Musiałem oczyścić umysł i wyszedłem w połowie pracy na rower. Wiało z zachodu i tam też ruszyłem. Nie było najgorzej, słońce dawało trochę ciepła. Potem skręciłem na Kiekrz i starymi drogami wróciłem do centrum, a potem ku Wartostradzie, gdzie złapał mnie zmierzch. Straciłem 22 minuty na światłach i na przejeździe kolejowym, choć miałem wrażenie, że było tego znacznie więcej.
Zerkałem za okno w trakcie pracy i nie mogłem się powstrzymać. Wyszedłem wcześniej, żeby skorzystać ze słońca. Pojechałem do Rogalinka i zrobiłem pętlę wokół odcinka Warty. Złotą jesień można jeszcze w paru miejscach dostrzec. Słońce też ładnie przyświecało i było całkiem ciepło. W Poznaniu pojechałem Mostem Przemysła, żeby ominąć teren przez Dębinę. Na koniec dnia przejechałem się przez Luboń, bo czułem niskie ciśnienie w oponach, a na Kotowie była najbliższa pompka z manometrem.
Było chłodniej niż ostatnio. Zmrok zapada coraz szybciej. W trakcie pracy widziałem ładne niebo, więc wyskoczyłem. Niestety tuż przed zmierzchem, a na niebie pojawiła się ogromna chmura i prognoza deszczu. Mimo to zrobiłem pętlę przez Wysogotowo, a potem przez centrum Poznania. Nie widziałem dzisiaj protestów, a jeszcze na początku tygodnia, gdy byłem w centrum, kilka ulic było kompletnie zablokowanych. Wróciłem Wartostradą. Chmury przepadły i nawet mogłem dostrzec gwiazdy.
Wyszedłem, mimo że miało padać. Było pochmurnie i chłodno, choć całkiem przyjemnie. Szybko rozgrzałem się. Miałem zrobić tylko pętlę przez Wiry, ale zmieniłem zdanie i w Luboniu skręciłem ku Wartostradzie. Niestety szybko zaczęło kropić, więc znów zmieniłem plany i wróciłem do domu. Był dzisiaj straszny smog.
Zrobiło się ciepło. Wyskoczyłem na krótko z planem zrobienia jakiejś pętli. Pojechałem w kierunku Tarnowa Podgórnego, a potem na zachód. Jechało się całkiem dobrze. Dopiero gdy zmieniłem kierunek jazdy na południowy w kierunku Buku zaczęły się schody. Wiało niby z południa, ale do Stęszewa jechało się koszmarnie ciężko. Jakby coś wyssało ze mnie wszystkie siły. Mimo to nie zmieniałem planu i potem ze Stęszewa do Poznania jazda znów stała się samą przyjemnością.
Powrót do kręcenia pod Poznaniem. Dzisiaj był jakiś zryw ciepła, więc wymieniłem tylną oponę w kolarzówce (w końcu będę ją miał z głowy na kilka miesięcy) i pojechałem na krótką przejażdżkę przed zmrokiem. Słońce coraz wcześniej zachodzi, ale dzisiaj przynajmniej było ciepło.
Przypadkiem zauważyłem, że moje nogi pokonały niemal 100 tysięcy kilometrów na rowerach (przynajmniej tyle naliczyłem w dzienniku). Na dzisiaj zostawiłem sobie ostatnie kilometry do okrągłej liczby. Całość zajęła niemal 9 lat. To teraz do miliona! Przy obecnym tempie zajmie mi to około 80 lat.
Wybrałem się na północ Poznania, bo to raptem 20 km w jedną stronę, a brakowało mi dwukrotności tej liczby. Było cieplej niż wczoraj i słonecznie, chociaż niebo chmurzyło się przez pół dnia.
Złapałem lekkiego kapcia. Powietrze uciekało powoli, więc tylko dopompowałem powietrza. Wkrótce i tak muszę wymienić oponę, więc nie chce mi się łatać dziury. Tak poza tym, to wycieczka bez większych wrażeń. Jechałem głównie drogami dla rowerów i kaskaderów, na Morasku złapała mnie złota godzina, potem zapadł zmierzch i wróciłem do domu.
Prognoza pogody na dzisiaj miała być łagodniejsza niż wczoraj. Wciąż była groźba deszczu, ale nie tak duża. Było dużo chłodniej i nie widziałem słońca przez grubą warstwę chmur. Za to za pierwszym zakrętem zaczęło mżyć. Nie przerywałem jazdy i szczęśliwie po kilku kilometrach ustało. Reszta wycieczki poszła zgodnie z planem. Przejechałem przez Wartę w Rogalinku, wróciłem do Poznania i pokręciłem się nad Wartą, a potem przez centrum i przypadkowymi drogami wróciłem do domu.
Miało padać. Tak przynajmniej mówiła prognoza, jednak po niebie ciężko było to poznać. Nawet słońce wyglądało zza chmur. Wyszedłem, żeby pojeździć po okolicy. Zahaczyłem o park Szachty, potem podkusiło mnie, żeby pojechać Wartostradą, odwiedziłem Ostrów Tumski i zacząłem zbierać się do powrotu, bo na południu zaczęła niepokoić mnie jedna chmura. Mój niepokój zwiększył się, gdy w momencie przejazdu przez centrum zaczęło kropić. Mimo to na drogę powrotną wybrałem przejazd przez Grunwald. Całe szczęście nie lunęło, a jedynie ciapało, więc przemokłem tylko odrobinę.
Rower towarzyszył mi od małego. Przez wiele lat jeździłem na Romecie. W 2012 kupiłem Treka, który na poważnie wciągnął mnie w turystykę rowerową. Przejechałem na nim Islandię i Koreę. Kolejnym połykaczem kilometrów stała się kolarzówka GT, która w duecie z trzecim kołem towarzyszyła mi podczas wyprawy wokół Japonii i Tajwanu. Szukając nowego partnera wyprawowego w trudnych czasach, trafiłem na gravel podrzędnej marki. Mimo to prowadził mnie ku przygodzie po Norwegii i Szkocji. Do tego lubię utrwalać na fotografii ładne rzeczy i widoki.