociaż napęd i tak niebawem będzie trzeba wymienić. Do tego w tylnej obręczy zauważyłem pęknięcia wokół nypli. To już jest poważniejszy problem. No i w końcu wymieniłem klocki. Niestety nie udało mi się samemu tego zrobić i o wymianę dwóch poprosiłem serwis rowerowy. Sami mieli z tym kłopot, bo śruby się zapiekły. Ale wszystko się udało, skasowali mnie na 1000 jenów i byłem krok do przodu ze sprawnym rowerem.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Fukushima, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Sendai, akt trzeci

  59.58  03:10
Kolejny upalny dzień był przede mną. Ale to ostatni dzień wyprawy po Tōhoku, bo wracałem do Sendai, gdzie zostawiłem połowę mojego bagażu.
Miałem do pokonania dosyć spory kawałek podjazdu. Zaczęło się spokojnie, choć od początku miałem pod górkę. Nie była to najwygodniejsza droga, bo gdy już znalazł się kawałek pobocza, leżało tam sporo śmieci. Na szczyt dojechałem w całości. Zjechałem też bez problemów, chociaż powiedziałbym, że ruch zamarł po drugiej stronie masywu.
Cieszyłem się ze zjazdu, ale nie przeczuwałem, że tamta droga była mi znana. Jechałem nią pół roku wcześniej w kierunku Niigaty. Potem jeszcze kilka dróg wydało mi się ciekawych, ale zdałem sobie sprawę, że jechałem nimi wielokrotnie, choć nigdy w tamtym kierunku. Znalazłem się w centrum Sendai lekko po południu, więc miałem jeszcze sporo czasu przed pracą na przepakowanie swoich rzeczy. Niebawem ruszam dalej.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Miyagi, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Upał w Sakacie

  100.79  05:10
Rano Miki, u którego się zatrzymałem, zabrał mnie na przejażdżkę po mieście. Pokazał mi swoje rodzinne miasto i kilka miejsc wartych odwiedzenia. Po powrocie do domu zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem w drogę. Było gorąco jak diabli.
Pojechałem najpierw do centrum, żeby przespacerować się po miejscach, które pokazał mi Miki. Nic mi się nie chciało przez ten upał.
Bardzo powolnym tempem ruszyłem w kierunku kolejnego miasta. Znalazłem puste drogi, którymi jechało się bardzo przyjemnie. Wokół pracowały kombajny. Wyglądały zabawnie, bo były wielkości japońskich aut. Ale to zrozumiałe, gdy przez pół roku pole ryżowe znajduje się pod wodą i wymaga lekkiego sprzętu do zbioru plonów.
Pojawiło się trochę nieznacznych podjazdów. Niestety jedyna droga zwęziła się, a ruch stał się nadzwyczaj wzmożony. Cóż, może dlatego, że to jedyna droga. W każdym razie, z powodu leniwego poranka złapało mnie późne popołudnie. Słońce zaczęło chylić się ku horyzontowi w połowie mojej drogi. Przynajmniej widok był efektowny. Złota godzina w Japonii bywa tak samo piękna, jak na Islandii.
Zapadł zmrok i zrobiło się chłodniej. Narzekałem za dnia na upał, a teraz musiałem szukać bluzy. Później w sumie nic się nie działo. Do samego hotelu dojechałem po spokojnych drogach i chodnikach.
Kategoria na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Wybrzeżem do Sakaty

  109.91  05:42
Chciałem dzisiaj pojechać w głąb lądu, ale napisałem do Couchsurfera, który pół roku temu zaproponował mi nocleg, tylko w tamtym czasie moje plany się pozmieniały i nie skorzystałem z okazji. Zaprosił mnie ponownie, więc ruszyłem wybrzeżem do Sakaty.
Obudziła mnie właścicielka noclegu. Dobijała się drzwiami i oknami. Okazało się, że przyniosła śniadanie. Miły gest, choć nie byłem przygotowany. Dobrze, że nie kupiłem czegoś poprzedniego dnia. Zjadłem, spakowałem się i ruszyłem w kierunku zamku, który był oddalony o spacerowy dystans. Z zamku zostały tylko bramy (o ile to nie repliki). Zrobiłem sobie krótki spacer kulturoznawczy i pojechałem w kierunku południa.
Droga nie była jakoś ciekawa. Sporo aut, kilka podjazdów. Widoki nie były najlepsze, bo morze zasłaniały wydmy, drzewa i różne falochrony. Radość dawały stacje drogowe Michi-no-Eki, na których można było dostać lokalne produkty, japońskie łakocie czy pamiątki. Zatrzymałem się na każdej ze spotkanych i zawsze coś mi musiało wpaść w oko. Przynajmniej nie narzekałem na głód.
Dzień szybko się skończył. Zmrok dopadł mnie na wiele kilometrów przed celem, ale dojechałem zgodnie z przewidywaną godziną. Miki, człowiek z wielkim doświadczeniem, który przyjął dziesiątki osób pod swój dach, przywitał mnie wraz ze swoim uczniem. Zjedliśmy wspólnie kolację i porozmawialiśmy na różne tematy. Wieczór zleciał strasznie szybko.

Kategoria na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Akita, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Akita

  98.89  04:50
I znów upalny dzień, znów bez ciekawych wydarzeń. Dzisiaj chciałem się dostać do miasta Akita. Miasto nosi tę samą nazwę, co rasa psów. Ciekawe, czy są ze sobą powiązane, bo gdy wjeżdżałem do prefektury, widziałem zdjęcia psów na znakach drogowych.
Jadąc na zachód, trafiłem na stację drogową Michi-no-Eki. Polubiłem te miejsca i starałem się zatrzymywać na każdej stacji, aby spojrzeć na dostępne produkty, a można tam dostać wszystko świeże, bo prosto od lokalnych rolników. Do tego sprzedawane są regionalne produkty, z których słodycze cieszyły się u mnie największą popularnością. Aby jednak nie zbankrutować, najczęściej tylko oglądałem ładnie zapakowane i nierzadko apetycznie wyglądające rarytasy.
Zrobiłem sobie kilka niepotrzebnych podjazdów, ale skąd mogłem wiedzieć? Gdybym jechał lokalnymi drogami, pokonałbym po płaskim podobny dystans, a do tego w mniej licznym towarzystwie. Jeszcze muszę popracować nad planowaniem podróży.
Narzekałem już, że było gorąco? Było tak bardzo, że z całej długiej wycieczki wyszło zaledwie kilka fotografii. Dojechałem do Akity, gdzie zatrzymałem się w prywatnym mieszkaniu znalezionym przez Airbnb.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Akita, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Zajechałem, zobaczyłem, zawróciłem

  84.41  04:22
To by było na tyle z podróży na północ. Nic więcej nie miałem w planach. Hokkaidō zostawiłem sobie „na potem”. Przez kilka dni miałem problem ze znalezieniem noclegu, ale ostatecznie udało się znaleźć hotel za dwiema górami.
Dzień był pochmurny, ale gorąc nie odpuszczała. Pierwszą górę pokonałem bez większego wysiłku. Znałem ją zresztą z wycieczki dnia poprzedniego. Potem prosto na południe, pod słońce. O cieniu mogłem pomarzyć, bo albo pola ryżu, albo zabudowa mieszkalna rozciągały się po horyzont.
Szukałem jabłek na sprzedaż, bo chciałem kupić kilka dla Aki, która bardzo mi pomogła w zaplanowaniu wyprawy po Tōhoku. Jako że prefektura Aomori jest największym producentem jabłek w Japonii, to ceny są tutaj zaskakująco kilkakrotnie niższe. No i jakoś tak jabłka bardziej tutaj smakują.
Nie miałem szczęścia. Widziałem setki sadów z soczystymi owocami, ale ani jednego stoiska czy marketu. Do czasu, bo już gdy miałem zaczynać drugi podjazd, trafiłem na samoobsługowe targowisko. Wybiera się owoce do woli i płaci do słoika odliczoną sumę (słoik nie wydawał reszty). Napakowałem do sakw tak dużo owoców, że zrobiło się strasznie ciężko, a miałem przecież jechać pod górę. Trochę tego nie przemyślałem, ale przynajmniej miałem trochę prowiantu dla siebie i jakiś prezent z podróży. W Japonii bardzo popularne jest przywożenie ze sobą prezentów z odwiedzonego miejsca, np. dla współpracowników czy rodziny.
Podjazd zdobyłem, choć nie był on specjalnie wymagający. Szerokie drogi były bardzo wygodne. Jako ciekawostkę można zauważyć, że wzdłuż górskich odcinków stoi bardzo wysoki pikietaż. Służy on w sezonie zimowym jako drogowskaz, aby pługi (czy czego się w Japonii używa) mogły usunąć śnieg bez kłopotów orientacyjnych, a kilka metrów śniegu w niektórych rejonach to norma. Górskie widoki się skończyły, droga również, a ja dotarłem do mojego miejsca noclegowego.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Akita, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Aomori czy Reykjavík?

  40.07  02:10
Plan na dzisiaj był bardzo krótki. Chciałem się dostać do Aomori. Na północ jechało się lekko. Na prawo i na lewo miałem widoki pól ryżowych, a i góra Iwaki czasem wyjrzała zza chmur. Było bardzo gorąco, więc jechałem bez pośpiechu.
Pokonałem niewielki masyw górski i wjechałem do Aomori. Drogami równymi i nierównymi dostałem się do centrum, a potem do portu. Ów port zwrócił moją uwagę swoim ogromnym podobieństwem do portu w Reykjavíku. Miałem w swojej głowie obraz Islandii. Aż zatęskniłem za tamtą wyspą. Kompletne przeciwieństwo zatłoczonej Japonii.
Dostałem się do dworca kolejowego, gdzie zostawiłem rower i ruszyłem na piesze zbadanie terenu. Zjadłem ramen, odwiedziłem kilka sklepów z pamiątkami, a także kupiłem bilet do muzeum festiwalu Aomori Nebuta, gdzie można poznać historię, sztukę tworzenia, usłyszeć melodię festiwalową i obejrzeć wybrane powozy, które uczestniczyły w minionych edycjach. Bardzo dobry pomysł dla tych, którzy nie mogli odwiedzić miasta w trakcie trwania festiwalu. Też chciałem to zrobić, ale znalazłem w Sendai inne zajęcia.
Nie wiem kiedy na niebie pojawiło się strasznie dużo chmur. Skierowałem się do miejsca noclegowego. W samą porę tam dotarłem, bo lunęło tak mocno, że temperatura odczuwalna spadła o połowę. Korzystając z czasu, zdjąłem oponę, żeby znaleźć przyczynę uciekającego powietrza w tylnym kole. Okazało się, że na łatce, którą założyłem kilka dni temu, pojawiła się dziura. Zaryzykowałem i nałożyłem kolejną łatkę na poprzednią. Powoli szykuję się do zmiany opony, mimo że nie przejechałem na niej jakiegoś zawrotnego dystansu.

Kategoria na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Aomori, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery