Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Jednak na zachód

  62.81  03:56
Choć obudziło mnie słońce, to nie udało mu się dosuszyć przemoczonych ubrań. Rozważałem jazdę do wraku samolotu, którego nie dane mi było wczoraj zobaczyć, ale poczytałem opinie i stał się na tyle popularny, że musiałbym liczyć się z tłumami, a w dodatku przez ostatnie lata padł ofiarą wandali. Do tego słoneczna aura psuła klimat. Kompletnie z tego pomysłu zrezygnowałem.
Ruch na krajowej jedynce był dzisiaj głównie w kierunku wschodnim, czyli przeciwnym do mojego. W tym rejonie jednak pielgrzymki aut są tak duże, że jeździli w kolumnach po kilkadziesiąt aut, ale zdawałoby się, że po kilkaset. Skąd na tak małej wysepce tyle tego?
Zgodnie z moimi przewidywaniami kierunek wiatru zmienił się i miałem pod wiatr. W dodatku wiało mocno. Parę razy uciekłem na boczne drogi, które wydłużały jazdę. Nie wspominając o tym, że są one szutrowe, a że nikt o nie nie dba, to wygód próżno było szukać.
Naszły chmury i zrobiło się przyjemnie chłodno. Nawet wiatr osłabł. Odwiedziłem ponownie wodospad Seljalandsfoss, już bez moczenia się pod nim i pojechałem do przegapionej wczoraj atrakcji. Wspomniany wcześniej samolot DC-3 na plaży Sólheimasandur nie był jedynym wrakiem. Inny DC-3 został uszkodzony w 1969 i sprowadzony w obecne miejsce (jego historia jest dostępna na stronie farmy). Mimo dużo łatwiejszego dojazdu nie zastałem tam nikogo. Obfotografowałem go i ruszyłem dalej.
Przejechałem kawałek dawnego przebiegu krajowej jedynki. Miałem jeszcze pokrążyć po bocznych drogach, ale ciemne niebo nie wróżyło niczego dobrego. W dodatku okolice są pełne pastwisk, więc przy pogorszonej przejrzystości powietrza nie zobaczyłbym wiele. Pojechałem prosto przed siebie. Dotarłem na kemping i zrobiłem pranie, żeby dosuszyć mokre ubrania. Pojawiło się kilka przelotnych opadów, gdy rozbiłem namiot.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Nienormalna jedynka

  85.57  05:21
Mżyło i wiało. Ponieważ robiłem dużo kilometrów ponad plan dzienny, to zostało mi sporo czasu przed wylotem. Postanowiłem pojechać kawałek na wschód, żeby zobaczyć parę atrakcji.
Wiatr nie zmienił się wiele od wczoraj, ale gdy ruszyłem, to wiał z południa, czyli boczny. Jeden problem z głowy. Drugim byli mordercy w blaszakach. Nie miałem wielu alternatyw, ale w kolejnym mieście wjechałem na boczną drogę. Wydłużyła jazdę, ale było pusto. Niestety nie wszystko było takie kolorowe, bo część trasy była szutrowa z obrzydliwą tarką. Więcej niż 5 km/h nie dało się jechać. Koszmar.
Dotarłem do wodospadu Seljalandsfoss. Opad często ustawał, więc dało się robić zdjęcia. Było bardzo podobnie, jak 10 lat temu. Dla rozgrzania zjadłem tradycyjną zupę z jagnięciną, przespacerowałem się pod wodospadem i ruszyłem dalej. Tu niespodzianka, bo nagle wszyscy zaczęli jechać bezpiecznie. Jak za dotknięciem magicznej różdżki. Do tego wiatr osłabł. Zostały tylko przelotne opady.
Znalazłem się na kempingu. W tym roku zmienił lokalizację z powodu ochrony przyrody, więc miał braki, ale właścicielka wskazała mi prysznic. Dostępny dla nielicznych, bo byłem tam sam, chociaż przebieralnia była wspólna. To pierwszy tak deszczowy dzień tej wyprawy. Trochę mi zeszło z suszeniem rzeczy w namiocie.
Miałem trochę czasu, więc chciałem zobaczyć wrak samolotu DC-3 z teledysku Fjara grupy Sólstafir. Wybrałem się na miejsce rowerem. Wyczytałem, że od pewnego czasu można tam dostać się tylko pieszo. Jechałem, jechałem i żadnych ogrodzeń nie było. W końcu dotarłem na miejsce, by zastać szczątki, ale nie wiem czego. Szybka weryfikacja i okazało się, że oznaczyłem nie to miejsce, co potrzeba. Nie mam pojęcia, jak to zrobiłem. Zrezygnowany wróciłem na kemping. Wybrałem się jeszcze na spacer do wodospadu Skógafoss. Przelotna mżawka nie odpuszczała.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Nudniejsza Islandia

  119.53  07:41
Trochę popadało, gdy jadłem śniadanie w socjalnym namiocie, więc spakowałem mój namiot lekko mokrym. Liczyłem na słońce i widoki, ale było bardziej pochmurno niż wczoraj. Ruszyłem w dalszą drogę.
Na terenie rezerwatu Friðland að Fjallabaki droga była pełna piachu, tarki lub obu utrudnień jednocześnie. Przynajmniej ruch samochodowy był niemal wyłącznie w przeciwną stronę. Dopiero za granicą rezerwatu droga zrobiła się taka, jak ją zapamiętałem: ubita, nierówna ziemia z mnóstwem wystających z niej kamieni. Źle się jechało. Widoki też były takie sobie. Nie tylko dlatego, że poprzedniego dnia widziałem niesamowite góry, ale też z powodu księżycowego krajobrazu. Na horyzoncie było tylko parę kolorowych szczytów. Islandzki interior jest bardzo nudny. Bardzo się cieszę, że zdecydowałem się pokonać wczoraj drogę F208, bo była to najpiękniejsza droga na Islandii.
Dotarłem do asfaltu. Szprychy były całe, chociaż sakwy raz po raz podrzucało na tamtych nierównościach. Dolina przede mną nie była atrakcyjna. Chmury skrywały parę widoków. Wiatr wiał boczny lub w plecy. No, dość nudna to była droga.
Chciałem zatrzymać się na pobliskim kempingu, ale połowę trasy przejechałem z siatką na owady na głowie, a im niżej, tym było więcej nieznośnych muszek. Nie wyobrażałem sobie walczyć z nimi w namiocie. Kolejny kemping był nieco ponad 40 km dalej. Ruszyłem.
Jazda w dół i z wiatrem nie trwała długo, bo zaczęło wiać w twarz. Zaczęło tak mocno, że rozważałem powrót. Jechałem jednak. Kilometr po kilometrze. Na horyzoncie pojawił się opad, który okazał się mżawką i widocznie słabł. Zastałem trochę mokrych dróg. Były też konie. Dużo koni.
Dotarłem na kemping. Recepcja zamknięta, ale mieli restaurację, więc się rozgrzałem. Kemping był otoczony szumiącymi od wiatru drzewami. Nie było muszek. Jak przyjemnie jest rozbić namiot na trawie.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, setki i więcej, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami

Landmannalaugar

  38.86  03:30
Było całkowite zachmurzenie, przeszło kilka przelotnych mżawek. Kontynuowałem plan. Spotkałem strażnika parku narodowego. Powiedział, że jest 15 brodów na trasie. To zdecydowanie mniej niż naliczyłem na mapie. Nie liczyłem ich jednak w trakcie jazdy, więc nie wiem, czy ta liczba się zgadzała.
Początek był prosty, bo obok brodu stała kładka. Potem były podjazdy, widoki, parę suchych lub lekkich brodów. Na wysokości 550 m n.p.m. wjechałem w chmury i widoki się skończyły. Już miałem zacząć fotografować przydrożny mech, gdy za wzniesieniem o wysokości nieco ponad 700 m n.p.m. zrobiło się czysto. Soczysta zieleń zdawała się wylewać ze szczytów gór i spływać po ich zboczach. Widoki nie pozwalały jechać, bo nie dało się skupić na drodze. Drogi z kolei były różne. Dużo kolein, czasem kamienie, szuter, piach, ubita ziemia, goła skała. Dzięki dużej wilgotności nie kurzyło się, ale i tak był bardzo mały ruch. Temperatura od 8,5 °C we mgle do 12,5 °C w dolinach. Wiatr głównie w plecy.
Pierwszy straszny bród pokonałem w butach, bo jednak nie był straszny, co mnie wielce ucieszyło, jakie te brody są łatwe w pokonaniu. Do drugiego zmieniłem buty na laczki, ale również nie zamoczyłem ich. Potem zaczęły pojawiać się te głębsze. Czasem mogłem obserwować przeprawiające się auta i decydować, od której strony jest najpłycej. Po kilku próbowałem jechać, ale albo blokowały mnie kamienie na dnie, albo końcówka była strasznie mulista. Najczęściej pchałem rower. Jeden bród był taki krótki, ale wodę miał lodowato zimną. Za każdym brodem była akcja suszenia stóp i zmiany obuwia. Zaczęły się pojawiać również długie brody z chorągiewkami. Na jednym z nich nurt wyrwał mi laczka. Obserwowałem bezradny, jak ode mnie odpływa, więc nie widziałem sensu ani możliwości gonienia go. Zrobiło się trudniej, ale na szczęście kamienie na dnie brodów były obłe i dało się po nich chodzić bosą stopą. Spotkałem też grupę trzech rowerzystów, niezbyt szczęśliwych.
Wiele brodów dalej mogłem odetchnąć z ulgą, susząc stopy po raz ostatni. Wspomniałem już, jak było pięknie? To nie był koniec, bo zbliżałem się do gór Landmannalaugar. Wielokolorowe zbocza znów nie pozwalały na efektywną jazdę. Zwiększający się ruch też przeszkadzał, bo tamte drogi były suche jak pieprz, a tylko nieliczni zwalniali, by ograniczyć ilość wzbijanego w powietrze kurzu podczas mijania się ze mną.
Dotarłem do kempingu. W planie z rana miałem tam tylko zajrzeć i ruszać dalej. Po ponad sześciu godzinach jazdy miałem ochotę odpocząć. Zatrzymałem się na noc. Chyba pierwszy raz pokonałem trasę w pełni w terenie (nie licząc drewnianych mostów i mostków). Pole namiotowe znajduje się na dawnym dnie rzeki, więc o trawie można było tylko pomarzyć. Przydała się plandeka, żeby ochronić podłogę namiotu, bo już parę dni temu zauważyłem kilka dziur. Nie takie jednak było jej przeznaczenie, więc jeszcze o niej napiszę.
Akurat wrzuciłem wszystkie graty do namiotu, gdy się rozpadało. Kiedy się wypadało, nadal miałem dużo czasu. Zaplanowałem przejść się, żeby zobaczyć góry, jak ostatnim razem. Widoki już tak nie cieszyły, bo to samo widziałem w trakcie jazdy. Zaplanowałem krótką pętlę i ruszyłem.
Szlak prowadził przez szczyt góry. Było stromo, czasem buty uciekały, ale widoki z każdym metrem piękniały, aż dotarłem na szczyt. To był dobry plan, bo było przepięknie. Trudno było nasycić wzrok, ale przelotne deszcze i straszny wiatr na szczycie mnie przepędziły. Zejście trudne, bo nie było żadnych stopni. Zły ruch i można się poślizgnąć na luźnych kamieniach. Solfatary z wyziewami siarkowymi, kanion, szlak biegnący po suchym dnie rzeki. To była bogata we wrażenia wycieczka.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą, góry i dużo podjazdów

Pierwsza baza

  67.50  04:35
Obudziłem się wcześnie, dzięki czemu wykonałem poranną rutynę zanim wszyscy rzucili się do tego samego. Była olbrzymia rosa, więc pierwszy raz spakowałem tak mokry namiot.
Zaczęło mżyć, ale wyjechałem z miasteczka i uciekłem spod chmury. Czekała mnie za to gehenna w postaci silnego wiatru w twarz i kumulacji morderców w puszkach. Islandia to niebezpieczny kraj.
Wiele postojów dalej, za „morzem” mchu, który rozciągał się po horyzont, skręciłem na drogę do odważnego celu. 10 lat temu zupełnie przypadkiem wjechałem na drogę F225 najeżoną brodami. Wszystkie drogi F wymagają na pewnym etapie przeprawy przez rzekę w bród. Moja ostatnia taka przeprawa była w Szkocji. Wszystkie takie drogi są zamykane na zimę. W tym roku otwierały się dość późno, jak obserwowałem na stronie Islandzkiego Zarządu Dróg, więc dobrze było zostawić sobie to na deser.
Naczytałem się trochę o trasie, którą wytyczyła nawigacja. W dużej mierze były to drogi 208 i F208. Naliczyłem 22 brody różnej wielkości. Większość powinna pójść bez potrzeby zmiany butów. Nie byłem do końca pewny tego planu, ale psychole za kierownicą mnie przekonały.
Droga szybko zmieniła się w szutrową. Ruch niewielki, ale kurzyło się strasznie. Podjazdy były strome, a górek pojawiało się sporo. Wyjrzało słońce, a wiatr wiał w plecy, więc zrobiło się gorąco. To również oznacza wezbrany nurt rzek, które powstają z topniejącego lodowca. Było południe, a do celu miałem jeszcze sporo godzin. Zdecydowałem, że zatrzymam się na kempingu. Najdroższy, jak do tej pory. Trawę kosiły naturalne kosiarki, więc pachniało owczym moczem.
Ponieważ wciąż było wcześnie, to wybrałem się na wędrówkę. Zobaczyłem wodospad, który tworzył mżawkę i tym samym tęcze, jedną za drugą. Przeszedłem szlak do jeszcze jednego wodospadu i wróciłem się zregenerować.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, rowery / Kross, terenowe, wyprawy / Islandia 2026, z sakwami, za granicą

Mroczna Islandia

  74.27  03:40
Całkowite zachmurzenie pozwoliło mi wyspać się. Grube chmury zabierały dużo światła, a na horyzoncie widziałem deszcz. Miałem pod ręką ubrania na tę ewentualność, ale poza mokrymi drogami i paroma kroplami nic nie spadło.
Przejechałem się kawałek po szlaku rowerowym. Wybudowany chyba przez park narodowy. Grząskie kamienie, nie na rower obładowany sakwami. Na MTB raczej też nie jechałoby się przyjemnie.
Ruch na krajowej jedynce wrócił do tego sprzed dwóch dni – na północ jechało więcej niż na południe, ale liczba morderców dzisiaj przerażała. Nawpuszczali karaluchów z całego świata i nie jest to już bezpieczny kraj. Policję widziałem tylko dwa razy od przylotu. Jeszcze usuwają jednopasowe mosty, więc kierowcy nie muszą się zatrzymywać, aby przepuścić innych, więc nie uczą się cierpliwości i szacunku do innych.
Pękła czwarta szprycha od początku wyprawy, czyli druga od ostatniej naprawy. Dość późno, więc taki mały sukces.
Rozpoznałem sporo miejsc, które widziałem 10 lat temu, więc nie przy wszystkich zatrzymywałem się. Dotarłem do kempingu. Miałem czas na pranie i odpoczynek, chociaż trudno nazwać to odpoczynkiem, gdy wszystko jest zadymione od liczby grillów, a każdy puszczał swoje brzdęki. Przynajmniej wziąłem prysznic zanim wywiesili plakietki na wszystkich, że są zepsute.
Kategoria za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2026, rowery / Kross, pod namiotem, kraje / Islandia

Poproszę górę lodu

  114.98  07:11
Słońce obudziło mnie przed godz. 7, więc dzisiaj ruszyłem bardzo wcześnie. Cieszył mnie brak wiatru, ale po paru kilometrach powoli zaczął być odczuwalny. Ruch na drodze nr 1 w kierunku północnym był znikomy, ale na południe wzmógł się. Większość kierowała się do jednej z największych atrakcji Islandii.
Wiatr miał dzisiaj rolę pierwszoplanową. Na otwartych przestrzeniach wzmagał się tak strasznie, że nie było widać końca jazdy. Czasem słabł blisko gór, aby powrócić za zakrętem. W końcu, na drodze pod lodowcem, wiatr zaczął zmieniać się. Najpierw był boczny, ale potem wiało w plecy. Co za odmiana.
Dotarłem do turystycznej atrakcji, czyli Jökulsárlón, jeziora polodowcowego wypełnionego górami lodowymi. Mnóstwo ludzi, łodzie wypełnione turystami opływały fragmenty lodowca. Był przypływ, więc żaden lód nie próbował wydostać się do oceanu, jak to było 10 lat temu. Połaziłem tu i tam, zrobiłem setki zdjęć, a potem ruszyłem dalej.
Zaczepiłem o jeszcze dwa lodowce i wtedy wróciło zło – wiatr zmienił kierunek. Oznaczało to kolejne kilometry żmudnej walki o jazdę do przodu, ale też uważanie, by nie zostać rozjechanym. Ruch w obu kierunkach wyrównał się i niestety te kolumny na kilkanaście aut musiały wyprzedzać również mnie.
Długo męczyłem się, aż za ostatnią górą wiatr osłabł i pozwolił dostać się na kemping. Zatłoczony, ale to już wysoki sezon i raczej nie mam co liczyć na spokój. Musiałbym rozbić się na dziko, ale za dużo z tym zachodu.
Kategoria za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2026, terenowe, setki i więcej, rowery / Kross, pod namiotem, kraje / Islandia

Obóz pod lodowcem

  75.16  04:52
Znów Włosi robili raban w nocy, a rano słońce rozgrzało namiot, więc nie wyspałem się. Kontynuowałem swoją krucjatę przeciwko wiatrowi. Jak przez ostatnie tygodnie wiało w plecy lub z boku, tak teraz nastała jakaś kumulacja przeciwności.
Ruch nadal był największy w kierunku północnym. Z początku jechało się znośnie, ale im bliżej gór, tym robiło się mniej ciekawie. Wiatr spowolnił mnie znacznie, a na postojach wychładzał. Zaczęło też mżyć, ale na szczęście przejściowo. Dotarłem do tunelu Almannaskarðsgöng, a po jego drugiej stronie zrobiło się spokojnie.
Trafiłem na dziurę na mapie kempingów i następny był relatywnie blisko. Wykorzystałem to, odwiedzając kawiarnię. Z szopy zmienili się w duży budynek z pokojami gościnnymi i kempingiem. Zajechałem na zakupy do Höfn, a potem zdecydowałem się pojechać starą drogą. Chyba w zeszłym miesiącu otworzyli nową drogę przecinającą fiord. Na starej ruch prawie zamarł.
Na ostatnich kilometrach po asfalcie znów zaczęło mocniej wiać, ale potem skręciłem na drogę terenową, na której bardziej dokuczała nawierzchnia z luźnymi kamieniami. Doprowadziła mnie do kempingu niemal pod czołem lodowca. Było zdecydowanie chłodniej. Czasem kropiło.
Kategoria za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2026, terenowe, rowery / Kross, pod namiotem, kraje / Islandia

Tu słońce, tam wiatr

  88.94  05:13
Obudziło mnie słońce. Przesuszyłem, co mokre i wróciłem na drogę krajową nr 1. Nadal ruch był głównie na północ. Wiatr znośny, pagórki mniej.
Trzy fiordy później dotarłem do drogi, która mnie przerażała 10 lat temu. Biegła po zboczu, które było osuwiskiem. Postawili grube, metalowe grodzie, w których widać było odkształcenia po uderzeniach skał. Zapamiętałem zbocze jako bardziej strome. Teraz już mniej przerażało.
Dalej było wcale nie lepiej. Góra Eystrahorn wyglądała, jakby z niej kipiało. Chmury kłębiły się u szczytu niczym w kotle. Ten spektakl nie obył się bez niedogodności, bo u podnóża wiało szalenie, o czym ostrzegł znak drogowy. Potem było jeszcze dziwniej, bo wiało falami – chwila wiatru uniemożliwiającego jazdę, chwila bezwietrzna, i tak na zmianę. Na szczęście droga po drugiej stronie ciągnęła się w spokoju. Góry skąpane w ciemnych chmurach wyglądały równie zjawiskowo.
Dotarłem do kempingu. Trochę się tam wszystko rozlatywało, ale były konie. Klamki hamulcowe, bo rano już obie nie wracały na swoją pozycję, po paru godzinach w słońcu wróciły do normy. Kolejny minus hydrauliki.
Kategoria za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2026, rowery / Kross, pod namiotem, kraje / Islandia, góry i dużo podjazdów

Zamglona Islandia

  95.26  05:25
Rano trochę popadało. Zjadłem śniadanie, przesuszyłem namiot i spakowałem go mokrego, bo w międzyczasie znów zaczęło padać. Potem kropiło z przerwami, ale wiatr, choć niewielki, zaczął być dokuczliwy.
Wjechałem na drogę krajową nr 1. Ruch nadal nie był duży. Dzisiaj zaskakująco 90–95% aut jechało na północ, czyli w przeciwnym kierunku do mojego, nierzadko kolumnami. W połowie fiordu pojawiła się mgła, która przerodziła się w mżawkę. Widoki były, ale nijak nie dało się ich uchwycić na zdjęciach.
W fiordzie Stöðvarfjörður wiało, ale nie padało, jednak po objechaniu go znów się zepsuło. Podobna sytuacja w zatoce Breiðdalsvík, tylko tam jeszcze pojawiły się przejaśnienia. Zatrzymałem się na kawie i zjadłem rybę szefa w lokalu chyba prowadzonym przez samych Polaków.
Tak rozglądałem się za reniferami, bo Islandzki Zarząd Dróg ostrzegał o nich na drodze, że zapomniałem o tym, gdy się rozpadało. Na szczęście turyści robiący zdjęcia zwrócili moją  uwagę i tak dostrzegłem stado poroży wyglądających z trawy. Niewiele w porównaniu do wzgórz z Norwegii, ale tutejsze nie są hodowlane (chociaż na ten cel zostały sprowadzone).
Na drodze do ostatniego fiordu mżawka znów zaczęła przeszkadzać, ale chociaż wiatr przepadł na chwilę. Potem się wypogodziło i końcówka drogi znów w niepogodzie. Ostatni podjazd i znalazłem się na kempingu, chyba też prowadzonym przez samych Polaków. Znów dużo ludzi, ale przynajmniej było kilka miejsc do przyrządzenia posiłku, to szybciej się rozgrzałem.
Skończył mi się wosk do łańcucha, więc musiałem przejść na olej. Łańcuch zaczął jakby ciszej pracować na niskich biegach. Może za rzadko go woskowałem. Do tego klamka przedniego hamulca przestała w pełni odbijać. Ciekawe, co tym razem się stało.
Kategoria za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2026, rowery / Kross, pod namiotem, kraje / Islandia, góry i dużo podjazdów

Kategorie

Archiwum

Moje rowery