Wpisy archiwalne w kategorii

terenowe

Dystans całkowity:41251.12 km (w terenie 9388.38 km; 22.76%)
Czas w ruchu:2197:51
Średnia prędkość:18.23 km/h
Maksymalna prędkość:71.10 km/h
Suma podjazdów:286433 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:120656 kcal
Liczba aktywności:496
Średnio na aktywność:83.17 km i 4h 34m
Więcej statystyk

Po Nocy Muzeów

Poniedziałek, 20 maja 2013 · Komentarze(0)
Weekend spędziłem w Warszawie będąc na Nocy Muzeów. Przez dwa dni była tak piękna pogoda, że aż momentami żałowałem, że nie mam ze sobą roweru. Co prawda centrum stolicy nie jest najlepszym miejscem dla rowerzystów, ale może kiedyś się to zmieni. Dzisiaj zaś korzystając z nie gorszej pogody postanowiłem przejechać się. Ze względu na zachodni wiatr wykorzystałem lasy, aby dostać się na zachód i później wrócić z wiatrem do Legnicy.
Jak zwykle zagapiłem się i zrobiłem nadmiarowe metry po Parku Miejskim. Później zwykłą trasą – terenem przez Pawice i drogą pożarową nr 11 aż do Raszówki. Dalej mijając granicę tej miejscowości z Karczowiskami zauważyłem leśną drogę, a ponieważ lubię ładne leśne drogi, to czemu miałbym nią nie pojechać? Nim dojechałem do krajówki miałem bliskie spotkanie z owczarkiem niemieckim. Właściciel w ogóle nie zainteresowany, ale na szczęście pies był łagodny. Nie poszarpał mocno moich ubrań.
Nie miałem ze sobą mapy, ale gdy dojechałem do jeziora o nazwie Chróstnik – otworzyłem Traseo, żeby upewnić się gdzie jestem. Byłem tutaj już kilka razy, ale to było w zeszłym roku, więc nie pamiętałem dokładnie dokąd mógłbym dojechać wybraną drogą. A ruszyłem drogą pożarową nr 5 i dojechałem do Liśca, skąd planowałem dostać się jak najdalej na zachód przez las, żeby nie martwić się o wiatr w twarz. Rozmyśliłem się po dotarciu do drogi wojewódzkiej i przez Jaroszówkę pojechałem znaną mi już drogą do Niedźwiedzic. Pomyślałem, aby dojechać drogą do końca, mimo że nie pamiętałem gdzie się nią dostanę.
Dojechałem do Rzeszotar i żeby ominąć dziurawą ul. Poznańską skierowałem się na Pątnówek z widokiem na panoramę Legnicy. Ta miejscowość powinna znajdować się na wzniesieniu i byłaby po prostu pięknym punktem wypadowym na dni z ograniczonym czasem.
Miałem nadzieję na wieczorną wycieczkę, ale za wcześnie wyjechałem. Z drugiej strony mogłem pojeździć po lasach, w których nie było tak chłodno. Po drodze mijałem kuszące oznaczenia szlaków okrężnych wokół Lubina – zarówno pieszego czerwonego jak i niebieskiego rowerowego. Może w środę?

Rezerwat Błyszcz

Wtorek, 14 maja 2013 · Komentarze(0)
Dzisiaj nie miałem dużo sił, ale udało mi się przekonać siebie, że tak ładne dni nie zdarzają się codziennie. A że już drugi dzień nie pada, to pomyślałem o terenie. Stąd przyszło mi na myśl dokończenie nieudanej wycieczki do rezerwatu Błyszcz – pomysłu z lutego.
Zacząłem od jazdy w złym kierunku, co mi się ostatnio zbyt często przytrafia. Na szczęście wystarczyło przejechać się kawałek po parku i byłem z powrotem na właściwej drodze. Korki straszne. Jak dobrze jest jeździć rowerem, choć to nie zawsze pomaga, gdy kierowcy nie stoją jeden za drugim. Ominąłem Stare Piekary i wjechałem w teren, żeby zobaczyć jak się prezentuje. Nic pocieszającego, ale byłem wciąż dobrej myśli. Jak wjechałem w las, to miałem zamiar dojechać do pierwszego błota i zawrócić. Zdziwiłem się, gdy żadnego błota nie było, nawet kałuże można było policzyć na palcach. Nie zastanawiałem się więc nad przerywaniem leśnej jazdy, tylko jechałem do przodu. Droga bardzo wygodna, choć ostatnio mało kto nią jeździł. Widać było za to ślady opon rowerowych.
W końcu uznałem, że dobrym ruchem będzie skręt w prawo. To był idealny moment, bo znalazłem się na granicy rezerwatu i jak jechałem, to nie mogłem się napatrzeć na tę bujną roślinność. W końcu dojechałem do skrzyżowania, przy którym wypatrzyłem tablicę informacyjną, oczywiście o rezerwacie. Robale gryzły, więc nie zatrzymałem się na lekturę. Skręciłem za to w drogę, przy której stała owa tablica. Miałem pecha, bo zauważyłem, że licznik nie działa. Magnes się przekręcił na jakimś patyku i kilka kilometrów nie zostało naliczonych. Przez to znów podałem dane z GPS-a, więc średnia spadła. Jestem zawiedziony.
Wracając do podróży, to na rozdrożu skręciłem w prawo i dojechałem do drogi, która wydawała mi się znajoma. Tak! To ta sama droga, którą jechałem 3 miesiące temu. Upewniłem się dopiero na polance prawie kilometr dalej. Czyli już wyjeżdżałem z lasu. Szkoda było. Wszystko zarośnięte, nie przypomina tego, co było za mojej ostatniej wizyty. Postanowiłem pojechać do drogi w kierunku Bieniowic. Niestety woda jak stała, tak stoi nadal. Zawróciłem i wjechałem za śladami ciężkich maszyn w podmokły teren. Szybko się wycofałem, ale nie miałem ochoty dostawać się do wioski. Pojechałem prosto aż trafiłem na kolejną podtopioną drogę. Pomyślałem sobie, że ten las mnie nie lubi. Minąłem jednak jeszcze jedną drogę – w las, choć już bardzo zarośniętą – jak się okazało tylko trawą. Po pewnym czasie trawa skończyła się, ustępując kałużom i błotu. Mimo wszystko udało mi się przejechać. Po pewnym czasie jazdy zauważam dosyć świeże ślady i myślę sobie, że ktoś niedawno tędy przejeżdżał, ale tak patrzę, że to żaden MTB, tylko semi-slicki. Jak się zdziwiłem, gdy dotarło do mnie, że to moje ślady. Zrobiłem kółko i wracałem tą samą drogą.
Dojechałem do tablicy informacyjnej i skierowałem się prosto, aby zbadać kolejną drogę. Wyjechałem w Pątnowie Legnickim. Intuicyjnie trafiłem we właściwym kierunku. Ale nie chciałem jeszcze kończyć dnia; zbyt mało kilometrów przejechałem. Skierowałem się więc w stronę Kunic, a stamtąd przez Ziemnice do Koskowic, żeby wjechać na drogę dla rowerów. W Parku Miejskim było sporo ludzi. Słońce wraca do łask.

Trasa na katar

Sobota, 4 maja 2013 · Komentarze(0)
Od ostatniej wycieczki męczy mnie przeziębienie. Dzisiaj został katar, ale nie chciałem stracić tak pięknego dnia bez wyjścia na rower, więc postanowiłem, że wybiorę się gdzieś wolnym tempem na godzinkę. Wyszedł teren i ciut więcej niż godzina. Standardowo na północ przez Pawice, a dalej przez Gorzelin do Chróstnika. Dużo kałuż i błota, ale starałem się wolno przejeżdżać te przeszkody.
Planowałem wycieczkę na zachód od krajowej trójki, ale uznałem, że za Chróstnikiem będzie zbyt dużo kałuż, więc zjechałem trochę na południe i wbiłem na leśną drogę. Zaczęło robić się chłodno, więc uznałem, że pora wracać do domu i skręciłem na skrzyżowaniu z drogą przeciwpożarową (bo nie miała kałuż) i znów znalazłem się na drodze krajowej. Nie miałem ochoty jechać dziurawą ul. Poznańską, więc pojechałem do końca trójką i skręciłem w wygodną Chojnowską.
Na zakończenie wycieczki spotkałem Jarka, który właśnie wybierał się na rower. Jutro grupa wybiera się w Rudawy Janowickie. Chciałbym pojechać. Mam nadzieję, że dam radę wstać tym razem (w środę nie udało mi się)...

Przełęcz Okraj

Poniedziałek, 29 kwietnia 2013 · Komentarze(0)
Uczestnicy
Ponieważ majówka się nie udała, to miałem okazję dołączyć do wyprawy na Przełęcz Okraj. Wcześnie rano, bo o godzinie 7 na skrzyżowaniu stawili się – Bożena, Łukasz, Jarek, Piotrek i Ania. Starą trasą ruszyliśmy do Bielowic, a później przez Stary Jawor na drogę krajową nr 3, na której prędkość nie schodziła poniżej 30 km/h (Bożena narzekała przez to na nudę). Później parę podjazdów i do Kamiennej Góry prowadziłem ja, trzymając się stałej średniej 29,5 km/h :P
W Kamiennej Górze przerwa i obieramy kurs przez wioski aż do Jarkowic, w których Jarek ustala, że wjeżdżamy na czarny szlak rowerowy. Nie była to najlepsza pora, bowiem jest tam wycinka drzew i droga kompletnie nie nadawała się do jazdy rowerem, także ponad kilometr drogi raz prowadziliśmy rowery, raz wjeżdżaliśmy.
Na rozdrożu znów trafiamy na "Szlak Liczyrzepy" ER-2 (ciągle wydawało mi się, że to ER-4). Jedziemy nim ciągle w górę, mijając liczne strumienie. Od czasu do czasu zaczynają pojawiać się zapierające dech w piersi widoki. Najpierw tylko przez drzewa, a później – już na wykarczowanych zboczach – widać piękną panoramę. Oczywiście robimy sobie często przerwy. Zbaczamy ze szlaku rowerowego, żeby ścieżką na granicy polsko-czeskiej zjechać prosto na przełęcz. Było dużo wody, kamieni i trochę śniegu, ale wszyscy dotarliśmy do celu, robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia.
Czekał na nas ponad 10-kilometrowy zjazd do Kowar. Myślałem, że przemarznę, ale tak się nie stało. Mam problemy z zakrętami i na jednym się nie wyrobiłem. Na szczęście skrajnia była duża i na niej się zatrzymałem. Później już zwalniałem jak tylko mogłem.
Od Kowar były piękne widoki na Śnieżkę, na której nadal zalega śnieg. Ja tradycyjnie zaczynam odstawać od grupy. W Jeleniej Górze peleton nie jedzie przepisowo, a ja żeby nie odstawać od reszty i przede wszystkim nie zgubić ich – robię to samo...
Po postoju pod sklepem ruszamy z powrotem do Legnicy. Na początek Kapella, którą zdobywam jako ostatni. Dalej zjeżdżam sam, bo peleton na mnie nie poczekał. Spotykamy się dopiero w Starej Kraśnicy. Stąd jedziemy przez Górzec, zjeżdżając szutrami. Po wycieczce z Bożeną, Jarkiem i Łukaszem jedziemy na pizzę (a w sumie cztery pizze), która po całym dniu wyczerpującej jazdy wynagradzała wysiłek.

Droga na Chełmek

Niedziela, 21 kwietnia 2013 · Komentarze(2)
Pogoda znów wróciła, więc trzeba było się gdzieś wyrwać. Umówiłem się z Jarkiem, lecz coś mu wypadło i wybrałem się sam. Ponieważ mieliśmy jeździć między Bogaczowem i Stanisławowem, to skierowałem się standardową trasą ku pierwszej wsi. Tam wjechałem na czerwony szlak pieszy do Stanisławowa, ale zamiast skręcić w prawo, to odbiłem w lewo i zjechałem w dół do Bogaczowa. Później wróciłem się kawałek i wybrałem kolejną drogę, z której jest przepiękny widok (chyba) na Męcinkę i Chroślice. Ponieważ chciałem się dostać na najwyższy szczyt tutaj położony, to zacząłem podjazd drogami w coraz gorszym stanie aż dojechałem... do wzniesienia obok Chełmka. Dobrze, że miałem GPS, dzięki czemu zdobyłem też szczyt docelowy.
Powrót był trudniejszy niż wszystkie te podjazdy. Ponieważ do Chełmka nie ma żadnej przejezdnej drogi ani nawet szlaku, to postanowiłem zjechać w dół, próbując dojechać do jakiejś drogi. No i dojechałem, ale podkusiło mnie, żeby jechać nią dalej. Niestety jedyne co zobaczyłem, to bezdroże. Mimo wszystko jestem uparty i zacząłem się zsuwać po zboczu tej góry. Dużo liści utrudniało przyczepność, przez co zaliczyłem przewrotkę przez rower. O ile ilość liści zamortyzowała upadek, o tyle ukryte skarby w postaci kamieni bazaltowych już nie były dla mnie miłe. Skończyło się na stłuczeniu, więc teraz koniec z takimi lekkomyślnymi zejściami. Szkoda majówki na leżeniu z częścią ciała w gipsie i w ogóle całego lata :)
Tam, gdzie zacząłem schodzić było ogrodzenie nie do przejścia. Ruszyłem w dół i trafiłem na łąkę z dziurą w płocie, dzięki czemu byłem już prawie na asfaltowej drodze. Pozostało mi przedostać się przez strumień. Z wszystkich możliwości wybrałem skok z rowerem. Bez wpadki.
Zjazd pod wiatr. Za Krajowem chciałem zbadać drogę do Janowic Dużych. Zmierzyłem się ze sporym podjazdem (miałem ich już dość na dzisiaj) i minąłem obelisk – jeden z trzech zachowanych sprzed pierwszej wojny światowej. Więcej informacji można odnaleźć tutaj.

Szlakiem dookoła Legnicy

Środa, 17 kwietnia 2013 · Komentarze(0)
Planowałem pokonać tę trasę już od kilku tygodni i w końcu udało się zrobić to w całości, choć nie do końca po kolei. Chciałem przejechać ją odwrotnie do ruchu wskazówek zegara, ponieważ uznałem, że w tym kierunku jest lepiej oznaczona. Nie obyło się bez kosztownej omyłki czy wątpliwości na trasie. Postaram się szczegółowo opisać jak spędziłem dzisiejszy dzień.
Skorzystałem z mapki dostępnej w internecie (jest niedokładna) oraz ogólnego opisu przebiegu trasy. Szlak jest pieszym szlakiem żółtym podzielonym na 5 odcinków. Można go pokonać na rowerze, choć od powstania trasy niektóre odcinki zarosły roślinnością. Nie wiem gdzie szlak ma swój początek. Jedne źródła podają stację PKP w Jaśkowicach Legnickich, inne, że jest to stacja PKP Pawłowice Małe. Jazdę zacząłem od najbliższego miejsca od mojego domu, czyli od Lipiec. Podczas podróży nie zauważyłem żadnego fizycznego początku szlaku (żółta kropka z białą obwódką).
Wygląda na to, że zacząłem od najtrudniejszego odcinka, bo najwięcej na nim terenu. Na początek zjechałem ze szlaku, bo znak na drzewie już prawie znikł. Gdy się zorientowałem i spojrzałem na GPS, to zawróciłem i dostrzegłem starą, nieuczęszczaną od kilku lat, zarośniętą drogę. Spróbowałem się przez nią przedrzeć, ale miejscami trzeba było szukać obejścia. Na szczęście nie trwało to długo i dotarłem do drogi, którą w styczniu wydostałem się z Lasku Złotoryjskiego.
Do Czerwonego Kościoła dostałem się drogą sprzed dwóch dni, a dalej spod kościoła terenem do kolejnego asfaltu. Tutaj bez mapy nie wiadomo czy w prawo, czy w lewo. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej na drzewku znalazłem znak.
Przez Szymanowice i Smokowice dojechałem do wiaduktu nad autostradą. Moje zawierzenie mapie dostępnej w internecie poskutkowało temu, że nie spojrzałem na znak na drzewie i dojechałem do Dunina asfaltem. Całą drogę jednak nie pasowało mi to, że brakowało jakiegokolwiek oznaczenia szlaku. Dopiero pod muzeum odnalazłem żółte piktogramy, ale nie pasowało mi, że idą inną drogą. Zamiast jechać w kierunku Janowic Dużych pojechałem na zachód i trafiłem na zarośnięte trawą wały nad Kaczawą (niewygodne do jazdy). Dotarłem nimi do autostrady i niestety szlak się urwał. Dojechałem do drogi asfaltowej. Teraz wiem czemu wcześniej nie widziałem tutaj drogi – służby drogowe usypały górę ziemi, aby zablokować przejazd. Powodem była najpewniej zbyt duża ilość śmieci tam zalegających. Mimo wszystko zrobiłem jeszcze małe kółeczko, żeby przejechać się szlakiem i znów trafiłem na zarośla, witając się z dziką różą... A szlak się urwał, więc jeśli jechałbym prawidłowo, to nie wiedziałbym którędy udać się dalej. Nie chciałem wracać tym wałem, żeby przejechać cały szlak w jednym kierunku ze względu na nierówne podłoże. Nie chciałem też ponownie jechać asfaltem i sądziłem, że wybierając drogę terenową na wprost, dojadę do Dunina. Myliłem się i dojechałem do Janowic Dużych, a ponieważ chciałem zdobyć cały szlak, to wróciłem się do Dunina. Droga wygodna, choć na pewnym jej odcinku wysypywali drobny żwir, więc jechało się trochę jak po piachu.
Droga do Warmątowic Sienkiewiczowskich czytelna, jednak już na szlaku do Koiszkowa napotkałem przeszkodę w postaci terenu prywatnego. Ktoś wymyślił sobie, że skoro posiadł teren tamtejszego stawu, to może też przywłaszczyć sobie drogę dojazdową do pól uprawnych. Na szczęście nikt nie miał do mnie pretensji, że tamtędy przejeżdżam.
Przed Raczkową trafiłem na kolejną zarastającą drogę. Dla odmiany droga do Gniewomierza była wygodna. Tuż przed tą wsią miałem problem, bo szlak wskazywał drogę prosto, a tam był znak zakazu ruchu. Zdecydowałem, że zignoruję znak i okazało się, iż jest za nim drewniany most, co wyjaśniało ograniczenie. Ponieważ przez Gniewomierz jeszcze nie przejeżdżałem, to postanowiłem zobaczyć zabytkowy kościół.
Wygodną drogą terenową dotarłem do Koskowic, żeby wjechać w coraz bardziej zarośnięty teren. W końcu jechałem po polu, bo droga tonęła w bagnach. Jeszcze miałem problem na skrzyżowaniu z kierunkiem jazdy i po paru chwilach robiłem podjazd. Gdyby nie pewne dziewczę podziwiające widoki, to nie dowiedziałbym się, że minąłem kawał jeziora.
Rozpocząłem odcinki asfaltowe przez Rosochatą, Jaśkowice Legnickie do Kunic, gdzie prawie przegapiłbym skręt (słabe oznaczenie szlaku). Jednak ponieważ pamiętałem tamtą drogę i wiedziałem, że jest tam zakaz ruchu z wyłączeniem rowerów, to skręciłem, zapominając, że jadę po szlaku pieszym, więc niekoniecznie musiała trasa przebiegać tędy. Trafiłem dobrze, a nawet wjechałem dzięki temu na ścieżkę pieszo-rowerową. Dalej przez Szczytniki Małe i Bieniowice do Szczytnik nad Kaczawą, gdzie zaczęły się drogi leśne.
Dojechałem do Raszowy Małej, gdzie czekała mnie kolejna niespodzianka – teren prywatny z bonusem. Tabliczki ostrzegawcze przed psami, a tuż po wjeździe do lasu psia buda. Dobrze, że atrapa, ale właściciel terenu obok musiał się nieźle wycwanić, żeby odstraszyć turystów. Psów tam oczywiście być nie może, bo to nieogrodzony teren leśny z dziką zwierzyną.
Lasami przez Raszówkę do Głuchowic, a stamtąd drogą rolniczą do Grzymalina. Tutaj oznakowania były coraz rzadsze i nie wiedziałem czy jadę dobrze, czy powinienem zawracać i szukać zagubionego szlaku. Na szczęście jechałem dobrze całą drogę, aż wjechałem w kolejną, ostatnią już drogę terenową do Miłkowic. Już powoli byłem zmęczony i chciałem być w domu, ale zostały do pokonania Jezierzany, Ulesie i droga krajowa. Szybko to zleciało.
Szlak dobrze oznaczony, choć przydałoby się go odświeżyć. Większość miejsc już widziałem, ale część dróg przebyłem po raz pierwszy. Opłacało się, bo widoki miejscami piękne jak na region równinny. Kolejnym szlakiem będzie czerwony wokół Lubina.

Grobla na wspak

Niedziela, 14 kwietnia 2013 · Komentarze(2)
Uczestnicy
Wyczekiwany dzień nadszedł – pogoda idealna na wycieczkę rowerową. Umawiając się wcześniej ze znajomymi, ruszyliśmy w kierunku Myśliborza. Ekipa była spora, bo Łukasz, Bożena, Jarek, Olek, Marek i Ania. Do tego jeszcze czwórka osób z forum i piąta dołączyła za Przybyłowicami.
Wolnym tempem dojechaliśmy do baru w Myśliborzu. Odpoczęliśmy i zebraliśmy ekipę na dalszą jazdę, bo Marek, Łukasz i dwójka z forum odłączyli się od nas ze względu na sprzęt lub kondycję.
Jak rozmawiałem o dzisiejszej trasie, to dostałem informację, że będą jedynie asfalt i szutry. Jakie było moje zdziwienie, gdy wjechaliśmy w mokry teren. Ja z moimi błotnikami, które powoli zapychało błoto. Zaczęliśmy podjazd pod Bazaltową Górę, później zjazd i przejście przez mały strumyk. Ja za Jarkiem i w górę, żeby wyrzucić balast z butów. Nie wiem jak poradziła sobie reszta, ale Bożena miała mały problem i potrzebowała pomocnej ręki. Udało się bez niepotrzebnej kąpieli :)
Kolejny podjazd był pod Radogost, tylko inną drogą, bo po bezdrożu i dosyć stromym wzniesieniu. Chwilę odpoczęliśmy, obejrzeliśmy piękne widoki z wieży i ruszyliśmy dalej po błocie i kamienistych drogach. W rezerwacie Nad Groblą przyjemna i sucha ścieżka, a od Siedmicy jakoś jechałem tak na przodzie, że musiałem często czekać na resztę. Chyba miałem za dużo energii :D
Czemu właściwie Grobla na wspak? To nie był mój pierwszy raz na tej trasie, ale za to pierwszy w tę stronę. W maju zeszłego roku przemierzyłem te drogi czterokrotnie. Raz ze znajomymi i trzy razy, aby nagrać ślad i wiedzieć którędy jechaliśmy – trzy razy, bo telefon miał problemy.
Szybkim tempem (nawet 50 km/h) dotarliśmy do Myśliborza, gdzie czekał na nas Łukasz z setką na liczniku, co przy naszych czterdziestu kilometrach było imponujące. Jeszcze na chwilę przyjechały Monika z Izą, ale nie dołączyły do naszego powrotu. Drogę zaś wybrała Ania. Piękna droga, zwłaszcza w Pomocnem.
Myślałem, że już koniec błota na dziś, ale nic bardziej mylnego – za Stanisławowem mieliśmy terenowy zjazd przez las i po polu. Dobrze, że słońce wysuszyło glebę, bo byłoby baaardzo źle. Starałem się od czasu do czasu zrobić jakieś zdjęcia. Nawet w Auchan znalazłem minisakwę. Nie pasuje do mojej ramy, ale spróbuję coś z tym zrobić.
Powrót znanymi ścieżkami, tylko w Winnicy zrobiliśmy sobie terenowy skrót, żeby ominąć podjazd po bruku. A później już tylko z górki i nawet tempo się zwiększyło. Część odłączyła się na skrzyżowaniu, a ja, Bożena, Łukasz i Jarek pojechaliśmy na myjnię. Miło popatrzeć na czysty rower.

Wycieczka rowerowa (Chocianów)

Poniedziałek, 8 kwietnia 2013 · Komentarze(0)
Znów ze względu na kierunek wiatru (tym razem południowo-wschodni) miałem do wyboru dwa miasta – Jaworzynę Śląską i Chocianów. Ponieważ wczorajsza wycieczka mnie wymęczyła, to byłem skłonny wsiąść do pociągu i dojechać do Jaworzyny Śląskiej. Uznałem jednak, że nie chce mi się czyścić roweru i wybrałem przeciwny kierunek.
Zaplanowałem najpierw dostać się do Chocianowa z wiatrem w plecy, a później lasami wrócić do domu. Oczywiście leśne drogi są wciąż pokryte śniegiem i błotem, ale wyjścia nie miałem, bo nie przepadam za wiatrem.
Tuż przed wyjściem skontaktowała się ze mną koleżanka. Postanowiła również wyjść na rower, a że mój plan przebiegał obok jej okolic, to zmieniłem trasę wycieczki, aby przejechać kilka kilometrów w towarzystwie. Obliczając, że do Jaroszówki będę miał 20 km, umówiliśmy się tam na godzinę później.
Na początku zabłądziłem w Legnicy. I tak zamiast dojechać do Działkowej, to nie chciało mi się wjeżdżać na skrzyżowanie i dojechałem do celu okrężną drogą. Ponieważ było z wiatrem, to jechało mi się nawet szybko aż do Ulesia, w którym miałem wjechać na nieznaną mi drogę. Trasę do Chocianowa wyznaczyłem z Google Maps, a te pokierowały mnie nawet dobrze, tylko ja zamiast skręcić w lewo, to skręciłem w prawo. Jak już się zorientowałem, że nie jadę po szlaku, to próbowałem improwizować. Zakończyło się to jazdą po błocie i widoku jak na zdjęciu niżej. Musiałem zawrócić (pod wiatr) i zrobić dłuższą drogę. Jechałem jak szalony, bo na liczniku miałem 27-32 km/h. Do Jaroszówki dojechałem spóźniony, ale ze średnią 24 km/h. Już dawno takiej średniej nie miałem :D
Wolnym tempem przejechaliśmy się od sklepu do sklepu, podziwiając zbliżającą się wiosnę. Ruszyłem w kierunku mojego celu, zatrzymując się jeszcze na chwilę pod kościołem pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Rokitkach, bo jakoś mnie zachwycił od strony południowej. Niestety z placu przed świątynią nie było już widać tego, co z daleka, a nie miałem ochoty wracać się, żeby zrobić zdjęcie.
Mijając jeszcze jednostkę wojskową w Borach Dolnośląskich, dotarłem na miejsce. Jest tam pałac, który znajduje się na terenie prywatnym i możliwe, że kiedyś zostanie odnowiony. Póki co porządku pilnuje tam pies, który pozwolił mi, abym zrobił zdjęcie. Zerknąłem jeszcze na tabliczkę informacyjną w tamtejszym parku i dowiedziałem się, że miasto ma 2 zabytki. Poza wspomnianym pałacem jest jeszcze kościół na rynku, który też zobaczyłem. Odpocząłem na ławce, nabrałem sił i ruszyłem w dalszą drogę. Najpierw asfaltem w kierunku Lubina, a później drogą pożarową po śniegu, błocie i kałużach. Jak tylko wydostałem się z lasu, to zaczęła się męcząca jazda pod wiatr. Już sam nie wiem co jest gorsze – czy błoto, czy wiatr :D
Dojeżdżam do kolejnej drogi, tym razem bez śniegu. Wita mnie nabity na pal zdechły lis. Chyba ktoś nie lubi przejezdnych. No ale nikt nie wyskoczył ze strzelbą, to nie było źle. Dojechałem do leśnej czwórki, której część pokonałem wczoraj. W Bolanowie zobaczyłem dwa Rosomaki. Ciekawe kto trzyma na podwórzu takie maszyny.
Przejechałem drogę leśną nie poznając skrzyżowania z wczoraj. Śnieg szybko topnieje. Z jednej strony dobrze, bo mniej będzie rowerem rzucać, ale z drugiej źle, bo jest grząsko.
Jeszcze zaliczyłem teren za Raszówką i aż do Pawic. Na liczniku dobijało 90 km. Nie wziąłem ze sobą oświetlenia, więc bałem się nie zdążyć przed zmierzchem do domu. Gdyby nie to, wtedy może nawet dokręciłbym do setki.

Pętla przez Chojnów

Niedziela, 7 kwietnia 2013 · Komentarze(0)
Słońce wyjrzało zza chmur. Kolejny dzień przecierania nowych szlaków, tym razem skierowałem się do Chojnowa. Zakończyli tam rewitalizację rynku, toteż chciałem zerknąć jak to wygląda. Obrałem ten kierunek oczywiście z powodu północno-zachodniego wiatru. Najpierw przedrzeć się pod wiatr między drzewami, a później z wiatrem wrócić do Legnicy.
Ruszyłem jak zwykle terenem na północ. Droga coraz bardziej przejezdna, tylko momentami nadal podmokły grunt i ciężej się jedzie. Pomyślałem, żeby nie wjeżdżać na drogę pożarową nr 11, tylko pojechać drogą, którą chyba jeszcze nie jechałem. Jestem przekonany, że w Dobrzejowie wyjeżdżałem z oczyszczalni Osadnik II, ale jak i kiedy ja się tam znalazłem, to nie mam bladego pojęcia.
O ile droga na zachód była przejezdna, to już na północ – gdy wjechałem do lasu – zaczęło się błoto śniegowe. A do tego kałuże, przez które przemoczyłem jeden but. Dobrze przynajmniej, że wziąłem cieplejsze buty, bo wróciłbym szybko do domu...
Dojechałem do drogi pożarowej nr 10, ale pomyślałem, że skoro Google już wybrało dla mnie taką trasę, to pojadę dalej. Niestety znów po śniegu. Dziesiątką przejechało więcej aut, toteż droga była bardziej atrakcyjna, ale ja się uparłem. Nie wiem co mnie tak ciągnie do błotnych kąpieli.
Przez Raszówkę i krajową trójkę dotarłem do drogi pożarowej nr 4. Sądziłem, że będzie bardziej przejezdna, ale najczęściej jechało się po czymś takim, co widać na zdjęciu niżej. Przebolałem całą jazdę, ale ze średniej 22 km/h (przy wyjeździe z Legnicy) zrobiło się marne 17. Uradowany, że dotarłem do miejscowości Lisiec zapomniałem, że mam jechać prosto. To tylko dodatkowy kilometr, ale ja już powoli czułem się zmęczony i myślałem wtedy, że wolałbym walkę z wiatrem od tego białego błota...
Dojechałem w końcu do Chojnowa – prosto na Rynek, żeby usiąść i odetchnąć. Niestety zabrałem ze sobą tylko jeden baton, który został mi z ostatniej wycieczki i nie najadłem się za bardzo. Trzeba będzie zaopatrzyć się w jakieś pieniądze następnym razem jeśli znów zapomnę o prowiancie.
Z Chojnowa wyjechałem niewłaściwą drogą, bo nie spojrzałem na mapę, tylko jechałem prosto. Nie przyszło mi do głowy, że na Legnickiej skręciłem i już nie kierowałem się na południe. Dopiero zauważywszy drogę kierującą się nazbyt na zachód, sprawdziłem czy jestem na właściwym szlaku. Skorygowałem kurs na południe. Niestety prognoza pogody się nie sprawdziła, bo wiatr zamiast wiać mi w plecy, to wiał w twarz i tak do Łukaszowa. Tak przy okazji zauważyłem, że sukcesywnie są demontowane nieczynne torowiska. Szkoda, że tak niechlujnie i zostawiają tory wtopione w asfalt na przejazdach.
Skończyła mi się woda, byłem coraz bardziej głodny, momentami czułem się jakbym odpływał... Planowałem przejechać przez Wilczyce i Szymanowice, ale w tej sytuacji wolałem jak najszybciej znaleźć się w domu przy talerzu pożywnego jedzenia. Pojechałem więc drogą powiatową, zatrzymując się kilka razy na odpoczynek. To nie do końca była udana wyprawa.
Podsumowując moją wczorajszą wizytę na MTT we Wrocławiu, to obłowiłem się w 34 mapy, 46 różnorakich przewodników i informatorów oraz kilkadziesiąt innych biuletynów, kart informacyjnych, reklam. Większość z nich jest dla mnie bardzo cenna. Szkoda, że nie pojawiły się przedstawicielstwa województw pomorskiego i lubuskiego, bo nie mogę dostać w księgarniach mapy tego pierwszego. W każdym razie impreza udana, może w przyszłym roku odwiedzę targi również dla autografu kogoś znanego :D

Przez błoto i lód

Poniedziałek, 25 marca 2013 · Komentarze(0)
Myślę, że to byłoby tyle w temacie wycieczek w teren. Dopóki nie będzie ciepło, dopóty jazda po takich drogach nie będzie przyjemna – dla mnie.
Wybrałem się jak zwykle pojeździć po osłoniętych od wiatru drogach, a jest to możliwe wyłącznie w lasach na północ od Legnicy. Temperatura na moim komputerze rowerowym wahała się od 1,5 do 3 °C, wiatr wiał mroźny, a słońce zanurzało drogi w błotnistej mazi, która wciągała rower jak bagno.
Postanowiłem, że dzisiaj sprawdzę drogę pożarową nr 10, więc dojechałem do niej, choć w lesie drogi są pokryte lodem i trzeba było uważać, żeby nie stracić równowagi. Dzisiaj miałem szczęście nie doświadczyć poślizgu.
Dojechałem do krajowej trójki, przedostałem się przez nią pośród pędzących blachosmrodów (podoba mi się to słowo – nie podoba mi się smród) i pojechałem po kilkucentymetrowej warstwie nieubitego śniegu. W końcu, po minięciu kilku rozwidleń, skręciłem za ciągnącym się śladem kół i znalazłem się w Głuchowicach, choć jeszcze o tym nie wiedząc. Chyba podczas jesiennej wizyty w tych lasach tędy się przedzierałem. Na tamten czas droga była bardzo piaszczysta, teraz przejezdna zmarzlina. Tak przy okazji to jest odcinek żółtego szlaku dookoła Legnicy. Mapka dostępna w internecie jest więc niedopracowana.
Jazda tą drogą była najcięższą z całego dnia. Połowę drogi do krajówki przeszedłem. Chyba energia ze mnie wyparowała. Nie mogłem zrzucić biegu, bo zamarzła najmniejsza zębatka suportu, a na skuwanie lodu nie miałem ochoty.
Po drugiej stronie trójki doszedł czerwony szlak rowerowy, ale skupiałem się bardziej na omijaniu lodu niż na drzewach i znaki gdzieś odbiły po drodze. Jak dojechałem do skrzyżowania dróg pożarowych nr 10 i 11, to nie wierzyłem, że nie zorientowałem się o przejechaniu tej samej drogi drugi raz. Chyba zmęczenie mi to utrudniło.
Przejechałem przez Miłogostowice, żeby odrobinę urozmaicić trasę, a później jeszcze wskoczyłem na drogę pożarową nr 6, ale że było dużo śniegu, to szybko wydostałem się z lasu. Musiałem pozbyć się trochę lodu, bo małe kółko tylnej przerzutki już się nie kręciło. Od razu lżej :D Jeszcze parę kilometrów walki z wiatrem i ulicznym smrodem, i jestem w domu.
Włożyłem dzisiaj moje stare zimowe buty i było mi w nich po prostu ciepło! Dlaczego ja częściej w nich nie jeździłem? Będę pamiętał podczas kolejnej zimy, żeby zamienić przewiewne espedeki na bardziej szczelne zimówki.