Ruch nadal był największy w kierunku północnym. Z początku jechało się znośnie, ale im bliżej gór, tym robiło się mniej ciekawie. Wiatr spowolnił mnie znacznie, a na postojach wychładzał. Zaczęło też mżyć, ale na szczęście przejściowo. Dotarłem do tunelu Almannaskarðsgöng, a po jego drugiej stronie zrobiło się spokojnie.
Trafiłem na dziurę na mapie kempingów i następny był relatywnie blisko. Wykorzystałem to, odwiedzając kawiarnię. Z szopy zmienili się w duży budynek z pokojami gościnnymi i kempingiem. Zajechałem na zakupy do Höfn, a potem zdecydowałem się pojechać starą drogą. Chyba w zeszłym miesiącu otworzyli nową drogę przecinającą fiord. Na starej ruch prawie zamarł.
Na ostatnich kilometrach po asfalcie znów zaczęło mocniej wiać, ale potem skręciłem na drogę terenową, na której bardziej dokuczała nawierzchnia z luźnymi kamieniami. Doprowadziła mnie do kempingu niemal pod czołem lodowca. Było zdecydowanie chłodniej. Czasem kropiło.













