Wyszedłem późnym wieczorem. Pojechałem na Franowo, żeby kupić szprychy, bo muszę w końcu odświeżyć gravela po wyprawie. Już w połowie trasy zaczęło grzmieć, a potem pojawiły się pierwsze krople. U celu były nawet kałuże, więc trochę mnie ominęło. W prognozie pogody nie było opadów, ale na radarze nie wyglądało to dobrze. Dotarłem do celu, dostałem szprychy, ale było mokro. Pojechałem coś zjeść w nadziei, że ulice przeschną. Z 28 °C zrobiło się 21 z dużą dawką wilgotności. Za to błyskało na niebie, choć bez grzmotów.
Tylko ruszyłem w drogę powrotną i znów się rozpadało. Schroniłem się przy blokach i przeczekałem najgorsze. Opad na radarze dziwnie szybko się przesunął i dlatego zmokłem. Było jeszcze jedno okienko, więc nie traciłem czasu. Plecak trochę chronił plecy, ale było ciepło. Pod koniec błyski rozświetlały całe niebo. Opad się nasilał, ale zdążyłem wrócić przed ulewą.
