Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / wielkopolskie

Dystans całkowity:54375.26 km (w terenie 4722.49 km; 8.68%)
Czas w ruchu:2575:00
Średnia prędkość:21.06 km/h
Maksymalna prędkość:56.53 km/h
Suma podjazdów:228849 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:160092 kcal
Liczba aktywności:989
Średnio na aktywność:54.98 km i 2h 36m
Więcej statystyk

Spóźniony do Włocławka

  187.15  08:38
Po raz kolejny zaplanowałem dwudniową wyprawę. Odrobinę bliżej domu i bez udziału pociągu. Postanowiłem odwiedzić Włocławek. Prognoza pogody przewidywała wieczorne opady w niektórych rejonach Polski, ale ja liczyłem na to, że szczęście z zeszłego tygodnia mnie nie opuściło.
Swarzędz, godz. 11.55
Pierwsze co poczułem po wyjściu z domu to upał przy całkowitym zachmurzeniu. W drodze termometr wskazał nawet 32 °C, ale musiało to być podczas jednego z przebłysków słońca spomiędzy chmur. Musiałem wyjechać z Poznania – zabłądziłem tylko raz, bo chciałem dostać się nad Maltę, ale pojechałem nieznanymi ulicami. Google poprowadził mnie później po chodnikach, jednak nie miałem ochoty szukać przejścia do przeciwnego pasa ruchu. Głupcy projektują miasta wyłącznie dla samochodów.
Drachowo, godz. 14.28
Zrobiło się jakoś chłodniej. Ciągle przeszkadzają przeróżne robale. Najwięcej jest meszek. Drogi terenowe mnie spowalniają. Jeden impertynent oblał mnie czymś z blachosmrodu (art. 75. k.w., zwłaszcza ust. 2). Nie zdążyłem nawet spojrzeć na rejestrację. W Drachowie spotkałem smoka.
Piotrków Kujawski, godz. 18.20
Co za nudna droga. Nawet nie mam o czym pisać. Widziałem jeden ślub, a po nim korowód aut, przejechałem po dziesiątkach dziur, które w Kujawsko-Pomorskiem są wyjątkowo zapowiadane stosownymi znakami na każdym skrzyżowaniu. Martwiłem się ciągle, o której godzinie dojadę do Włocławka i czy uda mi się go dzisiaj zwiedzić. Pewnie się też opaliłem, bo słońce w końcu wyszło zza chmur. Chyba jednak dzisiaj nie będzie padać.
Brześć Kujawski, godz. 20.35
Wiatr przez większość dnia nie był mi na rękę. Miało wiać w plecy, a gdy już wiało, to z boku. Dotarłem bez problemów do Brześcia, ale słońce zdążyło zajść za horyzont. Dzisiaj nie zwiedzę Włocławka. Mam już nocleg. Chciałem w hostelu, ale cena okazała się dwukrotnie wyższa od tej w internecie. Dzisiaj zatrzymam się w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym.
Włocławek, godz. 21.45
Zapadał zmrok, gdy wjechałem do mojego celu. Zostałem przywitany starą drogą dla rowerów o nawierzchni asfaltowej. Z początku jechało się wygodnie, a nawet chciałem pochwalić inżynierów za brak progów zwalniających. Niestety w tym samym momencie wpadłem na pierwszy krawężnik. Dalej nie było wcale wygodniej. Do tego zakazy wjazdu rowerem. A już zaczynałem lubić to miejsce.
Ponieważ recepcja była czynna do 22, to pomyślałem, aby zrobić sobie rundkę po Śródmieściu, żeby zapoznać się z miastem. Trochę za dużo szkła leżało tam na ulicach. Uznałem, że najbezpieczniej będzie dostać się szybko do schroniska. Droga, którą wybrałem nie wyglądała najlepiej, ale trafiłem na miejsce bez problemu. Recepcjonista myślał, że już się nie zjawię. Fakt, jakiś kwadrans zaoszczędziłbym, omijając centrum, ale przecież wszystko poszło dobrze. Pokój typowo schroniskowy, tylko huk od drogi krajowej za oknem jest drażniący. Jutro z rana biorę się za zwiedzanie i potem tylko powrót do domu na smaczną kolację. W sumie jutro ma być upał.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Powroty potrafią być długie

  204.04  09:41
Kolejny chłodny dzień przede mną. Jeszcze rano niebo było błękitne, ale gdy wyszedłem na dwór, czarne chmury zaczęły mnie martwić. Po nieprzespanej nocy i szybkiej kawie na Orlenie obok motelu ruszyłem w dalszą drogę z nadzieją, że dojadę do domu suchy.
Jagów, godz. 10.31
Pyrzyce mają kawał solidnych murów. Szkoda że drogi dla rowerów są tam źle oznaczone. Za miastem trafiłem na bardzo dobrej jakości ciąg pieszo-rowerowy na starym nasypie kolejowym. Tylko po co tam szykany?
Kolejne miasto – Pełczyce – było na wyciągnięcie ręki. Mnie jednak coś podkusiło, żeby wjechać w teren. Dużo tutejszych dróg jest wyłożonych kamieniami. Po pewnym czasie zauważyłem goniącą mnie chmurę burzową. Na szczęście przeszła bokiem, ale niespodziewanie pojawiła się kolejna. Zaczęło się od lekkiej mżawki, potem coraz mocniejszego deszczu, aż znalazłem przystanek z wiatą. Gdy oglądałem się za siebie, widziałem jak bardzo nie chciałem znaleźć się pod tamtymi chmurami. Po kilku minutach wszystko ucichło. Trzeba było ruszać dalej.
Bobrówko, godz. 11.55
Słońce coraz częściej wychylało się zza chmur. Temperatura się podwoiła w stosunku do poranka. Po kilku kilometrach wygodnych asfaltów znów wjechałem na kamienne ścieżki. Byłem coraz bliżej Strzelec Krajeńskich, gdy natrafiłem na znak prowadzący do głazu „Leżący Słoń”, ale daleko tej skale do zwierzęcia. Spodnie całe pożółkły od pyłku z kwiatów rzepaku, przez który trzeba było się przedrzeć, aby ów głaz obejrzeć. Czy on ma jakąś wartość historyczną?
Gościmiec, godz. 14.18
W chwili gdy tylko zobaczyłem dużą liczbę kałuż, zaczęło kropić. Wisiała nade mną kolejna czarna chmura. Zastanawiałem się tylko kiedy to się skończy. W Strzelcach Krajeńskich zobaczyłem zachowane w świetnym stanie mury obronne i wyznaczony wzdłuż nich szlak rowerowy. Jaka szkoda, że droga, po której szlak prowadzi jest wyboista. Na mapie okolic miasta zauważyłem napotkanego „Leżącego Słonia”. Najwidoczniej ma jakieś znaczenie. Chmury mnie nie opuszczały. Raz po raz jakaś przelatywała po niebie obok lub nade mną, strasząc drobnym deszczem.
Puszcza Notecka, godz. 15.19
Przejechałem przez Noteć i po chwili znalazłem się oczywiście w Puszczy Noteckiej. Spokój, brak blachosmrodów, brak wiatru – wspaniale.
Międzychód, godz. 17.17
Trochę mi zeszło w puszczy. W końcu przekroczyłem Wartę, dojechałem do Międzychodu i zmieniłem plany. Miało być trochę nowych dróg, ale musiałem z tego zrezygnować, zwłaszcza że od pewnego czasu czarne chmury zakrywały całe niebo. Wybrałem drogę krajową, aby w Tarnowie Podgórnym skręcić na Kiekrz i wygodnie wrócić do domu. Żeby jeszcze pogoda mi na to pozwoliła.
Młodasko, godz. 19.42
Droga krajowa nie do końca była dobrym pomysłem. Panował strasznie duży ruch, a pobocza było ledwo pół metra. Dopiero za Pniewami poboczu się urosło. Właściwie zapomniałem już jak beznadziejne jest to miasto. Zakazy wjazdu rowerem, drogi dla rowerów z kostki i jeszcze gigantyczne progi zwalniające. Oni wiedzą jak zniechęcać do siebie przejezdnych.
Pomyślałem sobie, żeby może pojechać przez Kaźmierz, ale po ostatecznym zbadaniu mapy porzuciłem wszystkie poprzednie pomysły, bo droga w Sadach wydała mi się jeszcze krótsza. Byłoby pewnie łatwiej z nawigacją.
Poznań, godz. 20.00
Nawet nie wiem kiedy złapał mnie zmierzch. Do Poznania dojechałem dosyć szybko po znanych mi drogach, ale tak jakoś inaczej się jedzie wieczorem, a inaczej po zmroku. Coraz dłuższe dni pozwalają się cieszyć światłem jeszcze dłużej. Trzeba to wykorzystywać. Ciekawe dokąd mnie poniesie następnym razem.
Pokonałem pierwsze w tym roku 200 km. Niestety drugiego dnia ciężko się jechało. Siedzenie bolało okropnie. Mogłem użyć sakw, bo zapakowałem się w plecak i nie był on najlżejszy. Muszę w końcu odwiedzić serwis rowerowy i zrobić przegląd roweru.

Kategoria Polska / zachodniopomorskie, kraje / Polska, Puszcza Notecka, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, po dawnej linii kolejowej, rowery / Trek

Aby przygód nie było za mało

  111.69  05:00
Dzisiaj nieplanowany powrót po nieplanowanym noclegu. W nocy męczyła mnie bezsenność, więc niewyspany chciałem tylko dojechać do domu. W telefonie wybrałem najprostsze drogi i ruszyłem na północny-zachód. Z wiatrem w plecy, który szczęśliwie wiał w przeciwnym kierunku do wczorajszego.
Zapowiadała się zwyczajna wycieczka. Za mną grzało słońce, przede mną były płaskie, mało ciekawe drogi. Nic nie wskazywało na przygodę. Przed Wilkowyją, dla odmiany, zjechałem z pierwszego wzniesienia. Za wsią miałem wypadek. Trzymając jedną ręką kierownicę, wpadłem w dziurę, odruchowo zahamowałem i zrobiłem przewrót przez kierownicę. Rower ucierpiał najmniej, bo tylko jeden róg na kierownicy się wykręcił. Nogi, poza kilkoma zadrapaniami, wyszły bez szwanku. Ręce to inna historia. Nowo kupione rękawiczki są do wyrzucenia, bo porozdzierały się obie. Będę długo dochodził do siebie, a opalanie w tym roku muszę sobie darować. Szczęście, że niczego nie złamałem i nie będę musiał rezygnować z roweru.
Długo się zbierałem. Z zagryzionymi zębami oczyściłem rany, okleiłem je plastrami z zeszłorocznej majówki (to już trzecia taka majówka, w czasie której zrobiłem sobie krzywdę) i pojechałem dalej. Szukałem w pierwszej kolejności apteki. Zdecydowanie ciężko o otwartą w czasie święta. Nawet na spotkanej stacji benzynowej nie mieli podstawowych przyborów medycznych. Przez Kórnik nie było łatwo się przedostać. Aut więcej niż pieszych, a tych drugich było na prawdę dużo. W Poznaniu bez większych problemów. No, może poza jednym – znalezieniem najbliższej czynnej apteki. Wiedziałem, że najłatwiej będzie odnaleźć się na Starym Rynku, bo orientowałem się gdzie on jest. Poprosiłem w aptece o kilka rzeczy. Gdy doszło do plastrów, wskazałem te znajdujące się na moim ciele, a pani dyskretnie się uśmiechnęła. Cóż, chociaż jeden uśmiech w tym nieciekawym dniu.

Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Kalisz bez powrotu

  185.85  08:04
Kolejna wycieczka po Wielkopolsce, tym razem wzdłuż Prosny do Kalisza. Było zaledwie 14 °C w cieniu, w słońcu cieplej, jednak na niebie kłębiło się dużo chmur. Wiatr miał wiać z północnego-zachodu, jednak wiał z zachodu i czasami mocno przeszkadzał.
Pojechałem najpierw w kierunku Wrześni, aby potem dostać się do Nowej Wsi Królewskiej, która na mapie Demartu jest wyróżniona jako zawierająca zabytki. Wiatr wiał coraz silniejszy. Nawet myślałem o zmianie celu na Konin i okolice, ale jednak wolałem trzymać się planu. Ze wsi już prawie że po prostej – wzdłuż drogi wojewódzkiej do Kalisza. Ruch na szczęście był średni. Tylko jedna nieprzyjemna sytuacja, gdy smród na blachach SG nie miał wolnego przeciwnego pasa do wyprzedzenia i postanowił mnie otrąbić.
Tuż za Borzykowem trafiłem na granicę dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Po dziś dzień świadectwem istnienia granicy jest układ pól rolnych po obu jej stronach. W Imperium Rosyjskim były wąskie i długie, a w Królestwie Prus krótkie i szerokie.
Za Pyzdrami wjechałem do Puszczy Pyzdrskiej (zabawna nazwa, tyle w niej spółgłosek). Przeczytałem gdzieś, że była nazywana Bieszczadami Wielkopolski. Tereny zalesione zostały trochę nadgryzione przez ludzi. W poszukiwaniu dawnych rozmiarów puszczy natrafiłem na Archiwum Map Zachodniej Polski. Bardzo przydatny projekt.
Było płasko i nudno. Przed Kaliszem trafiłem na kilka pagórków. Po drodze widziałem kilka znaków kuszących zamkiem w Gołuchowie. Trzeba go będzie dodać do listy punktów obowiązkowych do zobaczenia. Ciekawa propozycja dla tamtych rejonów.
Zatrzymałem się tuż przed granicą Kalisza, aby po raz dziesiąty poprawić ustawienie siodła (a jednak sztyca potrafi amortyzować, tylko ustawienie siodła mnie nie odpowiada) i ostatecznie założyć bluzę. Nie wytrzymałem braku słońca powodującego zimno i gęsią skórkę. Słońce jeszcze kilka razy wyszło zza chmur, ale wiatr, który miałem w twarz za Kaliszem nie pozwalał odetchnąć. Samo miasto jest ładne, jednak trzeba mieć czas, aby wszystko zwiedzić i cierpliwość do jednokierunkowych ulic, których jest tam pełno.
Ostatnim punktem do zaliczenia na dzisiaj była Sobótka wraz pałacem von Stieglerów z XIX w. Pałac znajduje się w dużym parku i nie wiedziałem jak podjechać bliżej. Obok – w świetnym stanie – znajduje się wczesnogotycki kościół z XIII w., który bezczelnie uznałem za nowo wybudowany i nie zrobiłem mu żadnego zdjęcia.
Wiedziałem już, że nie zdążę do Bronowa na przedostatni pociąg do Poznania. Ruszyłem więc do Taczanowa. Wiatr wieczorem zelżał, więc dlaczego miałem nie pojechać do stacji w Pleszewie? A jeśli już miałem jechać ostatnim pociągiem, to trzeba było zrobić zakupy. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Szkoda tylko, że z centrum miasta do stacji kolejowej pozostało mi 5 minut do odjazdu ostatniego pociągu. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem zamykające się szlabany obok stacji. Z radością zacząłem manipulować przy telefonie nagrywającym ślad. Z rozgoryczeniem patrzyłem, gdy skład pełen blachosmrodów przejechał w zamian za opóźniony pociąg powrotny.
Żadnego opóźnienia nie było. Zostałem sam z moim problemem. 100 km do domu, a przy sobie tylko lekka bluza. Było zimno, a zmrok wciąż nie zapadał. Dotarłbym do domu, nawet o tej drugiej w nocy, ale nie tak ubrany. Zacząłem szukać noclegu. Ups, majówka, wszędzie brak miejsc. O zgrozo! Hotel pozostał moją ostatnią nadzieją. Mierna opcja, choć cena relatywnie niska, a i rower mogłem do pokoju zabrać. Musiałem jeszcze raz przejechać się po mieście w poszukiwaniu bankomatu, aby w końcu spocząć. Byłem tak zmęczony, że padłem do łóżka, darując sobie wszelkie udogodnienia. Planowałem nazajutrz ciekawą wyprawę, a pozostał tylko powrót do domu. Nawet nie miałem planu jakie miejsca zobaczyć.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Test nowej sztycy podsiodłowej

  72.63  03:22
Prognoza pogody na całą majówkę zapowiadała się mocno niekorzystnie. Dzisiaj miało lać cały dzień, ale padało tylko do południa. W ogóle ciężko było mi wstać, bo gdy się obudziłem późnym rankiem, wciąż było ciemno, a to za sprawą czarnych chmur pokrywających caluśki nieboskłon. Nie było szans na rower, ale jednak.
Kilkanaście metrów nad ziemią – z mojego okna – temperatura wydawała się być bardzo niska, więc ubrałem się cieplej. Na dole jeszcze przed jazdą zdjąłem bluzę i zostałem w krótkim rękawku. Wiał zachodni wiatr, który po wcześniejszych opadach był z początku przeszywająco chłodny, ale na niebo wyszło słońce. Po rozgrzaniu się mogłem spokojnie skierować się na Rokietnicę. Tylko kałuże przeszkadzały, dlatego wybierałem lokalne drogi. Nie spotkała mnie dzisiaj żadna nieprzyjemna sytuacja, ale też rowerzystów na palcach jednej ręki dało się wyliczyć.
Z Rokietnicy na Cerekwicę, a potem skręciłem na ostateczny cel – Kaźmierz. Do domu chciałem wrócić wygodnie, więc żadne Tarnowo Podgórne, tylko Rumianek. Potem jeszcze trochę na południe i dojechałem do wygodnej drogi wojewódzkiej. Niestety temperatura spadła o kilka stopni, więc bluza stała się koniecznością. Wiatr jakoś specjalnie mi nie pomagał w jeździe, ale szybko znalazłem się w centrum, a potem w domu.
Wczoraj odwiedziłem sklep rowerowy. Miałem na celu znalezienie nowej sztycy podsiodłowej, klasycznej, ponieważ poprzednia przestała amortyzować, więc nie robiło mi to już różnicy. Chciałem nową sztycę także z tego względu, że myślę o bagażniku na sztycę. Wiem, głupi pomysł, gdy mam teoretyczną możliwość założenia tradycyjnego bagażnika, jednak nadal nie usunąłem urwanej śruby (chyba nawet o tym nie wspomniałem, że w lutym podczas montowania bagażnika zerwałem śrubę i bagażnik może się utrzymać tylko w trzech punktach), a tak poza tym taki bagażnik jest tak lekki, że mój stary się nie umywa. Po rozważaniach wybrałem amortyzowaną sztycę Ergoteca i wypytałem o możliwość serwisu roweru. Po 35 tys. km zdecydowanie warto go rozebrać i nasmarować, a ja nie mam do tego ani warsztatu, ani narzędzi. Sama sztyca nie wykazała się niczym szczególnym. Nie wyczuwam jej amortyzacji. Może powinienem popracować nad regulacją siły wyporu? Szkoda, że śruba do tej operacji wymaga wyciągnięcia sztycy. Gdyby wszystko było tak proste, jak budowa cepa.
Na początku wycieczki nie słyszałem stukania. Tak się cieszyłem, że aż znów usłyszałem. To zdecydowanie nie był problem ze sztycą. Może to jednak amortyzator? Kilka kropel oleju na goleniach, które wpuściłem wczoraj mogło coś zrobić i dlatego przez kilka kilometrów cieszyłem się ciszą.

Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Zaniemyśl ponownie

  121.63  05:49
Miał być Wolsztyn, miało być miło i przyjemnie, ale nie wyszło, nie chciało mi się. Udało mi się przekonać siebie do wyjścia po południu. Przekonać na krótką przejażdżkę bez plecaka.
Wiatr dmuchał w twarz – cieplutki wiatr. Niespiesznie skierowałem się na Kórnik. Szybko zresztą się nie dało, bo z jakiegoś powodu na drogach było mnóstwo aut. Nie było wygodnie, ale co tam. „Opuszczę Poznań i będzie luźniej” – pomyślałem. Rzeczywiście dopiero za miastem zaczęło być spokojnie. Na autostradzie widziałem konwój tirów na tablicach brytyjskich wiozący sprzęt wojskowy i eskortowany przez Żandarmerię Wojskową. Jakieś buraki rozwaliły szyk, wjeżdżając między kolumnę pojazdów, przez co żandarmeria zdecydowała się zablokować także drugi pas autostrady. Dosyć nieudolnie, bo barany i tak próbowały wciskać się na trzeciego. Warszawa obchodzi polskie święto przy pomocy brytyjskiego sprzętu wojskowego?
Zrezygnowałem z Kórnika. Nie wiem dokładnie czemu. Nie miałem żadnego planu. Pomyślałem o dostaniu się do mostu kolejowego w Solcu trochę inną drogą niż ostatnio. Niestety tak się zmęczyłem, brnąc przez piaszczyste drogi, że gdzieś na południe od Zaniemyśla zawróciłem. W Zaniemyślu jednak przemyślałem sprawę. Nie chciałem marnego dwucyfrowego dystansu. Ruszyłem na Śrem.
Droga nie była łatwa, bo miałem pod południowo-zachodni wiatr. W Śremie natknąłem się na plac rynkowy. Nie sądziłem, że to miasto go ma. Do Mosiny pojechałem standardowo przez Rogaliński Park Krajobrazowy i został najgorszy powrót do domu. W Puszczykowie blachosmrodziarz zwolnił do 30 km/h, aby mnie... okrzyczeć, żebym pojechał ścieżką dla rowerów. Świetnie – metrowej szerokości brukowany chodnik o rozdzielonym ruchu dla pieszych i rowerów, nie biegnący dla kierunku, w którym się poruszałem. Po pół metra dla pieszego i rowerzysty – ruch dwukierunkowy. Weź się tam miń z pieszym, który sam ledwo się mieści. Czy tamten kierowca mnie obraził? Powinienem go pozwać do sądu? Nawet nie pamiętam na jakich rejestracjach jechał. Znów przydałaby się kamera.
Przez Luboń i dalej do centrum Poznania bez niespodzianek. W sumie nawet nie wiem kiedy pokonałem tamtą drogę. Chyba byłem zbyt wzburzony przez spotkanego ciołka. Dzień, choć mocno pochmurny, był bardzo ciepły. Wróciłem po zachodzie słońca, ale szczęśliwy, że wyszła setka. Najtrudniej jest zacząć, ale potem można zapomnieć o ograniczeniach. No, chyba że trzeba zdążyć na ostatni pociąg powrotny.

Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Kilka pętel po zachodnim klinie zieleni

  52.91  02:10
Krótka wycieczka po pracy, żeby powalczyć z ogarniającym mnie od kilku dni lenistwem. Chciałem się rozruszać, bo dojazdy do pracy to za mało, a że zbliża się deszczowy weekend, to nie było co siedzieć w tak piękny dzień w domu.
Wyjechałem z domu bez planu, ale z pomysłem, aby znaleźć się w zachodnim klinie zieleni. Gdy już tam dotarłem, pojechałem na wpół pustymi ścieżkami dalej na zachód, potem z wiatrem na wschód po asfalcie, i tak ze 3 razy. Chciałem więcej, ale pomyślałem, że trzeba coś zjeść, coś poczytać, wykonać kilka dobrych uczynków – trzeba było wracać do domu. Ruszyłem szlakiem rowerowym wzdłuż klina do centrum, potem, dokręcając do 50 kilometrów, na Cytadelę i na moje osiedle. Przyjemnie się dzisiaj jeździło. Miło byłoby tak częściej wychodzić. Tylko dokąd?
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

W kierunku Ostrzeszowa

  176.58  07:10
Dzień zaczął się leniwie, bo zamiast wstać o piątej zrobiłem to 2 godziny później. Odbiło się to na przebiegu mojej dzisiejszej wyprawy i później tego żałowałem, bo bardzo chciałem przejechać ponad 200 km. Przeszkodziły mi w tym także rzadko kursujące pociągi oraz silny północno-zachodni wiatr.
Moje wyprawy od kilku miesięcy organizuję, jadąc z wiatrem do celu i wracając pociągiem. Dzisiaj miało wiać najpierw z północnego-zachodu, aby zmienić się w okolicach godzin południowych na wiatr z północny. Mój plan sprzed kilku miesięcy zamieniłem z przejazdu przez Śrem na przejazd przez Środę Wielkopolską. Z rana nagrzany słońcem licznik wskazywał temperaturę poniżej 10 °C. Założyłem bluzę, której już nie zdjąłem, bo przez cały dzień nie było zbyt ciepło.
Zauważyłem, że Poznań zaczął pozbywać się drzew. Znikają wzdłuż kolejnych ulic. Mam nadzieję, że ktoś przyjdzie po rozum do głowy. Chociaż nie wiem, czy ktoś w tym mieście myśli. Za rondem Rataje wpadłem na rozkopaną drogę dla pieszych i rowerów, i oczywiście brak jakiegokolwiek objazdu. Miejskie peryferie mają swój klimat, jednak w Poznaniu nie czuć tego tak bardzo jak na przykład w Krakowie. Pojechałem wzdłuż pustej sześcio czy tam ośmiopasmowej drogi, aby jakoś się wydostać z miasta. Jazda na południowy-wschód nigdy nie była dla mnie prosta, ale może kiedyś coś się zmieni. Na pewno już mnie w tym mieście nie będzie.
Dojechałem szybko do Środy Wielkopolskiej, potem skierowałem się do Solca. Jest tam kolejowy most kratownicowy. Przeczytałem o możliwości przejazdu rowerem po nim i stąd też znalazłem się na tamtej kładce. Rowerem to jednak zbyt odważnie powiedziane. Drewniana kładka wygląda, jakby któraś z rozklekotanych desek miała lada chwila odpaść. Sam most jednak robi wrażenie.
Do Jarocina dojechałem wzdłuż drogi krajowej, bo nie znalazłem innej możliwości na mojej mapie. Stara kostka brukowa nie była najwygodniejsza, ale to jedyne wyjście, gdy przy jezdni stoją zakazy wjazdu rowerem. W centrum miasta trwała impreza z udziałem wielu motocyklistów, więc nie czułem się bezpiecznie, gdy po raz kolejny mijał mnie kretyn ze zmodyfikowanym tłumikiem. Uznałem, że do Zdun najbezpieczniej będzie dostać się, trzymając się z dala od drogi krajowej.
Pogoda zaczęła grozić, zasłaniając niebo chmurami, gdy wyjeżdżałem z Jarocina. Zrobiło się chłodniej i temperatura 13–14 °C utrzymywała się do końca dnia. Za Koźminem Wielkopolskim trafiłem na drogi w tak strasznym stanie, że pobiły nawet te w Lubuskiem. Za Krotoszynem też ominąłem krajówkę, ale tym razem trafiłem na polne drogi, niektóre piaszczyste. W Zdunach pomyślałem jeszcze o pojechaniu na Dolny Śląsk do Cieszkowa, który jest zaznaczony na mapie jako zawierający zabytki. W tej wsi nie spodobał mi się zakaz wjazdu rowerem, obok którego był tylko chodnik i żadnej drogi, która chociaż przypominałaby drogę dla rowerów. Wolałem jednak brnąć między pieszymi niż martwić się, że jakiś bezmózg mnie przejedzie.
Wyjeżdżając z domu, nie sprawdziłem prognozy pogody dla rejonów innych niż Poznań. Okazało się, że zmienny wiatr nie był taki zmienny na południe od Poznania. Dlatego też do Ostrzeszowa dmuchało w plecy, choć prędkość wiatru trochę zmalała. Przynajmniej na niebie się przejaśniło. Pomyślałem, że nie warto zjeżdżać z drogi wojewódzkiej, bo kończył mi się czas. Miałem taki piękny plan, by pojechać aż do Kępna. Gdybym nie zaspał, byłoby zdecydowanie inaczej.
W Odolanowie podjąłem decyzję o zmianie celu podróży. Miałem 40 minut i 26 km na dojazd do Ostrzeszowa na ostatni pociąg. Nie brzmiało to optymistycznie. Skręciłem na Ostrów Wielkopolski oddalony o połowę wspomnianego dystansu i znalazłem się na dworcu na ponad pół godziny przed pociągiem. Byłbym jeszcze szybciej, ale wiatr spowolnił mnie drastycznie. Może innym razem znajdę więcej szczęścia do południowych peryferii Wielkopolski. Może nawet zabiorę ze sobą namiot.

Kategoria setki i więcej, Polska / dolnośląskie, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Pakość

  130.99  05:29
Wiatr zmienił kierunek, a po drodze do Inowrocławia czekało na mnie kilka gmin, dlatego pozostało tylko ruszyć na wschód. No, może północny-wschód. Wyruszyłem nieco za późno, ponieważ było chłodniej niż wczoraj. Jechałem cały czas w bluzie.
Najpierw skierowałem się na Kostrzyn, bo w jego okolicy źle pociągnąłem kreskę na ściennej mapie. Nie bardzo chciałem jechać drogą krajową, choć jazda 50 km/h za tirem była ciekawym doświadczeniem. Zjechałem na boczne drogi i nimi dotarłem do Glinki Duchownej, gdzie źle skręciłem i wylądowałem w Iwnie. Potem mniejszymi drogami wzdłuż drogi ekspresowej dojechałem do Łubowa, a dalej miałem po prostej do Gniezna. Prosta w sumie nie była, bo oczywiście postawili zakaz wjazdu rowerem tuż przed węzłem drogowym Gniezno Południe. Na szczęście są drogi serwisowe i lokalne, więc z wiatrem w plecy szybko znalazłem się w mieście. Chwilę się pokręciłem i ruszyłem dalej. Po raz kolejny miałem nadzieję zdążyć na wcześniejszy pociąg powrotny.
Wjechałem do lasów. Akurat wiatr zaczął się zmieniać na północno-zachodni, więc jedna przeszkoda z głowy. Po pewnym czasie trafiłem na asfaltową dróżkę, która prowadzi do osady leśnej Sarnówko. Minąłem grób żołnierza napoleońskiego narodowości francuskiej, zauważyłem też Amerykę nieopodal, ale nie była mi po drodze, toteż jechałem dalej, trafiając wciąż na asfaltowe drogi leśne. Zdecydowanie przydałaby mi się kamera, bo nie dość, że kretyni wjeżdżają do lasu blachosmrodami, to jeszcze jadą całą szerokością i tak wąskiej drogi. Ludzie potrafią być tacy kompromitujący.
Droga za lasem była mało ciekawa. Płasko, bez widoków. Jedną jedynie górę zobaczyłem, ale zastanawia mnie, czy ją usypują, czy może rozbierają. W pobliżu znajduje się kopalnia odkrywkowa, więc może jednak góra rośnie.
Do Inowrocławia miałem już z wiatrem, a ponieważ wiało 30 km/h, to z taką też prędkością się poruszałem. Na dworcu w Inowrocławiu znalazłem się na kwadrans przed odjazdem pociągu. Tym razem opaliłem nogi.

Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Sława, ale tylko na chwilę

  185.31  08:33
Tuż przed godziną 9 wysiadłem na stacji w Lesznie. Temperatura jeszcze wyższa niż rankiem, na niebie słońce i brak chmur, wiatr nieznaczny. Idealnie.
Plan wycieczki opracowałem kilka miesięcy temu z pomocą map Google i dzisiaj zdziwiłem się, gdy kierując się do Wschowy, wjechałem na ruchliwą drogę krajową. Niestety nie miałem alternatywy. Dopiero po kilku kilometrach zjechałem na boczną drogę, aby choć chwilę odpocząć od tego zła. Wschowa jest bardzo ładnym miasteczkiem. Niektóre zabytki zostały zrewitalizowane, a wieża kościoła św. Stanisława Biskupa i Męczennika jest tak monumentalna, że aż byłem zachwycony.
Drogi lokalne w województwie lubuskim są straszne. Nie wiem jak ja to wytrzymam, gdy będę się zapuszczał wgłąb. Może przyjdzie mi poruszać się drogami krajowymi? Cieszyłem się z każdej leśnej drogi. Jeszcze te zapachy świeżo ściętych drzew sosnowych. Muszę wrócić do Puszczy Noteckiej.
Nie tylko rowerzyści poczuli wiosnę. Robactwo wylazło tak licznie, że strząsałem je garściami. Winą jest także ciepła zima. Nie jeździ się przyjemnie, gdy setka robaków atakuje z każdej strony. Dobrze przynajmniej, że jusznica deszczowa jeszcze nie atakuje. Może powinienem zawczasu odwiedzić Zielonkę? Tam w lecie te robaki polowały chmarami.
Dotarłem do Sławy, małego miasteczka w Lubuskiem. W zeszłym roku spędzałem tam imprezę integracyjną, z której dobrze wspominam żeglowanie po jeziorze. Koniecznie odwiedziłem park pełen drzew porośniętych bluszczem. Z miasta wyjechałem po drodze dla pieszych i rowerów. Nie musiałem, ale była wygodniejsza od ulicy. Gdy tylko przekroczyłem granicę województwa, droga stała się drogą. Zupełnie jakbym przejechał z Polski do Niemiec.
Natknąłem się na swojej drodze na iście prywatną miejscowość. Minąłem tysiące tabliczek ostrzegających o terenie prywatnym. Właściciele krzątali się, przygotowując wszystko na przyjazd pierwszych gości. Ciekawe gdzie w tym roku będziemy się integrować.
Stuknęło kilka gmin i nie tylko. Podejrzewałem amortyzator widelca i sztycę podsiodłową za hałasowanie. Muszę moje podejrzenia zrewidować, ponieważ stukanie objawiło się zarówno podczas stania na pedałach, jak i jazdy bez trzymania kierownicy. Ja znów zgłupiałem, a stukanie się nasiliło, i nic nie wróży szybkiego rozwikłania zagadki, która nurtuje mnie od kilku już lat. Może znowu jakaś miska się poluzowała? Muszę kupić narzędzia i nauczyć się rozkręcać większe części w rowerze. Wizyta w serwisie może bowiem odciąć mnie od roweru na kilka dni, bo sezonowi rowerzyści na pewno zdążyli już zaatakować wszystkie punkty serwisowe.
Dotarłem do miejsca, w którym miałem zakończyć wycieczkę i wrócić pociągiem do domu. 100 kilometrów mnie nie satysfakcjonowało, dlatego wybrałem opcję powrotu do domu rowerem. Na mapie przed wycieczką wypatrzyłem Racot oznaczony jako miejscowość z zabytkami, więc w jego kierunku się udałem. Zmienny wiatr akurat wiał z południowego-zachodu, więc mogłem przyspieszyć. Przynajmniej dopóki nie pojawiły się zakazy wjazdu rowerem i coś, co nazwali drogami dla pieszych i rowerów. W Poznaniu dużo rowerzystów. Do domu dotarłem, gdy słońce prawie zniknęło za horyzontem. Pierwsza opalenizna już jest.

Kategoria Polska / lubuskie, kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, Wielkopolski Park Narodowy, terenowe, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery