Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:60971.37 km (w terenie 3370.14 km; 5.53%)
Czas w ruchu:3580:12
Średnia prędkość:16.84 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:460934 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:704
Średnio na aktywność:86.61 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Tajpej nocą

  50.04  03:22
To był bardzo wietrzny dzień. Spakowałem manatki, zostawiłem pudło po rowerze i ruszyłem za sugestią Australijczyka do Tajpej, stolicy Tajwanu.
Zatrzymałem się na śniadanie pod sklepem i od razu zauważyłem problemy – wyciągnąłem z opony spory kawałek szkła. Całe szczęście wbiło się w trzecie koło, które nie sprawiało problemów od maja zeszłego roku. Mój bagaż, choć ważący zaledwie 20 kg, przetarł bieżnik. Jeszcze przynajmniej pół roku przejadę, ale martwię się, że tajwańskie drogi będą sprawiały problemy.
Poszedłem najpierw zjeść śniadanie i potem zabrałem się za łatanie dętki. Podszedł do mnie Tajwańczyk i zaczął bezinteresownie pomagać, próbując ze mną porozmawiać. Uważał, że jego angielski jest słaby, ale był lepszy niż niejednego Japończyka czy nawet pracownika tajwańskiego 7-eleven. Dziura zniknęła za pierwszym razem, a mój rozmówca musiał wracać do swoich zajęć, więc ruszyliśmy w swoje strony.
Drogi na Tajwanie są słabe. W Japonii przy prawie każdej drodze jest wydzielony chodnik, a Tajwan... jeszcze trochę na niego ponarzekam. Dużo śmieci na poboczach, skuterzyści jeżdżący na zabój, częsty brak respektowania przepisów, nierówne drogi dla rowerów. Jest też dużo bezpańskich psów. Wyglądają na łagodne, ale kilka na mnie szczekało.
W mieście Taoyuan znalazłem kilka kolejnych świątyń, które chciałem odwiedzić. Najbardziej spodobało mi się w Parku Górskim Hutou. Dużo ludzi, którzy grillowali i piknikowali. Całkiem ładny park z wieloma udogodnieniami. Najbardziej mnie ciekawiła świątynia Konfucjusza. Nawet można było do niej wejść.
Dojechałem do rzeki ciągnącej się po Tajpej. Wiatr postanowił dzisiaj poprzeszkadzać i albo wiał tak, że jechało się niczym pod górę, albo bawił się, spychając mnie z drogi. Było to strasznie wkurzające. W mieście Nowe Tajpej, które leży obok stolicy, chciałem zobaczyć jedną świątynię. Zobaczyłem i pojechałem dalej. Tajwan jest zbyt dziki, skutery są wszędzie, a sygnalizacje świetlne czerwienią się wieczność. Przez cały dzień przejechałem tak niewielki dystans, że nie dowierzałem, gdy dojechałem do Tajpej. Tam pojechałem pod świątynię Lungshan, gdzie było tak dużo ludzi, że do hostelu doszedłem pieszo. Zostawiłem swoje rzeczy i już bez sakw kontynuowałem rowerowe zwiedzanie.
Miałem zaznaczonych na mapie kilka miejsc. Ruszyłem do świątyni Tianhou, ale było tak ciasno, że szybko ruszyłem dalej. Zaczęło zmierzchać, po drodze do kolejnego miejsca trafiłem na budynek biura prezydenta Tajwanu i dotarłem do Placu Wolności z monumentalną bramą, dwiema bliźniaczymi świątyniami oraz Halą Pamięci. Zrobiło mi się zimno, więc wróciłem do hostelu.
Mój dzień nie skończył się, bo wziąłem prysznic i ruszyłem do miasta pieszo. Chciałem zobaczyć z bliska świątynię Lungshan i nawet wszedłem do środka. Mogłem przyjrzeć się wiernym i ich modłom. Ta wizyta w świątyni wywarła na mnie wrażenie. Potem poszedłem przed siebie i trafiłem na nocny market, czyli setki straganów z jedzeniem, chińskimi podróbkami (może coś prawdziwego też było), grami hazardowymi i przeróżnymi produktami, jakie można dostać na bazarze. Spędziłem bardzo dużo czasu, chodząc tu i tam, próbując kilku przysmaków, aż zamknęli świątynię i stwierdziłem, że pora wracać. Stragany też powoli zaczynały pustoszeć.
Kategoria za granicą, z sakwami, kraje / Tajwan, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, wyprawy / Tajwan 2018, rowery / GT

Karton za 500 jenów

  84.15  04:57
Czas wracać do miasta Naha. Wstałem wcześnie rano, żeby zyskać na czasie. Droga powrotna niestety nie była w żaden sposób wyjątkowa, bo caluśką pokonałem kilka dni temu, choć w przeciwnym kierunku.
Początek, czyli przejazd do Nago, wiązał się z minięciem kopalni kamienia. Dzisiaj, poza pyłem w powietrzu, atrakcją było polewanie wodą ulic i chodników. Jak ja się ucieszyłem, gdy później cały rower, sakwy i buty miałem białe, bo brudna woda bryzgała spod kół po wszystkim. Próbowałem to jakoś wyczyścić, ale to mozolna praca i pewnie będę musiał czekać na deszcz, aby rower znów wyglądał normalnie.
Potem już było z górki. Jedynie słońce grzało ciut za mocno. Pod bazą amerykańską jak zawsze hałas nie do wytrzymania. Minąłem też miejsce wypadku, w którym kilkanaście minut wcześniej amerykański żołnierz potrącił rowerzystę. Widziałem kilka radiowozów, kałużę krwi, a potem jeszcze dwóch tajniaków jadących na sygnale w nieoznakowanych radiowozach. Każda taka sytuacja wywołuje lawinę krytyki wobec Amerykanów, ale nie zauważyłem żadnego poruszenia w mediach. Ciekawe, czy przemilczeli to ze względu na napiętą sytuację.
Dotarłem do miasta Naha. Po drodze odwiedziłem sklep z elektroniką, bo potrzebowałem kilku rzeczy przed wylotem, a potem odszukałem sklepu rowerowego. W pierwszym mi nie pomogli, ale pokierowali do drugiego. Tam miałem więcej szczęścia. Dowiedziałem się, że aby otrzymać karton na rower należy zapisać się na listę (byłem w szoku), ale całe szczęście facet za kasą poszedł na zaplecze, potem w drugie miejsce, pogadał z innym pracownikiem, patrząc na mój trzykołowy rower i wyczarował karton, mówiąc, że to jedyny jaki mają. Dodał jeszcze, że muszę zapłacić 500 jenów plus podatek (8%). Nie zszedł z ceny, gdy kupiłem nową oponę (stara zaczęła wyglądać jak moja ostatnia, z którą miałem wiele kłopotów) i klocki hamulcowe. Potrzebowałem również wymienić linkę hamulcową, ale mieli ręce pełne roboty. Pojechałem do hostelu zostawić majdan, a potem wróciłem po karton pieszo, bo miałem niecały kilometr.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Okinawa, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Hanami na zamku?

  32.40  02:15
Było pochmurno i wietrznie, a od czasu do czasu pokropiło. Nie był do dobry dzień ja jazdę, ale musiałem ruszać do kolejnego hostelu. Znalezienie taniej opcji na dłuższą metę było niemożliwe, więc rozbiłem to na kilka miejsc.
Odwiedziłem wyspę Yagaji-jima, którą chciałem zobaczyć 2 dni temu. Było wietrznie, zwłaszcza na mostach. Z tego powodu nie pojechałem na Kouri-jimę, na którą prowadził 2-kilometrowy most. Rozglądałem się też za bankomatem, bo okazuje się, że z jakiegoś powodu część bankomatów od września przestała obsługiwać zagraniczne karty. Znalazłem historyczne miejsce Nakaharababa, a właściwie znak do niego prowadzący, bo nie znalazłem ani miejsca, ani informacji o nim.
Miałem dzisiaj nie odwiedzać zamku, ale wyszło inaczej. Skusiłem się na Nakijin-jō. Droga w górę wiodła wśród kwitnących drzew wiśni (coś mi się obiło o uszy, że jest to wiśnia tajwańska). Zaparkowałem na jednym z czterech parkingów dla aut, bo nie było nic dla rowerzystów, którzy przecież są obecni na Okinawie. Kupiłem bilet i poszedłem na zamek. Tam mnóstwo ludzi i tyleż samo kwitnących drzew. Przepiękne widoki. Obejrzałem całe ruiny, a potem jeszcze odwiedziłem muzeum, bo bilet był wspólny.
Zrobiło się zimno, aż założyłem bluzę. Ruszyłem w dalszą drogę, dojeżdżając do miasteczka Motobu. Znajduje się tam znane akwarium. Nie skusiłem się. Odnalazłem mój hostel, zostawiłem bagaż, bo właściciela nie było i pojechałem na wycieczkę po mieście, bo chciałem znaleźć kilka rzeczy i wyciągnąć pieniądze z bankomatu. Planowałem w tym tygodniu wrócić na Kyūshū, ale być może w ogóle opuszczę Japonię. Trochę się tego obawiam.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Okinawa, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Słoneczna Okinawa

  37.80  02:25
Dzisiaj pogoda przesadziła. Było wręcz upalnie. Termometr wskazywał ponad 23 °C, ale odczuwalnie było ok. 30 °C. Do tego świeciło słońce i było prawie bezwietrznie. Lato, a nie jakaś tam zima.
Ruszyłem dalej na północ. Miałem jeszcze krótszą drogę do kolejnego domu gościnnego niż poprzedniego dnia, więc zaplanowałem trochę sobie ten dystans wydłużyć. Dotarłem jednak do miasta Nago, gdzie dałem się skusić znakom prowadzącym do miejsca, gdzie w dawnych czasach znajdował się zamek. Trzeba było trochę pojechać pod górę, więc zacząłem jechać – mozolnie, ale przynajmniej na zboczach powietrze zrobiło się rześkie. Niestety, moje szczęście zrujnowały roboty drogowe i musiałem zawrócić. Nie poddałem się i ruszyłem pieszo po ścieżkach na mapie, i... wróciłem do punktu wyjścia. Ale! Zauważyłem na mapie (wszystko po japońsku lub okinawsku) jakieś ścieżki, które mnie zainteresowały. Tym zbiegiem okoliczności dostałem się na drugą stronę zamkniętej drogi i zawiodłem się. Cały czas byłem przekonany, że zobaczę jakieś ruiny zamku, a dopiero na końcu jakiejś drogi zdałem sobie sprawę z tego, że znajdowałem się w parku zamkowym, a nazwa była związana tylko z tym, że kiedyś stał tam zamek. Tego niestety zabrakło, więc cały trud poszukiwań poszedł na marne. Gdy wróciłem do roweru, czułem się wykończony od pokonania tylu schodów i stromych dróg.
Chciałem jeszcze przejechać przez wyspę Yagaji-jima, ale straciłem czas i energię w parku. Dojechałem mozolnie do domu gościnnego. Właściciela nie było, ale zostawił kartkę z instrukcją. Gdy wrócił, zaproponował, że zabierze mnie do supermarketu, bo nie spotkałem żadnego po drodze. Nie wspomniał jednak, że musi przy okazji oddać auto i załatwić kilka innych spraw. Rowerem obróciłbym w kilkanaście minut, a tak – wyszła ponad godzina.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Okinawa, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Ogrody Okinawy

  59.38  03:42
Wstałem wcześnie rano, aby pojechać do ogrodu, który wczoraj był zamknięty. Był ciepły i pogodny dzień.
Dostałem się do Shikina-en, historycznego ogrodu dynastii Ryūkyū. Ruszyłem po wyznaczonej trasie turystycznej, która prowadziła głównymi ścieżkami ogrodu. Można było zobaczyć wiele gatunków egzotycznych roślin, a bardziej ciekawscy turyści mogli spotkać jadowite węże (rozrywka raczej dla odważnych, bo nigdy nie wiadomo, gdzie ich szukać). Znalazło się też kilka zabudowań; o pustych wnętrzach, ale przejść się boso po pałacu to też ciekawe doświadczenie.
Zostało mi sporo czasu, więc pojechałem do jeszcze jednego ogrodu – Fukushū-en. Dużo inny niż japońskie ogrody. Wyglądał bardziej jak wyjęty z Chin i w sumie tak było, bo został zbudowany zgodnie z tradycjami regionu Fuzhou. Do tego było w nim pełno Chińskich turystów, więc robienie zdjęć szło powoli. Po obejściu całego ogrodu wróciłem do hostelu po swoje rzeczy i ruszyłem na północ.
Drogę do domu gościnnego miałem krótką, więc nic się nie działo. Minąłem bazę wojskową. Amerykańce tak hałasowali, że ciężko było wytrzymać. Nie wiem, jak mieszkańcy ich tolerują. Nie dziwię się, że wzrastają napięcia wobec wojska stacjonującego tam.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Okinawa, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Japoński wiatr

  53.89  03:27
Temperatura nadal trzyma się nisko. Właściciel hostelu powiedział, że jest bardzo zimno, chociaż za bardzo tego nie odczułem. Poczułem za to wiatr, który nieustannie wiał. Dzisiaj był o tyle problematyczny, że całą drogę dmuchał w twarz.
Ciekawostką na dzisiaj będzie Chiringa-shima. Wyspa znajduje się ok. 800 metrów od wybrzeża i jest o tyle ciekawa, że przez kilka godzin podczas odpływu można się na nią dostać pieszo po wydmie uformowanej przez prądy morskie. Ta atrakcja nie jest jednak dostępna zimą, bo są inne prądy. Tak że tylko popatrzyłem sobie na wyspę i pojechałem dalej.
Wiatr nie ustawał i zrobiło mi się zimno. Natrafiłem na stację drogową (Michi-no-Eki), gdzie poza lokalnymi produktami można zjeść coś w restauracji. Pojadłem, ogrzałem się i gdy wyszedłem, na niebie pojawiło się słońce. Odrobina ciepła towarzyszyła mi do końca podróży. Wąska droga wzdłuż wybrzeża nie była najlepszym miejscem dla rowerzysty, ale sam tego chciałem. Po górach nie miałem ochoty jechać. Dzisiaj zatrzymałem się w innym hostelu, bo w poprzednim zabrakło miejsc.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Pomiędzy wulkanami

  80.22  04:36
Temperatura wzrosła dzisiaj raptem o jedną kreskę. Z doniesień pogodowych dowiedziałem się, że śnieg zasypał wschód Japonii. Zabawne, bo gdy byłem na wschodzie 2 tygodnie temu to zasypało zachód. Ja to mam szczęście. Ale może nie powinienem zapeszać.
Miałem wiele planów na najbliższe dni. Mogłem pozostać w Kagoshimie, podzielić podróż na dwa lub trzy dni. Wybrałem opcję drugą i ruszyłem na południe. Trochę przez góry, aby móc urozmaicić sobie podróż i nie wracać nazajutrz po własnym śladzie. A co planuję, o tym za kilka dni.
Było wietrznie, w sumie kolejny już dzień. Pojechałem w góry takimi drogami, że nikt nie chciał tamtędy jeździć. Miałem całe dwa metry szerokości drogi dla siebie; ale nie jechałem środkiem, bo jednak było za dużo zakrętów, zza których mogło coś wyjechać. Góra nie była wymagająca, toteż szybko na nią wjechałem. Potem trochę zjazdów i podjazdów, które mogłem ominąć, gdybym przyłożył się do planowania. Ledwo za górami schował się wulkan Sakurajima, a na horyzoncie pojawił się kolejny – Kaimon-dake. Niższy niż pierwszy, ale dużo piękniejszy.
Dojechałem do hostelu prowadzonego przez ekscentrycznego Japończyka. Lista zasad obowiązujących w obiekcie była taka sama jak w każdym innym tego typu, ale właściciel zrobił z nich problem i przedstawił wszystkie strasznie drobiazgowo, przez co komentarze na jego profilu na Airbnb skupiają się właśnie na tych zasadach.
Szkoda, że miałem pracę do wykonania, bo dowiedziałem się, że w pobliżu znajduje się niezwykły onsen – suna-mushi, czyli woda zastąpiona piaskiem. Para wodna przenika między kryształkami piasku, docierając do skóry. Zapomniałem wspomnieć, że w trakcie kąpieli „kąpiący się” jest zakopywany w piasku. Z pewnością ciekawe doświadczenie.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Sakurajima

  53.12  03:03
Kapeć okazał się poważniejszy niż myślałem. Były to łącznie 4 dziury, a właściwie 2 „snejki”. Łatanie nie poszło mi najokazalej, bo jedna łatka się odkleiła w trakcie naprawy. Za krótko odczekałem przed przyklejeniem jej i dopiero za drugim razem się udało. Miałem jeszcze wrażenie, że powietrze uciekało po założeniu koła, ale całe szczęście były to tylko zwidy.
Trafiłem na las bambusowy. Podobno wietrzna pogoda jest najlepsza, aby w takim lesie się znaleźć. Według mnie jest to najgorsza pora, bo odgłos jest jakby cały las chciał się na mnie zawalić. Nic przyjemnego.
W pewnym momencie zauważyłem coś w powietrzu. Na początku pomyślałem, że to pyłek z drzew, ale potem przyszło mi do głowy, że w pobliżu jest Sakurajima, jeden z aktywnych wulkanów. Dopiero gdy zatrzymałem się, aby pobrać próbkę, zrozumiałem, że to śnieg. Cóż, było zimno. Potem dowiedziałem się, że w reszcie kraju sypnęło porządnie.
Dojechałem do zatoki, skąd wzdłuż wybrzeża dostałem się do Kagoshimy. Całą drogę miałem widok na wspomniany już wulkan. Pojawiło się też więcej palm. Dzisiaj zatrzymałem się w hostelu.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kapeć u celu

  59.84  03:14
Z powodu deszczu zrobiłem sobie dzień wolnego i zwiedziłem miasto Hitoyoshi. Dzisiaj miałem się tylko dostać bardziej na południe. Nie mam za dużo do opisywania, bo droga nie była wymagająca. Wciąż czułem obolałe mięśnie po górach sprzed dwóch dni.
Było wietrznie i chłodno. Chyba gonił mnie deszcz, bo spadło kilka kropel, a w oddali było widać szary horyzont. Nic mnie na szczęście nie dopadło... poza kapciem. Raptem 2 kilometry przed celem straciłem powietrze w tylnym kole. Pompowanie nic nie pomagało, ale nie miałem siły na zabawę. Dopchałem rower do mojego miejsca noclegowego. Zajęło mi to pół godziny, ale pewnie tyle samo spędziłbym na łataniu dziury.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Kumamoto, Japonia / Kagoshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kawa pod górą

  111.62  07:06
Pożegnałem się z Ai i Osamu dzień wcześniej ze względu na niekorzystną prognozę pogody. Chciałem najpierw przedostać się przez góry, a potem to już co los przyniesie.
Dzień zaczął się tak samo jak wczoraj i tak samo założyłem zbyt ciepłe ubrania. Początek podróży był w miarę prosty. Podjazd zaczął się po kilku kilometrach. Droga o zmiennej szerokości przeprowadziła mnie przez tunel i sprowadziła na dół. Znalazłem się niżej niż w punkcie startowym, a przede mną stał tysięcznik. Już wiedziałem, że to nie był mój dzień.
Byłem głodny, bo od śniadania minęło trochę czasu. Objazd po wsi Shība nie przyniósł rezultatów. Poszedłem zobaczyć miejscowy chram i przy (prawdopodobnie) muzeum zostałem zaczepiony przez panią. Jakoś się dogadaliśmy, że jestem głodny i szukam restauracji, więc zaproponowała mi makaron soba. Przy okazji koleżanki z pobliskich sklepików z pamiątkami przyszły dowiedzieć się skąd jestem i dokąd jadę. Dostałem nawet mapę wsi, chociaż nie było mi dane niczego zwiedzać. Na pewno ciekawie byłoby zamieszkać na takiej wsi, gdzie każdy każdego zna.
Ruszając w dalszą drogę, dostałem jeszcze kilka słodyczy na czarną godzinę. Ledwo zacząłem podjazd, a znowu mnie zatrzymali. Tym razem Japończyk w średnim wieku był ciekawy mojego roweru. Zaproponował mi kawę w warsztacie kilkaset metrów w dół. Zostawiłem rower, żeby nie robić podjazdu jeszcze raz i skorzystałem z zaproszenia, wsiadając do jego pickupa. Okazało się, że on również był rowerzystą i przygotowywał się do maratonu. Powiedział, że na szczyt można dostać się w kilkadziesiąt minut, choć przy moim tempie ten czas wydłużał się sporo. Pokazał mi swój karbonowy sprzęt, mapę z drogą, którą obrałem, pogadaliśmy, wypiliśmy kawę i odwiózł mnie do mojego roweru. Wróciłem do mozolnej wspinaczki.
Na szczyt dotarłem o zmierzchu. Było tak ciężko, że często się zatrzymywałem. To był jednak początek, bo na zjeździe hamulce aż syczały. Nie mogłem się rozpędzać ze względu na krętą drogę i skały spadające ze stoku. Na dole panowały ciemności i w ogóle było tak cicho, brakowało ruchu na całym odcinku od Shīby. Czasem się bałem, że coś wyskoczy na drogę.
Rozgrzałem się pod automatem z napojami. Jak dobrze, że one są wszędzie. No, prawie wszędzie, bo dopiero w terenie zamieszkałym znalazłem pierwszy z nich. Potem zaczęła się kolejna droga w górę. Tym razem inna, bo nachylenie zmieniało się często. Czasem stawałem przed ścianą, którą mogłem pokonać tylko pchając rower. Drugi szczyt nie osiągnął tysiąca metrów, ale i tak dał mi w kość.
Pozostało zjechać z gór, co oczywiście nie było proste z powodu dziesiątek zakrętów i zmroku, a droga była w bardzo złym stanie. Stoczyłem się powoli i w pierwszych światłach dostrzegłem, że było 5 °C. Na szczycie odczuwalna była zdecydowanie poniżej zera.
Cała ta walka z górami zajęła mi tyle czasu, że zacząłem się obawiać o mój nocleg. Zameldowanie kończyło się o godz. 22, a ja wciąż miałem wiele kilometrów do miasta. Dałem z siebie wszystko pomimo zmęczenia. Na miejsce dotarłem na kwadrans przed 22 i nie zastałem nikogo. Pisanie wiadomości do obsługi hostelu nie przyniosło rezultatu, więc wypełniłem formularz rejestracyjny i wybrałem łóżko w pokoju. Tej nocy byłem jedynym gościem.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Japonia / Kumamoto, Japonia / Miyazaki, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery