Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

terenowe

Dystans całkowity:43826.81 km (w terenie 10251.37 km; 23.39%)
Czas w ruchu:2340:53
Średnia prędkość:18.22 km/h
Maksymalna prędkość:71.10 km/h
Suma podjazdów:302996 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:120656 kcal
Liczba aktywności:541
Średnio na aktywność:81.01 km i 4h 27m
Więcej statystyk

Ślęża

  151.45  07:29
Zdobycie Ślęży planowałem na środę, jednak nie było zainteresowania, a ja nie czułem się na siłach. Wieczorem Bożena dała znać, że dziewczyny wybierają się w sobotę i że mogę do nich dołączyć. Niestety nie uzgodniliśmy godziny i pojechały beze mnie. Miałem nadzieję dogonić je.
Postanowiłem, że do celu dotrę przez Żarów, a wrócę drogami na północ od autostrady. Najpierw znane rejony, a za Mierczycami wjechałem na drogę gruntową, która jest na mojej mapie. Choć nie wyjechałem tam, gdzie planowałem, to był plus – czereśnie. Znów się objadłem. No ale trzeba korzystać póki są. Później za to będą maliny :)
Przejechałem przez Pastuchów. Sądziłem, że znajdę tam jakiś pałac, ale na jego miejscu stoi kościół. Demart znów się nie popisał. W Piotrowicach Świdnickich za to pałac widać w całej okazałości z drogi. Niestety jest własnością prywatną. Przynajmniej znajduje się tam tablica informacyjna z krótką historią obiektu.
Przejazd przez Żarów był związany z moją ostatnią nieudaną próbą zobaczenia pałacu. Cóż, wielkiego szału nie robi. Zwłaszcza, że teraz jest to budynek mieszkalny.
Na drodze zaczęły być widoczne ślady niedawnego opadu, a im bliżej na wschód, tym większe kałuże. Miałem tylko nadzieję, że nie zastanie mnie deszcz.
W Pankowie minąłem kolejny zamek, tym razem z fosą. Wyglądało na to, że stoi na terenie prywatnym, ale jednak wstęp jest darmowy. W Klecinie zmylił mnie znak drogowy "Zamek Krasków", ponieważ ktoś zdrapał symbol zamku i ze znaku E-10 zrobił się znak E-5, czyli znak prowadzący do dzielnicy miejscowości. Szybko porzuciłem jazdę w poszukiwaniu tej dzielnicy, bo wieś skończyła się. Wróciłem na skrzyżowanie i pojechałem w trzecie rozgałęzienie. Tam stoi niezniszczony znak – czyli kolejny zamek znajduje się w Kraskowie.
Jechałem dalej i byłem coraz bliżej Masywu Ślęży. Dopiero Mysłaków mnie zatrzymał. Mapa znów zawierała błąd i gdy już szczęśliwie trafiłem na właściwą drogę, to asfalt się skończył i zaczęło dużo błota. Może gdyby nie padało, to nie byłoby aż tak źle. Jakoś powoli przejechałem (nie chciałem myć roweru) i zacząłem podjazd do Przełęczy Tąpadła. Złapała mnie migrena i zastanawiałem się czy podjechać Ślężę. Na przełęczy obejrzałem mapkę i zdecydowałem się pojechać niebieskim szlakiem. Jechałem wolno pośród ludzi, gdy zerknąłem w stronę polany. Przecież to Monika z Bożeną! Już po wizycie na szczycie. Bożena widocznie miała bardzo udany zjazd, bo była w błocie. Po krótkiej rozmowie zmieniłem zdanie i ruszyłem żółtym szlakiem, a dziewczyny pojechały w dalszą drogę. Wszyscy chcieliśmy zdążyć przed zmrokiem, zwłaszcza, że ja nie wziąłem ze sobą oświetlenia, a chciałem ze Ślęży dostać się na Wieżycę.
Podjazd był z początku łatwy. Nawet jazda po luźnych kamieniach nie nastręczała trudności. Niestety ostatnio za rzadko jeżdżę i straciłem kondycję. Opadłem z sił i dłuższy kawałek wprowadzałem rower. Jak zrobiło się mniej stromo, to znów jechałem. Na szczycie długo nie zabawiłem. Od razu ruszyłem dalej żółtym szlakiem. Nie była to dobra decyzja. Droga straszna na rower. Połamane drzewa na ścieżce, błoto, ślisko. Więcej niosłem rower czy prowadziłem niż zjeżdżałem. Droga się tak strasznie dłużyła. Jak już dojechałem do Wieżycy, to myślałem, że komary mnie zjedzą. Nawet jednego zdjęcia nie dadzą zrobić! Myślałem, że stąd już będzie przyjemna droga w dół, ale nie – było jeszcze gorzej, jeszcze stromiej. Udało mi się bezpiecznie dotrzeć do Przełęczy pod Wieżycą. Koniec mordęgi.
Szybko objechałem Sobótkę i możliwie najprostszą drogą ruszyłem w kierunku Legnicy. Pędziłem ile sił w nogach. Niestety migrena znów powróciła. Jak zobaczyłem znak "Legnica 19", to już wiedziałem, że zdążę przed zmrokiem. Cóż za ulga.
W Taczalinie wciąż pachnie truskawkami.
Kategoria terenowe, setki i więcej, góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Koniec czerwca

  46.55  02:16
Już dawno nie miałem tak długiej przerwy. Przez tę pogodę rozleniwiłem się i zbierałem się na rower od kilku dni. Dzisiaj nie wytrzymałem. Wiał silny i chłodny wiatr, który zniechęcał do jazdy. Ja nie wiedząc dokąd jechać, chciałem wybrać się do Złotoryi, ale po wyjściu z domu zmieniłem zdanie i skierowałem się do lasów lubińskich. Dawno tam byłem. W ogóle stęskniłem się za terenem, i to do tego stopnia, że jak wjechałem w las, to już z niego nie wyjeżdżałem.
Pędziłem przed siebie, aż w końcu las się skończył. Zarośniętą drogą dojechałem do leśniczówki przed Miłogostowicami. Pojechałem dalej leśną drogą asfaltową. W ogóle błądziłem tylko po takich dróżkach, mijając fundamenty budynków. Wygląda to jak przedwojenna osada, tylko ten asfalt...
Pojechałem do Gorzelina. Dużo dróg pozarastało roślinnością i coraz ciężej się przedzierać tamtędy. Leśnicy dbają wyłącznie o główne drogi pożarowe (a i to nie wszędzie). Czułem się zmęczony i chciałem wracać do domu, ale te lasy, majestatyczne świerki zachęcały do pozostania, tak więc zostałem, wjeżdżając już na te lepsze drogi, utwardzone. Znudziło mi się to, wiatr też miał w tym swój wkład, także na pierwszym skrzyżowaniu zatrzymałem się, podziwiając to rozdroże i ruszyłem w drogę powrotną.
Początkowo chciałem wrócić drogą krajową, ale zmieniłem zdanie i zrobiłem jeszcze więcej terenu, aż dojechałem do Pątnowa Legnickiego, od którego doczłapałem się już wpół żywy do domu. Za mało jeżdżę.
Jutro moje urodziny. Myślę czy nie kontynuować tego, co w zeszłym roku i nie zrealizować jednego z moich zalegających planów. Jeżeli pogoda pozwoli, to jak najbardziej wybiorę kierunek na Kotlinę Żytawską, czyli Zgorzelec – Bogatynia – Świeradów-Zdrój – Legnica. Mam tylko nadzieję, że dam radę, czując zmęczenie po dzisiejszej jeździe.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, terenowe, rowery / Trek

Przez Trójgarb do Chełmska Śląskiego

  193.85  09:27
Udało mi się dzisiaj wstać wcześniej niż ostatnio i skorzystać z przyjaznej pogody. Postanowiłem zrealizować jeden z planów sprzed paru miesięcy i wybrałem za cel Chełmsko Śląskie. Plan zakładał 175-kilometrowy dystans, no ale jak wiadomo – plany rzadko realizują się w całości. Zwłaszcza, gdy urok odwiedzanych miejsc przyciąga bardziej niż magnes.
Na początek wizyta na wałach nadkaczawskich, które w końcu doczekały się skoszenia trawy i dzięki temu mogłem szybko się tamtędy przedostać. Pomyślałem, żeby się dzisiaj ciut opalić, bo czoło miałem blade od noszenia kasku, dlatego w Gniewomierzu wjechałem na polną drogę, przejechałem przez Czarnków (droga zarośnięta, aż mnie nogi swędziały od trawy) i znalazłem się w Jaworze. Stąd pojechałem na Dobromierz, a następnie do Starych Bogaczowic.
Mój plan przewidywał jazdę przez Lubomin, jednak ani razu nie spojrzałem na wgraną w telefon mapę, tylko korzystałem z mapy papierowej. A ta pokazywała asfaltową drogę do Witkowa przez las. Nie widziałem więc sensu wydłużać sobie trasę i jechać na około tych połaci zieleni. Zwłaszcza, że przedwczoraj wjechałem na drogę oznaczoną na mapie. Dziś pojechałem nią prosto i zatrzymałem przechodzących ludzi, żeby upewnić się czy aby dojadę do Witkowa. Niestety nie byli miejscowymi i nie znali odpowiedzi.
Asfalt po krótkiej chwili się skończył i zaczęła polna droga, aż dojechałem do brodu, czyli przejazdu przez rzekę. Zajęło mi trochę czasu wykombinowanie jak się tamtędy przedostać. Ale że komarów było w bród, to przestałem się bawić i w miarę najpłytszym miejscu przejechałem, mocząc trochę buty i rower.
Wjechałem do lasu i po pewnym czasie przestało być zabawnie, bo zaczęły się podjazdy. A jak już umierałem i się gdzieś zatrzymałem, to wszędobylskie muchy kazały się stamtąd zabierać czym prędzej. Jechałem z początku żółtym szlakiem pieszym, ale ten gdzieś odbił w ścieżkę, a ja wolałem trzymać się drogi. Nawet jeśli jechałem nad skarpą (widok był imponujący jak dla mnie).
Skrzyżowanie Siedmiu Dróg – tutaj był dłuższy przystanek, bo znalazłem pierwszą mapę tej... góry. Okazało się, że ze Starych Bogaczowic wyjechałem niewłaściwą drogą, ale tak czy inaczej przejeżdżałbym przez tamto skrzyżowanie. Skoro już się tam znalazłem, to postanowiłem zdobyć Trójgarb, bo na jego zboczu się znajdowałem. Niepokoiło mnie to, że mapa była niedokładna i wskazywała nie miejsce, w którym się znajdowałem, a jakieś inne rozdroże. Także byłem zdany na szczęście.
Ruszyłem niebieskim szlakiem rowerowym, który na kolejnym rozdrożu uciekł w dół. Jako że szlak na mapie nie jest zaznaczony, to zaryzykowałem żółto-niebieskich piktogramów, które na mapie są zaznaczone na czerwono. 20 minut później byłem na wysokości 778 m n.p.m. Niestety widoki są ograniczone przez drzewa, także podziwiać można, ale ze zdjęciami trzeba poczekać do następnego garbu, z którego rozpościera się przepiękny widok na Karkonosze, w tym na Śnieżkę.
Tak się zapatrzyłem, a trzeba było wracać. Niestety z tym nie było tak przyjemnie, bo droga w dół wiodła ścieżyną, po której nie odważyłbym się zjechać na tym rowerze i w ogóle bez wcześniejszego rekonesansu. W końcu znów można było wsiąść na rower i popędzić w dół drogą leśną. Tak się znalazłem w Witkowie. W Czarnym Borze wspomogłem lokalny biznes, kupując trochę owoców w sklepie, a tuż za kopalnią melafiru musiałem wymienić baterię w telefonie, bo nie naładowałem jej po wczorajszym wypadzie. Kolejne miejscowości zaczęły mnie zachęcać różnymi egzotycznymi nazwami, takimi jak stół sędziowski, który mogłem zobaczyć, bo jest to unikalny zabytek.
Kolejny podjazd, tym razem po asfalcie i przez las, więc spokojnie, już nie interesując się swoją średnią, jechałem, napawając się leśnymi zapachami. Minąłem piękny widok i nawet nie byłem świadom tego, że patrzę na Czechy. Tak dojechałem do Chełmska Śląskiego, ale mój plan przewidywał także wizytę w Okrzeszynie. Wjechałem na przypadkową drogę i... dojechałem do Okrzeszyna. Zawróciłem dopiero na zakazie wjazdu, tuż przed granicą Polski, bo nie miałem przepustki :P
Jeszcze przed zmrokiem chciałem zobaczyć Krzeszów, dlatego szybko – już na szczęście bez podjazdów – ruszyłem w kierunku tej miejscowości. Niestety nie mogłem podejść bliżej ze względu na swój ubiór (odsłonięte kolana i barki). Ale byłem, zobaczyłem, odjechałem – do Kamiennej Góry. Powrót chciałem zrobić przez Chełmy, czyli Lipę, Pomocne i Słup, ale nie miałem już ochoty na podjazdy, więc zmieniłem plan na Kaczorów. Dalej już z górki, jak płynie Kaczawa przez Świerzawę i Złotoryję. Po drodze zatrzymałem się kilka razy, bo byłem zmęczony i odrobinę śpiący. Źle się przygotowałem do tej wyprawy, ale dotarłem do domu w całości, grubo po północy.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, rowery / Trek

Mokro w Szczytnikach nad Kaczawą

  54.24  02:50
Kolejny dzień przerwy od deszczu. Dzisiaj ruszyłem bez mapy i bez planu. No, może jedynym planem była jazda na północny-wschód ze względu na kierunek wiatru. Ze względu na obfite opady nie miałem ochoty zabawę w błocie, ale mimo to wjechałem w terenową drogę na Starych Piekarach. Kałuże jak zawsze, więc nie jechałem nią dalej w kierunku Pawic. Skierowałem się na Pątnów Legnicki i tam o dziwo znów wjechałem w teren, uznając, że nie będzie tak źle. I rzeczywiście nie było, bo zamiast jechać drogą prosto, to odbiłem w las, a dalej na starą trasę.
Pomyślałem, żeby dostać się w okolice Wielowsi, więc omijając asfalt dostałem się do Miłogostowic. Teren był nadal przejezdny, więc chciałem go więcej. Omijając wybrukowaną drogę wjechałem na kolejną polną drogę, która wciągnęła mnie w las. Niestety tutaj już był horror. Dużo wody i błota. Jakoś udało mi się przejechać i dostać do bardziej utwardzonej drogi, którą dojechałem do Buczynki. Żółty szlak wokół Legnicy zarasta coraz bardziej. Na pewno to samo dzieje się ze szlakiem czerwonym wokół Lubina. Pewnie daruję go sobie i objadę z najbliższą okazją to miasto szlakiem niebieskim, ale rowerowym.
Nie byłem w najlepszej formie, bo nawet jak próbowałem jechać szybciej, to moja średnia nie powalała mnie jak zwykle. W Miłosnej skręciłem w kierunku Prochowic, żeby oszczędzić sobie wysiłku i pojechać krajową 94 z wiatrem do Legnicy. Po drodze zdążyłem się rozmyślić i skręciłem w Gogołowicach na drogę, którą kiedyś jechałem, ale że byłem tam bardzo dawno temu i wydaje mi się, że miałem wtedy problem z przedostaniem się, to nie ryzykowałem błądzenia. Jechałem dalej i dopiero skręciłem w drogę leśną, która była mi bardziej znana.
Ponieważ plan jazdy przez Prochowice nie udał się, to chciałem nadal dostać się do drogi krajowej. Byłem po prostu ciekaw jednego wiaduktu kolejowego i w Szczytnikach nad Kaczawą skręciłem w przypadkową drogę z nadzieją na osiągnięcie celu. Minąłem kopalnię żwiru i jezioro, tonąc od czasu do czasu w błocie. Jechałem ciągle prosto na ile była widoczna droga. Słyszałem w oddali hałasy łamanych drzew i mnie ciekawiło co to. Okazało się, że Kaczawa przybrała na sile i niosła ze sobą tony śmieci, używając ich do łamania gałęzi drzew chylących się ku wodzie. Wyglądało to jak woda powodziowa. Byłem jednak na tyle ciekawski, że jechałem wzdłuż rzeki i jak skończyła się droga, to zacząłem jechać po polu w nadziei na znalezienie innego szlaku, bo nie lubię jeździć tą samą drogą jednego dnia. Jak usłyszałem chlupanie, to zauważyłem, że jadę w wodzie. Zawróciłem mimo wszystko, bo teren dalej tylko opadał. Dziwne, że nie ugrzązłem, skoro zalegała tam woda.
Jeszcze spróbowałem kilku dróg po dojechaniu do lasku, ale one też się kończyły w zalanym wodą polu. Nie pozostawało mi nic innego jak wyjechać stamtąd i wrócić wioskami do domu. Po drodze przystanąłem, żeby wyciągnąć garść trawy z napędu. Już dawno nie miałem tak brudnego roweru. A mogłem uważać.
W Bieniowicach mogłem skręcić w kierunku Szczytnik Małych i miałbym swoją krajówkę, ale nie pamiętałem o tym łączniku. Od jakiegoś czasu szukam taniego mapnika, żeby trzymać mapę na kierownicy, a nie w plecaku. Dzięki temu unikałbym wielu niepotrzebnych postojów i pomyłek. Niestety jeszcze nie znalazłem niczego interesującego.
Zaczynała nadchodzić ciemna chmura, dlatego też zrezygnowałem z drogi do Kunic i zmęczony pojechałem prosto do domu. Jeszcze przecież będę miał okazję przejechać się w tamtym kierunku.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, terenowe, rowery / Trek

Przed siebie na Grodziec

  95.65  04:25
Z opcją na Ostrzycę.
Nazajutrz znów zapowiadają deszcze, które mają trwać przez kilka dni. Kilka dni bez roweru. Nie chciałem tak, więc wybrałem się gdzieś pod Chojnów, bo tamte tereny są słabo przeze mnie zbadane.
Miałem okazję przetestować nowy system zarządzania ruchem w godzinach szczytu. Coś niesamowitego jak bardzo można zirytować kierowców tak nieoptymalnym narzędziem. Czekając na światłach pod Ferio zdążyły przejechać raptem 3 auta, gdy zrobiło się znów czerwone. Ile to czasu marnuje się na każdym z takich cyklów. Cieszę się, że jestem rowerzystą i następnym razem nie będę grzecznie zatrzymywał się za ostatnim autem, tylko skorzystam z prawa do dojechania do skrzyżowania.
W Ulesiu skorzystałem z drogi, którą kiedyś planowałem dojechać do Chocianowa. Ładna droga z widokami. Nie obyło się bez wątpliwości w którą stronę pojechać. Na szczęście dobrze strzelałem. W Miłkowicach skręciłem w jakąś drogę w nadziei, że dotrę nią dokądś i dotarłem do drogi asfaltowej tuż przy torach. Po jakimś czasie wygoda się skończyła i znów jechałem terenem. Ponownie spróbowałem swojego szczęścia w Goliszkowie, żeby ominąć asfalt i dzięki temu znów przejechałem się polną drogą.
Chojnów wciąż mnie zaskakuje. Ilekroć tam jestem, widzę na Rynku coś nowego. Dobrze, skoro ma to poprawić wizerunek miasta.
Skierowałem się na Osetnicę drogą, na której kiedyś przypadkowo wylądowałem. Znów mnie skusiła droga terenowa, mimo że nie wiedziałem dokąd prowadzi. Szczęśliwie przeprowadziła mnie przez autostradę i skróciłem sobie tym samym odległość. Po drodze przestraszyłem jakichś staruszków podczas wyprzedzania, którzy panoszyli się na całej szerokości drogi.
Widziałem Grodziec już od jakiegoś czasu i kierowałem się do niego. Mimo wszystko ciągnęło mnie w nieznane i za Jadwisinem wjechałem znów w polną drogę, którą dostałem się do kopalni. Tam, na rozdrożu miałem problem którędy dalej. Wybrałem drogę na lewo, choć teraz widzę na zdjęciach satelitarnych, że zrobiłem parę błędów i niepotrzebnie tam jechałem. Przed Olszanicą znów polna droga mnie wciągnęła i błądząc nią wyjechałem za daleko od drogi do celu. Zobaczyłem jednak przed sobą drogę w las. Nie zastanawiając się długo pojechałem nią i dotarłem do pięknej leśnej drogi przeciwpożarowej. Podobnej do tej na Górzec, tylko bez rynienek w poprzek jezdni. Przez Jurków wyjechałem z lasu i tutaj zacząłem błądzić. Miałem nadzieję dotrzeć najpierw przez las, ale drogi ciągle się kończyły, a później polna droga skończyła się w rzepaku. Nie chciałem być żółty, więc zawróciłem i dotarłem na właściwy szlak. Po drodze wjechałem na czerwony szlak rowerowy, który gdzieś uciekł. Ponieważ budynki, obok których przejeżdżałem grożą zawaleniem (i w sumie część się sypie w oczach), to nie szukałem dalej szlaku, tylko zacząłem podjazd, podziwiając widoki. Góry...
Na Grodźcu prace stolarskie wrą i sporo aut psuło scenerię do zdjęć, więc darowałem sobie fotki i zacząłem zjazd. Brak ludzi pozwalał się rozpędzić, choć piach wzywał zdrowy rozsądek do jazdy maksymalnie 40 km/h.
Czarna chmura, która od jakiegoś czasu sunęła się w moim kierunku w końcu znalazła się nade mną. Zaczęło kropić, więc zacząłem szybki powrót do domu. Niestety opcja Ostrzycy Proboszczowskiej, na którą miałem ogromną chętkę nie wyszła ze względu na pogodę i późną porę.
Po pewnym czasie zaczęło się rozpogadzać. I mimo że słońce było wysoko na niebie, to nie myślałem już o zmianie kierunku na drugi szczyt. Jechałem do domu, omijając Złotoryjską, dlatego pojechałem najpierw przez Szymanowice, a później przez Lasek Złotoryjski. Coś mnie jednak skusiło, aby sprawdzić tę drogę asfaltową, na którą wjechałem pod obwodnicą. I choć szybko się skończyła, to jechałem dalej, nawet gdy teren przestał być drogą. Wyjechałem przy nowym cmentarzu. Teraz już wiem gdzie leży, ale myślę, że to pomysł nietrafiony. Droga dojazdowa nie dość, że wąska, to autem można się tam dostać wyłącznie przez Lipce. Już widzę te bluzgi w dniu 1 listopada.
Pobłądziłem jeszcze chwilę, bo zamiast Domejki chciałem sprawdzić inną drogę, a właściwie ślepą uliczkę, przy której nie ma nawet znaku. Dobrze, że Chojnowska ma ładny asfalt, to szybko wróciłem do domu, choć już po zachodzie słońca.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, terenowe, rowery / Trek

Po Nocy Muzeów

  61.93  02:38
Weekend spędziłem w Warszawie będąc na Nocy Muzeów. Przez dwa dni była tak piękna pogoda, że aż momentami żałowałem, że nie mam ze sobą roweru. Co prawda centrum stolicy nie jest najlepszym miejscem dla rowerzystów, ale może kiedyś się to zmieni. Dzisiaj zaś korzystając z nie gorszej pogody postanowiłem przejechać się. Ze względu na zachodni wiatr wykorzystałem lasy, aby dostać się na zachód i później wrócić z wiatrem do Legnicy.
Jak zwykle zagapiłem się i zrobiłem nadmiarowe metry po Parku Miejskim. Później zwykłą trasą – terenem przez Pawice i drogą pożarową nr 11 aż do Raszówki. Dalej mijając granicę tej miejscowości z Karczowiskami zauważyłem leśną drogę, a ponieważ lubię ładne leśne drogi, to czemu miałbym nią nie pojechać? Nim dojechałem do krajówki miałem bliskie spotkanie z owczarkiem niemieckim. Właściciel w ogóle nie zainteresowany, ale na szczęście pies był łagodny. Nie poszarpał mocno moich ubrań.
Nie miałem ze sobą mapy, ale gdy dojechałem do jeziora o nazwie Chróstnik – otworzyłem Traseo, żeby upewnić się gdzie jestem. Byłem tutaj już kilka razy, ale to było w zeszłym roku, więc nie pamiętałem dokładnie dokąd mógłbym dojechać wybraną drogą. A ruszyłem drogą pożarową nr 5 i dojechałem do Liśca, skąd planowałem dostać się jak najdalej na zachód przez las, żeby nie martwić się o wiatr w twarz. Rozmyśliłem się po dotarciu do drogi wojewódzkiej i przez Jaroszówkę pojechałem znaną mi już drogą do Niedźwiedzic. Pomyślałem, aby dojechać drogą do końca, mimo że nie pamiętałem gdzie się nią dostanę.
Dojechałem do Rzeszotar i żeby ominąć dziurawą ul. Poznańską skierowałem się na Pątnówek z widokiem na panoramę Legnicy. Ta miejscowość powinna znajdować się na wzniesieniu i byłaby po prostu pięknym punktem wypadowym na dni z ograniczonym czasem.
Miałem nadzieję na wieczorną wycieczkę, ale za wcześnie wyjechałem. Z drugiej strony mogłem pojeździć po lasach, w których nie było tak chłodno. Po drodze mijałem kuszące oznaczenia szlaków okrężnych wokół Lubina – zarówno pieszego czerwonego jak i niebieskiego rowerowego. Może w środę?
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, terenowe, rowery / Trek

Rezerwat Błyszcz

  34.55  01:47
Dzisiaj nie miałem dużo sił, ale udało mi się przekonać siebie, że tak ładne dni nie zdarzają się codziennie. A że już drugi dzień nie pada, to pomyślałem o terenie. Stąd przyszło mi na myśl dokończenie nieudanej wycieczki do rezerwatu Błyszcz – pomysłu z lutego.
Zacząłem od jazdy w złym kierunku, co mi się ostatnio zbyt często przytrafia. Na szczęście wystarczyło przejechać się kawałek po parku i byłem z powrotem na właściwej drodze. Korki straszne. Jak dobrze jest jeździć rowerem, choć to nie zawsze pomaga, gdy kierowcy nie stoją jeden za drugim. Ominąłem Stare Piekary i wjechałem w teren, żeby zobaczyć jak się prezentuje. Nic pocieszającego, ale byłem wciąż dobrej myśli. Jak wjechałem w las, to miałem zamiar dojechać do pierwszego błota i zawrócić. Zdziwiłem się, gdy żadnego błota nie było, nawet kałuże można było policzyć na palcach. Nie zastanawiałem się więc nad przerywaniem leśnej jazdy, tylko jechałem do przodu. Droga bardzo wygodna, choć ostatnio mało kto nią jeździł. Widać było za to ślady opon rowerowych.
W końcu uznałem, że dobrym ruchem będzie skręt w prawo. To był idealny moment, bo znalazłem się na granicy rezerwatu i jak jechałem, to nie mogłem się napatrzeć na tę bujną roślinność. W końcu dojechałem do skrzyżowania, przy którym wypatrzyłem tablicę informacyjną, oczywiście o rezerwacie. Robale gryzły, więc nie zatrzymałem się na lekturę. Skręciłem za to w drogę, przy której stała owa tablica. Miałem pecha, bo zauważyłem, że licznik nie działa. Magnes się przekręcił na jakimś patyku i kilka kilometrów nie zostało naliczonych. Przez to znów podałem dane z GPS-a, więc średnia spadła. Jestem zawiedziony.
Wracając do podróży, to na rozdrożu skręciłem w prawo i dojechałem do drogi, która wydawała mi się znajoma. Tak! To ta sama droga, którą jechałem 3 miesiące temu. Upewniłem się dopiero na polance prawie kilometr dalej. Czyli już wyjeżdżałem z lasu. Szkoda było. Wszystko zarośnięte, nie przypomina tego, co było za mojej ostatniej wizyty. Postanowiłem pojechać do drogi w kierunku Bieniowic. Niestety woda jak stała, tak stoi nadal. Zawróciłem i wjechałem za śladami ciężkich maszyn w podmokły teren. Szybko się wycofałem, ale nie miałem ochoty dostawać się do wioski. Pojechałem prosto aż trafiłem na kolejną podtopioną drogę. Pomyślałem sobie, że ten las mnie nie lubi. Minąłem jednak jeszcze jedną drogę – w las, choć już bardzo zarośniętą – jak się okazało tylko trawą. Po pewnym czasie trawa skończyła się, ustępując kałużom i błotu. Mimo wszystko udało mi się przejechać. Po pewnym czasie jazdy zauważam dosyć świeże ślady i myślę sobie, że ktoś niedawno tędy przejeżdżał, ale tak patrzę, że to żaden MTB, tylko semi-slicki. Jak się zdziwiłem, gdy dotarło do mnie, że to moje ślady. Zrobiłem kółko i wracałem tą samą drogą.
Dojechałem do tablicy informacyjnej i skierowałem się prosto, aby zbadać kolejną drogę. Wyjechałem w Pątnowie Legnickim. Intuicyjnie trafiłem we właściwym kierunku. Ale nie chciałem jeszcze kończyć dnia; zbyt mało kilometrów przejechałem. Skierowałem się więc w stronę Kunic, a stamtąd przez Ziemnice do Koskowic, żeby wjechać na drogę dla rowerów. W Parku Miejskim było sporo ludzi. Słońce wraca do łask.
Kategoria Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, terenowe, rowery / Trek

Trasa na katar

  43.10  01:57
Od ostatniej wycieczki męczy mnie przeziębienie. Dzisiaj został katar, ale nie chciałem stracić tak pięknego dnia bez wyjścia na rower, więc postanowiłem, że wybiorę się gdzieś wolnym tempem na godzinkę. Wyszedł teren i ciut więcej niż godzina. Standardowo na północ przez Pawice, a dalej przez Gorzelin do Chróstnika. Dużo kałuż i błota, ale starałem się wolno przejeżdżać te przeszkody.
Planowałem wycieczkę na zachód od krajowej trójki, ale uznałem, że za Chróstnikiem będzie zbyt dużo kałuż, więc zjechałem trochę na południe i wbiłem na leśną drogę. Zaczęło robić się chłodno, więc uznałem, że pora wracać do domu i skręciłem na skrzyżowaniu z drogą przeciwpożarową (bo nie miała kałuż) i znów znalazłem się na drodze krajowej. Nie miałem ochoty jechać dziurawą ul. Poznańską, więc pojechałem do końca trójką i skręciłem w wygodną Chojnowską.
Na zakończenie wycieczki spotkałem Jarka, który właśnie wybierał się na rower. Jutro grupa wybiera się w Rudawy Janowickie. Chciałbym pojechać. Mam nadzieję, że dam radę wstać tym razem (w środę nie udało mi się)...
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, terenowe, rowery / Trek

Przełęcz Okraj

  180.42  08:31
Ponieważ majówka się nie udała, to miałem okazję dołączyć do wyprawy na Przełęcz Okraj. Wcześnie rano, bo o godzinie 7 na skrzyżowaniu stawili się – Bożena, Łukasz, Jarek, Piotrek i Ania. Starą trasą ruszyliśmy do Bielowic, a później przez Stary Jawor na drogę krajową nr 3, na której prędkość nie schodziła poniżej 30 km/h (Bożena narzekała przez to na nudę). Później parę podjazdów i do Kamiennej Góry prowadziłem ja, trzymając się stałej średniej 29,5 km/h :P
W Kamiennej Górze przerwa i obieramy kurs przez wioski aż do Jarkowic, w których Jarek ustala, że wjeżdżamy na czarny szlak rowerowy. Nie była to najlepsza pora, bowiem jest tam wycinka drzew i droga kompletnie nie nadawała się do jazdy rowerem, także ponad kilometr drogi raz prowadziliśmy rowery, raz wjeżdżaliśmy.
Na rozdrożu znów trafiamy na "Szlak Liczyrzepy" ER-2 (ciągle wydawało mi się, że to ER-4). Jedziemy nim ciągle w górę, mijając liczne strumienie. Od czasu do czasu zaczynają pojawiać się zapierające dech w piersi widoki. Najpierw tylko przez drzewa, a później – już na wykarczowanych zboczach – widać piękną panoramę. Oczywiście robimy sobie często przerwy. Zbaczamy ze szlaku rowerowego, żeby ścieżką na granicy polsko-czeskiej zjechać prosto na przełęcz. Było dużo wody, kamieni i trochę śniegu, ale wszyscy dotarliśmy do celu, robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia.
Czekał na nas ponad 10-kilometrowy zjazd do Kowar. Myślałem, że przemarznę, ale tak się nie stało. Mam problemy z zakrętami i na jednym się nie wyrobiłem. Na szczęście skrajnia była duża i na niej się zatrzymałem. Później już zwalniałem jak tylko mogłem.
Od Kowar były piękne widoki na Śnieżkę, na której nadal zalega śnieg. Ja tradycyjnie zaczynam odstawać od grupy. W Jeleniej Górze peleton nie jedzie przepisowo, a ja żeby nie odstawać od reszty i przede wszystkim nie zgubić ich – robię to samo...
Po postoju pod sklepem ruszamy z powrotem do Legnicy. Na początek Kapella, którą zdobywam jako ostatni. Dalej zjeżdżam sam, bo peleton na mnie nie poczekał. Spotykamy się dopiero w Starej Kraśnicy. Stąd jedziemy przez Górzec, zjeżdżając szutrami. Po wycieczce z Bożeną, Jarkiem i Łukaszem jedziemy na pizzę (a w sumie cztery pizze), która po całym dniu wyczerpującej jazdy wynagradzała wysiłek.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, po zmroku i nocne, setki i więcej, ze znajomymi, terenowe, rowery / Trek

Droga na Chełmek

  55.63  03:14
Pogoda znów wróciła, więc trzeba było się gdzieś wyrwać. Umówiłem się z Jarkiem, lecz coś mu wypadło i wybrałem się sam. Ponieważ mieliśmy jeździć między Bogaczowem i Stanisławowem, to skierowałem się standardową trasą ku pierwszej wsi. Tam wjechałem na czerwony szlak pieszy do Stanisławowa, ale zamiast skręcić w prawo, to odbiłem w lewo i zjechałem w dół do Bogaczowa. Później wróciłem się kawałek i wybrałem kolejną drogę, z której jest przepiękny widok (chyba) na Męcinkę i Chroślice. Ponieważ chciałem się dostać na najwyższy szczyt tutaj położony, to zacząłem podjazd drogami w coraz gorszym stanie aż dojechałem... do wzniesienia obok Chełmka. Dobrze, że miałem GPS, dzięki czemu zdobyłem też szczyt docelowy.
Powrót był trudniejszy niż wszystkie te podjazdy. Ponieważ do Chełmka nie ma żadnej przejezdnej drogi ani nawet szlaku, to postanowiłem zjechać w dół, próbując dojechać do jakiejś drogi. No i dojechałem, ale podkusiło mnie, żeby jechać nią dalej. Niestety jedyne co zobaczyłem, to bezdroże. Mimo wszystko jestem uparty i zacząłem się zsuwać po zboczu tej góry. Dużo liści utrudniało przyczepność, przez co zaliczyłem przewrotkę przez rower. O ile ilość liści zamortyzowała upadek, o tyle ukryte skarby w postaci kamieni bazaltowych już nie były dla mnie miłe. Skończyło się na stłuczeniu, więc teraz koniec z takimi lekkomyślnymi zejściami. Szkoda majówki na leżeniu z częścią ciała w gipsie i w ogóle całego lata :)
Tam, gdzie zacząłem schodzić było ogrodzenie nie do przejścia. Ruszyłem w dół i trafiłem na łąkę z dziurą w płocie, dzięki czemu byłem już prawie na asfaltowej drodze. Pozostało mi przedostać się przez strumień. Z wszystkich możliwości wybrałem skok z rowerem. Bez wpadki.
Zjazd pod wiatr. Za Krajowem chciałem zbadać drogę do Janowic Dużych. Zmierzyłem się ze sporym podjazdem (miałem ich już dość na dzisiaj) i minąłem obelisk – jeden z trzech zachowanych sprzed pierwszej wojny światowej. Więcej informacji można odnaleźć tutaj.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, terenowe, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery