Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

rowery / GT

Dystans całkowity:45610.90 km (w terenie 637.81 km; 1.40%)
Czas w ruchu:2130:38
Średnia prędkość:20.19 km/h
Maksymalna prędkość:66.05 km/h
Suma podjazdów:241540 m
Liczba aktywności:764
Średnio na aktywność:59.70 km i 2h 58m
Więcej statystyk

Japonia po europejsku

  7.93  00:50
W Nagasaki zatrzymałem się na 2 dni, żeby odpocząć i oczywiście zwiedzić miasto. Broszura, którą dostałem w hostelu wskazała kilka miejsc wartych zobaczenia, dlatego zaspokoiłem ciekawość i powolnym tempem ruszyłem na eksplorację miasta.
Od razu moją uwagę przyciągnęło nabrzeże, na którym znalazłem kilka ciekawych statków, a po drugiej stronie zatoki stała góra. Widok nocą na miasto jest uważany za jeden z piękniejszych w Japonii. Szkoda, że nie miałem wolnego wieczoru, aby się tam udać.
Chciałem rzucić okiem na Ogród Glovera, tylko coś mi nie poszło jak należy i dojechałem do niego od drugiej strony... po stromym zboczu. Całe szczęście park miał drugie wejście i podjazdu nie musiałem uważać za zbędny. Zwłaszcza że z góry rozciągał się nie najgorszy widok.
Sam park jest bardzo ciekawy, bo nie spodziewałem się poznać w nim tak dużo historii miasta. Thomas Blake Glover, dla którego park został wybudowany, przyczynił się do modernizacji Japoni w wielu dziedzinach. W parku można zobaczyć zachowaną rezydencję Glovera wraz z innymi budynkami z okresu dawnej Japonii. Są to jedne z najstarszych europejskich zabudowań, które zachowały się w Japonii. Spędziłem na zwiedzaniu wszystkiego prawie 2 godziny. Zupełnie inny świat, który mnie pochłonął całkowicie.
Wypatrzyłem na mapie jeszcze kilka innych historycznych miejsc. Między innymi domy w stylu zachodnim, których w tym mieście było wyjątkowo dużo. Niektóre były 100-letnie. Przekształcone na muzea i inne obiekty usługowe, są teraz otwarte dla zwiedzających.
W Nagasaki stoi chram Konfucjusza (Kōshi-byō). Mówi się, że jest to jedyny chram wybudowany przez Chińczyków poza granicami ich kraju. Jest to również terytorium chińskie kontrolowane przez ambasadę Chin w Tōkyō. Wejście było płatne, więc chciałem odrobinę zaoszczędzić i zrobiłem tylko kilka zdjęć z oddali, a budowla robi wrażenie, zwłaszcza zdobione dachy. Coś jak w Yokohamie.
To nie był koniec tematyki chińskiej. Odszukałem dawną dzielnicę chińską (Tōjin yashiki), choć bez szczegółowej mapy mogłem tam tylko pobłądzić bez celu. Trafiłem za to bez problemu do dzisiejszego Chinatown. Pełno Chińczyków, że przejść się nie dało. Odnalazłem jakieś miejsce do zaparkowania roweru i zacząłem szukać restauracji, bo miałem ochotę na chińszczyznę. Gdy w końcu udało się coś znaleźć, jedzenie nie było najświeższe, choć podali mi całe zamówienie w ciągu paru chwil. Coś za coś.
Już miałem wracać do hostelu, gdy przejechałem tuż przy kolejnym ciekawym miejscu, jakim była Deijima, czyli wyspa wyjściowa. Przez 200 lat był to jedyny port w Japonii, do którego mogły przybijać statki z Europy. Nie miałem za dużo czasu na zwiedzanie, ale wszedłem do większości zrekonstruowanych zabudowań. Co więcej, trwa rekonstrukcja pozostałych budynków, które dawniej stały w tamtym miejscu.
Czułem niedosyt po tym, co dzisiaj zobaczyłem, ale musiałem wracać do pracy. Nagasaki zasługuje na kilkudniowy pobyt, aby zobaczyć wszystko, co oferuje. Niestety moje plany były już ustalone i jutro ruszam w dalszą drogę.
Kategoria za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Nagasaki, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Nagasaki

  72.50  04:32
Dzień rozpoczął się słonecznie. Ruszyłem na południe i już po kilkunastu minutach jazdy zostałem zatrzymany przez Japończyka, który musiał mnie zauważyć z auta. Zaproponował mi kawę, ale byłem trochę oszołomiony, bo nie mówił po angielsku i nie wiedziałem co mogę mu zaoferować w zamian. Starałem się mu powiedzieć skąd jestem, dokąd jadę, ale widać, że nie chciał mnie zatrzymywać i na rozstaniu czułem się nieswojo. Trochę mi będzie brakować tej bezinteresowności po powrocie do Polski.
Droga na południe robiła się trochę nieznośna ze względu na słońce świecące w twarz. Spotkałem trójkę kolarzy, którzy najpierw mnie minęli, mówiąc coś po japońsku, a potem znowu się spotkaliśmy przed wielkim mostem. Wymieniliśmy parę zdań po japońsku. Skąd jestem, dokąd zmierzam, ile mam lat (oni byli po pięćdziesiątce). To chyba pierwszy raz, gdy zaczepili mnie kolarze. Ruszyliśmy w dalszą drogę, każdy swoim tempem. Ja oczywiście tym wolniejszym.
Minąłem jeszcze więcej zabudowań w stylu europejskim. Nawet trafiłem na wioskę holenderską, ale czas mnie gonił do pracy, więc nie zatrzymywałem się na podziwianie czegoś nowego w Japonii. Trudno, zawsze mogę tam wrócić.
Zrobiłem się głodny i chciałem coś zjeść. Tereny, przez które jechałem były dosyć wyludnione, toteż ciężko o jakiś sklep z jedzeniem. Akurat trafiłem na bilbord prowadzący do sieci konbini i gdy po określonym kilometrażu zobaczyłem budynek w stanie surowym, odrobinę się sfrustrowałem, ale okazało się, że się lekko pomylili i za dwoma zakrętami znalazłem to, czego szukałem. Zjadłem, wypełniłem kartki świąteczne do rodziny i znajomych (trochę późno, ale liczy się gest) i znów byłem w trasie.
Znalazłem się w Nagasaki. Wybrałem to miasto z uwagi na jego przykrą historię. Przypadkiem trafiłem do Parku Hipocentrum (Park Pokoju przegapiłem, choć był ulicę wcześniej), więc zatrzymałem się na odrobinę refleksji. Potem dojechałem do hostelu poleconego w internecie przez innego rowerzystę. Co ciekawe, mogłem wnieść rower do pokoju socjalnego, bo w pobliżu nie było parkingu.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Nagasaki, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Rozbierali zamek na moich oczach

  54.16  03:25
Pojechałem w kierunku zamku, ale zrobiło się nieciekawie. Na szczycie wzgórza zamkowego pracowały dźwigi. Nie mogłem na to patrzeć i zawróciłem. Tak właściwie to deszcz mnie zawrócił, a dźwigi w sumie nie wiem co tam podnosiły. Nie chciałem tracić czasu, bo deszczowa pogoda sprawia, że jadę jeszcze wolniej.
Deszcz zamienił się w przejściową mżawkę, która jednak dręczyła mnie przez cały dzień. Z początku było łatwo – wzdłuż rzeki pod lekką górkę, za którą znajdowało się miasto Imari. Tam zobaczyłem trochę architektury europejskiej oraz różnorodne pomniki wzdłuż ulic. Trochę porcelany, trochę figurek. Takie muzeum ciągnące się przez całe miasto. Za miastem zrobiło się trudniej, bo pod większą górkę. Ponad pół kilometra w pionie. Ale widoki to były piękne. Zdecydowanie opłacało się, choć gdybym pojechał tamtędy jakieś 7 miesięcy wcześniej, zobaczyłbym tarasy ryżowe wypełnione wodą. Czyli jeszcze piękniejszy widok. Z drugiej strony, klimat podzwrotnikowy to raczej nie jest przyjemna pora do podróży w tych rejonach. Jak sobie przypomnę letnie upały, to aż się odechciewa podróżowania.
Dotarłem na szczyt, gdzie temperaturze trochę spadło. Po drugiej stronie tunelu został tylko długi zjazd. Przed nim jeszcze ukazał się widok na zatokę i znalazłem się w centrum Sasebo. Dojechałem do jednego z najdroższych hoteli mojej podróży, ale nie miałem dużego wyboru w tym rejonie. Pokój – choć typowo kompaktowy – był wyjątkowo inny od wszystkich, w których do tej pory się zatrzymywałem. Na podłodze były maty tatami, a zamiast łóżka leżał futon. Brakowało tylko krzesła do wygodnej pracy.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Saga, Japonia / Nagasaki, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Fukuoka

  67.23  04:19
Zaczęło się przymrozkiem. Założyłem lekkie ubrania w nadziei, że się polepszy, ale zacząłem przemarzać i narzuciłem na siebie dodatkową warstwę, która towarzyszyła mi do końca dnia.
Pojechałem pokręcić się po centrum Fukuoki. Od wjazdu na wyspę Kyūshū widuję dużo budynków w stylu europejskim. Może po prostu nie zauważałem ich wcześniej, ale to ciekawe, że one powstały. Wszak trzęsienia ziemi w Japonii wymagają solidnej konstrukcji budynków.
Było zbyt dużo ludzi na ulicach, więc skierowałem się dalej – do zamku. Właściwie do ruin, bo z budowli zostały tylko okazałe fundamenty. Z początku czułem się niepewnie, bo zauważyłem bramkę z opłatą, a wszedłem od tyłu, ale okazało się, że opłata jest wymagana przy nocnym wejściu. Na obszarze wewnętrznych murów ustawili pokaźnych rozmiarów obiekty przypominające jaja. Prawdopodobnie elementy iluminacji. Nie mogłem jednak zostać, aby obejrzeć pokaz. Przejechałem się po parku znajdującym się nieopodal i ruszyłem w dalszą drogę na zachód.
Jechało się całkiem przyjemnie. Wzdłuż wybrzeża było przepięknie, zwłaszcza późnym popołudniem. Martwiły mnie ciemne chmury idące ze wschodu, więc starałem się jechać jak najszybciej. Widziałem nawet deszcz w oddali, ale nie zdołał mnie dopaść. Przed wieczorem dojechałem do Karatsu. Skierowałem się najpierw do zamku, ale był już zamknięty, więc obszedłem się smakiem i pojechałem do mieszkania znalezionego na Airbnb. Całkowite przeciwieństwo tego, w którym spędziłem poprzednią noc. Dodatkowo jestem bardzo zadowolony ze zrobionych dzisiaj zdjęć.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, Japonia / Fukuoka, Japonia / Saga, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Podwodny świat bez okien

  75.66  05:36
Zapowiadał się pochmurny dzień, ale to nie wszystko. Gdy tylko zjechałem ze wzgórza, na którym stał hostel, zaczęło kropić. Miałem w planie zwiedzić miasto Shimonoseki, w którym się znajdowałem, ale skończyło się na zwiedzaniu okolicy wejścia do podziemi.
Moja podróż po wyspie Honshū dobiegła końca. Dzisiaj zmierzałem na Kyūshū, ale nie promem czy mostem, a prawie kilometrowym tunelem położonym pod wodą. Wejście jest darmowe, jedynie rowerzyści muszą zapłacić symboliczne 20 jenów (ok. 60 groszy). Potem tylko windą w dół (na szczęście rower z przyczepką zmieścił się bez kombinowania) i kilkunastominutowym spacerkiem można było znaleźć się na trzeciej co do wielkości wyspie Japonii. Widoki w tunelu zastępowały rysunki ryb i roślin morskich. Było też słychać auta jadące autostradą położoną pod tunelem dla pieszych.
Miasto Kitakyūshū, albo raczej jego obrzeża – tam zacząłem swoją podróż po wyspie Kyūshū. Wcześniejsza mżawka przerodziła się w lekki deszcz, który zaczął nasilać się z każdą minutą. Założyłem odzież przeciwdeszczową i po kilku kilometrach jazdy deszcz ustał. No i po co to padało?
Droga do miasta Fukuoka nie była specjalnie ciekawa. Dużo zabudowań, jedna góra i jazda po zmroku. Dojechałem do mieszkania znalezionego na Airbnb, ale było to jedno z najobskurniejszych, w jakim do tej pory wylądowałem. Brakowało wszystkiego, pościel nie była zmieniana od dawna, a za nieszczęsnymi oknami znajdowała się ruchliwa droga. Na szczęście zatrzymałem się tam tylko na jedną noc.
Kategoria za granicą, z sakwami, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Yamaguchi, Japonia / Fukuoka, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Spóźniłem się na jesień?

  77.76  04:22
Dzisiaj zrobiło się nieco cieplej. Kontynuowałem swoją podróż na zachód, choć brakowało mi jednej rzeczy – jesieni. Nagle przestałem ją dostrzegać. Momentami robiło się tak szaro jak w listopadzie w Polsce. Miałem nadzieję, że po opuszczeniu Kyōto uda mi się złapać jeszcze trochę kolorów na południu. Widocznie źle myślałem.
Jechałem trochę głównymi drogami, trochę bocznymi. Kilka razy z rozpędu źle pojechałem, ale liczba dróg pozwalała na szybką korektę trasy. Dodatkowo wzdłuż głównych tras istnieją drogi osiedlowe, więc dzieci jadące do szkoły czy wracające z niej dają wskazówki, którędy najlepiej jest jechać. Jest to bardzo praktyczne dla obcego, który nie zna nowego rejonu. Szkoda tylko, że dzieciaki nie jeżdżą tamtymi trasami przez cały dzień, bo wtedy miałbym wskazówki w każdej części kraju.
Ostatnie kilometry pokonałem wzdłuż wybrzeża, jadąc trochę po drogach, trochę po wałach przeciwpowodziowych. Było duże zachmurzenie i obawiałem się deszczu, więc jechałem jak najszybciej do celu. Góry skąpane w wieczornym słońcu zatrzymały mnie kilka razy, ale dojechałem do miasta Shimonoseki. Zostało tylko wspiąć się na zbocze góry i byłem w hostelu młodzieżowym. W hostelach sieci Hosteling International spędziłem prawie cały mój pobyt w Japonii 2 lata temu. Również tym razem nie zawiodłem się, bo przestronne i nowoczesne wnętrze zostało urządzone w zgodzie z duchem japońskiej architektury.
Kategoria za granicą, z sakwami, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Yamaguchi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Znalazł się dawca

  42.53  02:43
Dzisiaj bardzo krótko. Nie dlatego, że miałem rozwalony napęd, ale dlatego, że znalezienie noclegu graniczyło z cudem. Musiałem zarezerwować dość drogi hotel w sąsiednim mieście. Dzięki temu miałem szansę odwiedzić więcej serwisów rowerowych.
Na początek pojechałem do sklepu z rowerami sportowymi w mieście, obok którego zatrzymałem się. Używając elektronicznego tłumacza, dowiedziałem się, że nie mają części, ale można sprowadzić. Trwa to tydzień, którego nie miałem. Zapytałem, czy można sprowadzić tę część do innego punktu, ale tak zaawansowany to naród nie jest i dostajesz część do miejsca, w którym zamawiasz. Zły pojechałem dalej.
Nie mam dalej o czym pisać, bo jechałem przez dziwne tereny. Wokół same śmierdzące kominy pokrywające horyzont. Gdy dojechałem do Hōfu, gdzie miałem się zatrzymać, skierowałem się oczywiście do filii tego samego sklepu, co odwiedzonego rano. Tam wszystko jakby wiedzieli, nie zadawali pytań, nie wyjaśniali za dużo. Zaczęli mierzyć, patrzeć w komputer i rozkręcać korbę. Z tego wszystkiego wyszło, że mieli inny rower z taką samą korbą, więc dokonali mechanicznej transplantacji. Gdyby nie fakt, że tamten rower był 20–30 razy droższy od wymienianego elementu, zdecydowanie wybrałbym zmianę roweru. Po godzinie miałem sprawny pojazd, którym przejechałem zaledwie kilometr, gdy... dojechałem do hotelu. No, to tyle na dzisiaj.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Yamaguchi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Rozsypałem się w połowie drogi

  83.46  05:06
Rano było wciąż chłodno, gdy ruszałem. Szare niebo nie wróżyło niczego dobrego. Spakowałem się i ruszyłem dalej na zachód. Problemy z noclegiem czas zacząć, ale może o tym w kolejnym odcinku. Dzisiaj będzie o innych tarapatach.
Wyjechałem z Hiroshimy inną drogą niż wczoraj, bo chciałem poruszać się trochę więcej po ulicy niż po chodnikach. Trochę jednak przekombinowałem, bo tuż przy wyspie bogów, którą odwiedziłem wczoraj, znalazłem się na ślepej uliczce. Chciałem ominąć zakaz wjazdu rowerem oraz objazd dla rowerzystów, który prowadził przez kładkę nad ulicą. Nie miałem zamiaru wpychać roweru na górę, więc jechałem prosto przed siebie, gdy zorientowałem się, że moja droga kończy się na półwyspie. Znalazłem jakiś wiadukt, ale kierowca autobusu coś zaczął gestykulować, że jadę złą drogą i zawróciłem. Tak sobie jednak pomyślałem, że co będę zawracał nie wiadomo ile i wróciłem do tamtego wiaduktu, wspiąłem się na niego dużo prościej niż na kładkę i znalazłem się dokładnie tam, gdzie chciałem, czyli na drodze dalej na zachód. Kompletnie nie wiem, co tamten kierowca chciał mi przekazać, ale wydaje mi się, że nie zrozumieliśmy się po prostu.
Wracając do jazdy, nie była łatwa, bo główna droga przepełniła się ciężarówkami i kilka razy miałem kłopot, żeby przedostać się na chodnik po drugiej stronie drogi. Niestety w Japonii też jest ten problem, że pewne chodniki zostały zbudowane odcinkami po przeciwnych stronach dróg. Ratowałem się czasem, uciekając na drogi osiedlowe, ale bywa i tak, że osiedla mają tylko jeden wjazd. No i co zrobisz? Trzeba zawracać.
Tak sobie jadę, a tu nagle coś trach! Jakby łańcuch spadł na inną zębatkę. No to kręcę korbą, aż zaskoczy. Jadę jeszcze kawałek, normalnie, a tu znienacka korbę zablokowało. Noo – myślę sobie – łańcuch się zawinął wokół zębatki. Zsiadam, oglądam, a tam wszystko równo. Co jest? Głowię się, głowię i patrzę na wałek korby, że tak nierówno. Patrzę bliżej, a tam kulka z łożyska przylepiona do elementu korby. Pięknie, tego mi właśnie brakowało. Szybko wyszukałem najbliższy serwis rowerowy i ruszyłem. Kilka kilometrów, to zrobiłem sobie hulajnogę z roweru. Nieco szybciej niż na piechotę, a już nie liczyłem na to, że w obecnym stanie uda się coś z tej korby poskładać.
Doczłapałem do jakiejś budki. Starszy człowiek, tylko po japońsku, ale pokazałem palcem. On na to, że nie, że to dalej trzeba do kolejnego punktu. Potoczyłem się dalej, kilka kilometrów tylko i znowu budka z paroma starszymi Japończykami. Tym razem pokazali na mapie dokąd jechać. Właściwie to dalej hulać na pół rowerze. Tam już bardziej sportowy sprzęt, ale pan mnie odesłał na drugą stronę ulicy. Dobrze, że nie dalej. Serwisant popatrzył, popsikał smarowidłem i powiedział, że jest dobrze. Korba znów zaczęła się kręcić. Łamaną angielszczyzną powiedział, że nie ma części, bo trzeba cały mechanizm korbowy wymienić. Miałem pecha, ale z tym magicznym smarem wydawało się, że można jechać. Więc wsiadłem na rower, jeszcze kilka razy coś trzasnęło, ale mogłem jechać. Uff, miałem nadzieję, że rower nie rozwali się kompletnie dalej, bo przede mną był odcinek nie dość, że górski, to jeszcze bez zabudowań. No to się wkopałem.
Jechałem bardzo wolno, bo każde szarpnięcie powodowało zgrzyt w korbie. Każdy podjazd musiałem płynnym ruchem zdobyć. Zapadł zmrok, temperatura spadła do 3 °C, choć za dnia było nawet 10. Spóźniłem się do pracy, więc gdy dojechałem do mieszkania znalezionego na AirBnb, musiałem zostać dłużej przy komputerze. Życie nomady nie jest takie proste.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, z sakwami, za granicą, Japonia / Hiroshima, Japonia / Yamaguchi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

W śniegu do wyspy bogów – Miyajima

  42.08  02:17
Wyszedłem na śniadanie jak zwykle do pobliskiej restauracji z tanim jedzeniem, a po drodze niespodzianka – padał śnieg. Pierwszy śnieg tej zimy. No dobrze, widziałem już ośnieżone szczyty na Shikoku, ale były to pierwsze płatki śniegu, które dotknęły mojego roweru. Chociaż nie wiem, czy dotykały, bo nie zostawiały żadnego śladu na ziemi. Temperatura 3–4 °C robiła swoje.
Całe szczęście, że podczas ostatniej wizyty w sklepie sportowym kupiłem też spodnie zimowe. Podchodziłem sceptycznie do ich kupna, ale okazały się przydatne. Założyłem też dodatkową bluzę po doświadczeniach z wczoraj i teraz tylko buty były słabym ogniwem. Nie miałem jednak zamiaru kupować zimowych, bo to tylko targanie zbędnych kilogramów, a jak wiadomo – zimowe obuwie potrafi być ciężkie.
Wracając do wycieczki, pojechałem jakimiś bocznymi ulicami, jednak i tak trafiłem na duży ruch. Dla pocieszenia mogłem popatrzeć na białe góry, chociaż i to nie do końca, bo na nasłonecznionych stokach zdążyło zrobić się kolorowo.
Udało mi się znaleźć przystań promową. Zabrakło 30 sekund i musiałem czekać 20 minut na kolejny rejs. Poszwendałem się po okolicy i poszedłem na prom. W trakcie kilkunastominutowego rejsu można było odpocząć, a dla mniej wytrwałych dostępny był pokład widokowy, z którego skorzystałem. Wielka brama torii zapraszała z daleka na wyspę Itsukushima, która jest znana również jako Miyajima lub wyspa bogów.
W sumie nie musiałem zabierać roweru ze sobą na wyspę, bo zostawiłem go w przypadkowym miejscu i ruszyłem na eksplorację pieszo ze względu na piaszczystą ścieżkę, która prowadziła do głównej atrakcji. Wielka torii była wręcz oblegana przez turystów, którzy chcieli zobaczyć ją z jak najmniejszej odległości, co czasem bywa frustrujące, gdy chce się upamiętnić bramę, a nie ludzi robiących dziwne pozy pod nią. Ja nie mogłem czekać na czysty widok i poszedłem dalej, aż do chramu Itsukushima-jinja. Dałem się namówić na wejście i przespacerowałem się trasą wycieczkową. Nie zwróciłem uwagi na to, że trwał odpływ i ląd aż po wielką torii był suchy, przez co żałowałem braku możliwości sfotografowania chramu, gdy „unosił się” na wodzie.
Przeszedłem się po okolicy i zacząłem iść w kierunku roweru, gdy zwróciłem uwagę na ciekawą ulicę. Miała starą zabudowę. Taka miniatura tej, którą znalazłem w Ise. Poszedłem wzdłuż niej, wstępując do kilkunastu sklepików. Kupiłem kilka pamiątek, zjadłem jakieś lokalne specjały i gdy miałem już naprawdę wracać, poszedłem jeszcze pod wielką torii. Akurat zaczął się przypływ, a ja musiałem wracać. Jaki pech. Pozostaje nadzieja, że jeszcze tam wrócę i będę miał więcej czasu. Tymczasem zabrałem się do powrotu do Hiroshimy, bo czekała na mnie praca. Wybrałem inną drogę, żeby sprawdzić alternatywną drogę dla kolejnej wycieczki.
Kategoria kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Hiroshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Hiroshima

  8.68  00:47
Dzisiaj zrobiłem sobie nieco luźniejszy dzień, żeby odrobinę odpocząć. Wybrałem się na przejażdżkę po centrum, a dzięki temu, że hostel znajduje się w bardzo wygodnej lokalizacji, to i nie musiałem daleko jechać.
Pierwszym punktem programu był Pokojowy Park Pamięci oraz jeden z najsłynniejszych na świecie budynków, który stał się Pomnikiem Pokoju. Obszedłem park, bo zakazy nie pozwalają na jazdę, co jest w sumie słuszne, i ruszyłem do zamku. Byłem u jego bram, gdy nagle zaczęło padać, i to tak mocno. Uciekłem do przejścia podziemnego i odczekałem – całe szczęście – krótką ulewę, a potem odszukałem wejście do głównej wieży zamkowej. Trochę się z tym nagłowiłem, ale trafiłem na mapę z informacjami. Rower zostawiłem w przypadkowym miejscu z powodu braku parkingu i poszedłem do wieży. Zapłaciłem niewiele w porównaniu z innymi zamkami. Może dlatego, że to rekonstrukcja. Zadbano jednak o jej wygląd i dzięki temu jest jednym z najpiękniejszych zamków w Japonii.
Pojechałem jeszcze zobaczyć centrum miasta. Chciałem złapać na zdjęciu jeden ze słynnych tramwajów, które przetrwały falę uderzeniową bomby atomowej. Odrestaurowane kursują po dziś dzień, tylko nie miałem pojęcia którędy, bo sieć dróg tramwajowych jest rozległa w tym mieście. Udało mi się zobaczyć tramwaje przeróżnych generacji, choć moją uwagę skupiały te starsze modele. Nie miałem szczęścia, a niestety zrobiło się zimno i zdecydowałem się ruszyć dalej. Pojechałem ponownie do parku pokoju i z powodu spadającej temperatury wróciłem do hostelu.
Kategoria kraje / Japonia, za granicą, Japonia / Hiroshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery