Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / wielkopolskie

Dystans całkowity:55314.14 km (w terenie 4777.34 km; 8.64%)
Czas w ruchu:2616:42
Średnia prędkość:21.09 km/h
Maksymalna prędkość:56.53 km/h
Suma podjazdów:232526 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:160092 kcal
Liczba aktywności:1013
Średnio na aktywność:54.60 km i 2h 35m
Więcej statystyk

Po Poznaniu, część 18

  24.56  01:14
Kolejny śmieszny dystans w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Zimę wyczuwam. Zupełnie jak niedźwiedź. Chciałem dzisiaj wybrać się w góry w poszukiwaniu złota (nie, nie chodzi mi o ten pociąg), jak rok temu, jednak zrobiłem błąd, mrużąc na chwilę oczy po wyłączeniu budzika. W ten oto sposób ten weekend podzielił los weekendu poprzedniego. Tym samym zmniejszam swoje szanse na zobaczenie złotej jesieni, czego pragnę w ostatnim czasie najbardziej. A jeśli dochodzą do tego góry, to będę żałował chyba przez najbliższy rok.
Niestety późna pobudka to stożek góry lodowej mojego leniwego dnia. Spędziłem jego większość przed komputerem, ucząc się i grzebiąc przy zaległych wpisach do bloga. Musiałem też wyskoczyć do sklepu po nowe spodnie, bo tych, które kupiłem 3 lata temu nie dało się uratować. Co zacerowałem dziurę, to zmęczony materiał rozdzierał się w innym miejscu. To były moje ulubione spodnie na rower. O nowe było trudno, a podobnych wciąż nie mogłem znaleźć. Mam nadzieję, że te, które znalazłem choć odrobinę dorównają poprzednim.
Tymczasem moja dzisiejsza wycieczka to zwykły śmieciowy wpis, do którego aż wstyd się przyznać, ale chciałem gdzieś umieścić kilka zdjęć, więc można przymknąć na to oko. Co prawda zostałem namówiony ostatnimi czasy na założenie konta na Instagramie, jednak jakoś mi nie w smak, aby zaprzestać dodawania zdjęć wszędzie indziej. Chciałem przerwać jazdę już po kilku kilometrach, bo było tak ciepło podczas wcześniejszych zakupów, że ubrałem się za cienko, a ponieważ zaczęło zmierzchać, to temperaturze spadło. Zmusiłem się jednak do większego tempa, dzięki czemu, po rozgrzaniu, udało mi się zaliczyć trochę terenu i jeszcze pokręcić po mieście. Nawet raz zabłądziłem, ale że te poznańskie osiedla nie są jakoś mocno skomplikowane, to nie było tak źle. Mam nadzieję, że chociaż jutro uda mi się porobić coś ciekawszego.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Pod Bieczyny

  83.73  03:54
Zaspałem na pociąg wczoraj, zaspałem i dzisiaj. Przez to nic mi się nie chciało. Prawie, bo nie miałem ochoty siedzieć cały dzień w domu. Wybrałem się na południe – do miejscowości, która jest zaznaczona na mojej mapie jako warta odwiedzenia.
Wydawało mi się, że jest chłodno i założyłem cieplejszą bluzę. Pomyliłem się i trochę ponarzekałem sobie pod nosem. Pojechałem do Cytadeli szukać jesieni, a znalazłem ją po drodze – w Parku Czarneckiego, który mijam często w drodze powrotnej z pracy, wtedy gdy zaczyna zmierzchać i kolory stają się niewidoczne. Po Cytadeli też pojeździłem wzdłuż i wszerz, aż uznałem, że trzeba ruszać, bo zmrok nie będzie czekał.
Do Puszczykowa pojechałem oczywiście przez Luboń. Dużo wygodniej niż drogami dla rowerów. Pomijając te w Puszczykowie, ale tam olewka. Nikt nie trąbił. Za Mosiną skręciłem na mniej uczęszczaną drogę, aż w końcu wjechałem w teren. Było już ciemno, ale latarka jak zawsze się spisywała. Nie dojechałem do Bieczyn, bo nie było sensu. Niczego nie zobaczyłbym, zwłaszcza że nie wiedziałem, gdzie szukać. Skierowałem się na Stęszew. Miałem jechać asfaltem, ale okazało się, że to tylko piach. Potem przejechałem się kawałek drogą krajową. Strasznie duży ruch. Dobrze, że było pobocze. Skręt w lewo nie należał do łatwych. Miałem wolne, więc zjechałem na środek pasa, aby zjechać na pas do lewoskrętu, ale jakiś burak i tak mnie otrąbił. Potem w Poznaniu też skręcałem w lewo, wyciągnąłem rękę, zjechałem na środek, a baran wyprzedził mnie z lewej na skrzyżowaniu, że musiałem się zatrzymać. Gdyby chociaż umiał dynamicznie jeździć. Ta kamizelka samochodowa to jakaś pomyłka, bo ci wszyscy idioci w blachosmrodach traktują rowerzystów w kamizelkach jak trędowatych. Ja już nie mam sił. Dlaczego tylu kretynów jest na tym świecie?
Aha, odkryłem nowość. Coś niespotykanego w Poznaniu – drogowcy zmienili organizację ruchu na ul. Pułaskiego, tworząc z trzech pasów dwa oraz... pasy dla rowerów. Nie wiem co powiedzieć. I tak już tamtędy nie jeżdżę.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Za jesienią do Zielonej Góry

  160.98  07:12
Znów dorwał mnie leń. Wczoraj rowerem pojeździłem tak mało, że nie miałbym czego opisywać. Dzisiaj jednak się nie dałem. Wiatr zaczął wiać ze wschodu. Miałem kilka planów, w tym Warszawę, punkt Polski wysunięty najdalej na zachód oraz lokalną wioskę. Ostatecznie przystałem na inną propozycję – Zieloną Górę.
Chciałem wyruszyć rano, ale poczekałem na wschód słońca, żeby się ociepliło. Gdy ruszałem, to i tak było około 0 °C. W Poznaniu trafiłem na maraton, ale nie miałem większych problemów z przejazdem. Skręciłem w kilku miejscach tak, aby nie wkroczyć na drogę dla zawodników. Dzięki temu znalazłem się w Luboniu i ominąłem wszystkie te chore pseudodrogi dla rowerów. To jest najlepsza trasa, aby wydostać się z Poznania w kierunku południowym. Nie rozumiem, czemu tak rzadko z niej korzystam. Może to przez Puszczykowo, w którym można sobie wybić zęby na durnych chodnikach.
Temperatura po południu urosła powyżej 5 °C. Wiatr jednak nie pozwalał się rozebrać. Wpadłem jeszcze na kilka dróg terenowych, więc zrobiło się jeszcze cieplej. Wszędzie albo głęboki piach, albo tarka, więc musiałem się sporo nasiłować z naturą. Na szczęście mogłem przy okazji spojrzeć na jej lepszą stronę. Polska złota jesień zaczyna przybierać na sile. Chciałem zobaczyć widoki jak przed dwoma laty. Niestety drzewa przy głównych drogach szybko gubią liście, a ich kolor jest bliższy śmierci niż jesieni. Chyba tylko w górach powietrze jest na tyle czyste, aby ukazać oblicze prawdziwej natury. Tutejsze lasy są w większości iglaste, więc nie ma co szukać w nich złota.
W Olejnicy trafiłem na wieżę widokową. Obok niej stoi maszt telekomunikacyjny. Gdyby nie ogrodzenie, można byłoby się pomylić. Zwłaszcza że maszt jest wyższy, więc mocniej kusi.
W Bojadłach dowiedziałem się, że prom rzeczny przez Odrę jest nieczynny. Pewnie przez silny wiatr, a może to niski poziom wody? W sumie dawno padało. Miałem do wyboru dwie drogi – na północ i na południe. Na południe z dodatkowo dwoma wariantami. Przed wyjazdem na wszelki wypadek sprawdziłem możliwości przeprawy przez Odrę. Znalazłem nieczynny most kolejowy. Z ciekawości chciałem się nim przeprawić przez wodę, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego planu, aby na czas dotrzeć na pociąg (a dawka terenu mogła mnie spowolnić). Ruszyłem asfaltem na północ, ale i tak trafiłem na piach. Strasznie denerwujący są nowicjusze na OSM.org. Później trzeba po nich ciągle poprawiać mapy. Chyba jeszcze nie miałem wycieczki bez takich niespodzianek. Przecież dokumentacja jest dostępna na wyciągnięcie ręki.
Kto by pomyślał, że w tych okolicach jest tyle pagórków. Do Zielonej Góry dotarłem na chwilę po zachodzie słońca, a na kwadrans przed odjazdem pierwszego pociągu. Mogłem oczywiście pojechać następnym; zwiedziłbym miasto, jednak wolałem wrócić wcześniej, zrobić zakupy, obiad na jutro, wyspać się. To był dobry dzień. Jesień zapowiada się bardzo pogodnie.
Kategoria Polska / lubuskie, kraje / Polska, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Jesienią pod namiotem

  161.16  07:57
A gdyby tak zabrać ze sobą namiot? Weekend zapowiadał się ciepły, dlatego uznałem, że jeszcze nie skończył się sezon, spakowałem się, zabrałem najcieplejszy śpiwór, trochę ubrań na wszelki wypadek i ruszyłem ponad godzinę po wschodzie słońca, żeby nie czuć zimna. Miałem kilka gmin na oku, więc skierowałem się do województwa zachodniopomorskiego. Co z tego wyszło? Przeczytajcie.
Wybrałem trasę na Wronki. Słońce świeciło bardzo mocno. Na tyle mocno, że w Rokietnicy kobieta ruszająca autem z drogi podporządkowanej nie zauważyła mnie. Z ciężkimi sakwami moja droga hamowania wydłużyła się tak bardzo, że rower zatrzymał się na tyle samochodu. Z początku wydawało mi się, że nic się nie stało, więc nawet nie chciałem brać numeru telefonu od przestraszonej kierowcy. Dopiero później okazało się, że mam scentrowane koło. Na szczęście tylko lekko, więc nie przeszkodziło mi to w realizacji planu.
Wybrałem dosyć niefortunną trasę. Sam nie wiem dlaczego. Przecież wiedziałem, co mnie czeka w Puszczy Noteckiej. Piachy, piachy i jeszcze raz piachy. Próbowałem uciekać z rozjeżdżonych dróg, ale wszędzie było to samo. Trochę wygodnej nawierzchni i dalej piasek wrzynający się w łańcuch, pochłaniający koła niczym bagno, zatrzymujący rower po kilku machnięciach korbą. Wygodniej zrobiło się dopiero za Krzyżem. Wjechałem na drogę wojewódzką nr 161, która od Przeborowa do Podleśca jest drogą gruntową (podobnie jest z drogą nr 164, jednak według OSM.org jest ona wygodniejsza od mojej). Całe szczęście piach dużo mniej uprzykrzał mi jazdę. Brakuje tam znaków drogowych, bo trzeba mieć szczęście lub pojęcie, aby wiedzieć, na którym skrzyżowaniu gdzie skręcić. Mnie trafiło się szczęście.
Miałem nadzieję dotrzeć dzisiaj przynajmniej do Chociwla, ale jak to mawiają – nadzieja matką głupich. Zmierzch się zbliżał wielkimi krokami. W sumie jesienią to nic zwykłego – coraz mniej jest czasu na jazdę za dnia. Temperatura zaczęła spadać, więc musiałem rozejrzeć się za noclegiem. Bardzo słabe połączenie z internetem nie pozwoliło mi przejrzeć ofert kempingów w okolicy. Przyszedł mi na ratunek Maps.me. Pokazał najbliższe pola namiotowe w Drawnie, więc skierowałem się w jego kierunku po drogach asfaltowych.
Słońce było daleko za horyzontem, gdy dojechałem do pierwszego miejsca, gdzie winno być pole namiotowe. Powinno, ale ani śladu po nim. Sąsiedzi o niczym nie wiedzieli, więc najwidoczniej ktoś pomylił się z umiejscowieniem punktu na mapie. Przypomnieli mi jednak o kempingu w zarządzie PTTK, który jest kilkaset metrów dalej. Kompletnie o nim zapomniałem, choć kilka miesięcy temu przejeżdżałem obok. Byłem chyba jedynym gościem, a już na pewno jedynym z namiotem. O ciepłej wodzie mogłem pomarzyć. W ogóle temperatura wody w kranach zraziła mnie do korzystania z niej. Mogłem przystać na propozycję ludzi, z którymi rozmawiałem wcześniej. Warunki byłyby te same, a nie wydałbym ani grosza.
Kategoria Polska / zachodniopomorskie, Polska / lubuskie, kraje / Polska, pod namiotem, Puszcza Notecka, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, mikrowyprawa, rowery / Trek

Aby wrzesień był ładniejszy

  32.98  01:31
Postanowiłem pokręcić jeszcze odrobinę, aby ten miesiąc nie był taki słaby. Wróciłem do domu, przebrałem się i bez zwłoki pojechałem przed siebie.
Nie miałem planu, więc na początek wyruszyłem na północ. Zmrok złapał mnie szybko, a ja się zgubiłem. Podejrzewam, że to wina zmroku, bo choć jechałem tamtą drogą, było to dawno. Gdy dotarłem do rezerwatu Meteoryt Morasko, wtedy się zorientowałem i pojechałem dalej przed siebie. Było mi mało, więc skierowałem się do Kiekrza, aby przejechać się zachodnim klinem zieleni. Trafiłem tam tylko na jednego matoła na rowerze, który mnie oślepił (mimo że już z daleka go uświadomiłem swoją latarką). Zobaczyłem też dziesiątki drzew, które ucierpiały kilka miesięcy temu podczas burzy. Widocznie bardzo dawno jechałem tym szlakiem, skoro tego nie pamiętam. W mieście przy tej temperaturze było niewielu ludzi.
Wrzesień się skończył. Liczę na dobry październik.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Cyklotrasa milicka

  195.60  08:55
Minęło sporo czasu od mojej ostatniej wycieczki. Dzisiaj postanowiłem pokonać wytyczoną na starym nasypie kolejki wąskotorowej 20-kilometrową drogę dla rowerów z Sułowa do Grabownicy w Parku Krajobrazowym Dolina Baryczy. Musiałem tylko znaleźć się na Dolnym Śląsku.
Na początku tego miesiąca wybrałem się w dwutygodniową podróż za granicę. Niestety bez roweru, choć miałem plany wypożyczenia czegoś na miejscu. Nie udało się, ale odkryłem w sobie zamiłowanie do backpackingu. Przynajmniej z początku, bo gdy po kilku dniach chodzenia z ciężarem na plecach zaczęły boleć nogi, to oczywiście odechciewało się wszystkiego. Po powrocie plecak rzuciłem w kąt, a na rower nie mogłem znaleźć czasu ani ochoty. Rozleniwiłem się po prostu. Dzisiaj w końcu udało mi się wziąć w obroty plan sprzed kilku już lat.
Droga na południe to zdecydowanie nuda. Wrzuciłem do planu kilka miejscowości, w których moje koło nie odcisnęło śladu, a które były oznaczone na żółto na mapie Demartu jako miejscowości z cennymi zabytkami. Powoli zaczynam się też rozglądać za oznakami jesieni. To chyba moja ulubiona pora roku i nie może w niej zabraknąć widoku złotego stroju Matki Natury. A jeszcze gdy dodać góry, to już całkiem – nogi miękną, aby zatrzymać się do zdjęć.
Do Sułowa, czyli początku mojej głównej atrakcji na dzisiaj, dotarłem wieczorem. Słońce zaczynało czerwienieć na niebie, a przede mną tyle kilometrów. Planowałem z początku pojechać aż do Kępna, żeby zaliczyć przy okazji jakąś gminę, ale to kawał drogi; i gdzie później szukać pociągu do domu? Pozostawało trzymać się planu.
Droga dla rowerów ma kilka różnych nawierzchni – asfaltową, szutrową i betonową. Największego minusa projektanci mają za brak jakiegokolwiek przejazdu dla rowerów. Każde skrzyżowanie z drogą czy nawet z leśną ścieżką kończyło się w taki sposób, że zgodnie z polskim prawem musiałbym zsiąść z roweru, przeprowadzić go przez skrzyżowanie i dopiero za nim jechałbym dalej. Ciekaw jestem, czy w historii tej trasy ktokolwiek tak zrobił.
Wciąż się głowiłem, dokąd udać się na pociąg powrotny. Było kilka miast na oku. Między innymi Milicz, dlatego nie skręcałem do jego centrum w trakcie przejazdu. Kawałek dalej znalazłem się w rezerwacie Stawy Milickie, który rozbrzmiewał ptasim śpiewem, a w zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Cieszyłem się też z braku śmieci wzdłuż mojej drogi. Do czasu, aż spotkałem dzikie wysypisko. Szlag człowieka trafia, gdy widzi ślady ludzkiej próżności i głupoty.
Niestety na pociąg z Milicza nie zdążyłbym, dlatego skierowałem się do Ostrowa Wielkopolskiego. Zmrok zbliżał się wielkimi krokami, na niebie pojawił się olbrzymi księżyc (jutro będzie jego perygeum). Gdy znalazłem się w Sulmierzycach, wiedziałem, że nie wyrobię się do Ostrowa, dlatego sprawdziłem w internecie rozkład jazdy pociągów z Krotoszyna. Przycisnąłem mocniej w pedały i na peronie znalazłem się na 3 minuty przed pociągiem. Niestety popełniłem jeden błąd, bo wydawało mi się, że wsiadam do bezpośredniego pociągu do Poznania. Niestety ostatnią stacją było Leszno. Okazało się, że wertując rozkład jazdy, spojrzałem na pociąg o godzinie 18, a było po 20. Co zrobić? Dojechałem do Leszna, tam kupiłem bilet na kolejny pociąg i poszedłem zdrzemnąć się na ławce. Miałem na to ponad 4 godziny. Myślałem o pojechaniu do Poznania rowerem (dojechałbym do domu dużo wcześniej niż pociągiem), ale nie miałem już ani sił, ani ubrań na tę chłodną noc.
Przykre wieści. Przejechałem dopiero 11 tys. km na obecnym napędzie, a zębatka nr 5 (w 7-rzędowej kasecie) przestała być funkcjonalna. Najwidoczniej najczęściej jej używałem, więc zaczęła powodować przeskakiwanie łańcucha. Podejrzewam, że winny jest brak zróżnicowania terenu, abym mógł korzystać ze wszystkich biegów. Powinienem w ogóle kupić sobie jakiś single speed z paskiem zamiast łańcucha. Toby dopiero był hippisowski rower na poznańskie „włości”. Tylko czy warto, skoro nie podoba mi się tutaj?
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, po dawnej linii kolejowej, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Radziejów

  178.77  08:30
Niedziela, dzień powrotu do domu. Jako że nie umiem pływać, planowałem wczoraj zrezygnować z wyjścia na kajaki z innymi, aby wykonać krótki plan przejażdżki do Radziejowa, który tworzył dziurę na mapie zaliczonych gmin. Dałem się jednak namówić na spływ (i, jak widać, przeżyłem), przez co dzisiaj musiałem połączyć dwa plany.
Wyruszyliśmy chwilę po południu. Moja grupa w autokarze na zachód, a ja rowerem na północ. Było upalnie i odrobinę wietrznie, ale wystarczyło dojechać do Radziejowa, żebym mógł zacząć rozkoszować się jazdą z wiatrem. Droga była bardzo prosta, a na jej końcu zatrzymałem się w restauracji na obiedzie. Zamówiłem jakieś mięso. Nic specjalnego.
Potem była nuda, zwłaszcza że wiatr ustał. Droga krajowa, wioski, szybka przeprawa przez Gopło, topienie się w piaszczystych drogach i znów asfalty. Zmierzch złapał mnie tuż przed Witkowem. Samo miasto przywitało mnie chorą drogą dla rowerów. Właściwie nikt nie wie, co to jest. Nawierzchnia z kostki Bauma, dwa kolory, które sugerują rozdzieloną drogę dla pieszych i rowerów, z czego część o kolorze beżowym (czy jak go tam nazywają) ma zaledwie 40 cm szerokości. Do tego brak znaków pionowych, a z tych poziomych są tylko przejazdy dla rowerów. Każdy wjazd do posesji dodatkowo ma obniżony profil, przez co jazda tym chodnikiem to gwarantowana choroba lokomocyjna. Gdy w końcu pojawił się pierwszy znak pionowy, musiałem wjechać na to cholerstwo. Ruch na drodze i tak zaczął się wzmagać.
Z początku miałem jechać do Gniezna, ale zrezygnowałem z tego pomysłu i skierowałem się na Pobiedziska przez Czerniejewo. Czas dłużył mi się bardzo, a zmęczenie dawało się we znaki. Do domu dotarłem o północy. Przynajmniej nie było zimno.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, z sakwami, rowery / Trek

W kłębach popiołu

  108.37  04:08
Jak rok temu, tak i dzisiaj ruszam na 3-dniową imprezę integracyjną z moją firmą. Może nie do końca wspólnie, bo oni wyjechali 3 godziny po mnie. Ja wyjątkowo na tę imprezę wsiadłem na rower oraz zabrałem kilka planów na trasy rowerowe. Nie chciałem mieć nierowerowego weekendu, zwłaszcza że prognoza pogody na kolejne dwa dni zapowiadała się całkiem znośnie.
Wyruszyłem punkt 6. Po wydostaniu się z miasta zacząłem pędzić nawet 30 km/h. Wybrałem drogę krajową jako najlepszą opcję na szybkie przemieszczenie się na wschód. Było ciepło, ale pochmurnie i... deszczowo. Powitała mnie z rana mżawka, która po pewnym czasie zamieniła się w sączący się deszczyk. Odstałem trochę na stacji benzynowej. Popijając kawę, rozważałem opcje dalszej jazdy. Wszak nieopodal ciągnęła się linia kolejowa. Mimo wszystko nie darowałbym sobie takiej porażki, więc kontynuowałem jazdę przy tej niepogodzie. Padało czasem mocniej, czasem lżej, ale nie czułem się przemoczony.
Największy ruch na drogach był tuż przy miastach w ich kierunku. W sumie była to pora dojazdu do pracy. Ludziom się powodzi. Tyle aut wiozących tylko jedną osobę. Istna burżuazja. We Wrześni poobijałem się o krawężniki na nędznej drodze dla pieszych i rowerów, a za miastem wpadłem na coś dla mnie nowego. Ekologiczne nawożenie pól uprawnych popiołem drzewnym. Szkoda tylko, że wybrali taki dzień. Prawie brak wiatru powodował, że kłęby popiołu tłoczyły się w wielkich chmurach. Przenosiły się na drogę, a opad deszczu tworzył materię lepiącą się do wszystkiego, tak że po kilku minutach od ustania deszczu byłem cały biały. Pył praktycznie niemożliwy do usunięcia bez poświęcenia tony czasu. Nie wiem, kiedy ja to usunę. Deszcz niestety przestał padać i nie było mowy o darmowej myjni.
Za Słupcą zjechałem na bardzo ruchliwą drogę wojewódzką, aby później ruszyć lokalnymi. Ostatnie kilometry po nierównościach nie były zbyt efektywne. Dojechałem do antyrowerowego Mikorzyna (zakaz znalazł się nawet na bramie ośrodka, do którego zmierzałem), gdzie cała ekipa właśnie wysiadała ze złotego autokaru. Dotarłem w samą porę.
Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, z sakwami, rowery / Trek

Do Frankfurtu

  202.49  08:17
Od jakiegoś czasu kusiło mnie, żeby pojechać gdzieś daleko za granicę. Wypadło na Niemcy, bo są najbliżej. Przyszedł mi na myśl Frankfurt. Chciałem zobaczyć, jak wyglądają niemieckie drogi w większym mieście.
Wyruszyłem późnym rankiem, a może wczesnym przedpołudniem. Za dużo czasu spędziłem na planowaniu. Niepotrzebnie. Droga była prosta niczym kij od szczotki. Ponieważ miałem z wiatrem, to mogłem rozpędzać się bez większego zmęczenia. Odrobiłem dzięki temu czas spędzony w domu. Postojów nie robiłem dużo. Ot, żeby odpocząć lub zjeść. W Buku zjadłem drugie śniadanie. W Zbąszyniu najpierw odwiedziłem pozostałości po twierdzy, a potem w typowej restauracji nad jeziorem zjadłem niczym niewyróżniającą się rybę. Zaliczyłem jedyną zbąszyńską drogę dla rowerów, drogę wojewódzką szerokości leśnego duktu, a potem Świebodzin. Miałem nadzieję rzucić okiem na tę figurę, co to o niej było kiedyś głośno, ale stanęła na takich przedmieściach, że nie chciało mi się zjeżdżać z głównej trasy. Potem pojechałem drogą krajową. Wynudziłem się tam po wsze czasy. W ogóle ta cała wycieczka nie była ciekawa. Pozostała nadzieja kolejnego dnia.
Gdy docierałem do Rzepina, zaczynało zmierzchać. Poszukiwania noclegu trwały długo. Objechałem całe miasto, bo ślamazarny dostęp do internetu nie potrafił szybko mi pomóc we wskazaniu miejsc noclegowych. Na szczęście znalazł się hotel w innym mieście – w Słubicach. Dotarłem tam po niespełna godzinie jazdy po pustej drodze w mroku (no, może ze światłem latarki). Wpadło nawet 200 km na liczniku, z czego byłem zadowolony.
Kategoria Polska / lubuskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Nad jezioro w Obornikach

  106.62  04:43
Zaczęły się nieznośne upały. Chciałem dzisiaj wyjechać wcześnie rano, ale nie udało mi się i już po kilkudziesięciu kilometrach czułem powolne wyparowywanie energii.
Nie chciałem jechać daleko. Wolałem zrobić szybką pętlę przed południem, zanim temperatura naprawdę dałaby się we znaki. Skierowałem się najpierw na Szamotuły. Standardowa droga, więc bez rewelacji. Potem uderzyłem na Oborniki, bo wcześniej tamtędy nie jechałem. Nie był to najlepszy wybór, ponieważ wzdłuż niej ciągnęły się tragicznej jakości drogi dla rowerów. Miara się przebrała, gdy wpadłem w taką dziurę, że prawie poleciałem na twarz. Zjechałem na ulicę i ignorowałem wszelkie znaki postawione przez pojebanych ludzi. O ile to jeszcze ludzie.
Dojechawszy do Obornik, miałem dość. Skierowałem się na dworzec kolejowy. Gdy go w końcu odnalazłem, okazało się, że mam szczęście, bo pociąg odjeżdżał w przeciągu pięciu minut. Był jeden problem – nie miałem gotówki. Wyjrzałem na ulicę, ale nie dostrzegłem bankomatu. Pojechałem w jego poszukiwaniach aż do centrum. Podobną sytuację miałem w Koźminie Wielkopolskim, z tym że wtedy zdążyłem. Do kolejnego pociągu były 2 godziny. Pojechałem nad jezioro, które zauważyłem podczas wcześniejszych poszukiwań dworca. Na plaży było niedużo ludzi. Miałem na sobie sandały, koszulkę i kolarki. Te ostatnie musiały mi zastąpić kąpielówki. Woda była bardzo przyjemna, choć pozostawiała brunatny nalot na włosach. Przesiedziałem w niej ponad 2 godziny z przerwami, żeby się rozgrzać. Przyznam się, że nie umiem pływać i próbowałem ze wszystkich sił się nauczyć. Nie jest to proste. Nie wiem, jak to przychodzi z innym z taką łatwością. Jeśli upały nadal takie będą, to zacznę częściej jeździć nad wodę. Może następnym razem bliżej, a może gdzieś dalej.
Ostatecznie nie wybrałem najłatwiejszej opcji powrotu do domu pociągiem i ruszyłem na południe bez koszulki, susząc się i wyrównując opaleniznę rowerową. Nie mogę pozbyć się nieopalonych miejsc na twarzy po paskach od kasku. Na szczęście wybrałem lokalne drogi i mogłem bezpiecznie jechać z gołą głową. W połowie drogi do Poznania ciemne chmury spowiły niebo i skończyło się słońce. Temperatura zaczęła spadać do przyjemnego poziomu. Zanosiło się na deszcz, jak prognozowało meteo.pl. Na szczęście dotarłem suchy, a deszcz zaczął ciapać dopiero wieczorem. Przez okno zaczął wtedy wiać taki przyjemny wiatr.
Na pewno kilka osób ucieszyłby fakt, że nie mam stopki w rowerze. Zaczęło się to tak, że od kilku dni z tylnego koła uciekało powietrze, jednak wystarczyło raz dziennie dopompować dętkę i mogłem dalej jeździć. Miałem wczoraj chwilę, żeby to zbadać, ale żadnej dziury nie znalazłem. Wciąż ona tam jest, bo dzisiaj powietrze też zeszło. Przy okazji chciałem nasmarować zawias w stopce, bo mocno hałasował. Coś mnie jednak podkusiło, żeby odkręcić pewną śrubę. Wszystko wyczyściłem, nasmarowałem i pojawił się problem, bo ani rusz nie udało mi się z powrotem zakręcić śruby, a wszystko przez dwa niezależnie ruchome elementy. Tak wylądowałem bez stopki. Miałem nadzieję zdążyć kupić nową dzisiaj przed zamknięciem sklepów, ale zrobię to jutro.

Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery