Wróciłem do Poznania, bo brakowało mi jazdy na łyżwach. Coraz mniej podoba mi się podróżowanie pociągami. Jechałem jakimś nowym, aż poczułem chorobę lokomocyjną.
Gdy trzymał mróz, jeździło się super, ale to się skończyło. Gołoledź w tym roku była mniej dokuczliwa. Za to deszcz, który potworzył kałuże z solą i piachem, przestał zachęcać do kręcenia. Łańcuch tylko trzeszczał. Miałem trochę czasu do zabicia, więc pokręciłem się po mieście i pojechałem na Chwiałkę. Tam stanąłem w długiej kolejce do kas, ale po kilku minutach zrezygnowałem. Kolejka się podwoiła, a ja pojechałem na Ligawę. Tam bilet kupiłem bez stania, ale mogłoby się wydawać, że na lodzie było tyle samo ludzi, co na pierwszym lodowisku, które jest znacznie większe.
Podczas szukania informacji o powstającej kładce w Poznaniu trafiłem na informację o ukończonej w tym roku inwestycji w Owińskach. Wjechałem na Nadwarciański Szlak Rowerowy. Obawiałem się błota, ale na jedyny jego ślad trafiłem tylko przy zabudowaniach. Kładka była ładna tylko na wizualizacji, ale może to wina zimy. Przedostałem się do Owińsk i wróciłem po nowej drodze dla kaskaderów do Poznania.
Przyszły roztopy, a od jutra mają być deszcze. Nawet dzisiaj czasem coś pokropiło. Przejechałem się tylko po mieście, bo wszędzie kałuże z solą lub piaskiem. Nareszcie remontują ten niebezpieczny przejazd przez tory na Krakowskiej. Zajrzałem na Ice Festival, na którym rzeźbiono figury z lodu. Na koniec dnia wybrałem się do Lumina Parku, by zobaczyć miliony światełek.
Zima rozgościła się w Poznaniu, ale mam zasadę, by wyjść na rower choć raz w miesiącu (a właściwie, by dodać wpis na blogu, bo w grudniu to już druga przejażdżka), więc pojechałem na popołudniową wycieczkę po śniegu. Część dróg była biała, część pływała w solance. Szkoda mi roweru. Do tego licznik Sigmy zapisał maksymalną prędkość 99,98 km/h, a Garmin wyłączył się kilka razy w standardowych miejscach. Co za urok.
Wczoraj spadł śnieg z deszczem, w nocy jeszcze trochę sypnęło. Na drogach był lód, więc pojechałem tylko na krótką wycieczkę po okolicy. Po powrocie pojechałem na łyżwy i zaskoczył mnie brak śniegu w centrum, więc wygląda na to, że zasypało tylko południe Poznania.
Prześladuje mnie jakiś pech. Musiałem wymienić baterię w liczniku (
Sigma BC 14.0), ale ma taką niestandardową (CR2450), że znalazłem ją dopiero w internecie. Od kilku dni mechanizm manetki przedniej przerzutki nie zawsze łapie podczas zrzucania biegu. Do tego przez dzisiejszy mróz zamarzły mi linki: tylnego hamulca (miałem ten sam problem rok temu zanim wymieniłem linki i pancerze) i przedniej przerzutki. Odechciewa się jeździć.
Nie chciało mi się wychodzić, dzięki czemu nie zmokłem, ale gdy słońce rozświetliło domy sąsiadów niczym żarówki, przekonałem się do wyskoczenia na chwilę. Niestety słońce sprawnie się zawinęło, a gdy dotarłem do Lasku Marcelińskiego, zaczęło padać, więc było to tyle z jazdy.
Ruszyłem do Wielkopolskiego Parku Narodowego. Częściowo po śladzie sprzed miesiąca. Było dużo złota. Sporo drzew straciło liście, kilka wciąż zieleniło się. Za późno ruszyłem, bo słońce szybko przepadło. Wróciłem do domu i pojechałem na lodowisko, by zacząć swój sezon łyżwiarski.
Rower towarzyszył mi od małego. Przez wiele lat jeździłem na Romecie. W 2012 kupiłem Treka, który na poważnie wciągnął mnie w turystykę rowerową. Przejechałem na nim Islandię i Koreę. Kolejnym połykaczem kilometrów stała się kolarzówka GT, która w duecie z trzecim kołem towarzyszyła mi podczas wyprawy wokół Japonii i Tajwanu. Szukając nowego partnera wyprawowego w trudnych czasach, trafiłem na gravel podrzędnej marki. Mimo to prowadził mnie ku przygodzie po Norwegii i Szkocji. Do tego lubię utrwalać na fotografii ładne rzeczy i widoki.