Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

pod namiotem

Dystans całkowity:21802.73 km (w terenie 2242.51 km; 10.29%)
Czas w ruchu:1324:32
Średnia prędkość:15.99 km/h
Maksymalna prędkość:70.30 km/h
Suma podjazdów:186422 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:16784 kcal
Liczba aktywności:227
Średnio na aktywność:96.05 km i 5h 57m
Więcej statystyk

Góra terenu

  80.16  05:20
W nocy trochę padało, nad ranem też, ale wyjrzało słońce i namiot spakowałem niemal suchy. Musiałem zmienić plany na dzisiaj, bo najbliższy sklep był prawie trzy dni drogi dalej, a nie zdałem sobie z tego sprawy podczas ostatnich zakupów.
Chcąc ominąć główne drogi, ruszyłem po drodze gruntowej. Była pokryta paskudną tarką i luźnymi kamieniami. Do tego było kilka wymagających podjazdów. Co najgorsze, pojawiły się irytujące meszki. Nie gryzły mocno, ale założyłem na głowę siatkę od owadów, żeby w spokoju dotrzeć na górę. Za to widoki rekompensowały trud. Później zorientowałem się, że kiedyś tamtędy jechałem.
Po zakupach czekała mnie długa droga na północ w pełnym słońcu. Były widoki, ale droga ciągnęła się w nieskończoność. Przynajmniej ruch nie był jakiś straszny.
Wczoraj coś zaczęło skrzypieć. Najpierw myślałem, że to pedały, potem, że uszczelka w korbie. Dzisiaj odkryłem, że to amortyzowana sztyca. Wlałem w nią trochę oleju i myślałem, że wystarczyło, ale skrzypienie szybko powróciło. Słaby to sprzęt.
Dotarłem na farmę, na której kiedyś nocowałem. Stała się kompletnie bezobsługowa. Płatność przez internet. Nawet za prysznic płaci się kartą. Islandia niemal odeszła od gotówki. Wszędzie można zapłacić kartą.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Przez Reykjavík

  135.31  08:26
W nocy było zimno, nad ranem z kolei musiałem rozpiąć śpiwór. Przynajmniej słońce dało pospać i wygoniło z nagrzanego namiotu dopiero o ósmej. Niebo było niemal bezchmurne. Namiot spakowałem suchutki.
Ruszyłem po pustej drodze. Na tyle pustej, że wiele ptaków założyło gniazda w pobliżu. Wliczając kulika mniejszego, rycyka, ostrygojada i bekasa kszyka, które przez kilkaset metrów latają i piszczą nad głową intruza. Są też rybitwy popielate, z islandzkiego kría, co jest onomatopeją wydawanego przez nie odgłosu podczas ataku, które dodatkowo odstraszają nieproszonych gości „bombardowaniem” odchodami. Musiałem się też raz wracać, bo ktoś wykupił drogę i postawił bramę.
Wjechałem na drogę krajową. Dwa pasy ruchu w każdym kierunku, pełna aut, ale pobocze zrobili szerokie. Potem pojawiły się i drogi dla rowerów. Niewiele lepsze od chodników, tylko były tak pokręcone, że bez nawigacji lub wiedzy lokalnej można na nich zmarnować dużo czasu.
Znalazłem się w Reykjavíku – z dwóch powodów. Pierwszym była rowerowa mapa Islandii. Chciałem dostać nową wersję tej, którą znalazłem 10 lat temu. Islandka, której poprzedniego dnia pomagałem na lotnisku, podpowiedziała mi, że znajdę je w sklepach rowerowych. Udałem się do otwartego. Pracował tam Polak, który rozpoznał polski rower, na którym podróżowałem. Chwilę porozmawialiśmy i wiedział, czego szukam, ale powiedział, że już ich nie drukują. Szkoda, bo lubię takie pamiątki. Drugim celem był kościół Hallgrímskirkja. Oblegany przez ludzi, ale zrobiłem jakieś zdjęcia.
Niebo pokryły chmury. Czasem pojawiało się przejaśnienie. Pojechałem najpierw wzdłuż wybrzeża, potem po znanej mi drodze. Ruch był straszny. Do tego dużo kretynów. Wszyscy jechali standardową trasą z przewodnika. Po kilkunastu kilometrach skręciłem i znów miałem drogę tylko dla siebie.
Dotarłem na kemping. Niestety był zamknięty. Nie wiem, jak to przeoczyłem podczas planowania. Nie miałem wystarczająco wody na dziki obóz, więc musiałem doliczyć dodatkowe 35 km do kolejnego kempingu. Wiele pagórków później znalazłem się na miejscu. Było otwarte, a gdy rozbiłem namiot, zaczęło kropić.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Islandia 10 lat później

  21.26  01:11
W tym roku wypadała dziesiąta rocznica mojej pierwszej dużej wyprawy. Postanowiłem wrócić na Islandię. Doświadczenie zebrane przez te lata miało mi w tym pomóc. To zaś są zapiski z dziennika, który prowadziłem w trakcie podróży.
Dostałem się do Wrocławia. Znalazłem karton na tyle duży, że pakowanie nie sprawiło kłopotu. Islandia przywitała mnie słońcem. Tak jakby było mi go mało w upalnej Polsce. Kontener ze stojakami rowerowymi na lotnisku zestarzał się. Rower złożyłem, karton podpisałem i zostawiłem razem z innymi. Ciekawe, czy będzie na mnie czekał.
Poza słońcem było też wietrznie. Najprzyjemniej jechało się oczywiście z wiatrem, ale nieczęsto była mi dana ta przyjemność. Krajobrazy zmieniły się mocno. Niegdyś mech pokrywał okolice tych dróg, teraz kwitnący łubin rozciąga się po horyzont.
Islandzkie drogi nie są tak chropowate, jak w Szkocji czy Irlandii. Jedynie chodniki (można jeździć po nich rowerem) mogłyby być mniej wyboiste. Przynajmniej były proste. Resztę trasy do kempingu pokonałem po drodze krajowej. Najszerszej na wyspie. Ruch zdawał się nie mieć końca.
Rozbiłem namiot za nasypem chroniącym przed wiatrem. Słońce zaszło przed północą, ale było na tyle jasno, że młodzież na boisku obok grała jeszcze długo po północy. Woda nasycona siarką pachnie zgniłymi jajami, ale pamiętam, że tak było tylko pod Reykjavíkiem.
Kategoria pod namiotem, rowery / Kross, z sakwami, za granicą, kraje / Islandia, wyprawy / Islandia 2026

Waterford Greenway

  124.05  07:06
Dzisiaj obudziło mnie słońce na bezchmurnym niebie. Nie trwało to jednak długo, bo chmury pojawiły się zanim zdążyłem wysuszyć namiot z porannej rosy.
Zorientowałem się, że do Corku miałem kawał drogi. Musiałem więc przejechać dziś dłuższy dystans. Zacząłem też ciąć szlak EuroVelo 1. Trafiałem na wystarczająco spokojne drogi. Wiatr był niewyczuwalny. Słońce jeszcze od czasu do czasu się pojawiało.
Przepłynąłem zatokę promem i dostałem się do miasta Waterford. Chwilę pokropiło, co wykorzystałem na zakupy. Potem dotarłem do atrakcji dnia – drogi położonej na miejscu dawnej linii kolejowej. Obok biegła też czynna linia kolejki wąskotorowej, o czym dowiedziałem się później. Przy okazji zaczęło padać.
Kolejka uciekła mi, gdy droga na chwilę odbiła od torów, ale złapałem ją później, gdy wracała ze swojej krótkiej trasy. Zakręt dalej znajdowała się też stacja końcowa.
Na 20. kilometrze szlaku przestało padać. Na 40. znów zaczęło kropić. Podobno linia była jedną z najpiękniejszych w kraju. Szkoda, że aura nie pokazała tych widoków. Na trasie były 3 wiadukty, z czego do dwóch udało mi się zjechać. Był też tunel. Standardowo rowerzyści mają obowiązek przeprowadzić przez niego rower. Dopiero końcówka szlaku, po osiągnięciu wybrzeża, pokazała odrobinę swojego piękna.
Znów się rozpadało. Miałem do pokonania podjazd. Na nim deszcz zmienił się w gęstą mgłę, która przepadła dopiero po wytraceniu wysokości. Za to znów zaczęło kropić. Już mniej uciążliwie, ale przeszkadzało to do końca dnia.
W okolicy nie było żadnych kempingów akceptujących namioty, więc zatrzymałem się w domu gościnnym. Przynajmniej mogłem wyschnąć.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, po dawnej linii kolejowej, pod namiotem, rowery / Fuji, setki i więcej, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Wietrzna Irlandia

  76.11  04:56
Padało, gdy się obudziłem. Zamknąłem oczy i obudziłem się parę godzin później. Nadal kapało na namiot, więc niechętnie z niego wyszedłem, leniwie zjadłem śniadanie i po powrocie zastałem niemal suchy namiot. Wiatr go wysuszył, gdy przestało padać. A wiało na tyle mocno, że wyrywało śledzie z kamienistego gruntu. Rozerwało mi też łącznik w stelażu namiotu, ale dało się to naprawić.
Ruszyłem na południowy wschód, żeby wrócić na szlak EuroVelo 1. Wały otaczające irlandzkie drogi spisywały się i wiatr boczny tylko świszczał nad głową, nie utrudniając mi jazdy. Do czasu, bo tylko wjechałem na szlak, który biegł na zachód, to wygody się skończyły.
Mozolnie pokonywałem kilometry. Na niebie chmury walczyły ze słońcem. Pojawiły się też takie granatowe, ale poza mżawką i krótkim deszczem nie było niczego, co widziałem w prognozie pogody.
Zahaczyłem jeszcze o wiadukt kolejowy na prawie nieczynnej linii kolejowej i dotarłem na kemping na farmie. Były swojskie zapachy, scena z muzyką i nawet wiatr ustał.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, pod namiotem, rowery / Fuji, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Na drugą stronę Irlandii

  22.05  01:24
Padało chwilami, ale wiatr zdążył przesuszyć namiot, gdy zbierałem obóz. Słońce ledwo przeciskało się przez chmury. Ruszyłem do Sligo. Tuż pod marketem lunęło. Nawet nie zdążyłem zaparkować. Przeczekałem najgorsze pod daszkiem sklepu, a po zakupach ruszyłem na stację kolejową.
Pierwotnie planowałem po dwóch tygodniach podróży ruszyć przez Irlandię. Poznałem ten kraj wystarczająco, by stwierdzić, że nie będzie mi się to podobało. Zyskałem więc tydzień, by dokończyć poznawać wybrzeże. Jest to również mój trzeci plan, bo drugi zakładał podróż z miasta Galway. Miałem jednak tak duże tempo, że nie wiedziałbym, co zrobić z czasem. Dodatkowo konieczna była przesiadka wymagająca zmiany stacji na oddaloną o kilka kilometrów, bo mają taki dziwny układ sieci kolejowej. W ten sposób znalazłem się w Sligo.
Tutaj chyba każda stacja jest dozorowana. Nie można było wejść na peron przed określoną godziną. W pociągu miejsca na rowery były dwa, ale takie dziwne, że bałem się o błotnik, bo nie dało się roweru ustawić, by się na nim nie opierał. 3-godzinna podróż do stolicy przebiegła bez niespodzianek. Za oknami nie widziałem niczego szczególnego. Trochę popadało, trochę słońce podsmażyło. Parę dni temu rowerzysta powiedział, że kazali mu złączyć sakwy, bo dozwolona była jedna szuka bagażu, ale nikt się mnie nie czepiał. Pociąg 4-wagonowy (wagony od A do C, a nie 271, 272, 273 itd.), spalinowy, bezprzedziałowy, tylko brudny.
W Dublinie miałem ponad 2 godziny na przesiadkę. Oczywiście wykorzystałem ten czas na zwiedzaniu. Straszne miasto. Skrzyżowanie na skrzyżowaniu, a do tego cuchnie. Kilka razy pokropiło, ale za mocno oddaliłem się od stacji i w końcu lunęło. Znów musiałem suszyć się w pociągu.
Mojego pociągu nie było na żadnym ekranie. Pytałem obsługi, ludzie też pytali, bo nic nie wiadomo. Nadjechał opóźniony, ogłoszony jedynie z megafonów. Nie tylko w Polsce jest bałagan. Komfort był mniejszy, bo na trasie trochę telepało, a do tego panowało istne zoo: dzieciaki drące się na cały głos, każdy telefon wydawał inny dźwięk, by to zagłuszyć, a konduktor nawet się nie zjawił. Dziki to kraj. Za to widoki na linii były fantastyczne. Aż chciało się wysiąść na którejś stacji i kontynuować na rowerze.
Dotarłem do miasteczka Wexford, gdzie trochę padało. Peronowy mnie przepędził, bo chciał zamknąć dostęp. Pojechałem na kemping, gdzie rozpadało się, gdy stawiałem namiot.
Kategoria dojazd pociągiem, kraje / Irlandia, pod namiotem, rowery / Fuji, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Przez wielki kanion

  65.23  03:45
Słońce znów samotnie wznosiło się na niebie. Koniec jazdy po szlaku na północ. Moja podróż powoli zmierza ku końcowi. Musiałem wrócić do miasta z wczoraj. Wybrałem jednak inną drogę. Była otoczona przez góry, które przypominały zbocza kanionu.
Dzisiaj miałem trochę więcej cienia, więc jakoś lepiej zniosłem ten upał. Spodziewałem się deszczu, a wcześniej chmur i ochłodzenia, ale nic takiego się nie zdarzyło w trakcie jazdy.
Dotarłem do kempingu, ale innego niż ostatnio. Stała tabliczka, że są obładowani. Spróbowałem, zapytałem w recepcji i znaleźli boks wykopany w wydmie, ale zmieściłem się. Kolejny sukces.
Słowem o prysznicach, bo tu znakomita większość jest na minuty (dzisiaj 1 euro za 6 minut, wczoraj 1 euro za 2 minuty). Do tego prawie wszystkie są zaprojektowane do jednej temperatury (woda leci po wciśnięciu przycisku) i jest to dość wysoka temperatura (raz był taki wrzątek, że mogłem najwyżej pochlapać się), ale dzisiaj zaskoczył zimny prysznic. Ktoś wyłączył grzanie czy zepsuło się, ale była to ulga w tym gorącym dniu.
Znów miałem kupę dnia, więc przespacerowałem się po okolicy, obserwując nadciągające chmury deszczowe. Te przeszły w większości bokiem. Ostatecznie popadało tylko chwilę.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, pod namiotem, rowery / Fuji, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Bundoran

  73.65  04:26
Namiot spakowałem suchutki. Słońce dziś królowało na bezchmurnym niebie. Plan na dzisiaj to przetrwać.
Ruszyłem do miasta, by wrócić na szlak EuroVelo 1. Ten nadal prowadził mnie po wiejskich asfaltach, trochę po wzgórzach, trochę po wybrzeżu. Nawet pojawiły się chmury, ale wiele nie zmieniły. Temperatura nierzadko przekraczała 33 °C na liczniku, przez co strome podjazdy to było skakanie od cienia do cienia i odpoczynek. Asfalt grzał się tak mocno, że pojawiały się bąble ze smoły wypełnione parą wodną lub metanem, które pękały jak folia bąbelkowa.
Szlak skutecznie omijał drogę krajową, ale i tak musiałem ją przekroczyć. Liczba aut porażała do tego stopnia, że na skrzyżowaniach tworzyły się duże korki. Istny potok aut, a najczęściej widziałem brytyjskie blachy.
W końcu dotarłem do docelowego miasta – Bundoran. Na kempingach widziałem wywieszone tabliczki o braku miejsc. Zauważył mnie ktoś z obsługi i powiedział, że znajdzie się miejsce na mały namiot. Nie było wcale tak ciasno. Znów miałem szczęście.
Miałem dużo dnia do wykorzystania. Wyszedłem na spacer. Nogi mnie bolały od chodzenia w klapkach, bo miałem dziś dość butów trekingowych. Chyba następnym razem będę musiał dźwigać drugą parę butów na gorące dni. Jutro ma być lepiej.
Wyczytałem, że Bundoran to jeden z najpopularniejszych nadmorskich kurortów. To wyjaśnia ulice zawalone autami.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, pod namiotem, rowery / Fuji, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Gorąca Irlandia

  119.28  07:23
Zapowiadał się kolejny gorący dzień. Najpierw musiałem dostać się do sklepu, bo zorientowałem się, że nie mam drobnych, żeby zapłacić za nocleg. Sklep z kolei był w remoncie, ale stał otwarty. Dostępne dwa regały na krzyż, a reszta to istny sajgon. Monterzy mieszali się z kupującymi i obsługą sklepu.
Kontynuowałem jazdę po szlaku EuroVelo 1. Najpierw mnie poprowadził wzdłuż wybrzeża, potem wśród farm, aż w góry. Słońce prażyło, cień rzucały tylko nieliczne drzewa, niekończące się podjazdy pojawiały się za zjazdami, a widoki nie cieszyły tak bardzo, o ile cokolwiek dało się zobaczyć. Wiatru, jak na złość, prawie nie było, a na termometrze widziałem nawet 30 °C. Był to jeden z najmniej przyjemnych niedeszczowych dni tutaj.
W końcu dotarłem do kempingu. Byli całkowicie zarezerwowani, ale pan powiedział, że uda się mnie wcisnąć. Akurat wypadło święto bankowe, co w połączeniu z pogodą dało duży ruch turystyczny. A jutro podobno ma być rekordowo ciepło.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, pod namiotem, rowery / Fuji, setki i więcej, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Dún Briste

  122.70  07:29
Dzień zaczął się tak samo, jak skończył poprzedni – pochmurnie i wietrznie. Kontynuowałem jazdę po szlaku EuroVelo 1. W tej części Irlandii jest on słabo oznaczony, często przeplata się z innymi szlakami.
Jechałem wzdłuż wybrzeży, przez rozległe torfowiska, po wzgórzach wszelakich, z widokami na klify. Słońce coraz śmielej wyglądało, aż zaczęło podsmażać.
Dotarłem do parkingu pod atrakcją dnia – kolumną Dún Briste, z irlandzkiego: zepsuty fort. Robi wrażenie. Obok jest też grota, a fale rozbijające się o skały nasuwają myśl: kiedy to runie?
Trafiłem na nieutwardzoną ścieżkę, częściowo na nasypie dawnej linii kolejowej. Była to najgorsza droga, jaką się poruszałem. Jakbym wjechał na pumptrack. Tutaj chyba mają jakieś konkursy na najgorsze nawierzchnie do jazdy czy coś.
Czas mnie gonił, a na drogach pojawiały się niekończące się pagórki. Na kemping dotarłem po czasie pracy recepcji, ale dogadałem się telefonicznie, że pieniądze wrzucę do skrzynki na listy. Gorąc trwał do zachodu.
Na ostatnich kilometrach poczułem mało powietrza z tyłu, ale dopompowałem raz i dotarłem do celu. Po rozbiciu namiotu jednak miałem pełnego kapcia. Już myślałem, że obędzie się bez awarii. Znalazłem dziurę w oponie. Szkoda, bo była dobra. Gdy chciałem założyć zapasową dętkę, ta okazała się dziurawa. To już kolejna dętka z takim samym nacięciem, jaką kupiłem we francuskim sklepie sportowym. Zakleiłem starą dętkę, a nowe będę musiał zacząć kupować gdzieś indziej.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Irlandia, po dawnej linii kolejowej, pod namiotem, rowery / Fuji, setki i więcej, wyprawy / Irlandia 2025, z sakwami, za granicą

Kategorie

Archiwum

Moje rowery