Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:60971.37 km (w terenie 3370.14 km; 5.53%)
Czas w ruchu:3580:12
Średnia prędkość:16.84 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:460934 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:704
Średnio na aktywność:86.61 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Rozsypałem się w połowie drogi

  83.46  05:06
Rano było wciąż chłodno, gdy ruszałem. Szare niebo nie wróżyło niczego dobrego. Spakowałem się i ruszyłem dalej na zachód. Problemy z noclegiem czas zacząć, ale może o tym w kolejnym odcinku. Dzisiaj będzie o innych tarapatach.
Wyjechałem z Hiroshimy inną drogą niż wczoraj, bo chciałem poruszać się trochę więcej po ulicy niż po chodnikach. Trochę jednak przekombinowałem, bo tuż przy wyspie bogów, którą odwiedziłem wczoraj, znalazłem się na ślepej uliczce. Chciałem ominąć zakaz wjazdu rowerem oraz objazd dla rowerzystów, który prowadził przez kładkę nad ulicą. Nie miałem zamiaru wpychać roweru na górę, więc jechałem prosto przed siebie, gdy zorientowałem się, że moja droga kończy się na półwyspie. Znalazłem jakiś wiadukt, ale kierowca autobusu coś zaczął gestykulować, że jadę złą drogą i zawróciłem. Tak sobie jednak pomyślałem, że co będę zawracał nie wiadomo ile i wróciłem do tamtego wiaduktu, wspiąłem się na niego dużo prościej niż na kładkę i znalazłem się dokładnie tam, gdzie chciałem, czyli na drodze dalej na zachód. Kompletnie nie wiem, co tamten kierowca chciał mi przekazać, ale wydaje mi się, że nie zrozumieliśmy się po prostu.
Wracając do jazdy, nie była łatwa, bo główna droga przepełniła się ciężarówkami i kilka razy miałem kłopot, żeby przedostać się na chodnik po drugiej stronie drogi. Niestety w Japonii też jest ten problem, że pewne chodniki zostały zbudowane odcinkami po przeciwnych stronach dróg. Ratowałem się czasem, uciekając na drogi osiedlowe, ale bywa i tak, że osiedla mają tylko jeden wjazd. No i co zrobisz? Trzeba zawracać.
Tak sobie jadę, a tu nagle coś trach! Jakby łańcuch spadł na inną zębatkę. No to kręcę korbą, aż zaskoczy. Jadę jeszcze kawałek, normalnie, a tu znienacka korbę zablokowało. Noo – myślę sobie – łańcuch się zawinął wokół zębatki. Zsiadam, oglądam, a tam wszystko równo. Co jest? Głowię się, głowię i patrzę na wałek korby, że tak nierówno. Patrzę bliżej, a tam kulka z łożyska przylepiona do elementu korby. Pięknie, tego mi właśnie brakowało. Szybko wyszukałem najbliższy serwis rowerowy i ruszyłem. Kilka kilometrów, to zrobiłem sobie hulajnogę z roweru. Nieco szybciej niż na piechotę, a już nie liczyłem na to, że w obecnym stanie uda się coś z tej korby poskładać.
Doczłapałem do jakiejś budki. Starszy człowiek, tylko po japońsku, ale pokazałem palcem. On na to, że nie, że to dalej trzeba do kolejnego punktu. Potoczyłem się dalej, kilka kilometrów tylko i znowu budka z paroma starszymi Japończykami. Tym razem pokazali na mapie dokąd jechać. Właściwie to dalej hulać na pół rowerze. Tam już bardziej sportowy sprzęt, ale pan mnie odesłał na drugą stronę ulicy. Dobrze, że nie dalej. Serwisant popatrzył, popsikał smarowidłem i powiedział, że jest dobrze. Korba znów zaczęła się kręcić. Łamaną angielszczyzną powiedział, że nie ma części, bo trzeba cały mechanizm korbowy wymienić. Miałem pecha, ale z tym magicznym smarem wydawało się, że można jechać. Więc wsiadłem na rower, jeszcze kilka razy coś trzasnęło, ale mogłem jechać. Uff, miałem nadzieję, że rower nie rozwali się kompletnie dalej, bo przede mną był odcinek nie dość, że górski, to jeszcze bez zabudowań. No to się wkopałem.
Jechałem bardzo wolno, bo każde szarpnięcie powodowało zgrzyt w korbie. Każdy podjazd musiałem płynnym ruchem zdobyć. Zapadł zmrok, temperatura spadła do 3 °C, choć za dnia było nawet 10. Spóźniłem się do pracy, więc gdy dojechałem do mieszkania znalezionego na AirBnb, musiałem zostać dłużej przy komputerze. Życie nomady nie jest takie proste.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, z sakwami, za granicą, Japonia / Hiroshima, Japonia / Yamaguchi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

W drodze do Hiroshimy

  93.97  06:04
Wczoraj jakoś mi się udało dostać do hostelu na zboczu góry, ale ruszenie w dalszą drogę nie było już tak kolorowe. Najpierw musiałem wnieść rower i bagaż po schodach na górę, gdzie zaczynała się droga. Udało mi się, ale za bardzo kombinowałem z dalszą jazdą i – próbując pojechać na skróty – dojechałem do schodów. Z początku miały pochylnię, po której staczałem rower, ale potem nie zostało nic poza stopniami do pokonania. Zakręt po zakręcie i jakoś udało mi się znieść cały ten majdan. Zużyłem bardzo dużo energii. Czułem, że nie będzie to lekki dzień.
Pojechałem najpierw wzdłuż wybrzeża, a potem trochę po górach. Nie zdążyłem skończyć podjazdu, gdy zaczęło padać. Zaczęło lekko, ale na zjeździe lunęło. Schowałem się pod przydrożnymi bambusami, bo było pod nimi sucho. Po kilkunastu minutach przestało padać, więc dokończyłem zjazd. Przejechałem jeszcze kilka kilometrów, gdy znowu zaczęło lać. Schowałem się pod wiaduktem i telepiąc się z zimna, wrzuciłem na siebie jeszcze jedną warstwę pod kurtkę i długie spodnie na nogi. Padało długo i gęsto. Z mojego pierwotnego planu jazdy wzdłuż wybrzeża przez miasto Kure nie zostało nic. Pojechałem drogą krótszą, choć podejrzewam, że równie górzystą. Deszcz ustał wieczorem, choć było nadal zimno. Ślamazarnie toczyłem się do Hiroshimy. Wyczerpany dojechałem o godz. 20 do kolejnego hostelu. Musiałem odpocząć.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, z sakwami, za granicą, Japonia / Hiroshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Shimanami Kaidō

  95.00  05:39
Ciągle słyszałem o pewnym szlaku, który łączył ze sobą 8 wysp japońskich. Nie miałem w planach wizyty na Shikoku, czyli wyspie, na której spędziłem ostatni tydzień, ale gdy już zaplanowałem tę wizytę, miałem na celu przejazd szlakiem Shimanami Kaidō.
Shimanami Kaidō jest trasą samochodową, ale podczas budowy mostów łączących wyspy pomyślano o rowerzystach. Powstała wydzielona infrastruktura dla pieszych i rowerzystów, a także dla skuterów. W ten sposób każdy uczestnik ruchu może swobodnie poruszać się między głównymi wyspami – Shikoku oraz Honshū. No, może prawie, ale o tym za moment.
Jak zwykle dałem się sfotografować właścicielowi hostelu. Nie tylko ze względu na to, że jeżdżę na trzech kołach, ale również dlatego, że robię to w grudniu. Przez chmury przeciskało się słońce, ale i tak założyłem nogawki i bluzę. Za pierwszy punkt dnia wybrałem zamek. Nie miałem jednak ochoty wchodzić do środka, bo wiedziałem czego się spodziewać. Na płaskim terenie nie było dużo do zobaczenia z wieży, a wnętrza pewnie też nie były wypełnione niczym ciekawym. Obszedłem tylko dziedziniec i wróciłem do jazdy.
Już dojazd do pierwszego mostu był zdumiewający. Zaczęło się od typowego szlaku, czyli znakach na jezdni, które prowadziły rowerzystów standardową trasą przez 70 km od miasta Imabari do miasta Onomichi. Każdy most jest wyniesiony kilkadziesiąt metrów nad poziom wody, dlatego trzeba było jakoś się tam dostać. Zostały w tym celu wytyczone łagodne podjazdy, które wydłużały dystans, ale upraszczały podjazd, więc trasę mogą pokonać całe rodziny na rowerach, a nawet ja z moimi ciężkimi sakwami. Spotkałem setki kolarzy. Zarówno amatorów na kolarzówkach, jak i miejscowych na góralach i mieszczuchach.
Wracając do podjazdu. Gdy grunt się skończył, pojawił się ślimak. Wydzielony ślimak dla rowerów. Byłem pod wrażeniem, bo do tej pory tylko słyszałem o nim, a dzisiaj mogłem po nim wjechać na szczyt mostu Kurushima-Kaikyō. Ów most chwali się jako najdłuższy na świecie ciąg mostów podwieszanych. Miał prawie 2 kilometry, ale myślałem, że istnieją dłuższe mosty. Chyba że kategoria robi różnicę. W każdym razie, wydawało się, że droga 80 metrów nad wodą nie ma końca. A może to duża liczba przystanków dawała takie wrażenie?
Dojechałem na drugą wyspę, zaczynając od Shikoku. Jeszcze w hostelu dostałem rządową mapę z trasami rowerowymi i atrakcjami. Skusiłem się, żeby pojechać trasą eksploratora, która prowadziła wybrzeżem (trasa rekomendowana poleciała środkiem wyspy). W sumie za dużo nie zwiedziłem. Odechciało mi się eksplorowania na pierwszym podjeździe, który wycisnął ze mnie dużo energii. Zacząłem rozglądać się za jedzeniem. Nie trafiłem na nic na tamtej wyspie, więc zacząłem podjazd do mostu na wyspę trzecią. Każdy most czymś się od siebie różnił, więc miałem dodatkową atrakcję, gdyby znudziło mi się patrzenie na wodę. Żartuję, widoki też były piękne.
Na trzeciej wyspie trafiłem na postój Michi-no-Eki. Kupiłem niewielkie bento, lokalne słodycze i mandarynki, których niska cena mnie zaskoczyła. Zjadłem i ruszyłem dalej, ubrany w kolejną kurtkę. Zachmurzenie się zwiększyło i zaczęło mocniej wiać, a ja trząść się z zimna. Z tego powodu całkowicie zrezygnowałem z dalszej eksploracji wysp i po przedostaniu się na wyspę czwartą nie zatrzymałem się w sanktuarium cyklistów, jak nazwano postój zlokalizowany w połowie szlaku. Widziałem go z góry i nie chciało mi się zawracać. Miałem jeszcze nadzieję, że będą jakieś schody na dół, ale nic z tego. Przegapiłem to miejsce. Na moście tymczasem przekroczyłem półmetek i granicę prefektur Ehime i Hiroshima.
Zatrzymałem się na piątej wyspie na przystanku wśród hektarów drzew cytrusowych. Aż zapragnąłem spróbować owoców, które kupiłem. Trochę się obawiałem, że ktoś posądzi mnie o kradzież, bo mogłem sięgnąć ręką po pomarańczę czy yuzu. No ale kupiłem mandarynki, a jak okiem sięgnąć nie widziałem ich na drzewach. Nikt też nie zwrócił uwagi na mnie, więc zjadłem dwa owoce i pojechałem dalej.
Trafiłem na większą liczbę zabudowań na wyspie. Również miejscowych rowerzystów było więcej, więc gdy jechali grupkami, nie byłem zbyt zadowolony, bo ciężko takich wyminąć. A jak już się wyminie, to postój na zdjęcie kończy się potrzebą ponownego wyprzedzania całej wesołej gromady. Znalazłem też jakąś ciekawą świątynię – Kōsan-ji. Była bardzo kolorowa, ale bilet wstępu kosztował majątek. Darowałem sobie zwiedzanie, bo i czas jakoś tak uciekał. Miałem przed sobą jeszcze 3 mosty.
Przed wjazdem na most na szóstą wyspę pojawiło się słońce, więc udało mi się złapać jeszcze kilka ładniejszych ujęć na fotografiach. Potem miałem trochę gór do pokonania, na których znów znalazłem kwitnące drzewa wiśni. Tak dojechałem do mostu szóstego. Ten był inny niż wszystkie. Droga dla rowerów, pieszych i skuterów biegła pod mostem. Widok przez kraty był dość smutny, więc szybko znalazłem się na siódmej wyspie.
Zabudowania rozciągały się po horyzont. Pojechałem rekomendowaną trasą prawie do końca. Prawie, bo to był koniec szlaku dedykowanego rowerzystom. Dalej był stary most, przy budowie którego nikt nie pomyślał o rowerzystach. Rekomendowaną trasą do przedostania się na wyspę ósmą był płatny prom. Ja nie chciałem wydawać pieniędzy, więc za wszelką cenę chciałem sprawdzić warunki na moście. Od jednej strony był koszmar, bo korek ciągnął się na kilka kilometrów i nie było pobocza. Na mapie znalazłem drogę nieco okrężną, ale dojechałem do mostu. Tam niespodzianka, bo miejsca wystarczyło tyle, że auta mogły mnie wyprzedzić bez szczególnych trudności. A na dodatek most zaczął „płonąć”. Czerwone słońce wyjrzało zza chmur, pochłaniając wszystko swoim czerwonym światłem. Szkoda, że nie miałem się gdzie zatrzymać, bo wyglądało to nieziemsko.
Dojechałem do Honshū, największej wyspy Japonii. Pozostała już tylko jedna trudność logistyczna. Dostać się do hostelu na wzgórzu. Problem był taki, że prowadziło do niego 360 stopni. Po wymianie wielu wiadomości z właścicielem, udało mi się znaleźć rozwiązanie i przejazd okrężną drogą przez chram, który znajduje się na szczycie góry. Było ciężko, ale metr za metrem i dojechałem... sam nie wiem dokąd. Była bramka z poborem opłat. Zawróciłem więc i zrobiłem objazd, trafiając do niewłaściwego hotelu. Znów podjazd i w końcu dojechałem maksymalnie blisko, jak tylko mogłem rowerem. Resztę pokonałem na własnych nogach, mając do hostelu tylko kilkadziesiąt stopni, ale bagaż i rower zniosłem w dwóch turach. Uff, to był wyczerpujący dzień.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Ehime, Japonia / Hiroshima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Deszcz, wiatr, zmrok i co jeszcze?

  103.16  06:11
Przebudziłem się w nocy kilka razy. Słyszałem deszcz za oknem. W dawnej klasie przekształconej na miejsce noclegowe nie byłem sam. Coś przespacerowało się przez całą długość pomieszczenia. Słyszałem stukot łapek z pazurkami spokojnie idącego stworzenia. Byłem zbyt leniwy, żeby sprawdzić co to było. Nie hałasowało później, więc wróciłem do spania.
Rano były 3–4 °C. Gdy się zbierałem, deszcz odrobinę ustał, ale znów zaczęło padać, gdy już jechałem. Czekał mnie mokry zjazd. W rowerze zaczęło coś dziwnie trzeszczeć, jak przy układających się szprychach po centrowaniu. Sprawdziłem wszystkie szprychy i trzymały się. Miałem zagadkę na resztę podróży. Piękny początek dnia.
Deszcz po kilku kilometrach zamienił się w grad albo śnieg z deszczem. W każdym razie, nie mogłem jechać, bo tak boleśnie zacinało po twarzy. Schowałem się pod przypadkowym dachem, założyłem dodatkową bluzę, bo było mi zimno i ponieważ przemokły mi rękawice, musiałem założyć nowe, które całe szczęście kupiłem 2 dni wcześniej. Przeczekałem pod tym skrawkiem zadaszenia wystarczająco długo, że deszcz ustał. Kolejnym problemem było śniadanie. Nie mogłem trafić na żaden sklep przez kilkadziesiąt kilometrów. Dopiero w południe dotarłem do pierwszego miasta i zjadłem ciepły posiłek.
Ciężko się jechało. Deszcz ustał, ale pojawił się wiatr w twarz. Poruszałem się bocznymi uliczkami, żeby jakoś się schować przed nim i przed autami na głównej drodze. Zatrzymywałem się rzadko, żeby nie tracić czasu, choć widokowi ośnieżonych gór nie mogłem się oprzeć. Gdy zmieniłem kierunek na północny, wiatr ustał, ale zapadł zmrok. Na szczęście były to ostatnie przeciwności losu na drodze do hostelu. A zatrzymałem się w bardzo rowerowym miejscu, bo nawet mieli warsztat. Szkoda, że nie znalazłem przyczyny stukania w rowerze, bo może bym ją usunął.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Japonia / Tokushima, Japonia / Ehime, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

W starej szkole

  83.23  05:00
Zapowiadał się ciepły dzień. Wiatr, który siał strach przez ostatnie 2 dni zniknął i mogłem spokojnie ruszyć na zachód po kolejne przygody.
Za dużo się dzisiaj nie działo. Wybierałem głównie boczne drogi przy polach ryżowych, w miastach boczne uliczki, aż w końcu, nie mając wyboru, wjechałem na jedyną drogę, na której było tylko odrobinę mniej aut niż zwykle. Szybko mi jednak zleciał czas i skręciłem najpierw w głąb wyspy, a potem na jeszcze bardziej boczne drogi, bardziej strome.
Moje miejsce noclegowe na dzisiaj nie było tak łatwo odnaleźć, bo wskazówki były po japońsku, ale nie było zbyt wielu zabudowań w okolicy, więc na chybił-trafił znalazłem właściwe miejsce. Okazało się, że to budynek szkoły, który jeszcze kilkanaście lat temu edukował dzieci. Obecnie dawna szkoła przeżywa renesans, bo powstała tam kawiarnia, hostel i kilka innych usług. Z charakteru szkoły pozostało niewiele, więc klimatu jakoś szczególnie nie czuć. Na klatce schodowej zachowało się za to kilka zdjęć, nawet sprzed kilkudziesięciu lat.
Przez wiele kilometrów próbowałem znaleźć coś do jedzenia, ale nie było ani sklepu, ani restauracji. Dojechałem więc głodny do celu. Kawiarnię prawie zamykali, ale uratowali mnie, oferując pizzę i kawę z menu. Zapłaciłem tyle samo, co za nocleg, a wydałem na niego nie za dużo, bo warunki w hostelu były spartańskie. Brak pryszniców i spanie na podłodze w dawnej klasie we własnym śpiworze. Dobrze, że miałem go ze sobą. Można się było cieszyć górską ciszą. Było 6 °C na zewnątrz, a w środku piecyk gazowy dawał radę tylko podwoić wartość tej temperatury.

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Tokushima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Serpentyna w deszczu

  64.93  03:47
Zapowiadał się zwykły dzień na wyspie Shikoku. Załatwiłem z rana wszystkie formalności na poczcie i w banku (mój pobyt w Japonii związany jest z posiadaniem karty zamieszkania, a tym samym z płaceniem pewnych podatków) i ruszyłem lokalnymi drogami na wschód.
Niewiele się działo, aż dojechałem do wybrzeża. Tam zaczęło kropić. Nic strasznego, ale założyłem ubrania przeciwdeszczowe i zacząłem podjazd. Zaplanowałem pojechać drogą nr 1, która miała setki zakrętów i przekonała mnie do swojej niesamowitości. Nie zawiodłem się, bo było łagodnie i pięknie. Co skarpa zatrzymywałem się mimo drogi wąskiej na półtora auta. Ale ruchu nie było, więc nie martwiłem się. Na samym szczycie jeszcze znalazłem taras widokowy, ale wtedy to już całkiem zaczęło padać i musiałem ruszać dalej. Miałem z górki. Problem z tym, że w deszczu i bałem się wpaść w poślizg. Powolnym tempem zjechałem do miasteczka Itano, gdzie zatrzymałem się w domu gościnnym państwa Sanae. Dostałem piękny i przestronny pokój w stylu japońskim, aczkolwiek nie było tam ciepło przez specyficzną architekturę budynku (wchodzi się garażem i brakuje drzwi między nim i obszarem mieszkalnym, ale pewnie latem jest tam bajka).
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Kagawa, Japonia / Tokushima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Wyspa Shikoku

  33.48  02:12
Zanim ruszyłem w dalszą drogę, pokręciłem się po historycznej części miasta Kurashiki. Poranne słońce dodatkowo nadało blasku tamtemu miejscu. Szkoda, że czas mnie gonił, bo chciałem spróbować dostać się na prom.
Jak najbardziej bocznymi drogami dostałem się do miasta Tamano. Skusiła mnie droga z 360-stopniowym zakrętem, więc przejechałem przez górę i trochę się zawiodłem brakiem ciekawego widoku. Pewnie z lotu ptaka wygląda to efektowniej. Ochłonąłem i wróciłem do mojego planu – dojechałem do portu i zacząłem szukać miejsca, skąd odpływał prom. Na informacji pokierowali mnie na zasadzie „o tam”. Jakoś znalazłem „o tam”, upewniając się dwukrotnie: raz kasjera, który pomógł mi wybrać bilet z biletomatu i drugi raz kontrolera przed promem. Rower został przez marynarzy zabezpieczony, a ja udałem się na taras widokowy. Prawie bym zapomniał dodać, że zdążyłem na prom na 5 minut przed jego wyruszeniem.
Po godzinie znalazłem się w Takamatsu. Zarezerwowałem nocleg i ruszyłem odkrywać miasto. Pierwszy był oczywiście zamek, a właściwie jego ruiny. Przeszedłem całą trasę spacerową, a jest bardzo dużo do zobaczenia, co widać na zdjęciach. Zjadłem coś i nadal miałem duży zapas czasu przed zameldowaniem się w domu gościnnym. Pojechałem więc do kolejnego najczęściej odwiedzanego miejsca w mieście – ogrodu.
Ritsurin-kōen – dosłownie: kasztanowy ogród – ma prawie 400 lat. Przed wejściem zaczepili mnie wolontariusze, którzy zauważyli moją flagę. Pani, której imienia nie zapamiętałem, zaproponowała mi oprowadzenie po parku. Pochwaliła się tym, że odwiedziła kiedyś Polskę. Pokazała mi ścieżki i opowiedziała o parku w taki sposób, że nigdy nie wpadłbym na to, aby na niektóre rzeczy w dany sposób spojrzeć. Piękny park, choć spóźniłem się na jego jesienną szatę, którą zdążył częściowo zrzucić.
Po godzinie zwiedzania, gdy zrobiło się już dość zimno, nadszedł czas odwiedzenia mojego miejsca noclegowego. Trafiłem tam bez większych problemów i spędziłem wieczór na spisywaniu moich wypraw, bo zrobiłem trochę zaległości nie tylko w publikacji, ale również w opisywaniu wycieczek. Im dłużej zwlekam, tym bardziej lakoniczne opisy wypraw pozostają, a i pewnie wiele ciekawych momentów zdążyło mi wylecieć z głowy zanim je zanotowałem.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Okayama, Japonia / Kagawa, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Czy dłuższa droga będzie lepsza?

  117.36  07:18
Kierowałem się dalej na zachód. Właściciel hostelu zasugerował mi, abym nie jechał główną drogą, tylko wybrał wybrzeże. Skorzystałem z rady i pojechałem nad Morze Wewnętrzne (Seto Naikai).
Przejazd przez Himeji nie był łatwy, zwłaszcza gdy się wpakowałem do tunelu w środku miasta. Albo gdy mnie zatrzymał brak drogi przez tory. Ostatecznie pojechałem tak, jak chciałem – dostałem się na kręte drogi nadbrzeża. Było dużo podjazdów i zjazdów, ale aut też nie brakowało. Miałem wrażenie, że na dwójce, którą ominąłem miałbym chociaż chodnik, a tak jechałem razem z pojazdami.
Dlaczego się tego obawiam? Według statystyk Japończycy są jednymi z najgorszych kierowców na świecie. Mimo że nie byłem świadkiem żadnego wypadku, to niejednokrotnie ktoś wymusił na mnie pierwszeństwo czy wyminął mnie niebezpiecznie. Kierunkowskaz najczęściej widzę po wykonanym manewrze, a zaparkowane auto spotkałem już chyba w każdym możliwym miejscu. Do tego naczytałem się wielu historii i wolałem być uważny.
Jazda wzdłuż wybrzeża może i była urozmaicona widokami, ale zabrała mi strasznie dużo czasu. Byłem gdzieś w połowie drogi, gdy zaszło słońce. Temperatura spadła do 5 °C. Zapowiadała się ciężka noc. Wróciłem do planu sprzed podróży i wjechałem na główną drogę do Okayamy. Nie miałem jednak tak prosto, bo nocleg odnalazłem w następnym mieście, więc jeszcze nabijając 20 km, dotarłem do Kurashiki. Nawet ładne miasteczko z historyczną zabudową. Po zmroku ciekawie by się je zwiedzało, ale nie w tak niskiej temperaturze. Odnalazłem swój hostel i zatrzymałem się w ciepłym pokoju.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Japonia / Hyōgo, Japonia / Okayama, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Himeji

  59.07  03:27
Nie mogło zabraknąć wizyty w mieście z zamkiem uważanym za najpiękniejszy w Japonii. Po niebie płynęły groźne chmury, gdy zaczynałem swoją podróż. To tylko poprawiło estetykę gór skąpanych w promieniach słońca przeciskającego się przez obłoki. Jesień się niby kończy, ale wciąż można dostrzec jej piękno.
Jak zawsze, wybierałem boczne drogi, aby jechać po wygodniejszym asfalcie zamiast uciekać na chodniki. Raz nawet trafiła się droga dla rowerów wytyczona wzdłuż rzeki, ale ani nie biegła po prostej do Himeji, ani nie była specjalnie równa. Przejechałem się tylko jej kawałkiem.
Całe szczęście z tych ciężkich chmur nic złego nie wyszło. Dojechałem do miasta i od razu dostałem się pod zamek. Nie mogłem znaleźć miejsca parkingowego, więc skierowałem się do hostelu. Szybko załatwiłem formalności i pobiegłem do zamku.
No dobrze, poszedłem, ale widziałem przed sobą ludzi biegnących do niego. Po co, skoro gdy doszedłem, bramy wciąż były otwarte? W każdym razie, już zamykali. Miałem godzinę na zwiedzanie.
Trasa była jednokierunkowa, taka na godzinę, więc w sam raz, choć strażnicy mówili, abym się pospieszył. Nie wiedziałem, że wieżę zamkową zamykali pół godziny przed zamknięciem całego zamku. Przez megafony było słychać przypominacze po japońsku i po angielsku. Spokojnie gramoliłem się piętro po piętrze na samą górę, starając się nacieszyć widokami wnętrza tej niesamowitej budowli. A z okien rozciągały się widoki na „płonące” miasto. Zachód słońca był dzisiaj wyjątkowo piękny. Chmury przepadły i wszystko zostało skąpane w czerwieni. Nawet zamek, z którego wyszedłem i sfotografowałem na dziedzińcu. Kilka minut później było po wszystkim. Zrobiło się zimno i wróciłem do hostelu.

Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hyōgo, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Ruszam na zachód

  78.13  04:32
Przedwczoraj robiłem za fotografa, więc kilka zdjęć z tej okazji trafiło do mojej galerii, a wczoraj przez cały dzień padało i nie udało mi się wybrać w pożegnalną wycieczkę po Kyōto. Dzisiaj wyruszyłem na zachód, aby uciec przed zimą. Do kolekcji dorzucam jeszcze kilka zdjęć z wizyty (pociągiem) w Kyōto, gdy zatrzymałem się w Ōsace.
Dzień był pochmurny, ale ciepły. Po miesiącu jazdy na lekko musiałem znowu robić to samo i powoli uczyć się jazdy z ciężkim bagażem. Zaplanowałem trochę gór, aby nie pchać się ponownie do Kōbe. Jechało się całkiem lekko, choć po kilkudziesięciu kilometrach w oddali dojrzałem deszcz, który próbował mnie dopaść. Całe szczęście tylko chwilę pokropiło i nie musiałem nawet zakładać przeciwdeszczowych ubrań.
W mieście Sasayama kusił mnie zamek, ale rozmyśliłem się, gdy zobaczyłem cennik. Słońce pokazało się na koniec dnia, ale akurat w najpiękniejszym momencie, czyli złotej godzinie. Szkoda tylko, że tak mało miałem obiektów do fotografowania.
Dojechałem do domu gościnnego w mieście Tanba. Przywitała mnie właścicielka ze swoją córką. Zaskoczyło mnie to, że nastolatka mówiła bardzo dobrym angielskim. Porównując ze starszymi od niej Japończykami było to dość intrygujące. Czyżby program nauczania w japońskich szkołach się zmienił?

Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hyōgo, Japonia / Kyōto, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery