Pogoda była podobna do wczorajszej – mżawka i mgła. Wiatr trochę słabszy, ale w twarz wiał tylko parę kilometrów. Ruch bardzo mały i spokojny.
Odwiedziłem podobny zestaw atrakcji, co 10 lat temu. Niekorzystna aura ograniczyła ich liczbę. Nic się nie zmieniły. Pojechałem na ostatnie zakupy, coś zjeść i skierowałem się na lotnisko.
Mój karton na rower znikł. Pojawiło się ogłoszenie, że władze lotniska usuwają rzeczy pozostawione w kontenerze dla rowerzystów. Na szczęście spotkani tam Kanadyjczycy, którzy przylecieli nieco wcześniej, zaoferowali mi pomoc i oddali swój karton. Rower pasował idealnie. Nawet wcisnąłem tam namiot. Planu awaryjnego, jakim była plandeka do owinięcia roweru, nie musiałem wdrażać.
Koniec wyprawy. Pokonałem 2,7 tys. km. Po mokrych doświadczeniach ze Szkocji i Irlandii te wakacje były dużo przyjemniejsze pod względem pogodowym. Tym razem to wiatr był największym przeciwnikiem. Przez 10 lat Islandia mocno się zmieniła. Z najbezpieczniejszego kraju stała się najgroźniejszym jaki odwiedziłem. Zarówno Islandczycy, jak i spotkani rowerzyści potwierdzają, jak niebezpieczni są kierowcy. Nikt z tym nic nie robi, bo liczy się zysk z turystyki. Za kolejne 10 lat już tu nie wrócę. Zarówno z powodu ryzyka uszczerbku na zdrowiu, bo rosnąca popularność tego kraju będzie przyciągać jeszcze więcej frustratów, jak i z przyczyny prozaicznej – objechałem większość dróg. Dużo atrakcji jest do siebie podobnych, a świat jest pełen pięknych i bezpieczniejszych do odwiedzenia miejsc.
Rower przetrwał podróż. Pękły tylko 4 szprychy, z czego dwie wymieniłem w drodze. Opona, którą założyłem przed wyprawą, straciła cały bieżnik. Złapałem tylko jednego kapcia. Skończył mi się wosk do łańcucha w połowie podróży i musiałem wrócić do smaru, co skutkowało trzeszczącym łańcuchem. Wosk okazuje się być tym lepszym rozwiązaniem. Denerwowało skrzypienie, które pochodziło z amortyzowanej sztycy i jeszcze jednego, nieznanego źródła. Na liście strat są też: ochraniacz na kask na deszczowe dni, który prawdopodobnie został porwany przez wiatr, laczek porwany przez silny nurt rzeki podczas przeprawy przez rzekę oraz worek na wodę, który przeciekał z powodu pęknięcia, aczkolwiek nie przydał się, ponieważ nocowałem wyłącznie na kempingach.




