Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / wielkopolskie

Dystans całkowity:55314.14 km (w terenie 4777.34 km; 8.64%)
Czas w ruchu:2616:42
Średnia prędkość:21.09 km/h
Maksymalna prędkość:56.53 km/h
Suma podjazdów:232526 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:160092 kcal
Liczba aktywności:1013
Średnio na aktywność:54.60 km i 2h 35m
Więcej statystyk

Nad morze

  62.33  02:57
Bynajmniej nie dzisiaj, ale mam na to aż 3 dni. No, prawie 3, bo dzisiaj byłem w pracy. Za główny cel obrałem Koszalin, jednak później wpadłem na ciekawszy pomysł, aby dotrzeć nad samo morze. To w sumie niedaleko. Trochę mnie przeraża myśl o powrocie w niedzielę, gdy przypominam sobie wczorajszy pociąg do Świnoujścia. Może wrócę wcześniej?
260 km to niewiele. Po pracy spakowałem się, załadowałem sakwy na zamontowany wczoraj bagażnik i ruszyłem tuż przed godz. 18 do Lubasza. Znalazłem tam kemping – postanowiłem przenocować pod namiotem. Pierwszy raz od dwóch lat.
Do Obornik jechało się świetnie. Średnia prędkość rwała się do góry. Dopiero kretyńskie zakazy i beznadziejne chodniki zaczęły mnie spowalniać. W dodatku za miastem wpadłem na kilka kilometrów dróg rodem z pustynnego piekła. Nie w takiej Puszczy Noteckiej się zakochałem. Tragedia większa niż wczoraj w Puszczy Drawskiej. Czas leciał, a ja chciałem zastać kogoś w recepcji na kempingu. Sił miałem niewiele, gdy w końcu wydostałem się na asfalt. Do Lubasza dojechałem z zachodem słońca. Zrobiłem zakupy na kolację i śniadanie, i dojechałem na kemping. Niestety już od dawna nikogo z obsługi nie było. Zatelefonowałem pod numer z ogłoszenia i pani pozwoliła mi się zatrzymać. Trzeba wcześnie rano wyruszyć, bo wiatr ma dmuchać z południa, ale tylko w sobotę. Martwiąca jest prognoza deszczu wieczorem w okolicach Koszalina. Oby ICM się mylił.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, pod namiotem, mikrowyprawa, Puszcza Notecka, rowery / Trek

Drawieński Park Narodowy

  106.10  05:48
Nie pisałem jeszcze, że na urodziny w zeszłym roku dostałem od kolegów i koleżanek z firmy prenumeratę magazynu „Rowertour”. W marcowym numerze znalazłem wycieczkę „po okolicy”, wczoraj przerysowałem mapkę, a dzisiaj, przed godz. 6, ruszyłem na pociąg. Ulice były takie puste. Do dworca dotarłem na 10 minut przed odjazdem. Jednego nie przewidziałem. Z racji czterech dni wolnego kilkudziesięciu rowerzystów chcących dostać się do Świnoujścia zajęło prawie każdy zakamarek szynobusu. Wynik? Od trzeciej stacji pani kierownik pociągu nie wpuszczała żadnych pasażerów z rowerami. Wielu z nich na pewno miało ciekawe plany. Ja jutro pracuję, dlatego mój plan był krótki. Chciałem dostać się do stacji za Krzyżem Wielkopolskim i przejechać przez park narodowy.
Rębusz, godz. 8.24
Z zaledwie 10-minutowym opóźnieniem dotarłem na stację. Słońce grzało już na niebie, ale wiatr wydawał się chłodniejszy niż w Poznaniu. Nogi mnie bolały już od samego stania, a tyle kilometrów przede mną. Pani kierownik pociągu powiedziała, że nie wpuściła piętnastu rowerzystów. Nikt nie przewidział, że tyle osób przy tak sprzyjających warunkach pogodowych wybierze się na 4-dniowy urlop nad morzem. Miałem tak wiele szczęścia, że udało mi się zacząć mój jednodniowy plan. Potrzebowałem tego szczęścia jeszcze odrobinę, aby znaleźć czynny sklep w dzień wolny od pracy.
Drawno, godz. 11.00
Już wiem, że będzie to leniwy dzień. Średnią prędkość mam bardzo niską. Po 15 kilometrach trafiłem na czynny sklep. Mogłem zjeść, choć nie sądzę, aby kiełbasa dodała mi dużo energii. Na drogach leśnych było dużo piachu. Mocno rzucało rowerem.
Na przystani wodnej nad Drawą brak ludzi. Pewnie za wczesna godzina na kajaki. W Drawnie zastanawiałem się, czy nie odbić z trasy do Kalisza Pomorskiego. Robi się coraz cieplej, więc jadę zgodnie z planem. Od teraz będę miał wiatr w plecy.
Pustelnia, godz. 14.26
Drogi terenowe mnie wykończą. Raz po raz jakaś się pojawiała, a gdy w końcu wjechałem na asfalt, dotarłem do województwa lubuskiego i zaczęły się straszne drogi brukowe wyłożone kamieniem polnym. I tak prawie w całym Drawieńskim Parku Narodowym. Na szczęście robaków nie ma dużo. Minąłem kilka mostów i kładek, setki tablic informacyjnych, wjechałem w lekkie błoto, a nawet dostałem się do dwóch punktów widokowych. Pierwszy okazał się być punktem do obserwacji przyrody (chyba że las rośnie tak szybko), a drugi znajdował się za ogrodzeniem wybiegu dla koni, ale przynajmniej było tam coś widać. Zobaczyłem jeszcze stary cmentarz, kawałek asfaltu i małą osadę Pustelnię. Pozostało ok. 40 km do Krzyża. Zastanawia mnie, czy zdążę na jakiś wcześniejszy pociąg. Nie mam sił na dłuższą wyprawę.
Przesieki, godz. 15.55
Chwilę po ruszeniu spotkałem borsuka. Szybki był. Znalazłem też regulamin parku, bo ciekawiła mnie kwestia rowerów. Rowerzyści mogą więcej, bo piesi mogą poruszać się wyłącznie po szlakach pieszych, a rowerzyści po szlakach rowerowych i wyjątkowo również po szlakach pieszych. Szlaki są z kolei oznaczone doskonale, jeśli chodzi o ich widoczność. Szkoda, że popularność parku jest tak niewielka. Zaledwie kilku ludzi spotkałem. A jeśli chodzi o kajaki, to spływy są możliwe dopiero od 1 lipca. Pewnie z uwagi na faunę.
Gdy w końcu wjechałem na asfalt, jazda stała się taka lekka, jakby ktoś mnie pchał. Szkoda, że trafiłem na dziurawą drogę wojewódzką nr 123. I jak tu zdążyć na pociąg?
Krzyż Wielkopolski, godz. 17.20
Droga była fatalna. Po 8 km wjechałem na coś, czemu bliżej do tarki zasypanej tonami piachu niźli do drogi. Na mojej notatce zorientowałem się w godzinach odjazdu pociągów i zacząłem się martwić, bo odjazd był po godz. 17, a kolejny pociąg dopiero po 20. Spiąłem się i dojechałem na dworzec na minuty przed ruszeniem. Zdążyłem nawet dobiec z rowerem do niewłaściwego pociągu i zawrócić na właściwy peron (pociąg ukrył się za budynkiem rozdzielającym całą stację). Bez rozjazdu i bez jedzenia pojechałem do Poznania. To była wyczerpująca podróż. Zabawne, że jechałem tym samym składem, co rano. Pasażerów można było policzyć na palcach.
PS. Nikt o tym nie pisze ani nie mówi, ale wstęp do Drawieńskiego Parku Narodowego wymaga biletu. Podobno można go gdzieś kupić. Ja dowiedziałem się o tym po fakcie.
Kategoria Polska / zachodniopomorskie, Polska / lubuskie, kraje / Polska, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Kawałek za Wolsztynem

  114.79  05:33
Poranek był chłodny, ale nie przeszkodziło mi to we wskoczeniu w kolarki i koszulkę oraz nie zabraniu plecaka, żeby stawić się (o czasie) na dworcu głównym. Cel: Wolsztyn. Wczorajsza niepogoda i moje zmęczenie spowodowały, że leniłem się prawie cały dzień. Dzisiaj nie chciałem żadnej długiej trasy, więc zrezygnowałem z zaliczania gmin na rzecz nieznanych dróg. Ostatnio chodzę wcześniej spać – trzeba oszczędzać siły na nadchodzący tydzień.
Wielichowo, godz. 13.00
W Wolsztynie jest dzisiaj maraton (Wolsztyńska Dziesiątka) i kilka ulic było nieprzejezdnych. Zaczynało się robić upalnie, więc nie zazdroszczę zawodnikom. Ruszyłem nie w stronę Poznania, bo chciałem przejechać pewien odcinek, który na mapie na mojej ścianie przez przypadek oznaczyłem jako przebyty. Za miastem było kilka dróg dla pieszych i rowerów. Bardzo wygodnych w porównaniu z piaskiem, który czekał na mnie za Obrą. Na szczęście to tylko kilka kilometrów cierpienia. Na asfaltowych drogach było lepiej, choć wiatr się nie zgadzał z prognozowanym. Właśnie ze względu na wiatr wybrałem Wolsztyn, bo miało wiać z południowego-zachodu, ale i tak wiało z południa.
Wilanowo, godz. 14.25
O Wilkowo Polskie zahaczyłem z tego względu, że na wspomnianej wcześniej mapie owa miejscowość widnieje jako zawierająca cenne zabytki. Trafiłem jedynie na kościół, a i to prawie go przegapiłem. Od Wielichowa wzdłuż drogi ciągnęły się tory kolei wąskotorowej. Ach, pięknie to musiały być czasy, gdy coś tamtędy jeździło. Tory uciekły na południe, a ja na północ, na drogi gruntowe. Na szczęście nie były piaszczyste, więc mogłem się rozkoszować wolnością od spalin. Dlaczego ludzie tkwią w tym zgubnym marazmie? Samotna podróż autem osobowym to przeżytek.
Stęszew, godz. 16.00
Tuż za Wilanowem napotkałem największe w Europie skupisko kurhanów, czyli mogił w kształcie stożka. Pochodzą one z epoki brązu. Świadczy to o tym, jak długo ludzka stopa kroczy po tych ziemiach.
Wiatr na szczęście zaczął wiać z właściwego kierunku. Najwidoczniej nieuważnie sprawdziłem prognozę pogody dla Wolsztyna. Minąłem kilka pałaców, ale żadnego nie udało mi się uchwycić na zdjęciu (drzewa, wysokie ogrodzenie). Może gdybym miał drona. Pokonałem jeszcze kilka polnych dróg o piaszczystym podłożu i prawie dojechałem do domu. Będę wcześniej niż się tego spodziewałem.
Poznań, godz. 18.03
Ostatnia niewygoda na drodze gruntowej i jestem w Poznaniu. Wpadłem na idiotyczne drogi dla rowerów, które prowadzą donikąd. Gdyby je połączyli w jedną sieć, wtedy miałoby to jakiś sens, ale tak – lepiej omijać. Zajechałem jeszcze do sklepu po jedzenie i znalazłem się wcześnie w domu. Nie jestem zadowolony z dzisiejszej wyprawy. Za dużo piachu, za mało ładnych widoków. Może za tydzień uda się coś porządnego.
Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Na Mysią Wieżę

  184.39  09:07
Obudziłem się nawet wcześnie. Za oknem ani jednej chmury, ale temperatura wciąż niska. Liczę, że na długo. Upał nie będzie mile widziany. Dzisiaj chcę zobaczyć Mysią Wieżę. Jedziemy.
Wieniec, godz. 9.28
Bez planu miasta z zaznaczonymi ciekawymi miejscami nie jest łatwo zwiedzać. Zobaczyłem, co mogłem i zacząłem rozglądać się za sklepem, żeby zjeść śniadanie. Zjeździłem chyba cały Włocławek i nie znalazłem żadnego czynnego. Zielone Świątki. Mogły wypaść w poniedziałek. Na wszystkich Żabkach ta sama informacja – czynne od godz. 9. Zjadłem kilka wafli ryżowych, które zostały z wczorajszej kolacji i ruszyłem tempem turystycznym w dalszą drogę. Sklep dorwałem po 20 km. Słabo wyposażony.
Kruszwica, godz. 12.35
Upał zaczyna doskwierać. Jedynym ratunkiem jest chłodny wiatr z północy. Dodatkowe problemy sprawiają robaki, szczególnie taki jeden gatunek. Co chwila strącam jednego po drugim, bo zaraz się szamotają i łaskoczą.
Dotarłem do Mysiej Wieży. Pan sprzedał mi bilet ulgowy (taka zniżka dla cyklistów). Widoki na Gopło niczego sobie. W niewielkich podziemiach panuje przyjemny chłodek.
Trzemeszno, godz. 16.02
Upał przegonił prawie wszystkie owady. Ja wciąż się trzymam, ale drogi takie beznadziejne. Dojechałem do Trzemeszna, a dalej do krajówki. Nie mam już ochoty na polne drogi, przez co nie wiem jak dostać się do Gniezna. Ruch na krajowej piętnastce nie jest jakiś duży.
Pobiedziska, godz. 18.43
Ostatecznie przejechałem tylko część drogą krajową, a potem drogami lokalnymi wjechałem do Gniezna. Do Poznania ruszyłem po drodze gminnej (dawnej krajówce). Chyba nie każdy jeszcze zaktualizował swoje urządzenia do nawigacji, bo ruch jest spory. Upał nie odpuszcza.
Poznań, godz. 20.15
I jestem w domu. Nawet słońce wciąż na niebie. Widziałem na przedmieściach balon. Ciekawe jakby to było wznieść się wysoko. Szkoda, że nie ma tutaj gór, bo byłoby na co popatrzeć. Dawno w sumie oglądałem widoki z wysokości. Mysia Wieża mnie w tym poratowała. Ciekawe dokąd wybiorę się następnym razem. Może uda mi się zabrać namiot?
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Spóźniony do Włocławka

  187.15  08:38
Po raz kolejny zaplanowałem dwudniową wyprawę. Odrobinę bliżej domu i bez udziału pociągu. Postanowiłem odwiedzić Włocławek. Prognoza pogody przewidywała wieczorne opady w niektórych rejonach Polski, ale ja liczyłem na to, że szczęście z zeszłego tygodnia mnie nie opuściło.
Swarzędz, godz. 11.55
Pierwsze co poczułem po wyjściu z domu to upał przy całkowitym zachmurzeniu. W drodze termometr wskazał nawet 32 °C, ale musiało to być podczas jednego z przebłysków słońca spomiędzy chmur. Musiałem wyjechać z Poznania – zabłądziłem tylko raz, bo chciałem dostać się nad Maltę, ale pojechałem nieznanymi ulicami. Google poprowadził mnie później po chodnikach, jednak nie miałem ochoty szukać przejścia do przeciwnego pasa ruchu. Głupcy projektują miasta wyłącznie dla samochodów.
Drachowo, godz. 14.28
Zrobiło się jakoś chłodniej. Ciągle przeszkadzają przeróżne robale. Najwięcej jest meszek. Drogi terenowe mnie spowalniają. Jeden impertynent oblał mnie czymś z blachosmrodu (art. 75. k.w., zwłaszcza ust. 2). Nie zdążyłem nawet spojrzeć na rejestrację. W Drachowie spotkałem smoka.
Piotrków Kujawski, godz. 18.20
Co za nudna droga. Nawet nie mam o czym pisać. Widziałem jeden ślub, a po nim korowód aut, przejechałem po dziesiątkach dziur, które w Kujawsko-Pomorskiem są wyjątkowo zapowiadane stosownymi znakami na każdym skrzyżowaniu. Martwiłem się ciągle, o której godzinie dojadę do Włocławka i czy uda mi się go dzisiaj zwiedzić. Pewnie się też opaliłem, bo słońce w końcu wyszło zza chmur. Chyba jednak dzisiaj nie będzie padać.
Brześć Kujawski, godz. 20.35
Wiatr przez większość dnia nie był mi na rękę. Miało wiać w plecy, a gdy już wiało, to z boku. Dotarłem bez problemów do Brześcia, ale słońce zdążyło zajść za horyzont. Dzisiaj nie zwiedzę Włocławka. Mam już nocleg. Chciałem w hostelu, ale cena okazała się dwukrotnie wyższa od tej w internecie. Dzisiaj zatrzymam się w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym.
Włocławek, godz. 21.45
Zapadał zmrok, gdy wjechałem do mojego celu. Zostałem przywitany starą drogą dla rowerów o nawierzchni asfaltowej. Z początku jechało się wygodnie, a nawet chciałem pochwalić inżynierów za brak progów zwalniających. Niestety w tym samym momencie wpadłem na pierwszy krawężnik. Dalej nie było wcale wygodniej. Do tego zakazy wjazdu rowerem. A już zaczynałem lubić to miejsce.
Ponieważ recepcja była czynna do 22, to pomyślałem, aby zrobić sobie rundkę po Śródmieściu, żeby zapoznać się z miastem. Trochę za dużo szkła leżało tam na ulicach. Uznałem, że najbezpieczniej będzie dostać się szybko do schroniska. Droga, którą wybrałem nie wyglądała najlepiej, ale trafiłem na miejsce bez problemu. Recepcjonista myślał, że już się nie zjawię. Fakt, jakiś kwadrans zaoszczędziłbym, omijając centrum, ale przecież wszystko poszło dobrze. Pokój typowo schroniskowy, tylko huk od drogi krajowej za oknem jest drażniący. Jutro z rana biorę się za zwiedzanie i potem tylko powrót do domu na smaczną kolację. W sumie jutro ma być upał.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Powroty potrafią być długie

  204.04  09:41
Kolejny chłodny dzień przede mną. Jeszcze rano niebo było błękitne, ale gdy wyszedłem na dwór, czarne chmury zaczęły mnie martwić. Po nieprzespanej nocy i szybkiej kawie na Orlenie obok motelu ruszyłem w dalszą drogę z nadzieją, że dojadę do domu suchy.
Jagów, godz. 10.31
Pyrzyce mają kawał solidnych murów. Szkoda że drogi dla rowerów są tam źle oznaczone. Za miastem trafiłem na bardzo dobrej jakości ciąg pieszo-rowerowy na starym nasypie kolejowym. Tylko po co tam szykany?
Kolejne miasto – Pełczyce – było na wyciągnięcie ręki. Mnie jednak coś podkusiło, żeby wjechać w teren. Dużo tutejszych dróg jest wyłożonych kamieniami. Po pewnym czasie zauważyłem goniącą mnie chmurę burzową. Na szczęście przeszła bokiem, ale niespodziewanie pojawiła się kolejna. Zaczęło się od lekkiej mżawki, potem coraz mocniejszego deszczu, aż znalazłem przystanek z wiatą. Gdy oglądałem się za siebie, widziałem jak bardzo nie chciałem znaleźć się pod tamtymi chmurami. Po kilku minutach wszystko ucichło. Trzeba było ruszać dalej.
Bobrówko, godz. 11.55
Słońce coraz częściej wychylało się zza chmur. Temperatura się podwoiła w stosunku do poranka. Po kilku kilometrach wygodnych asfaltów znów wjechałem na kamienne ścieżki. Byłem coraz bliżej Strzelec Krajeńskich, gdy natrafiłem na znak prowadzący do głazu „Leżący Słoń”, ale daleko tej skale do zwierzęcia. Spodnie całe pożółkły od pyłku z kwiatów rzepaku, przez który trzeba było się przedrzeć, aby ów głaz obejrzeć. Czy on ma jakąś wartość historyczną?
Gościmiec, godz. 14.18
W chwili gdy tylko zobaczyłem dużą liczbę kałuż, zaczęło kropić. Wisiała nade mną kolejna czarna chmura. Zastanawiałem się tylko kiedy to się skończy. W Strzelcach Krajeńskich zobaczyłem zachowane w świetnym stanie mury obronne i wyznaczony wzdłuż nich szlak rowerowy. Jaka szkoda, że droga, po której szlak prowadzi jest wyboista. Na mapie okolic miasta zauważyłem napotkanego „Leżącego Słonia”. Najwidoczniej ma jakieś znaczenie. Chmury mnie nie opuszczały. Raz po raz jakaś przelatywała po niebie obok lub nade mną, strasząc drobnym deszczem.
Puszcza Notecka, godz. 15.19
Przejechałem przez Noteć i po chwili znalazłem się oczywiście w Puszczy Noteckiej. Spokój, brak blachosmrodów, brak wiatru – wspaniale.
Międzychód, godz. 17.17
Trochę mi zeszło w puszczy. W końcu przekroczyłem Wartę, dojechałem do Międzychodu i zmieniłem plany. Miało być trochę nowych dróg, ale musiałem z tego zrezygnować, zwłaszcza że od pewnego czasu czarne chmury zakrywały całe niebo. Wybrałem drogę krajową, aby w Tarnowie Podgórnym skręcić na Kiekrz i wygodnie wrócić do domu. Żeby jeszcze pogoda mi na to pozwoliła.
Młodasko, godz. 19.42
Droga krajowa nie do końca była dobrym pomysłem. Panował strasznie duży ruch, a pobocza było ledwo pół metra. Dopiero za Pniewami poboczu się urosło. Właściwie zapomniałem już jak beznadziejne jest to miasto. Zakazy wjazdu rowerem, drogi dla rowerów z kostki i jeszcze gigantyczne progi zwalniające. Oni wiedzą jak zniechęcać do siebie przejezdnych.
Pomyślałem sobie, żeby może pojechać przez Kaźmierz, ale po ostatecznym zbadaniu mapy porzuciłem wszystkie poprzednie pomysły, bo droga w Sadach wydała mi się jeszcze krótsza. Byłoby pewnie łatwiej z nawigacją.
Poznań, godz. 20.00
Nawet nie wiem kiedy złapał mnie zmierzch. Do Poznania dojechałem dosyć szybko po znanych mi drogach, ale tak jakoś inaczej się jedzie wieczorem, a inaczej po zmroku. Coraz dłuższe dni pozwalają się cieszyć światłem jeszcze dłużej. Trzeba to wykorzystywać. Ciekawe dokąd mnie poniesie następnym razem.
Pokonałem pierwsze w tym roku 200 km. Niestety drugiego dnia ciężko się jechało. Siedzenie bolało okropnie. Mogłem użyć sakw, bo zapakowałem się w plecak i nie był on najlżejszy. Muszę w końcu odwiedzić serwis rowerowy i zrobić przegląd roweru.

Kategoria Polska / zachodniopomorskie, kraje / Polska, Puszcza Notecka, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, po dawnej linii kolejowej, rowery / Trek

Aby przygód nie było za mało

  111.69  05:00
Dzisiaj nieplanowany powrót po nieplanowanym noclegu. W nocy męczyła mnie bezsenność, więc niewyspany chciałem tylko dojechać do domu. W telefonie wybrałem najprostsze drogi i ruszyłem na północny-zachód. Z wiatrem w plecy, który szczęśliwie wiał w przeciwnym kierunku do wczorajszego.
Zapowiadała się zwyczajna wycieczka. Za mną grzało słońce, przede mną były płaskie, mało ciekawe drogi. Nic nie wskazywało na przygodę. Przed Wilkowyją, dla odmiany, zjechałem z pierwszego wzniesienia. Za wsią miałem wypadek. Trzymając jedną ręką kierownicę, wpadłem w dziurę, odruchowo zahamowałem i zrobiłem przewrót przez kierownicę. Rower ucierpiał najmniej, bo tylko jeden róg na kierownicy się wykręcił. Nogi, poza kilkoma zadrapaniami, wyszły bez szwanku. Ręce to inna historia. Nowo kupione rękawiczki są do wyrzucenia, bo porozdzierały się obie. Będę długo dochodził do siebie, a opalanie w tym roku muszę sobie darować. Szczęście, że niczego nie złamałem i nie będę musiał rezygnować z roweru.
Długo się zbierałem. Z zagryzionymi zębami oczyściłem rany, okleiłem je plastrami z zeszłorocznej majówki (to już trzecia taka majówka, w czasie której zrobiłem sobie krzywdę) i pojechałem dalej. Szukałem w pierwszej kolejności apteki. Zdecydowanie ciężko o otwartą w czasie święta. Nawet na spotkanej stacji benzynowej nie mieli podstawowych przyborów medycznych. Przez Kórnik nie było łatwo się przedostać. Aut więcej niż pieszych, a tych drugich było na prawdę dużo. W Poznaniu bez większych problemów. No, może poza jednym – znalezieniem najbliższej czynnej apteki. Wiedziałem, że najłatwiej będzie odnaleźć się na Starym Rynku, bo orientowałem się gdzie on jest. Poprosiłem w aptece o kilka rzeczy. Gdy doszło do plastrów, wskazałem te znajdujące się na moim ciele, a pani dyskretnie się uśmiechnęła. Cóż, chociaż jeden uśmiech w tym nieciekawym dniu.

Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Kalisz bez powrotu

  185.85  08:04
Kolejna wycieczka po Wielkopolsce, tym razem wzdłuż Prosny do Kalisza. Było zaledwie 14 °C w cieniu, w słońcu cieplej, jednak na niebie kłębiło się dużo chmur. Wiatr miał wiać z północnego-zachodu, jednak wiał z zachodu i czasami mocno przeszkadzał.
Pojechałem najpierw w kierunku Wrześni, aby potem dostać się do Nowej Wsi Królewskiej, która na mapie Demartu jest wyróżniona jako zawierająca zabytki. Wiatr wiał coraz silniejszy. Nawet myślałem o zmianie celu na Konin i okolice, ale jednak wolałem trzymać się planu. Ze wsi już prawie że po prostej – wzdłuż drogi wojewódzkiej do Kalisza. Ruch na szczęście był średni. Tylko jedna nieprzyjemna sytuacja, gdy smród na blachach SG nie miał wolnego przeciwnego pasa do wyprzedzenia i postanowił mnie otrąbić.
Tuż za Borzykowem trafiłem na granicę dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Po dziś dzień świadectwem istnienia granicy jest układ pól rolnych po obu jej stronach. W Imperium Rosyjskim były wąskie i długie, a w Królestwie Prus krótkie i szerokie.
Za Pyzdrami wjechałem do Puszczy Pyzdrskiej (zabawna nazwa, tyle w niej spółgłosek). Przeczytałem gdzieś, że była nazywana Bieszczadami Wielkopolski. Tereny zalesione zostały trochę nadgryzione przez ludzi. W poszukiwaniu dawnych rozmiarów puszczy natrafiłem na Archiwum Map Zachodniej Polski. Bardzo przydatny projekt.
Było płasko i nudno. Przed Kaliszem trafiłem na kilka pagórków. Po drodze widziałem kilka znaków kuszących zamkiem w Gołuchowie. Trzeba go będzie dodać do listy punktów obowiązkowych do zobaczenia. Ciekawa propozycja dla tamtych rejonów.
Zatrzymałem się tuż przed granicą Kalisza, aby po raz dziesiąty poprawić ustawienie siodła (a jednak sztyca potrafi amortyzować, tylko ustawienie siodła mnie nie odpowiada) i ostatecznie założyć bluzę. Nie wytrzymałem braku słońca powodującego zimno i gęsią skórkę. Słońce jeszcze kilka razy wyszło zza chmur, ale wiatr, który miałem w twarz za Kaliszem nie pozwalał odetchnąć. Samo miasto jest ładne, jednak trzeba mieć czas, aby wszystko zwiedzić i cierpliwość do jednokierunkowych ulic, których jest tam pełno.
Ostatnim punktem do zaliczenia na dzisiaj była Sobótka wraz pałacem von Stieglerów z XIX w. Pałac znajduje się w dużym parku i nie wiedziałem jak podjechać bliżej. Obok – w świetnym stanie – znajduje się wczesnogotycki kościół z XIII w., który bezczelnie uznałem za nowo wybudowany i nie zrobiłem mu żadnego zdjęcia.
Wiedziałem już, że nie zdążę do Bronowa na przedostatni pociąg do Poznania. Ruszyłem więc do Taczanowa. Wiatr wieczorem zelżał, więc dlaczego miałem nie pojechać do stacji w Pleszewie? A jeśli już miałem jechać ostatnim pociągiem, to trzeba było zrobić zakupy. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Szkoda tylko, że z centrum miasta do stacji kolejowej pozostało mi 5 minut do odjazdu ostatniego pociągu. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem zamykające się szlabany obok stacji. Z radością zacząłem manipulować przy telefonie nagrywającym ślad. Z rozgoryczeniem patrzyłem, gdy skład pełen blachosmrodów przejechał w zamian za opóźniony pociąg powrotny.
Żadnego opóźnienia nie było. Zostałem sam z moim problemem. 100 km do domu, a przy sobie tylko lekka bluza. Było zimno, a zmrok wciąż nie zapadał. Dotarłbym do domu, nawet o tej drugiej w nocy, ale nie tak ubrany. Zacząłem szukać noclegu. Ups, majówka, wszędzie brak miejsc. O zgrozo! Hotel pozostał moją ostatnią nadzieją. Mierna opcja, choć cena relatywnie niska, a i rower mogłem do pokoju zabrać. Musiałem jeszcze raz przejechać się po mieście w poszukiwaniu bankomatu, aby w końcu spocząć. Byłem tak zmęczony, że padłem do łóżka, darując sobie wszelkie udogodnienia. Planowałem nazajutrz ciekawą wyprawę, a pozostał tylko powrót do domu. Nawet nie miałem planu jakie miejsca zobaczyć.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Test nowej sztycy podsiodłowej

  72.63  03:22
Prognoza pogody na całą majówkę zapowiadała się mocno niekorzystnie. Dzisiaj miało lać cały dzień, ale padało tylko do południa. W ogóle ciężko było mi wstać, bo gdy się obudziłem późnym rankiem, wciąż było ciemno, a to za sprawą czarnych chmur pokrywających caluśki nieboskłon. Nie było szans na rower, ale jednak.
Kilkanaście metrów nad ziemią – z mojego okna – temperatura wydawała się być bardzo niska, więc ubrałem się cieplej. Na dole jeszcze przed jazdą zdjąłem bluzę i zostałem w krótkim rękawku. Wiał zachodni wiatr, który po wcześniejszych opadach był z początku przeszywająco chłodny, ale na niebo wyszło słońce. Po rozgrzaniu się mogłem spokojnie skierować się na Rokietnicę. Tylko kałuże przeszkadzały, dlatego wybierałem lokalne drogi. Nie spotkała mnie dzisiaj żadna nieprzyjemna sytuacja, ale też rowerzystów na palcach jednej ręki dało się wyliczyć.
Z Rokietnicy na Cerekwicę, a potem skręciłem na ostateczny cel – Kaźmierz. Do domu chciałem wrócić wygodnie, więc żadne Tarnowo Podgórne, tylko Rumianek. Potem jeszcze trochę na południe i dojechałem do wygodnej drogi wojewódzkiej. Niestety temperatura spadła o kilka stopni, więc bluza stała się koniecznością. Wiatr jakoś specjalnie mi nie pomagał w jeździe, ale szybko znalazłem się w centrum, a potem w domu.
Wczoraj odwiedziłem sklep rowerowy. Miałem na celu znalezienie nowej sztycy podsiodłowej, klasycznej, ponieważ poprzednia przestała amortyzować, więc nie robiło mi to już różnicy. Chciałem nową sztycę także z tego względu, że myślę o bagażniku na sztycę. Wiem, głupi pomysł, gdy mam teoretyczną możliwość założenia tradycyjnego bagażnika, jednak nadal nie usunąłem urwanej śruby (chyba nawet o tym nie wspomniałem, że w lutym podczas montowania bagażnika zerwałem śrubę i bagażnik może się utrzymać tylko w trzech punktach), a tak poza tym taki bagażnik jest tak lekki, że mój stary się nie umywa. Po rozważaniach wybrałem amortyzowaną sztycę Ergoteca i wypytałem o możliwość serwisu roweru. Po 35 tys. km zdecydowanie warto go rozebrać i nasmarować, a ja nie mam do tego ani warsztatu, ani narzędzi. Sama sztyca nie wykazała się niczym szczególnym. Nie wyczuwam jej amortyzacji. Może powinienem popracować nad regulacją siły wyporu? Szkoda, że śruba do tej operacji wymaga wyciągnięcia sztycy. Gdyby wszystko było tak proste, jak budowa cepa.
Na początku wycieczki nie słyszałem stukania. Tak się cieszyłem, że aż znów usłyszałem. To zdecydowanie nie był problem ze sztycą. Może to jednak amortyzator? Kilka kropel oleju na goleniach, które wpuściłem wczoraj mogło coś zrobić i dlatego przez kilka kilometrów cieszyłem się ciszą.

Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Zaniemyśl ponownie

  121.63  05:49
Miał być Wolsztyn, miało być miło i przyjemnie, ale nie wyszło, nie chciało mi się. Udało mi się przekonać siebie do wyjścia po południu. Przekonać na krótką przejażdżkę bez plecaka.
Wiatr dmuchał w twarz – cieplutki wiatr. Niespiesznie skierowałem się na Kórnik. Szybko zresztą się nie dało, bo z jakiegoś powodu na drogach było mnóstwo aut. Nie było wygodnie, ale co tam. „Opuszczę Poznań i będzie luźniej” – pomyślałem. Rzeczywiście dopiero za miastem zaczęło być spokojnie. Na autostradzie widziałem konwój tirów na tablicach brytyjskich wiozący sprzęt wojskowy i eskortowany przez Żandarmerię Wojskową. Jakieś buraki rozwaliły szyk, wjeżdżając między kolumnę pojazdów, przez co żandarmeria zdecydowała się zablokować także drugi pas autostrady. Dosyć nieudolnie, bo barany i tak próbowały wciskać się na trzeciego. Warszawa obchodzi polskie święto przy pomocy brytyjskiego sprzętu wojskowego?
Zrezygnowałem z Kórnika. Nie wiem dokładnie czemu. Nie miałem żadnego planu. Pomyślałem o dostaniu się do mostu kolejowego w Solcu trochę inną drogą niż ostatnio. Niestety tak się zmęczyłem, brnąc przez piaszczyste drogi, że gdzieś na południe od Zaniemyśla zawróciłem. W Zaniemyślu jednak przemyślałem sprawę. Nie chciałem marnego dwucyfrowego dystansu. Ruszyłem na Śrem.
Droga nie była łatwa, bo miałem pod południowo-zachodni wiatr. W Śremie natknąłem się na plac rynkowy. Nie sądziłem, że to miasto go ma. Do Mosiny pojechałem standardowo przez Rogaliński Park Krajobrazowy i został najgorszy powrót do domu. W Puszczykowie blachosmrodziarz zwolnił do 30 km/h, aby mnie... okrzyczeć, żebym pojechał ścieżką dla rowerów. Świetnie – metrowej szerokości brukowany chodnik o rozdzielonym ruchu dla pieszych i rowerów, nie biegnący dla kierunku, w którym się poruszałem. Po pół metra dla pieszego i rowerzysty – ruch dwukierunkowy. Weź się tam miń z pieszym, który sam ledwo się mieści. Czy tamten kierowca mnie obraził? Powinienem go pozwać do sądu? Nawet nie pamiętam na jakich rejestracjach jechał. Znów przydałaby się kamera.
Przez Luboń i dalej do centrum Poznania bez niespodzianek. W sumie nawet nie wiem kiedy pokonałem tamtą drogę. Chyba byłem zbyt wzburzony przez spotkanego ciołka. Dzień, choć mocno pochmurny, był bardzo ciepły. Wróciłem po zachodzie słońca, ale szczęśliwy, że wyszła setka. Najtrudniej jest zacząć, ale potem można zapomnieć o ograniczeniach. No, chyba że trzeba zdążyć na ostatni pociąg powrotny.

Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery