Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Włodawa

  144.37  06:36
W przerwie między opadami deszczu warto było się gdzieś wybrać. Zaplanowałem dwie trasy na tę wizytę w rodzinnych stronach. Ze względu na silny wiatr z zachodu, dzisiaj wypadło na Włodawę. Martwiła mnie ilość terenu, bo nawet nie wiedziałem w jakim stanie będą drogi.
Ruszyłem przed siebie, przez Krobonosz i Sawin. Wiatr wiał porywisty i jazda była nieprzyjemna. Musiałem się zatrzymać w polu kukurydzy, żeby wytrzeć smar z łańcucha, bo na chwilę przed wyruszeniem naprędce wyczyściłem napęd i nasmarowałem łańcuch. To jest ciężki okres dla mojego roweru, tyle kilometrów w tak krótkim czasie i jeszcze ta pogoda.
Jechałem prosto przed siebie, po równinach, od czasu do czasu podjeżdżając jakąś górkę, jednak z żadnej nie był widoczny jakikolwiek zachwycający widok. Ponure niebo spowite szarością potęgowało myśli o zbliżającym się końcu lata. W końcu, za Kosyniem wjechałem na pierwszą drogę leśną, drzewa zasłoniły wstrętny wiatr, a ja parłem przed siebie po grząskim szutrze. Nie było tak źle, jak myślałem. Znalazł się nawet jakiś stary asfalt, a po drodze minąłem kilkunastu grzybiarzy.
Wyjechałem z lasu, dostając się do stacji kolejowej Sobibór. Zauważywszy tablicę informacyjną na peronie, więc postanowiłem zatrzymać się na trochę i poczytać kawał historii o tym miejscu. W tej chwili znajduje się tam muzeum, ale podczas II wojny światowej był to obóz zagłady. Życie straciło wiele narodowości, jednak największe liczby mówiły o Żydach. Niemcy byli na tyle przebiegli, że pasażerowie pociągów jeżdżących linią kolejową po drugiej stronie drogi od obozu, nie wiedzieli o charakterze całego miejsca. Teren między stacją kolejową i obozem był przegrodzony budynkami oficerów niemieckich. Pod koniec istnienia obozu wybuchło powstanie, po którym Niemcy zdecydowali się zrównać to miejsce z ziemią. Do dziś zachowały się jedynie relikty obozu oraz prochy pomordowanych.
Miałem mały dylemat, gdy dojechałem do skrzyżowania z drogą leśną. Przejazd był zablokowany przez koparkę, a obok była informacja o zakazie wjazdu. Nie żebym się czepiał, ale była po lewej stronie, a że nikogo w pobliżu nie widziałem, to ominąłem przeszkodę i ruszyłem przed siebie. Po pewnym czasie dojechałem do miejsca, gdzie stara droga łączyła się z nową – widać było z jakich materiałów i ilu warstw powstaje. Duża ilość piachu wymaga specjalnych siatek, które powstrzymują podkład przed rozchodzeniem się na boki. Sprytne.
Po drodze minąłem dziesiątki grzybiarzy, aż wyjechałem na drogę asfaltową, z której wypatrzyłem kolejne kilkadziesiąt osób śmiesznie chodzących jedna za drugą, jakby myśleli, że naśladowani przegapili jakieś grzyby. W Orchówku wypatrzyłem mapę regionu z zaznaczonymi przeróżnymi szlakami. Gdybym tylko miał tyle czasu, żeby zjeździć te okolice, lasy są tutaj takie piękne.
W końcu dojechałem do miasta trzech kultur, czyli Włodawy. Akurat od 19 do 22 września trwał XIV Festiwal Trzech Kultur, który jest związany z katolicyzmem, prawosławiem i judaizmem. Osobiście nie mam pojęcia na czym on polega, nie zauważyłem też większych szczegółów w mieście, dlatego tylko patrzyłem. Na początek próbowałem uchwycić na zdjęciu cerkiew, która jednak była na tyle ukryta pośród drzew, że poza dachem nie udało mi się więcej zobaczyć.
Przejechałem się po moście na Włodawce, który to został wybudowany kilka lat temu przez wojsko w ramach szkolenia. Rzuciłem okiem na zarośla po drugiej stronie Bugu i ruszyłem dalej zwiedzać miasto. Wjechałem na ulicę o znikomym ruchu samochodowym, zaprojektowaną przez idiotów. Zakazu wjazdu rowerem, a obok droga dla pieszych i rowerów metrowej szerokości, po pół metra dla każdego. Po kilkuset metrach droga jest przerwana, bo na ścieżce stoi dom, a zaraz za domem znów znak zakazu wjazdu rowerem i, wydaje się, jeszcze węższa droga dla pieszych i rowerów. Bezmyślność architekta jest naprawdę imponująca.
Nie miałem ochoty dłużej zostawać w tym nieprzyjaznym dla rowerzystów mieście. Skierowałem się jeszcze do centrum, żeby zrobić jakieś zdjęcie i już mnie więcej tam nie widzieli. Na jakimś rondzie znów spotkałem się z kalectwem projektanta, tylko tym razem na drodze jest większy ruch. Uważam zatem za kompletny kretynizm robić drogę dla rowerów, aby rowerzysta musiał jechać slalomem, jadąc raz lewą, a raz prawą stroną drogi. Znów pojawiły się znaki zakazu wjazdu rowerem, ale ze względu na brak pobocza i ruch musiałem zastosować się do prawa. Co śmieszniejsze – na kolejnym rondzie kolor chodników sugeruje drogę dla rowerów. Ciekawe ilu rowerzystów dało się nabrać i zapłaciło mandat.
Przejechałem kawałek drogi krajowej i szybko odbiłem na spokojną wojewódzką. Wiatr, który wiał mi w twarz nie był bezpieczny, dlatego dobrze było ominąć tamtą krajówkę. Liczył się każdy las, aby zminimalizować siłę wiatru, ale niestety nie było ich za dużo przy drodze na zachód. Dobrze, że chociaż pojawiały się zabudowania.
Zaczęło się przejaśniać. O tyle dobrze, bo mogłem się ciut ogrzać w słońcu. No, pod warunkiem, że nie jechałem przez las, a w Lubieniu miałem skręcić w taką leśną drogę. Jak się okazało – skręciłem w najzwyklejszą asfaltową drogę. Teraz wiem, że ktoś po prostu zdewastował mapę, z której korzystałem, zamieniając kilkadziesiąt kilometrów dróg różnej klasy w drogi terenowe. To jest niestety problem otwartości OpenStreetMap. Jechałem więc przed siebie, zastanawiając się czy w którymś miejscu zaskoczy mnie prawdziwy teren. Doczekałem się dopiero w miejscowości Gatyska. W dodatku podłoże było piaszczyste i mało wygodne. Niespodzianką było dla mnie wjechanie do Poleskiego Parku Narodowego. Co prawda nie jechałem przezeń jakoś długo, ale jednak. W dodatku prowadził mnie czerwony szlak rowerowy z Woli Uhruskiej do Lublina.
Zaczynałem odczuwać duże zmęczenie, a słońce powoli chowało się za horyzontem. Dotarłem do Wierzbicy, gdy zapadł zmrok. Miałem już ostatnią prostą i pomyślałem, żeby w Ochoży-Kolonii przejechać się na skróty polnymi drogami. Nie był to najlepszy pomysł, zważając na ilość błota, które tam zawsze było po opadach deszczu i lepiło się do wszystkiego. No cóż, obowiązkowe czyszczenie gwarantowane.

Kategoria setki i więcej, Polska / lubelskie, terenowe, kraje / Polska, Chełmski Park Krajobrazowy, rowery / Trek

Rowerem po Chełmie 2013

  16.05  00:44
Po dwóch dniach jazdy z ciężkimi sakwami znów muszę przyzwyczaić się do lekkiego roweru.
Zapowiada się bardzo deszczowy tydzień. Postanowiłem skorzystać z przejaśnienia i pojechać do miasta, aby załatwić kilka spraw. Najpierw musiałem zdjąć łańcuch, na którym przejechałem ponad 470 km i założyć zapasowy. Dowiedziałem się, że prawie zgubiłem kółko tylnej przerzutki – śruba się wykręciła z niewiadomych powodów. Przecież zawsze dokręcam je z odpowiednią siłą.
Po wizytach w markecie oraz kafejce internetowej trzeba było wracać do domu. Niestety pogoda się zepsuła i od czasu do czasu kropiło. Postanowiłem wrócić jak najkrótszą, choć niestety nie najbezpieczniejszą drogą główną. Rozpadało się na dobre i do domu wróciłem mokry. Szkoda mi łańcucha, bo przecież nic biedny nie zrobił, żeby go tak deszczem traktować.
Kategoria Polska / lubelskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Łańcut – Chełm

  246.16  11:57
Dzień drugi mojej podróży w rodzinne strony. Obudziłem się obolały. Po wczorajszym dystansie i tak krótkiej nocy nie było łatwo wstać. Planowałem wyruszyć o godz. 6, jednak śniadanie wliczone w cenę pokoju można było dostać dopiero od godz. 7, dzięki czemu obudziłem się choć odrobinkę później.
Śniadanie miało być stołem szwedzkim, ale nie było. Miałem do wyboru parówki lub jajecznicę. Wybrałem drugą opcję. Do tego było kilka pokrojonych warzyw, jakaś sałatka, pieczywo, dżem. Zjadłem wszystko poza masłem, którego w całości nie udało mi się zużyć na pieczywie. Taki posiłek regeneracyjny był strzałem w dziesiątkę.
Wyjechałem chwilę po ósmej. Pomyślałem, żeby na początek przejechać się po Łańcucie. Nie dojechałem do zamku, ponieważ po parku jest zakaz ruchu. Zatrzymałem się tylko w sklepie na niewielkie zakupy na drogę i skierowałem się na wschód.
Pogoda poprawiła się i nie było tak pochmurnie, jak wczoraj. Brakowało tylko wyższej temperatury, ale wiadomo, że jesień się zbliża i poranki są coraz chłodniejsze. Wielki plus dla płaskich terenów. Podjazdów prawie nie było, a te, które spotykałem nic nie znaczyły. Cieszyłem się, ponieważ po wczorajszej walce nie miałem wiele sił, a mięśnie wołały o przerwę. Nie miałem wyjścia, musiałem to przetrwać.
Jechałem przez małe wsi, których rozległości niestety nie potrafiłem dokładnie określić ze względu na równinę ciągnącą się, gdzie nie spojrzeć. Z pewnością byłby pomocny wiadukt nad autostradą. Jeden taki spotkałem za Wisłokiem, ale tylko go ominąłem, ponieważ był w budowie.
Była akurat taka pora, że co chwila mijałem ludzi spieszących do kościoła lub wracających zeń. Dopiero za Sieniawą wjechałem na stary, leśny asfalt i zacząłem mijać grzybiarzy. Setki, w każdym krzaku ktoś się czaił. Nawet nie było się gdzie zatrzymać za potrzebą. Ale las pachniał pięknie. Stanowczo za mało lasów było na mojej drodze. Gdyby nie to, że chciałem dojechać do Hrubieszowa, to wyznaczyłbym drogę jakoś przez Roztoczański Park Narodowy. W sumie byłem kiedyś w tym parku lub w Parku Poleskim i pamiętam jak chodziło się ścieżkami po drewnianych kładkach. Trzeba sobie przypomnieć gdzie to było i wybrać się po raz kolejny.
W Cewkowie widziałem starą cerkiew z 1844, która rozpada się w oczach. A w następnej wsi, Starym Dzikowie, kolejna sypiąca się cerkiew, już młodsza, bo z 1904. Obie niszczeją, ponieważ w latach 1944-46 wysiedlono stamtąd Ukraińców i nie pozostał nikt, kto mógłby się opiekować tymi budowlami. Jako ciekawostkę napiszę, że w styczniu 2007, w drugiej z wymienionych cerkwi, były kręcone zdjęcia do filmu "Katyń" A. Wajdy.
Za Ułazowem wjechałem w pierwszy teren – polną drogę o nierównej nawierzchni. Jak zawsze bałem się, że ciężar bagażu może spowodować jakieś uszkodzenie, które w najlepszym wypadku udałoby mi się naprawić w ciągu pół godziny. Przejechałem cało, mijając opuszczone budynki PGR-u.
Moją trasę wyznaczyłem z Mapami Google, a te stwierdziły, że będzie mi wygodniej jechać drogą leśną aniżeli położoną kilka kilometrów obok drogą asfaltową prowadzącą przez Rudę Różaniecką. Cóż, nie przejmowałem się tym za bardzo przed podróżą, bo droga rzeczywiście tam była zaznaczona, nawet na OpenStreetMap.org. W Nowym Lublińcu zacząłem nierówną walkę po piaszczystej drodze. Szczęśliwie nie musiałem się podpierać nogą zbyt często – sakwy dodawały pewnej stabilności. W końcu, gdy wjechałem do lasu, wszystko się zmieniło. Droga szutrowa, prawdopodobnie niedawno oddana do użytku, była bardzo wygodna, o wiele lepsza od asfaltu. Nie chciałem stamtąd wyjeżdżać.
Jak wiadomo – wszystko, co dobre, szybko się kończy. Po kilku kilometrach skończyła się przyjemność i zaczęły kamienie. Mocno trzęsło. Jechałem możliwie po ujeżdżonych odcinkach, ale nie zawsze takie spotykałem. Jak mi się spodobał ten las na początku, tak teraz miałem go dosyć. Gdy w końcu udało mi się stamtąd wydostać, słońce wyszło zza chmur i zaczęło przypiekać, akurat w momencie, gdy pojawił się dłuższy podjazd. Za to na szczycie miałem ładny widoczek za plecami na ten ogromny las, który pokonałem. Trochę szkoda, że to wzgórze takie niskie, bo widok z wysokości na pewno robi wrażenie.
Dojechałem do Suśca, gdzie wprawiły mnie w zdumienie pasy rowerowe wyznaczone ze skrajni jezdni, po jednym dla każdego kierunku ruchu. A ciągnęły się przez kilkanaście kilometrów, póki nie dojechałem do Tomaszowa Lubelskiego. Po drodze minąłem wielu rowerzystów. Od razu widać, że inwestycja choć prosta, to bardzo użyteczna.
W Tomaszowie Lubelskim znów zatrzymałem się w sklepie, żeby kupić coś na drogę. Przez te dwa dni wypiłem stanowczo za dużo napojów energetycznych, bo czułem się mocno pobudzony. Niestety nic ponadto, bo nie przynoszą one żadnej dodatkowej energii. Zatrzymałem się na jakimś placu obok ronda i odpocząłem kwadrans. Może nawet za długo, bo mięśnie zaczęły wysyłać sygnał o zmęczeniu, gdy ruszyłem w dalszą drogę.
Była godz. 16. Miałem przed sobą obrzydliwą ilość podjazdów – dziesiątki wzgórz. Do tego wiatr wiał w twarz i było chłodno. Jak nic, pogoda mi nie sprzyjała. Bałem się, że mogę nie zdążyć przed zmrokiem z dotarciem do Hrubieszowa. Starałem się jak mogłem, ale opadałem z sił, a do tego po tylu godzinach w siodle zaczynałem odczuwać dyskomfort.
Plan dnia drugiego także musiał ulec zmianie. Chciałem jak najbardziej omijać drogi krajowe, ponieważ ta oznaczona numerem 74 jest drogą tranzytową, po której porusza się z pewnością duża ilość tirów. Stąd też w Adelinie chciałem przedostać się do Modrynia kosztem wydłużenia drogi. Niestety czas mnie ograniczał, dlatego zrezygnowałem z tego planu i zaryzykowałem jazdę jak najkrótszą drogą. Tak oto dotarłem do Hrubieszowa, punkt 19.00.
Przede mną jazda w mroku, a do domu jeszcze prawie 70 km. Drogi dziurawe, ulice nieoświetlone, fatalny wybór, ale nie miałem czasu na jakiekolwiek przeplanowanie. Jechałem najprostszą i najbezpieczniejszą drogą w kierunku Chełma.
Kolejne przeszkody szybko się pojawiały. Pierwszą były oczywiście Pagóry Chełmskie. Kilkadziesiąt podjazdów i mroźnych zjazdów mocno spowalniało mnie na drodze do spoczynku. Kolejną przeszkodę stanowiły mgły, które pojawiały się najpierw tylko w dolinach rzek, a później zaczęły rozkładać się na całej długości mojej drogi. Nie mogłem się zatrzymać nawet na moment, bo tak przeraźliwie było zimno, a każdy postój mógł się skończyć nieprzyjemnymi dreszczami i jeszcze większym wychłodzeniem. Starałem się więc przyspieszać jak tylko mogłem tam, gdzie mgieł nie było, a jak się pojawiały, wtedy jechałem sprawnie, ale bez nadmiernego wysiłku, żeby się nie pocić.
Gdy byłem kilka kilometrów od Chełma i widziałem na niebie blask świateł ulicznych, cieszyłem się, że jestem już niedaleko. Ostatnie kilometry w ciemnościach i znalazłem się w mieście, wyludnionym miejscu, przez które prowadziła moja droga do domu. Zostały ostatnie kilometry, które pokonałem, kończąc swoją dzisiejszą podróż po godz. 23. Nareszcie w domu!
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / podkarpackie, rowery / Trek

Kraków – Łańcut

  226.03  10:04
Dzień nie zaczął się dobrze. Na początek zaspałem. Bałem się, że cały mój dzisiejszy plan legł w gruzach. Nie poddałem się i spakowałem cały bagaż plus nadbagaż (to historia na inny dzień), zwlekłem się po schodach przed kamienicę i tuż przed południem zacząłem moją długą i niepewną podróż w kierunku, w którym słońce wschodzi.
Na początek Wieliczka, do której dostałem się ruchliwą drogą krajową. Szerokie pobocze było po mojej stronie, jednak pagórki już nie. Ruszanie z takim bagażem nie jest łatwe, a co dopiero podjeżdżanie. Robiłem to powolutku, a auta omijały mnie na 2 metry.
Było późno, ale nie zrezygnowałem z planu i skrócenia sobie drogi poprzez dalszą jazdę drogą krajową. Wolałem spokojniejsze tereny, zwłaszcza, że prognoza pogody przewidywała przelotne opady. Tuż za Wieliczką – w Biskupicach – zatrzymałem się w sklepie na jakieś zakupy, bo przede mną daleka droga – ponad 440 km w planie 2-dniowym. Po wyjściu zorientowałem się, że goni mnie przeolbrzymia, czarna chmura. Obawiałem się jej, dlatego dawałem z siebie wszystko. Liczba podjazdów zaczęła się zwiększać, ale na zjazdach pędziłem ile sił w nogach. Z bagażem osiągałem prędkości rzędu 70 km/h.
Temperatura coraz bardziej spadała, poczynając od 22 °C w Krakowie, na 16 °C za miastem kończąc. Nie było odwrotu, więc jechałem dalej, zachwycając się widokami na wzniesieniach i zabudowaniami w dolinach. Jechałem drogami znanymi i nieznanymi, aż dotarłem do Bochni i stąd, robiąc kolejne podjazdy, do Nowego Wiśnicza.
Już z daleka widziałem zamek, jednak duży ruch uniemożliwiał mi zjechanie na drugą stronę jezdni i pstryknięcie fotki. Dojechałem więc do centrum miasta i zacząłem szukać drogi do budowli. Fragment widoczny z drogi wjazdowej nie jest tak okazały, jak cały zamek, dlatego postanowiłem wjechać drogą prowadzącą w górę, mając nadzieję na uchwycenie całej fortecy. Nie udało mi się to, jednak pokonałem bardzo spokojną drogę. Ostatnia dolina w Lipnicy Murowanej, za nią podjazd i dalsza droga – wzdłuż Dunajca – ciągnęła się daleko.
Z Gromnika do Tuchowa znów jechałem wzdłuż rzeki, tym razem Białej. Po drodze zatrzymałem się w napotkanym sklepie. Staram się zatrzymywać tam, gdzie nie kręci się zbyt duża grupka osób i jak na razie mam szczęście, że mnie nikt nie okradł. Pod względem bezpieczeństwa jest lepiej mieć kompana, który popilnuje sprzętu, ale z drugiej strony kto porywałby się na próbę ruszenia tak ciężkiego roweru o przesuniętym środku ciężkości?
W Tuchowie natknąłem się na wystawę, którą kiedyś oglądałem w Brzesku – wystawę pt. "Małopolska – przemiana". Jadąc dalej dojrzałem bazylikę i klasztor, ale nie chciałem szukać miejsca na najlepsze ujęcie. Czekał mnie bowiem morderczy podjazd, na którym piłowałem korbą, aż musiałem się kilka razy zatrzymać. Na szczęście dalej droga była mniej pagórkowata. Jechałem przez las, od czasu do czasu zatrzymując się, żeby zadzwonić w sprawie noclegu, ale nie mogłem złapać zasięgu. Myślałem z początku, że las mi w tym przeszkadza, więc cisnąłem dalej.
Kolejna zmiana wysokości w Woli Lubeckiej – zjazd z ok. 350 m n.p.m. do 220 m. Dalej, mimo kilkuset innych podjazdów, wysokość zmieniała się nieznacznie.
W Jaworzu Górnym miałem skręcić w teren i jakimiś wioskami dostać się do Rzeszowa. Niestety słońce schowało się kilkanaście minut wcześniej, co dyskwalifikowało ruszenie tamtą trasą. Chciałem się jak najszybciej znaleźć na miejscu, przedtem próbując złapać jakikolwiek sygnał w telefonie, co wciąż mi się nie udawało. Ubrałem się cieplej i ruszyłem w kierunku drogi krajowej nr 4, aby z nadzieją na jakikolwiek nocleg dojechać prosto do Łańcuta.
Pobocze było bardzo skąpe, więc jazda wymagała dużego skupienia. Starałem się omijać wszelkie obwodnice. W Dębicy jechałem jakąś marną drogą dla rowerów, ale bynajmniej nie mają najgorszych krawężników. Na jednym z przystanków zatrzymałem się, wyłączyłem i włączyłem telefon, i w końcu mogłem się gdziekolwiek dodzwonić. Ponieważ na tanią agroturystykę było już za późno (było po godz. 20, a przede mną jeszcze 2-3 godziny jazdy), to zadzwoniłem do alternatywnego miejsca – motelu.
Od kilkudziesięciu minut jechałem ciemną nocą, pośród pędzących aut. Tam, gdzie pobocze było, mogłem jechać spokojnie, ale na przykład w Lubzinie ktoś się na łby z pustakami pozamieniał. Jadę uważnie poboczem, a tam metalowe słupki. Nie dość tego – droga dwujezdniowa o jednym pasie ruchu, rozdzielona pasem z kostki brukowej i co kilkadziesiąt metrów na tym pasie znaki nakazu jazdy z prawej strony znaku. Tym sposobem kierowcy nie mieli możliwości mnie wyprzedzić.
Na szczęście więcej nie spotkałem się z takimi przeszkodami. W Ropczycach przegapiłem zjazd z obwodnicy, więc w sumie niepotrzebnie później się pchałem do centrum. W Sędziszowie Małopolskim już nie mogłem jechać obwodnicą ze względu na zakaz. Wyjeżdżając z miasta napotkałem na zamkniętą drogę, więc znów wydłużyła mi się droga. Od Trzciany prowadzi droga dwupasmowa, więc w Świlczy przeraziłem się, gdy przed placem budowy drogi ekspresowej nagle droga zwęziła się, a za mną jechał rządek blachosmrodów.
Spodobały mi się napisy w Rzeszowie na drogach wylotowych – informowały o miastach, do których prowadzą. Taka pozioma wersja tablicy informacyjnej E-1. Nie trzeba wytężać wzroku, żeby zobaczyć co jest napisane na tych poziomych znakach.
Rzeczą, która mi się nie spodobała są drogi dla rowerów. O ile tam, gdzie nie było zakazu ruchu jednośladem, to ignorowałem zjazd, ale jak tylko się pojawił, wskoczyłem na... no właśnie, na co? Rzeszowskie drogi dla rowerów są pomyłką. Nie wiem kto kładł tak nierówny asfalt, ale musiał chcieć zrobić na złość rowerzystom. Nie chciałbym mieszkać w tym mieście. Gdy tylko mogłem, to ignorowałem zakazy i jechałem jezdnią. Jeszcze te krawężniki, ale skucha.
Była 22:30, gdy zostało mi niecałe 20 km do Łańcuta. Udało mi się w godzinę pokonać tę drogę, bo byłem bardzo zmęczony. Podczas szukania noclegu skorzystałem z jakiegoś marnego portalu, który wskazał mi niewłaściwą drogę i musiałem się trochę namęczyć. Kilka godzin wcześniej, gdy dzwoniłem do motelu, powiedziano mi, że jest tam wesele i można po muzyce trafić. Tam, gdzie ja dojechałem była kompletna cisza. Nawet panowie policjanci cicho łapali piratów.
Zadzwoniłem ponownie do motelu i w końcu którejś z rzędu osobie udało się nakierować mnie na właściwą drogę. Tanich pokoi niestety nie mieli, zniżek także – jedyną możliwością był dwuosobowy ze śniadaniem za 80 zł. Rower wprowadziłem do jakiegoś zaplecza zamykanego na klucz, więc nie musiałem obawiać się kradzieży. Pokój luksusowy – telewizor, prysznic. W sumie pierwszy raz w takich warunkach nocowałem. Jedynie wesele za oknem oraz nocny DJ na korytarzu przeszkadzali. Byłem wykończony. Może trzeba było to rozbić na 3 dni?
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / podkarpackie, rowery / Trek

Rowerem po Krakowie, odcinek 24

  18.73  00:53
Wyszedłem na chwilę, żeby się przejechać. Jutro planuję zrobić sobie krótki urlop, choć jesienne deszcze nie są mi przychylne. Zobaczę rano jak to będzie. Póki co padało, gdy wyszedłem. Jednak jeżeli tylko taki deszczyk ma mi przeszkadzać w drodze, to nie mam nic przeciwko niemu.
Najpierw I obwodnicą objechałem Stare Miasto, choć przeszkodą był zakaz skrętu w lewo pod dworcem PKP i objechałem to bocznymi uliczkami. Dystans był za krótki, więc wybrałem się jeszcze na Błonia, a że było mi wciąż mało, to pojechałem jeszcze pod Wawel. Właściwie, to na bulwary po drugiej stronie Wisły. Już miałem wracać przez Most Grunwaldzki, ale zmieniłem zdanie i pojechałem aż do kładki nad Wisłą. Stamtąd przez Kazimierz na Rynek, żeby go zapamiętać nocą, bo nie wiem kiedy znów będzie mi dane na nim się znaleźć. Jeszcze mam całą Polskę do zwiedzenia :)
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Twierdza Kraków, część 9

  20.92  01:16
Pogoda przestaje sprzyjać wyprawom rowerowym. Nie mogłem jednak odpuścić bezdeszczowego dnia i zaplanowałem pojechać do Lasu Wolskiego. Najbardziej interesowały mnie szańce FS-3 oraz IS-III-1, a także bateria FB-36. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem.
Na początek odwiedziłem Park Jordana, ponieważ jeszcze w nim nie byłem. Pokręciłem się chwilę i ruszyłem w dalszą drogę. Miałem nadzieję zobaczyć fort 4 "Błonia", ale wyruszyłem ze zbyt małą wiedzą i nie wiedziałem na co patrzeć. Choć teren jest jakimś obiektem handlowym, to żywej duszy nie spotkałem, abym mógł zapytać o cokolwiek.
Znalazłem się przed zespołem bramnym 3a, wzniesionym w latach 1908-1909. Składa się z bramy i ostrogu; należy do zespołu obronnego fortu 2 "Kościuszko". Nieco wcześniej przegapiłem część 3b, z której pozostał jedynie ostróg.
Droga do szańca FS-3 była widoczna, jednak rośliny rozrastają się, utrudniając przedostanie się doń. Szaniec o typowej budowie siedmioboku, powstał w latach 1854-1855. Zachowany w dobrym stanie, porośnięty bujnie roślinnością.
Jadąc dalej szlakiem dawnej Twierdzy Kraków, dotarłem do reliktów bramy fortecznej "Kościuszko". Powstała w 1908, zburzona po 1920. Obecnie można zobaczyć jedynie fragment muru oporowego.
Dalej kierowałem się na zachód. Znów przegapiłem szaniec IS-2½. Dojechałem jednak do mapki Lasu Wolskiego, na której był zaznaczony niebieski szlak rowerowy. Mogłem nim ominąć jazdę obok zoo, a przy okazji zrobić więcej terenu. Niestety ruszenie tym szlakiem było błędem. O ile jazda w górę była bardzo przyjemna, o tyle dalsza droga, po zboczu w dół bardzo mnie przeraziła. Zwykły szlak zamienił się w singletrack. Na rowerze trekingowym nie potrafiłem pokonywać zakrętów, więc częściej zaliczałem odpychanie się nogą niż normalny zjazd. Niestety na dole ktoś bezprawnie zmienił przebieg szlaku, ponieważ droga przestała być wygodna, czuć było nierówności spowodowane niedawnym niby utwardzaniem. Mogłem już na początku zrezygnować z dalszej jazdy, gdy przestały mi się zgadzać oznaczenia szlaku na drzewach, do których użyto farby o innym odcieniu. Dopiero gdy zaliczyłem twarde lądowanie, zrozumiałem, że ktoś musiał się pomylić i urodzić w złym miejscu. Brak jakiegokolwiek ostrzeżenia stwarza szlak wysoce niebezpiecznym dla osób niedoświadczonych.
To był koniec wrażeń na ten dzień. Nie miałem ochoty więcej jeździć. Ruszyłem do domu najbezpieczniejszą drogą, czyli wałami wiślanymi, a później drogami dla rowerów, po których poruszają się niebezpieczni rowerzyści bez oświetlenia. Coraz mniej mi się podoba w Krakowie.
Kategoria terenowe, Polska / małopolskie, Twierdza Kraków, kraje / Polska, rowery / Trek

Kazimierza Wielka

  161.72  07:15
Wyjazd zaliczeniowy. Pogoda piękna, niebo bezchmurne, tylko wiatr silniejszy niż wczoraj. Wyruszyłem do Niepołomic drogą z wczoraj. Ze względu na silny wiatr nie pojechałem przez Ispinę, a skręciłem na Puszczę Niepołomicką. Przez nią szybko przejechałem asfaltową drogą i znów zmagałem się z wiatrem.
Aby skrócić sobie drogę, skierowałem się na Wolę Drwińską. Natknąłem się na dziesiątki szybów wydobywczych ropy naftowej. Wyglądają jak miniaturki tych amerykańskich, które widziałem na filmach. Pobłądziłem trochę po tej wsi zanim zdecydowałem się na jazdę jakąś drogą (mapa była mało dokładna). Najpierw wygodny asfalt, później płytki betonowe, które od czasu swojej świetności zniosły już wiele, aż w końcu droga terenowa. Przegapiłem skręt i z całego mojego skrótu nic nie wyszło.
Znalazłem się w Szczurowej. Ta nazwa coś mi mówiła, jednak nie miałem czasu na zwiedzanie miasta. Było mi nijak po drodze. Jechałem teraz na północ, już nie pod wiatr. Najpierw przez Wisłę, a później po pagórkach.
W kierunku północnego-zachodu miałem łatwiej, bo wiatr nie męczył tak bardzo, choć czuć było jego zmieniający się kierunek. Droga była równa, więc dojechałem do Kazimierzy Wielkiej, natykając się na zamkniętą drogę. Szybko objechałem miasteczko i ruszyłem do Skalbmierza. Stąd ruszyłem na południowy-zachód, zostawiając za plecami płaską drogę. Czekało mnie kilka podjazdów, ale nie bezcelowych, bo z widokami na okoliczne wzgórza.
Z Proszowic wyjeżdżoną przeze mnie drogą wróciłem do Krakowa. W Nowej Hucie ciut się zagubiłem, ale na szczęście bez zbędnego błądzenia dojechałem nad Wisłę. Stąd ścieżką rowerową przez Kazimierz do domu.
Kategoria Polska / małopolskie, setki i więcej, kraje / Polska, Polska / świętokrzyskie, rowery / Trek

Via Regia Antiqua

  102.66  04:45
Zapowiadał się piękny i ciepły weekend. Mogłem więc wybrać się do Bochni, żeby przejechać szlak Via Regia Antiqua, który odkryłem kilka dni temu.
Poranek chłodny, ale było bezchmurnie, więc słońce po pewnym czasie zaczynało przypiekać. Wiało ze wschodu, czyli początek nie najłatwiejszy. Dojechałem szybko do Niepołomic przez znane mi wsi. Stamtąd spod parkingu ruszyłem na wschód terenem i asfaltami. W lesie jest chłodniej, więc w każdym miejscu, gdzie tylko wyglądało słońce od razu czułem promienie na ciele.
Nawierzchnia dróg w Puszczy Niepołomickiej jest bardzo zróżnicowana. Najpierw jechałem ujeżdżoną drogą szutrową, później wygodną leśną, po kolejnym skręcie kamienista i w końcu asfalt. Szybko przejechałem przez cały las. Kiedyś wydawał mi się większy.
W Damienicach zrezygnowałem z jechania do Bochni i ruszyłem niebieskim szlakiem rowerowym zwanym Rowerowym Pierścieniem Solnym "Salina Cracoviensis". Przez Rabę przedostałem się po kładce dla pieszych (zakaz jazdy rowerem ignorowany przez 80% rowerzystów), pod torami kolejowymi przejechałem tunelem o wysokości 1,3 m i... zgubiłem szlak. Nie chciało mi się już zawracać, więc w ciemno skierowałem się na południe. Dojechałem do szlaku, ale czarnego – mojego celu. Chciałem sprawdzić gdzie się zaczyna i dojechałem do mojej zguby – szlaku niebieskiego.
Via Regia Antiqua jest jednym ze szlaków Rowerowego Pierścienia Solnego "Salina Cracoviensis". Jest nazywany szlakiem łącznikowym i zaczyna się na skrzyżowaniu ze szlakiem niebieskim, a kończy w Chełmie. Prowadzi śladami solnego traktu kupieckiego. Droga jest wyłączona z ruchu za wyjątkiem mieszkańców miejscowości oraz rowerzystów. Idealna dla niedzielnych turystów. Droga wiedzie po wzniesieniu, z którego rozciągają się niesamowite widoki. Najpiękniejsze od strony północnej – panorama Puszczy Niepołomickiej. Tylko ta autostrada taka szpetna.
Po dotarciu do Chełma postanowiłem znaleźć jakiś most i dostać się do Niepołomic omijając drogę krajową. Dobrze, że szybko porzuciłem ten zamiar, bo nic bym nie znalazł (wnioskując po braku mostu na zdjęciach satelitarnych). Pojechałem do Dąbrowy, z której przez zachodnią część puszczy i Niepołomice dostałem się na wały nadwiślane. Z początku wygodna droga z reliktami asfaltu, ale później trawa. Do tego przejście przez tory z tabliczką, że przejście zabronione. No co mogłem zrobić? Wrócić się i wydłużyć jazdę okrężną drogą. Nie dzisiaj – oszczędzałem siły.
Dojechałem do Nowej Huty. Stąd chodnikami, drogami dla rowerów (nie wszystkie zostały logicznie stworzone) i kontrapasem wróciłem do domu. Odwiedziłbym jeszcze raz puszczę. Strasznie lubię jazdę po lesie, ale niestety do najbliższego lasu nie mam blisko. Lasek Wolski mnie nie ciekawi i takie najładniejsze miejsca, to dopiero za Niepołomicami czy Frywałdem. Tęsknię za lasami lubińskimi.
Kategoria Polska / małopolskie, setki i więcej, kraje / Polska, rowery / Trek

Doliny krakowskie

  37.73  01:48
Nie mając pomysłu na trasę wybrałem się w kierunku Doliny Prądnika. Zwiedzanie Twierdzy Kraków odłożę pewnie do przyszłego tygodnia, bo muszę ułożyć sobie plan co kiedy zobaczyć – nie zostało mi bowiem zbyt wiele fortów do zdobycia.
W Krakowie było ok. 20 °C, ale jak dojechałem do doliny, to temperatura spadała poniżej 12 °C. Postanowiłem, że odwiedzę też Dolinę Kluczwody. Wspiąłem się więc po stromej drodze do Białego Kościoła i zjechałem, dochodząc do prędkości 60 km/h (było za zimno na bicie rekordu), do Kluczwody. W tej dolinie jak zawsze błoto, ale lubię ją, bo jedzie się ciągle w dół. Tylko pod koniec trzeba kilkadziesiąt metrów się nagimnastykować, żeby przejechać obok ogrodzenia czyjejś posesji. Tylko ta temperatura, która spadała do 10 °C...
Powrót już przyjemniejszy, bo wraz z oddalaniem się od doliny temperatura rosła. Wróciłem szybkim tempem po ruchliwej drodze krajowej. Ta niestety nie ma pobocza, ale to stara droga – wtedy myślano tylko o samochodach.
Kategoria Dolina Prądnika, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Twierdza Kraków, część 8

  38.94  02:10
Dziś duża dawka historii, bowiem wyszedłem dużo wcześniej z biura i miałem do dyspozycji sporo więcej czasu niż ostatnio. Postanowiłem, że dokończę południową część szlaku dawnej Twierdzy Kraków. Początek oczywiście tam, gdzie skończyłem, czyli w forcie "Borek".
Fort główny artyleryjski 52 "Borek", powstały w latach 1885-1886, jest fortem dwuwałowym. Bronił głównych dróg, m.in. traktu wiedeńskiego (obecna Zakopianka). Służył jako więzienie, a także magazyn dla sprzętu. Od lat 90. zeszłego wieku fort niszczeje. Podczas mojego nocnego zwiedzania tego miejsca zbadałem wnętrza koszar. Niedostępne dla mnie piętro drugie, do którego schody zostały zezłomowane, okazało się tylko miejscem wylotowym na wał nad koszarami. Bujna roślinność nie pozwoliła mi na daleką penetrację, ale wszedłem do dwóch potern prowadzących do kaponier barkowych. Później jeszcze chciałem obejrzeć fort od strony fosy, jednak było zbyt grząsko nawet jak na piesze przedzieranie się.
Kolejny fort prawie przeoczyłem, ale po spojrzeniu na mapę zawróciłem i znalazłem drogę dojazdową. Fort pancerny pomocniczy 52a "Łapianka" ("Jugowice") został wybudowany w latach 1896-1902 i wzmacniał obronę południowego skrzydła twierdzy. Jest jednym z 14 podobnych fortów, które wybudowano w tamtym okresie. Historia odcisnęła na nim piętno, prowadząc do stworzenia zabudowań na szczycie obiektu. Część z tych budynków została już zniwelowana, jednak nadal stoi tam kilka "potworów". Sam fort jest w bardzo złym stanie. Planuje się wybudować tam Muzeum Ruchu Harcerskiego.
Przedarłem się przez gęste zarośla i wszedłem do wnętrza fortu, który nie jest w żaden sposób zabezpieczony. Co prawda można tam spotkać trochę zamurowanych okiennic czy przejść, jednak ktoś zniszczył te przeszkody. We wnętrzu nie panuje duży bałagan, ale jednak sypiące się mury czy zdewastowane ściany nie sprawiają, że fort jest gościnny. Do tego jakieś przeróbki konstrukcyjne na potrzeby poprzedniego użytkownika fortu psują nastrój. Byłem też w dwóch wieżach pancernych, a przynajmniej pozostałościach po nich. Podobało mi się tam, chciałbym zwiedzić pozostałe forty, ale z większą dbałością o szczegóły.
Ruszyłem dalej. Kolejny był fort pancerny główny 51½ "Swoszowice". Niestety jest niedostępny z tabliczką "nieupoważnionym wstęp wzbroniony". Próbowałem jakoś go objechać, żeby przynajmniej zerknąć i zdobyć zdjęcie obiektu, ale że droga prowadziła ciągle w dół, to zawróciłem. Mimo że po ogrodzeniu widać było, że ktoś dobrze sobie radzi z odwiedzaniem tego fortu, to mnie nic tak głupiego do głowy nie przychodziło.
Wjechałem na ulicę Droga Rokadowa i dotarłem do bramy kolejnej fortyfikacji. Żadnego znaku, nawet informacji o Twierdzy Kraków. Wjechałem dziurą obok.
Fort główny artyleryjski 51 "Rajsko" – powstał w latach 1881-1884 i był największym fortem artyleryjskim w Austro-Węgrzech. Fort był dobrym punktem obserwacyjnym, ponieważ leży na wzgórzu Rajsko. Fort został zabezpieczony przed wstępem, jednak większość tych blokad do dnia dzisiejszego została uszkodzona. Wybrałem się ścieżką wokół fortu, zatrzymując się co jakiś czas na zwiedzanie wnętrz. Byłem pod wrażeniem ogromu tego obiektu, zwłaszcza, że w forcie przebywała ok. półtysięczna załoga. Mogłem tam pozwiedzać więcej, jednak wyjechałem na plac przed fortem. Zerknąłem jeszcze do jednego z baraków, ponieważ była wyłamana kłódka, a następnie pojechałem dalej.
Na rozdrożu zauważyłem znak, kierujący do szańców IS-VII-3 i IS-VII-4. Niestety bez wiedzy o ich dokładnej lokalizacji nie byłem w stanie do nich dotrzeć. Porzuciłem więc jazdę i wróciłem na szlak, kierując się dalej na wschód. Dotarłem do bramy fortu pancernego pomocniczego 50½ W "Kosocice", na której niestety zobaczyłem tabliczkę "nieupoważnionym wstęp wzbroniony". To już druga dzisiaj. Postanowiłem więc poszukać brata – fortu wschodniego. Fort pancerny główny 50½ O "Barycz" także jest niedostępny, jednak można go zobaczyć przez bramę. W obiekcie mieści się ośrodek szkoleniowy Urzędu Wojewódzkiego.
Zbliżał się zachód, a na mojej drodze był jeszcze jeden fort, w którym pokładałem ostatnie nadzieje, że będzie dostępny do zwiedzania. Tak to już jest, gdy rusza się w nieznane bez przygotowania. Dojechałem na ul. Medyczną, której część jest teoretycznie niedostępna – maleńka tabliczka informuje o zakazie wstępu na teren Wydziału Farmacji Uniwersytety Jagiellońskiego. Skierowałem się w stronę gęstego lasu, aż dojechałem do bramy wjazdowej.
Fort główny artyleryjski 50 "Prokocim" wybudowany w 1882-1886, bronił traktu lwowskiego. Po wojnie służył za magazyn. Przekazany Akademii Medycznej w latach 70. XX wieku, niszczeje niezagospodarowany. We wnętrzach dużo szkła, więc nie wchodziłem zbyt głęboko. Zjeździłem wydeptane ścieżki, próbując się wydostać, jednak nie chciałem się przedzierać przez zarośniętą fosę i wyjechałem drogą, którą się tam dostałem.
Podczas powrotu chciałem ominąć ul. Wielicką. Częściowo się udało. Może gdybym miał lepszą mapę, to zobaczyłbym po drodze szańce FS-21 i FS-22.
Zostały mi już tylko pojedyncze obiekty twierdzy, jednak z powodu zbliżającego się końca wakacji, a tym samym mojego wyjazdu do rodziny, mogę nie skończyć w tym roku zwiedzania fortyfikacji krakowskich. Będę to najpewniej kontynuował w czasie kolejnych wakacji.

Kategoria Polska / małopolskie, Twierdza Kraków, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery