Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

rowery / Trek

Dystans całkowity:78925.64 km (w terenie 7627.36 km; 9.66%)
Czas w ruchu:3284:49
Średnia prędkość:18.82 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:458715 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:226193 kcal
Liczba aktywności:938
Średnio na aktywność:84.14 km i 4h 00m
Więcej statystyk

Po łowicku

  157.26  07:26
Obudził mnie siąpiący deszcz, więc poszedłem dalej spać. Po ruszeniu miałem drogę usłaną lustrami kałuż i mlaskanie spod kół. Ponieważ zdecydowałem się jechać na wschód, to prażące słońce świeciło z góry i z dołu, odbijając się od mokrego asfaltu.
Jechałem drogą krajową. Ruch był bardzo mały, a doliczając do tego szerokie pobocze, jechało się całkiem bezpiecznie. Szkoda tylko, że na drogach krajowych jest taka nuda. Tylko niebo organizowało mi pokaz białych i szarych chmur, które od czasu do czasu wyglądały groźnie.
Czas szybko zleciał i dojechałem do Łowicza. Pod katedrą obejrzałem procesję z udziałem ludzi ubranych w tradycyjne łowickie stroje. Potem jeszcze orkiestra chodziła po rynku, przygrywając piosenki kościelne.
Zatrzymałem się w trzeciej restauracji, bo w pierwszej nie było wolnych stolików, a druga była zagraniczna. W moim menu znalazłem tylko jedno danie regionalne – filet z piersi kurczaka po łowicku. Był słaby i smakował kebabem. W tym mieście nie serwują dań regionalnych czy to po prostu nie był mój dzień?
Zajrzałem jeszcze do sklepiku z pamiątkami, kupując kilka praktycznych gadżetów i pojechałem szukać dworca, bo nie czułem się na siłach, aby dotrzeć do Warszawy. Jeden pociąg dopiero co odjechał, w drugim nie było miejsca na rower, więc pozostał trzeci – jadący 4 godziny później. Co ja miałem tyle czasu robić w Łowiczu? Obmyśliłem plan zrobienia pętli. Najpierw kawałek na południe po innej, mniej przyjaznej drodze krajowej. Choć kusiła mnie bliskość Skierniewic, to nie brałem ich pod uwagę ani podczas planowania, ani gdy widziałem znaki drogowe z kilometrażem. Chciałem zrobić sobie zapas czasu, aby spróbować znaleźć inną restaurację z regionalnym jedzeniem.
Trafiłem przypadkiem do Nieborowa, gdzie znajduje się pałać Radziwiłłów. Zakaz jazdy rowerem zniechęcił mnie do odwiedzenia parku, a przecież mogłem się przespacerować. Mądry ja.
Dostałem się do Sochaczewa, ale niczym mnie nie zainteresował. Zwróciłem jednak uwagę na późną godzinę, więc musiałem się ewakuować. Miałem teraz pod wiatr, co dodatkowo spowalniało jazdę. Do tego zacząłem być głodny, a po żadnym sklepie ani śladu. Gdy w końcu znalazłem się w Łowiczu, to nie było już mowy o żadnej kolacji, bo dotarłszy na dworzec, byłem spóźniony 3 minuty. Ale pociąg aż 12, więc to mnie uratowało. W pociągu zabrakło przedziału rowerowego, ale wpakowałem rower do toalety w ostatnim wagonie. Nie mój pomysł, ale bardzo praktyczne podejście, bo w przejściu zmieściłyby się maksymalnie 2 rowery, a właśnie tylu rowerzystów poza mną już w pociągu było. Tak więc 3 rowery w sezonie rowerowym przeleżały całą drogę do Poznania w toalecie. Brawo, PKP Intercity.
Kategoria Polska / wielkopolskie, Polska / mazowieckie, Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, setki i więcej, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, rowery / Trek

5 mm to za mało

  179.55  08:15
Plan na ten weekend był zupełnie inny, ale jak zwykle nie zdążyłem na pociąg. Szkoda mi było wracać do domu, bo pewnie połowę niedzieli spędziłbym na pracy, więc spod dworca wyruszyłem na wschód.
Zaplanowałem dojechać do samej Warszawy, ale to tylko wstępny plan. Dzisiaj zaś chciałem dostać się do Kłodawy. Podobno są tam podziemia, a ja lubię chodzić po tunelach.
Podjechałem kawałek krajówką do Kostrzyna, potem skręciłem na Pobiedziska. Miało wiać z zachodu, ale pogoda zmieniła zdanie i pomęczyłem się trochę z północnym wiatrem. Na stacji benzynowej dobudziłem się kawą, bo wstałem dzisiaj przed godz. 6, aby zdążyć ze wszystkim. Jak widać, było to wciąż za późno.
W centrum Pobiedzisk wjechałem na remontowaną drogę. Pewnie miałem ją ominąć, ale jakiś idiota ustawił nakaz skrętu w lewo za znakiem zamiast nakazu skrętu przed znakiem i przez to wjechałem na tę drogę (jak później zauważyłem, nie byłem jedynym oszukanym). Niby nic wielkiego, gdyby nie zabłąkany gwóźdź, który przebił na wylot oponę i dętkę. Wkładka „antyprzebiciowa” okazała się nieprzydatna. 5 mm to za mało. Zakleiłem dwie dziury i zauważyłem, że Islandia zostawiła ślady również na bieżniku tylnej opony, odsłaniając błękit wkładki (raptem 2 miesiące temu założyłem tę oponę). Ciekawe, co stałoby się, gdybym wyruszył na jeszcze dłuższą wyprawę.
Gdy wjechałem na starą krajówkę do Gniezna, okazało się, że ruch jest jeszcze większy niż do Wrześni. Sądziłem, że ze względu na dłuższy weekend wszyscy powyjeżdżali wczoraj i dzisiaj będzie luźno.
Było już lekko z wiatrem i do Gniezna dostałem się tuż przed południem. Zjadłem obiad i pełen sił mogłem pędzić. Witkowo, Powidz, Kleczew, Ślesin, Sompolno. Kolejne miasteczka przemijają. Nic ciekawego się nie dzieje. Jedynie chmury zapewniają rozrywkę. W Powidzu odwiedziłem plażę z mnóstwem ludzi, co przy pochmurnej aurze było zaskakujące. Z kolei w Ślesinie trafiłem na korek rodem z Warszawy. Gdzie ci wszyscy ludzie „pędzili”?
W drodze do Kłodawy wyczytałem w internecie, że kopalnia jest czynna wyłącznie w dniu roboczym. Czyli ani dzisiaj, ani jutro. Ja to mam farta. Jako że miasto nie ma nic więcej do zaoferowania, pojechałem do jedynego hotelu. A może by tak pojechać jutro do Łodzi?
Kategoria setki i więcej, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, mikrowyprawa, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 8

  57.42  03:16
Dzisiaj zapowiadał się upalny dzień, bez deszczu, choć z kilkoma chmurami. Wiał silny wiatr z zachodu, więc pojechałem na południe. Do parku, aby schować się od słońca i wiatru.
W parku Cytadela trafiłem na jakiś festyn, który został z niejasnego powodu nazwany targiem. Minąłem dużo straganów z ładnie wyglądającym jedzeniem, ale nie chciałem się objadać. Pojechałem Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym. Tak dawno nim nie jechałem (ostatnio to chyba wtedy, gdy wygiąłem widelec), że zapomniałem jak niektóre okolice wyglądają. Piasek był trochę bardziej piaszczysty, ścieżka trochę bardziej zarosła roślinnością, ludzi sporo mniej niż zwykle. Powoli szlak staje się zapomniany.
W Puszczykowie zawróciłem i pojechałem do Poznania przez Luboń. Zajechałem jeszcze na Rynek i wróciłem do domu. W międzyczasie wyczerpały się baterie w Garminie. Od kilku tygodni wskaźnik naładowania wciąż pokazuje brak energii, mimo że urządzenie działa prawidłowo jeszcze przez kilkanaście godzin od włożenia naładowanych ogniw. Nie wiem, o co mu chodzi. Muszę dorwać jakieś nowe akumulatory, żeby sprawdzić, czy to islandzki klimat źle wpłynął na baterie, które mam, czy może to Garmin jest uszkodzony.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 7

  54.23  02:48
Wybrałem się na krótką przejażdżkę pod Poznaniem, bo jak tak dalej pójdzie, to ten rok będzie najgorszym ze wszystkich. Za mało czasu poświęcam na rower.
Z ciekawości pojechałem w kierunku Koziegłów, aby zobaczyć, jak posuwają się prace na Gdyńskiej. Jest słabo. Skupili się na budowie wiaduktu zamiast dokończyć i oddać do użytku drogę dla rowerów na Bałtyckiej, która czeka od kilku miesięcy. Nie mam zbyt dużej wiedzy w zakresie budowy dróg, ale jak na moje oko brakuje tylko wylania asfaltu i postawienia kilku znaków. Tak niewiele potrzeba, a tak dużo czasu im to zajmuje. Coś tu po prostu nie gra.
Letnie deszcze zostawiają po sobie dużo kałuż, więc nie zaglądałem wgłąb Zielonki. Przejechałem się kawałek drogą obok, ale tak było niewygodnie przez tarkę (Islandzka tarka była dużo przyjemniejsza), że zrezygnowałem z terenu. Pojechałem do Swarzędza, potem jakoś trafiłem do Poznania i wjechałem do lasów miejskich. Znów teren, ale kałuże dało się omijać. Trafiłem w dzięki temu nad Maltę, gdzie ludzi co nie miara. Zajrzałem na Ostrów Tumski, gdzie złapałem jedyne dzisiaj zdjęcie. Gdy wyglądałem za okno przed wyjazdem, widziałem wiele pięknych chmur, ale później już nie było do czego ich dopasować. Chyba Polska mi zbrzydła. Zajrzałem jeszcze do Cytadeli, ostatni kilometr poświęciłem na ucieczkę przed deszczem i to by było na tyle.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 6

  91.33  04:22
Dawno jeździłem. Wciąż się chwieję na rowerze. Jeszcze w piątek ciężko się jechało na lemondce. Dzisiaj jest już lepiej.
Pojechałem do Szamotuł. Dużo aut na starej krajówce, ale prawie wszyscy jadą do Poznania. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że Polacy wyprzedzają na gazetę. Tęsknię za islandzkimi kierowcami. Tęsknię też za islandzkimi widokami. Tutaj po prostu nie ma nic do fotografowania. Chociaż było pochmurno, to strasznie upalnie. Lało się ze mnie, gdy się zatrzymywałem. Widziałem pole słoneczników, kilka lam i nic więcej ciekawego.
W Swarzędzu poszedłem do sklepu, aby kupić nowe okulary, bo poprzednie były zbyt porysowane. Po wyjściu padało. Temperatura niewiele zmalała, ale nie było co czekać. Pojechałem dalej. Padało bez przerwy, więc cały przemokłem.
Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Lipiec 2016

  93.51 
Dojazdy do pracy.
Kategoria kraje / Polska, rowery / Trek

Islandia – Polska 1:0

  67.17  05:19
Po niespełna 4-godzinnej nocy w samolocie byłem wykończony. Wciąż czułem zmęczenie po wczorajszym dniu. Mieliśmy wylądować tuż po godz. 6. Opóźnienie prawie godzinne nie zmieniło się. Samolot chyba nie może nadrobić straconego czasu. W dodatku nie mogłem zasnąć. Chyba za bardzo się martwiłem o rower.
Bagaż odebrałem w takim stanie, jak podczas nadania. Nic nie wskazywało na uszkodzenia w rowerze. Nie chciało mi się go składać. Raptem kilka godzin wcześniej go rozkładałem. Poszedłem zjeść na spokojnie śniadanie, za co zostałem ochrzaniony przez ochronę, bo na minutę zostawiłem bez opieki swój bagaż, aby złożyć zamówienie w restauracji.
Bardzo leniwie zabrałem się do zdzierania kolejnych warstw plastiku i tektury, składania roweru i ładowania sakw. Nie wiem ile to wszystko zajęło, ale wyruszyłem po godz. 10. Było tak upalnie, że założyłem sandały.
Najpierw skierowałem się do miejsca, gdzie zostawiłem swoje rzeczy miesiąc temu. Niestety właściciela nie było, więc umówiłem się na wieczór.
Po miesiącu na Islandii teraz wszystko wygląda tak dziwnie. Dziwne znaki, dziwne tablice rejestracyjne, dziwny brak możliwości jazdy po chodnikach. Brak przyrody i pełno aut, ludzi, budynków. Dzika Islandia przeminęła.
Pojechałem do centrum na najlepsze lody w Warszawie, przespacerowałem się trochę, bo tak było upalnie, a potem spróbowałem dostać się do dworca, aby kupić bilety do Poznania. Jazda po tym mieście to straszna męczarnia. Gdy w końcu zdobyłem bilety, pozostało dostać się po mój bagaż, bo przez tę całą przeprawę przez Warszawę czas uciekał niesamowicie szybko.
Wydawało mi się, że po tylu przejazdach tą drogą znam ją na pamięć, ale nic bardziej mylnego. Zabłądziłem kilkadziesiąt razy zanim dostałem się na miejsce. Było jednak warto, ponieważ na przechowaniu bagażu zaoszczędziłem kilkaset złotych.
Została mi ponad godzina do pociągu. Nie chciałem wracać do centrum, więc pojechałem do Warszawy Zachodniej, ponieważ dzisiaj już raz tam przypadkiem trafiłem i wiedziałem gdzie to jest. Zdążyłem na kilka minut przed przyjazdem pociągu. Ze względu na brak wind musiałem wciągnąć rower na peron po schodach. Pomógł mi chłopak z mobilnej informacji. Strasznie zacofana ta stacja.
Kategoria Polska / mazowieckie, kraje / Polska, z sakwami, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Z plecakiem po Islandii

  99.01  06:55
Nie umiem jeździć na rowerze. Wstałem po 6 rano, zebrałem się, spakowałem w plecak i – zostawiając namiot pod opiekę elfom – ruszyłem w podbój Reykjavíku. Musiałem jeszcze wrócić się po telefon, bo zostawiłem go podłączonego do prądu w socjalnym budynku. Jazda z sakwami przez prawie miesiąc przestawiła mój mózg i na lekkim rowerze chwiałem się jak podczas nauki jazdy. Po dłuższym czasie wszystko wróciło do normy i w dodatku jechało się o niebo lepiej bez ciężkiego bagażu.
Pojechałem wzdłuż wybrzeża do miasta na zachodzie, potem jeszcze pobłądziłem i wróciłem do centrum. Właściwie to chciałem dostać się na lotnisko, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku z moim lotem oraz kartonem na rower. Chciałem to zrobić jeszcze wczoraj, ale zabrakło czasu. Dzisiaj też nie miałem go za dużo, więc z pomysłu zrezygnowałem.
Odwiedziłem kilka sklepów z pamiątkami. Kupiłem tradycyjny islandzki sweter z wełny owczej, a potem rozejrzałem się za restauracją. Wstąpiłem do tej obok najsłynniejszego kościoła. Zamówiłem islandzką zupę z mięsem, zestaw nr 2, tj. ryba na 4 sposoby oraz kawałki sfermentowanego mięsa rekina (hákarl). To ostatnie cuchniało amoniakiem i piekło w ustach, ale dało się zjeść. W dużych ilościach jednak nie dałbym rady.
W końcu wróciłem się na kemping. Po drodze zauważyłem budkę ze słynnymi islandzkimi hotdogami. Nic specjalnego, ale spotkałem tam Kanadyjkę, która dopiero co przyjechała na Islandię. Porozmawialiśmy chwilę i ruszyliśmy w swoje strony. Mój angielski jest strasznie słaby.
Spakowany wyruszyłem przez miasto. Zwykle drogami osiedlowymi. Szukając jakiegoś punktu widokowego na Reykjavík, trafiłem na drogę, którą jechałem pierwszego dnia. Potem i tak zboczyłem, gubiąc się odrobinę. W końcu dojechałem do drogi na półwysep Reykjanes. Ciągnęła się strasznie długo. Na jej końcu skręciłem do miasta, aby nie jechać główną drogą, bo ruch był dzisiaj strasznie duży.
Na lotnisko dotarłem na 4 godziny przed odlotem. Problem pierwszy – brak pudła na rower. Nikt nie zostawił żadnego dla mnie. Porozmawiałem z kilkunastoma osobami (połową lotniska) i za ich naradą w samoobsługowym warsztacie rowerowym wygrzebałem ze śmietnika trochę tektury i folii. Używając zacisków, sznurków, taśmy i szczęścia rozłożyłem rower, owinąłem jak mogłem najbezpieczniej i ledwo zdążyłem nadać bagaż. Potem jeszcze zdołałem dokonać zwrotu podatku za sweter, zrobiłem zakupy za ostatnie korony islandzkie (chciałem suweniry, ale nie mieli) i zdążyłem do bramek, aczkolwiek i tak było prawie godzinne opóźnienie. Ciekawe, czy zdążyłbym, gdyby wszystko ruszyło na czas.
Kategoria kraje / Islandia, pod namiotem, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Znów ten Reykjavík

  102.31  07:19
Dzień zaczął się pochmurno. Fiord, który miałem do pokonania był usłany pagórkami. To zdecydowanie nie był mój dzień, bo jechało się ciężko.
Minąłem starą amerykańską bazę z czasów II wojny światowej. Przeznaczyli ją na akademik. Ciekawe jak tam z ciepłem zimą w takich starych hangarach.
Zboczyłem z drogi w kierunku wodospadu Glymur. Niestety ponad godzinny trekking z tysiącem wstrętnych much latających wokół głowy i włażących gdzie popadnie zniechęciło mnie do zobaczenia najwyższego wodospadu Islandii (przynajmniej dawniej najwyższego, bo kilka lat temu odkryto nowy). W drodze powrotnej wybrałem skrót po starej drodze. Wyglądał obiecująco, ale asfalt się skończył i musiałem przetoczyć się ze stromizny po luźnych kamieniach. Taka krótka przygoda na islandzkich bezdrożach.
Zajechałem do kawiarni. Kawę serwowali tylko z dzbanka, więc nic specjalnego. Mieli za to dania obiadowe. Głównie hamburgery. Byłem głodny, więc zamówiłem jednego. Oraz islandzką szarlotkę na deser. I jeszcze rogalika. Wszystko podali od razu, więc szarlotka zdążyła rozmięknąć przez bitą śmietanę. Rogalik był taki nieokreślony. Bez dodatków, twardy, łatwo się nim zapchać. Ale mieli sklep, więc podratowałem się codzienną porcją skyru. No, może prawie codzienną, bo nie codziennie miałem dostęp do cywilizacji.
Na mapie rowerowej, którą dostałem na lotnisku była propozycja drogi, którą można dojechać do Reykjavíku. Wydawała się lepsza niż jedynka pod Borgarnes. Aut nie było dużo, ale może to przez zbliżający się wieczór. Minąłem kemping, na którym chciałem się zatrzymać wczoraj, a miałem na liczniku ponad 70 km. To bym dopiero rekordową trasę zrobił.
Wjechałem do obszaru metropolitalnego. Ruch na drogach był bardzo duży, a do tego od dłuższego czasu padało. Jechałem więc chodnikami, co jest dopuszczalne przez islandzkie prawo. Najczęściej był wygodny asfalt, czasem jakaś gleba. Krawężniki też w dużej mierze zostały ścięte, choć daleko im do ideału.
Minąłem dziesiątki pół golfowych. Islandczycy chyba uwielbiają spędzać czas w ten sposób. Nie wiedzieć kiedy wjechałem do Reykjavíku. Miałem takie piękne plany, aby zatrzymać się na kempingu i wybrać na wycieczkę z plecakiem. Dotarłem na kemping. Najdroższy na Islandii, ale ze zniżką 10% dla rowerzystów było lepiej. Był olbrzymi. Bardzo podobny do tego w Selfossie, tylko na miarę metropolii. Rozbijałem się w deszczu. Lubię islandzki deszcz, ale to ma swoje granice. Spędziłem więc dużo czasu w pomieszczeniach socjalnych, gdzie poszerzałem swoją ksenofobię wobec niekulturalnych narodów.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Jest Ok

  105.45  08:37
Udało mi się wyruszyć wcześnie. Było pochmurno, ale za gorąco, bo jechałem tylko w koszulce i spodenkach. Upał w Fiordach Zachodnich to było nic. No i miałem siatkę na głowie, bo inaczej się nie dało, tak dużo latało tych wstrętnych much. Miałem przed sobą dużo terenu, ale nie w głowie mi były lodowce (chociaż mijałem je dosyć blisko). Chciałem się dostać do obszaru metropolitarnego okrężną drogą obok góry Ok. Znów czekał mnie interior. Droga była usłana kamieniami i wyryta dołkami jak w tarce. Co kilkadziesiąt minut mijało mnie auto 4x4, a za nim ciągnęły się kłęby kurzu.
Podczas postoju na obiad zatrzymała się furgonetka. Brytyjka, która podróżuje od kilku lat po świecie z mężem, zaproponowała mi, że zrobi zdjęcie moim aparatem. Szkoda, że słońce wiszące nad lodowcem wyszło zza chmur. Przynajmniej miałem zdjęcie mnie na tle lodowca, bo sam nie wpadłbym, aby takie sobie zrobić.
Od początku dnia miałem pod górkę. Podjazd był jednak wyjątkowo łatwy jak na Islandię. Znalazłem się na ponad 700 m i był to, jak do tej pory, najwyższy szczyt na Islandii przeze mnie zdobyty. Ze zjazdem był kłopot, bo rozpęd miałem, ale kamienie i doły nie dawały mi żadnych szans. Kilkanaście razy poczułem, jak obręcz koła dobija do podłoża. Nie pompowałem kół od przylotu, ale z mniejszym ciśnieniem nie czułem drgań. Tak czy inaczej, kapcia nie złapałem.
Ruch nie był jakiś duży. Spotykałem różnych typków, włącznie z tymi bezmyślnymi, co jechali bez zwalniania. Strasznie się kurzyło. Mój rower na koniec dnia wyglądał jak po kąpieli w piachu. Nie wiedziałem nawet od czego mogłem zacząć, aby go wyczyścić.
Trafiłem na gorące źródło, ale woda w basenie nie wyglądała na najczystszą, więc zrezygnowałem. Z czarnych chmur, które zdążyły nadciągnąć zaczęło kropić. Miałem nadzieję, że umyję szybko rower, ale popadało tylko trochę, a pyłu niewiele ubyło. Potem i tak jeszcze zostałem wielokrotnie okurzony, bo dzisiaj prawie cały dzień był terenowy.
Byłem tak zmęczony, że ledwo robiłem kolejne podjazdy, a czekało na mnie jeszcze sporo. Niestety wieczór złapał mnie szybko, więc musiałem zatrzymać się na noc. Na obranym miejscu nie zastałem nikogo. Dosłownie, bo nawet jednej osoby na polu namiotowym. O ile to było pole, bo nie dopatrzyłem się żadnego znaku, ale trawa była przystrzyżona i na mojej mapie turystycznej obiekt oznaczony, więc się zatrzymałem. I tak byłem zbyt wykończony, aby jechać gdziekolwiek dalej. Jazda w terenie to mordęga na Islandii.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery