Kontynuowałem plan jazdy na Półwysep Snæfellsnes. Ruch na drodze nie zmienił się od wczoraj – był umiarkowany. Wiatr ciągle przeszkadzał. Jedynie widoki dopisywały. Chwilę nawet pokropiło, ale obyło się bez deszczu. Spotkałem pierwszych sakwiarzy. Pękła też pierwsza szprycha.
Rozważany na dzisiaj kemping nie podobał mi się. W opiniach narzekano na rybitwy popielate atakujące ludzi. Wystarczyło mi dotychczasowych wrażeń, więc czekał mnie dłuższy dystans.
Znalazłem się w Parku Narodowym Snæfellsjökull. W jego granicach znalazło się pole zastygłej lawy, którą porastał mech. Były nawet szlaki piesze i konne, ale co tam można zobaczyć? Na wybrzeżu są przynajmniej różne formacje skalne.
Wiatr się rozszalał i zaczął mnie spowalniać. Kolejne kilometry wpadały bardzo wolno, przystanków nie było końca. Wreszcie dotarłem do celu i nawet znalazłem miejsce na namiot bez wiatru.




