Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

terenowe

Dystans całkowity:43826.81 km (w terenie 10251.37 km; 23.39%)
Czas w ruchu:2340:53
Średnia prędkość:18.22 km/h
Maksymalna prędkość:71.10 km/h
Suma podjazdów:302996 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:120656 kcal
Liczba aktywności:541
Średnio na aktywność:81.01 km i 4h 27m
Więcej statystyk

Brodnica

  87.20  04:23
Nie miałem pomysłu na wycieczkę. Z początku chciałem kręcić się po przedmieściach Poznania, ale wiedziałem, że nie jest to najlepszy pomysł, dlatego rzuciłem okiem na mapę zaliczonych gmin i obrałem kurs na Brodnicę. Ruszyłem na południe szlakiem R9. Prowadzi on asfaltami i drogami dla rowerów. Te drugie niestety są najczęściej rozlatującymi się chodnikami, po których nie warto jeździć. Odradzam ten szlak.
Nie byłem w najlepszej formie. Już na początku jazdy prawie doszło do kolizji z biegnącym pieszym, który wyskoczył zza rogu budynku. Na szczęście zdążył wyhamować i nie wpadł na mnie. Kolejne zło pojawiło się w Puszczykowie, gdy kierowca tira zepchnął mnie z drogi. Chwilę potem inny kierowca małego dostawczaka prawie powtórzył wyczyn poprzednika, ale za późno zaczął skręcać w prawo i nie udało mu się to. Wiem, że zrobił to z premedytacją, bo po próbie zepchnięcia mnie zjechał na środek drogi. Powinienem zainwestować w jakąś kamerkę i zgłaszać na policję tych wszystkich potencjalnych morderców.
W Brodnicy zobaczyłem tylko kościół. Mają też jakiś pałac, ale dostępny tylko dla mieszkańców, więc nawet go nie oglądałem. Wbrew moim upodobaniom wróciłem do Poznania tą samą drogą. Nie lubię tego robić, ale jakoś nie czułem się na siłach, aby szukać innej drogi. Jak na złość powrót miałem pod wiatr.
Miałem ochotę na odrobinę terenu, dlatego wjechałem do Wielkopolskiego Parku Narodowego. Moją uwagę przykuł znak zakazu wjazdu rowerem na jedną ze ścieżek. Dyrekcja parku widocznie się zdenerwowała na to, że rowerzyści nie patrzą na znaki na drzewach.
Jechałem strasznie wolnym tempem, bo wciąż mam ten felerny łańcuch. Nie mogłem znaleźć wolnej chwili, aby wyczyścić pozostałe dwa łańcuchy i to są skutki. Na szczęście nie minąłem zbyt wielu rowerzystów, żaden z nich także nie wystawił na próbę niczyich nerwów i nie pędził jak tępe ciele. Ostatnie opady deszczu chyba zniechęciły większość osób do wjazdu w teren.
Mieszkam w Poznaniu już kilka miesięcy i zauważyłem, że to miasto bardzo źle wpłynęło na moją cierpliwość i moją tolerancję. Podczas wizyty w Krakowie tydzień temu znacząco irytowali mnie piesi i rowerzyści. Nie odczuwałem tego tak silnie podczas mojego pobytu w Krakowie przez poprzednie 2 lata. Powoli zaczynam się obawiać tego, czy będę potrafił zamieszkać w jakimś normalnym mieście. W takim tempie zdarzeń, jakie przytrafiają mi się w Poznaniu, mogę całkiem zatracić nadzieje pokładane w ludziach. Muszę jak najszybciej wynieść się z tego miasta.

Kategoria Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, Wielkopolski Park Narodowy, terenowe, rowery / Trek

Tatry, dzień 6. Góry Lewockie

  102.38  06:35
To już ostatni taki wyjazd, ale tym razem z jak największą dawką terenu. W zeszłe wakacje w Krakowie podczas jakiegoś festynu dostałem mapę Gór Lewockich (słow. Levočské vrchy) z wyznaczonymi szlakami rowerowymi oraz kilkoma profilami wysokości. Przed urlopem przypomniałem sobie o tym i postanowiłem wybrać się z tą mapą w te góry.
Zapowiadał się upalny dzień. W końcu zniknęły chmury okrywające Tatry, akurat gdy mój urlop zbliża się ku końcowi. Może to i dobrze, bo nie spaliłem się na słońcu na samym początku. Najpierw udałem się do wschodniej dzielnicy miasta, Spiskiej Soboty (Spišská Sobota), aby potem wjechać na polną drogę. Odrobinę zabłądziłem, dostałem się na drogę serwisową z zakazem ruchu i oczywiście znak zignorowałem, bo jak to – mam zawracać, gdy nikt nie widzi? Nie miałem wyjścia, bo to była jedyna najbliższa droga na mapie w kierunku Gór Lewockich.
Kawałek za wsią Twarożna (Tvarožná) wjechałem w teren, aby potem trafić na szosę wzdłuż niewielkiej doliny. Potem dojechałem do kolejnej wsi – Ľubica, časť Pod Lesom, gdzie zaczęła się parszywa droga pokryta dziurawymi betonowymi płytami. Po kilku kilometrach wjechałem na drogę półasfaltową. Kiedyś była ona wygodna, ale nikt się nią nie opiekował, a ciężkie maszyny leśne ją mocno zniszczyły. Pozostała mieszanka błota, szutru i długich wysepek asfaltu, ale zdecydowanie było lepiej niż wcześniej. Dotarłem najwyżej, jak tylko mogłem, asfalt (im wyżej, tym lepszy jego stan) zamienił się w drogę terenową, która najpierw była wygodna, jak typowa droga leśna, ale potem pojawił się tłuczeń. Za podjazdem widziałem przykry widok gołych zboczy górskich, które prawdopodobnie ucierpiały w wyniku wiatru halnego.
Podczas zjazdu minąłem sporo turystów, kilku nawet na rowerach. Zjechałem aż do drogi asfaltowej, ale na dole skręciłem w złym miejscu i zrobiłem dodatkowy podjazd. Nie chciałem zawracać, więc dojechałem do jakiegoś szlaku rowerowego, dzięki czemu dotarłem do wsi Hrodisko (Hradisko), a potem do Vlkovców, gdzie zostałem zatrzymany przez miejscowe dzieci, które krzyczały, że nie przejadę, bo „veľa vody”. Postanowiłem wjechać na wzgórze i udać się na około. Żadnej wody nie widziałem.
Drogami leśnymi oraz łąkami dojechałem do miejscowości Abrahamowce (Abrahámovce). Na mapie niestety nie miałem zaznaczonej żadnej drogi do Popradu, aby pojechać prosto, dlatego musiałem dojechać do Wierzbowa (Vrbov) i dalej wrócić tą samą drogą, którą przyjechałem.
Jaka szkoda, że już jutro muszę wyjechać, bo zaczęło mi się naprawdę podobać w tym mieście. Jeszcze tyle miejsc zostało do zwiedzenia. Mam nadzieję, że szybko powrócę w góry. Może następnym razem wybiorę się gdzieś pod Kotlinę Kłodzką. Co prawda jest tam mniej gór, ale przecież nie liczy się ilość.
Kategoria góry i dużo podjazdów, setki i więcej, terenowe, kraje / Słowacja, za granicą, wyprawy / Tatry 2014, rowery / Trek

Tatry, dzień 4. Niżne Tatry bis

  96.84  04:59
Dzisiaj wróciłem w Niżne Tatry. W sumie nic specjalnego. Wybrałem tę trasę ze względu na kilka szlaków rowerowych i chciałem mieć luźniejszy dzień po zdobyciu wczorajszego szczytu. Dzień był pochmurny, słońce wyjrzało zaledwie na parę chwil, temperatura nie przekroczyła 24 °C. Pogoda idealna na rower.
Chciałem sprawdzić drogę dla rowerów, która prowadzi prosto w Niżne Tatry. Odcinek asfaltowy był nawet wygodny, choć przez rolkarzy mało bezpieczny na zakrętach przesłanianych krzewami. W mieście Świt (słow. Svit) wjechałem na leśną drogę (asfaltową). Pięła się ona najpierw w górę, zmieniła w teren, aż w końcu, po kilku kilometrach pagórków, zaczął zjazd do Królewskiej Ligoty (Kráľova Lehota) wzdłuż Czarnego Wagu (Čierny Váh). Ładne widoki się ciągną wzdłuż tamtej doliny. Nie chciałem jednak jechać dalej szlakiem i skręciłem w drogę krajową, aby wrócić do Popradu. Aut nie było dużo. Pewnie dlatego, że obok biegnie autostrada. Dobrze, że droga jest szeroka i kierowcy nie musieli mnie wyprzedzać na styk.
Nie chciałem jechać drogą krajową przez Tatrzańską Szczyrbę (Tatranská Štrba), bo na planie widziałem duży podjazd. Zjechałem do wsi Ważec (Važec), bo zauważyłem, że leci z niej jakaś mniejsza droga, ale wydaje mi się, że ostatecznie wybrałem większe zło. Podjazd był bardziej stromy niż ten na drodze krajowej. Za to widoki, które tam są przy dobrej pogodzie, rekompensują tę niewygodę. Niestety dzisiaj było zbyt pochmurno i mój podjazd nie został wynagrodzony. Pozostał mi zjazd do Świtu i powrót do Popradu. Zmieniłem plan odrobinę, bo jednak nie chciałem jechać drogą krajową i wjechałem na drogę dla rowerów, którą poruszałem się rano. Trochę się za bardzo rozpędziłem, bo aby dostać się do mojej bazy, musiałem pojechać prawie do centrum miasta, ponieważ zabrakło mostu przez wartką rzekę Poprad.
Kategoria góry i dużo podjazdów, terenowe, kraje / Słowacja, za granicą, wyprawy / Tatry 2014, rowery / Trek

Tatry, dzień 3. Kráľova hoľa

  129.28  08:11
Jest to wielki dzień, ponieważ spełnię dzisiaj mój mały plan wjazdu na wielką górę. Zaplanowałem dojechać z Popradu w Niżne Tatry – na Królewską Halę (słow. Kráľova hoľa). Jest to najwyższy szczyt możliwy do zdobycia na rowerze, na jaki do tej pory udało mi się trafić.
Dzień rozpoczął się chłodno. Temperatura wynosiła ok. 14 °C, gdy ruszałem na południe. Podjazd zaczął się już w Popradzie, ale nie trwał długo, bo zaraz zjechałem do Hranovnicy, aby po chwili zacząć kolejny podjazd. Nie było to nadal właściwe wzniesienie, bo zaraz znów miałem w dół. Przynajmniej wyszło słońce i przestało być tak chłodno.
W Telgarcie (Telgárt) uzupełniłem prowiant i skręciłem do centrum wioski, aby skrócić sobie dystans. Przestraszyłem się, gdy wjechałem do cygańskich slumsów. Okrzyki dziesiątek biegających brudnych cygańskich dzieci napawają obrzydzeniem. Szybko wydostałem się stamtąd, ale Cyganie są wszędzie. Mijałem ich co chwila i zawsze byli czymś zajęci. Miałem tylko nadzieję, że nie wyskoczy żaden z siekierą. Wyskakiwali jedynie z jadaczką. Ciekaw jestem o czym krzyczeli.
Šumiac – to tutaj rozpoczynała się właściwa podróż na szczyt. Kawałek podjazdu asfaltowego do strefy ochronnej parku narodowego i dalej kilka kilometrów podjazdu po mieszance szutru, kamieni i ziemi. Nie spieszyłem się, bo ten kilkunastokilometrowy podjazd mógł mnie łatwo wykończyć – ostatnio mało jeździłem rowerem, więc nie byłem w najlepszej formie. W połowie drogi minąłem Predné sedlo leżące na wysokości 1 451 m n.p.m. i wraz z nim zaczęła się asfaltowa nawierzchnia na sam szczyt. Przystanków robiłem setki, bo nie mogłem się oprzeć widokom. To nic, że dziesiąty raz widziałem tę samą panoramę, ale za każdym razem było to pod innym kątem. Zawsze mnie taki widok zachwycał i nie mogłem od niego oderwać wzroku, więc wyciągałem aparat i robiłem zdjęcia.
Wciąż wypatrywałem Tatr Wysokich, nie mogłem ich dojrzeć. Wiatr się nasilał, temperatura spadała. Na szczęście miałem ze sobą ciepłe ubrania. Po ponad dwóch godzinach dotarłem na wysokość 1 946,1 m n.p.m. Na szczycie wiało bardzo mocno, temperatura spadła poniżej 11 °C, ale było bezchmurnie. Jedynie dalekie chmury zasłaniały widoki, między innymi Tatr Wysokich.
Nie zabawiłem długo na szczycie. Zjazd zrobiłem tą samą drogą, chociaż myślałem o zboczeniu z trasy na inny szlak. Nie udało mi się odnaleźć mapy tych gór, dlatego wolałem zjechać do punktu wyjścia, czyli wsi leżącej u podnóża góry. Ubrałem się jeszcze cieplej i zacząłem zjazd. Na asfalcie nawet 60 km/h, ale na drodze terenowej nie dało się powyżej 40. Zjazd zajął mi 25 minut i spotkałem nawet jednego rowerzystę, który jednak był słabo przygotowany. Miał na sobie zwykłą koszulkę i spodenki, żadnego plecaka. Pewnie zmarzł, jeśli jechał na szczyt. Mnie ciepłe ubranie przydało się tylko na początku zjazdu, potem wiatr ustał, a zaczęło przypiekać słońce.
W Šumiac zdecydowałem, że nie chcę wracać przez wioskę cygańską. W dodatku droga była miejscami kamienista, trawiasta i błotnista, więc wybrałem drogę krajową. Dojechałem nią przez Telgárt do skrzyżowania za Vernár, a potem daleko na wschód. Robiło się coraz chłodniej, bo jechałem ciągle w dół, aż dotarłem do drogi, która zaintrygowała mnie podczas planowania podróży. Była to droga przez Słowacki Raj, kolejny park narodowy na Słowacji. Najpierw czekał mnie krótki podjazd, a potem bardzo długi zjazd po serpentynach. Coś pięknego. Droga absolutnie nie nadaje się do podjazdu – została stworzona do tego, aby po niej zjeżdżać. Szkoda jednak, że nie ustanowili ją drogą jednokierunkową, bo jest ta obawa, że się na kogoś wpadnie na jednym ze stu zakrętów.
Jeszcze przed Słowackim Rajem przestraszył mnie deszczyk. Nie trwał długo. Po opuszczeniu parku zobaczyłem tęczę, ale za sobą miałem czarną chmurę, która mnie goniła do samego Popradu. Wróciłem do tego miasta, ponieważ postanowiłem zrobić sobie miejsce wypadowe właśnie w Popradzie. Pierwotny plan zakładał objechanie połowy Słowacji i powrót do Poznania na rowerze, ale uznałem, że nie jest to najlepszy pomysł ze względu na moją nieznajomość kraju i języka. Wolałem znaleźć jedno miejsce i zostać tam do końca urlopu. A miałem co zwiedzać.
Kategoria góry i dużo podjazdów, setki i więcej, terenowe, kraje / Słowacja, za granicą, wyprawy / Tatry 2014, rowery / Trek

Tatry, pierwszy nieudany podjazd

  80.78  05:22
Kilka miesięcy temu, gdy tworzyłem wpis z podsumowaniem poprzedniego sezonu, zacząłem się zastanawiać, czy w granicach moich możliwości mógłbym wjechać jeszcze wyżej niż do schroniska na Turbaczu. Trochę poszperałem w sieci i znalazłem pewien szczyt, którego nazwy na razie nie zdradzę. Wtedy jego zdobycie wydawało się mrzonką, ale głowiąc się gdzie spędzę moje kolejne urodziny, przypomniałem sobie o tej górze. Miesiąc temu zgłosiłem 5-dniowy urlop, który, po dodaniu weekendów, dawał pełne 9 dni. Kolejne w tym roku 9 dni dobrej zabawy, jednak już nie nad morzem, nie po płaskim terenie, ale w górach. W moich ukochanych górach.
Moje przygotowanie było niewielkie, bo tym razem nie planowałem spać pod namiotem. Plan wycieczek obmyśliłem na 2 tygodnie przed wyjazdem, ale po tygodniu zmieniłem wszystko diametralnie. Jest to jednak historia na inne opowiadanie :)
Jeszcze zanim przejdę do opisu wycieczki, muszę wspomnieć jak się znalazłem w Zakopanem, a okazało się to nie być czymś prostym. Pojechałem wczesnym rankiem, aby wsiąść do pociągu. Wszystko szło nieźle do momentu, aż wjechałem w ślepą uliczkę. Próbowałem dostać się rowerem do dworca, ale zakończyło się to jazdą po chodnikach i dotarciu na dworzec na 3 minuty po odjeździe mojego pociągu. Szukanie kolejnego połączenia skończyło się fiaskiem, ponieważ następny pociąg do Zakopanego był dopiero późnym wieczorem. Pani w okienku podsunęła mi pomysł, abym dogadał się z kierownikiem innego pociągu, w którym nie ma przedziału dla rowerów. Spróbowałem i... przegrałem. Jestem chyba mało przekonujący. Kolejnym pomysłem był dojazd do Krakowa pociągami, a potem 100 km rowerem do Zakopanego. Nie mogłem jednak znaleźć mojego telefonu do nawigacji. Zrezygnowany wróciłem do domu, ale odnalazłem telefon w torbie, gdy ją dokładnie przeszukałem. Nie mam wyrobionego nawyku pakowania się i takie są tego efekty. Pomysł dojazdu do Zakopanego rowerem nie motywował mnie przez ograniczony czas. Zacząłem szukać ofert carpoolingowych, ale z dwóch dostępnych ofert żaden z kierowców nie mógł zabrać roweru. Moją ostatnią szansą był autobus. Obdzwoniłem kilku przewoźników i udało się znaleźć kierowcę, który zgodził się przewieźć mnie z bagażem. Pozostało mi dojechać na dworzec, kupić bilet i wsiąść do pociągu. Znów w ostatniej chwili, ale tym razem bez większych problemów – udało mi się dojechać do Warszawy, potem do Krakowa i ostatecznie do Zakopanego. Powietrze było tak przejrzyste, że góry widziałem z bardzo daleka, a podróż autobusem po drodze, którą kiedyś tyle razy przebyłem przyniosła tak dużo wspomnień. Mój nocleg udało mi się odnaleźć po zmroku. I znów nie było łatwo, bo tamtejszych dróg nie ma nawet na mapach. Przyjęli mnie przemili ludzie i jeżeli wybiorę się ponownie w Tatry, to na pewno będzie to pierwsze miejsce do sprawdzenia.
Oficjalnie pierwszy dzień miał być wczoraj, ale z powodu 3-godzinnego opóźnienia mój plan odwiedzin Polany Chochołowskiej przełożył się na dzisiaj. Ciężko mi się spało. Chyba przez to górskie powietrze. Obudziłem się wcześnie i ruszyłem do miasta w poszukiwaniu czynnego sklepu. Słabo z nim w niedzielę o poranku. Objechałem całe miasto, ale w końcu go znalazłem. Najwięcej zapłaciłem za pęto dobrej kiełbasy, bo kasjerka wbiła cenę za kilogram, ale już mi się nie chciało wracać, bo miałem plany i chciałem je wykonać zanim pogoda załamałaby się.
Po śniadaniu ruszyłem na zachód, aby wykonać plan z wczoraj. Do drogi prowadzącej do Doliny Chochołowskiej dotarłem nawet szybko. Sama droga nie była w najlepszej kondycji, jak przystało na szlak rowerowy. Przy wejściu do Tatrzańskiego Parku Narodowego nie było nikogo pobierającego opłaty. Kilkadziesiąt metrów dalej dowiedziałem się dlaczego. Szlak został zamknięty, ponieważ w grudniu wiatr halny powalił kilkaset hektarów lasu i do tej pory trwają prace mające na celu uprzątnięcie połamanych drzew oraz odbudowę szlaków. Widok górskich zboczy z połamanymi drzewami jest taki przykry. Szkoda, że nie udało mi się wykonać tego planu. Miałem nadzieję, że w zamian uda mi się dotrzeć na Halę Gąsienicową po południu.
Zawróciłem z zamkniętego szlaku. Aby nie jechać niewygodnym terenem, wybrałem inną, zaznaczoną na mapie drogę. Była bardzo kamienista, więc mocno trzęsło. Owo trzęsienie spowodowało poluzowanie i zagubienie jednej ze śrub w bagażniku. Kolejny powód do zmiany roweru? Miałem nadzieję, że bagażnik wytrzyma z jedynie trzema śrubami.
Do Kościeliska dojechałem drogami terenowymi i asfaltowymi, a potem trafiłem na szlak rowerowy. Ten mnie prowadził wysoko, aż gdzieś się zgubił. Chciałem dotrzeć do miejscowości Nowe Bystre. Mapy Google pokazały mi, że mogę się przedostać jakimiś drogami terenowymi. Problem w tym, że te mapy są sprzed kilkudziesięciu lat. Z początku jakieś drogi były widoczne, ale potem, gdy wjechałem na pastwisko, wszelkie ślady kół zniknęły. Dobrze chociaż, że łąki zostały niedawno skoszone, bo nie dałbym rady w wysokiej trawie. Sama nawierzchnia istniejących dróg była bardzo zmienna – od szutru, przez błoto, kamienie, aż po trawę, a jak droga była niewidoczna, to jechało się i po łąkach.
Udało mi się cało przedostać przez tamte wzniesienia, chociaż zjazdy nie wszystkie były bezpieczne przez luźne kamienie lub dołki ukryte w trawach. Potem – na asfalcie – było lepiej, bo oto miałem długi zjazd do Szaflar, ale przystanków robiłem mnóstwo, więc szybko nie dało się zjeżdżać. Martwił mnie widok Tatr spowitych chmurami. Bałem się, że także wjazd na Halę Gąsienicową mi się nie uda.
Szaflary mnie niczym nie zachwyciły. W dalszej części plan kierował mnie do Bukowiny Tatrzańskiej. Był długi podjazd do Gliczarowa Górnego, a potem zjazd przez Bukowinę prawie do Poronina. Prawie, bo chciałem podjechać do skrzyżowania kierującego na Halę Gąsienicową i tam zdecydować, czy będę robił podjazd.
W trakcie jazdy w górę miejscowości Murzasichle uznałem, że chmury wiszące nad Tatrami nie są tylko dla pokazu. Odpuściłem sobie Gąsienicową, skręciłem na Zakopane i tam, błądząc drogami lokalnymi, dotarłem na jakieś wzgórze, z którego zobaczyłem Wielką Krokiew. Zjazd ze wzgórza był o tyle dziwny, że za moimi plecami wyrosła tabliczka informująca o terenie prywatnym. Przykro mi bardzo, ale teren prywatny musi mieć swój początek i swój koniec.
Byłem kilometr od mojego noclegu, gdy zaczął kropić deszcz. Dotarłem na miejsce, a opad przerodził się najpierw w ulewę, a potem w burzę. Ja to miałem szczęście. Gdybym tak wjechał w te Tatry, to z pewnością wróciłbym mokry. Niestety deszcz uniemożliwił mi późniejsze wyjście do miasta. Może innym razem mi się uda. W każdym razie, gdy mijałem Krupówki po godz. 16, były one strasznie zatłoczone, a rano ok. 7 – pięć osób na krzyż. Turyści chyba przyjeżdżają tutaj, aby się wyspać.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, terenowe, kraje / Polska, wyprawy / Tatry 2014, rowery / Trek

Meteoryt Morasko

  37.71  01:46
Spędziłem dzisiaj kilka godzin na poszukiwaniach sklepów rowerowych. Niestety w żadnym nie znalazłem śruby. Zostałem za to skierowany do Castoramy, która miała być gdzieś za galerią Pestka. Objechałem Pestkę, a także galerię Plaza i nic, nie znalazłem żadnej Castoramy. Zauważyłem jedynie Praktikera, a jako że nie oglądam telewizji, to pomyślałem, że Castorama tak się teraz nazywa i wszyscy używają starej nazwy. Pojechałem do tego sklepu i udało mi się odnaleźć zamiennik. Nawet mój rower bez siodełka został nietknięty – nie miałem ze sobą linki, więc go nie przypiąłem. Zastanawiam się, czy to jest jakiś sposób na złodziei.
Przykręciłem siodło z innymi ustawieniami. Trochę dalej i nosem bardziej do dołu. Będę jeszcze musiał nad tym popracować, aby dostosować siedzisko pod siebie. Zastanawia mnie, czy pochylone siodło zmniejszy nieprzyjemności związane z długodystansowymi wyprawami.
Dzisiejszą wycieczkę – już na siodełku – rozpocząłem od parku Wodziczki. Tak z ciekawości co tam jest. Po całym parku można poruszać się rowerem, ale zaraz dalej – w parku Sołackim – wszędzie zakazy i tylko jedna droga dla rowerów, po której tłoczą się piesi. Dopiero gdy droga zamieniła się w ścieżkę, przeszkody się skończyły. Dowiedziałem się, że w latach międzywojennych w Poznaniu stworzono założenie urbanistyczne, które polegało na połączeniu parków miejskich z lasami podmiejskimi. Zostało to nazwane klinami zieleni. Z założenia nie zostało zbyt dużo, bo kliny nie odznaczają się tak bardzo na mapach – dużo zieleni wykarczowano i zamieniono na osiedla. Ja jechałem Szlakiem Stu Jezior wzdłuż klina zachodniego, który jest obecnie najlepiej zachowanym obszarem zielonym w mieście. Dotarłem do Kiekrza, skąd chciałem dostać się do Suchego Lasu, ale przeoczyłem skrzyżowanie. Pomyślałem, że dostanę się jakąś polną drogą. Wjechałem na jedną taką, ale była ona strasznie zarośnięta. Dowiedziałem się czemu, gdy z niej wyjechałem. Za plecami miałem kilka tabliczek ostrzegających o terenie prywatnym. Dziwi mnie za to obecność znaku drogi dla rowerów na Google Street View, bo nie przypominam sobie, aby teraz taki znak tam stał.
Przez Suchy Las dotarłem pod rezerwat Meteoryt Morasko. Pomyślałem, że to jest szansa, aby zobaczyć, co ciekawego się tam znajduje. Wjechałem w jakąś drogę, doczytałem, że po rezerwacie jest zakaz jazdy rowerem i zacząłem spacer żółtym szlakiem pieszym. Komary strasznie dziabały na przystankach, ale dowiedziałem się, że w tamtym miejscu 5–6 tys. lat temu spadł meteoryt żelazny. Widziałem kilka kraterów, ale meteorytu nie znalazłem żadnego. Może gdybym zabrał ze sobą łopatę i to urządzenie do wykrywania metalu, to miałbym większe szanse.
Szedłem dalej szlakiem, aż dotarłem na Górę Moraską. Podobno można zobaczyć na niej obiekty oddalone o 30 km (jak to na równinie), ale nie wiem gdzie należy stanąć, aby cokolwiek zobaczyć. Lasy są tam wyjątkowo bujne. Zgubiłem mój szlak. Na szczyt góry prowadzi kilka dróg. Szukając właściwej, wsłuchiwałem się w las. On żyje! Mrówki, które licznie zamieszkują poszycie, pracują nieustannie, robiąc wyjątkowo dużo hałasu. Te potwory są ogromne. Zniknąłem stamtąd pierwszą szerszą drogą, bo szlaku nie odnalazłem.
Wracając do domu, pomyślałem, aby pojechać w stronę Kampusu Morasko (Uniwersytet im. A. Mickiewicza). Kompleks jest duży, a dodatkowo się rozbudowuje. Jest swoistym miastem w mieście. Pojechałem trochę w złym kierunku, ale trafiłem na znaną mi drogę i przez las komunalny wróciłem na moje osiedle.
Kategoria terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Twierdza Poznań, część 1

  37.81  02:20
Idąc śladem Twierdzy Kraków, postanowiłem w końcu zobaczyć jak wyglądają poznańskie fortyfikacje. Nie będę się raczej rozpisywał z informacjami o każdym z obiektów. Cała twierdza zwiera bowiem 18 fortów oraz szereg obiektów wspomagających. Całość jest rozlokowana w pierścieniu o średnicy 9,5 km. Forty mają przypisane wyłącznie numery, dlatego z góry założyłem, że nie będą się odznaczać niczym szczególnym.
Zacząłem od fortu Va. Dojazd jest prosty, do obiektu prowadzi droga. Na miejscu zastałem ludzi przebranych za pruskich żołnierzy oraz turystów. Nie chciałem przeszkadzać, bo mogli mieć jakąś inscenizację, a mnie się spieszyło, dlatego spróbowałem objechać fort i ruszyłem do numeru V. Niełatwo było się do niego dostać. Fort został wysadzony, rozebrany i częściowo zasypany. Pozostało po nim niewiele, ale sieć ścieżek łączy wszystkie ocalałe fragmenty, dzięki czemu można podziwiać rozmach tejże fortyfikacji.
Fort IVa jest niewielkim fortem, częściowo zniwelowanym. W jego murach można spotkać nietoperze, dlatego dostęp do wnętrza jest zablokowany masywnymi kratami. Przeszedłem się jeszcze ścieżkami po zrujnowanej części fortyfikacji, a potem ruszyłem w dalszą drogę. Najpierw po łące, potem ulicami, aż musiałem zawrócić kawał drogi, bo zatrzymała mnie zamknięta brama elektrociepłowni. Do fortu prowadzą zarośnięte ścieżki spod ogródków działkowych. Sam fort jest jedną, wielką ruiną objętą siecią ścieżek i otoczoną zwaliskami śmieci. Nie było łatwo się stamtąd wydostać, bo wlazłem w takie miejsce, że zawracać się nie chciało, więc spróbowałem znaleźć jakąś inną drogę. Wyszedłem z zarośli wielkich jak jakiś busz.
Na koniec wybrałem się do fortu IIIa. Po drodze jakiś stary pryk nieumiejący jeździć mnie otrąbił. Na drodze o dwóch pasach ruchu skręcałem w lewo, więc normalnie ustawiłem się na lewym pasie, gdy z naprzeciwka jechała kolumna aut, a blachosmród jechał prosto, lewym pasem, gdy prawy był caluśki wolny. Szkoda, że ruch szybko się udrożnił i zjechałem z tamtej drogi, bo chciałbym zobaczyć, jak ten warchoł plułby sobie w twarz za jazdę niezgodnie z przepisami.
Przez cmentarz dojechałem do zakładu kremacji, który mieści się w forcie IIIa. Właśnie dzięki prywatnym pieniądzom ten fort żyje i ma się nawet dobrze. Ciekawe, czy można odwiedzić ten obiekt poza szczególnymi okolicznościami. W drodze powrotnej zatrzymałem się na chwilę przy magazynie amunicji i schronie dla artylerzystów.
Było późno, dlatego nie pojechałem do fortu III, bo ten znajduje się na terenie zoo. Nie sądzę, aby odwiedzenie go było łatwe. Wybrałem się wzdłuż Jeziora Maltańskiego, aby upewnić się co do istnienia tam jakiejś drogi dla rowerów, bo nie byłem pewien, czy można jeździć tam na pewnym odcinku. Na sam koniec przejechałem się do Parku Cytadelowego. Chyba bez mapy nie uda mi się go ogarnąć w całości.
Kategoria terenowe, Polska / wielkopolskie, Twierdza Poznań, kraje / Polska, rowery / Trek

Poligon Biedrusko

  30.70  01:22
Byłem w piątek i sobotę na imprezie firmowej. Mieliśmy wspólne zawody w wielu wyczerpujących konkurencjach, choć najbardziej podobały mi się regaty żeglarskie. Niestety z całej tej frajdy nabawiłem się zakwasów i dzisiejsza moja wyprawa nie wyglądała najlepiej. Było ciepło, jednak zmęczenie (dodatkowo jakieś przeziębienie mnie złapało – w maju!) zniechęciło mnie do dalekiej podróży. Wybrałem poligon Biedrusko za swój dzisiejszy cel.
Ruszyłem leniwie. Chciałem przede wszystkim zobaczyć jakiś krater w rezerwacie Meteoryt Morasko, jednak jak już się tam znalazłem, to przeraziła mnie gęstość zarośli i rozmyśliłem się. Zresztą, nawet nie wiem gdzie tam można jakiś krater zobaczyć. Wszystkie mapy dostępne w sieci są niedokładne, a w samym rezerwacie jest tylko mapa schematyczna. Byłem jednak przekonany, że ostatnim razem widziałem tam także mapę regionu. Dziwne.
Dojechałem do Złotnik po żółtym szlaku, a potem ruszyłem przez poligon. Dopiero teraz zrozumiałem te wszystkie ostrzeżenia, których wszędzie pełno. Po całym tym poligonie można się poruszać swobodnie, jednak gdy żandarmeria lub inne służby kogoś przyłapią na takim przebywaniu na terenie wojskowym, wtedy już sprawy się komplikują. Już wiem, skąd tyle osób się chwali tym, że byli na terenie wojskowym. Nikt im nie może niczego zrobić, bo nie zostali przyłapani na gorącym uczynku. Trochę to paradoksalne i śmieszne, gdy przykładowo jakiś rowerzysta wyskakuje z takiego terenu zamkniętego i zaczyna się szczerzyć, jakby wypuścił największego w swoim życiu bąka.
Minąłem dzisiaj strasznie dużo ludzi. Wielu z nich widziałem szwendających się po zaroślach i drogach niedostępnych dla cywilów. Także auta, które stanowczo nie należą do Wojska Polskiego (jeżeli nasze siły zbrojne poruszają się ferrari, to ja przestaję płacić podatki) tędy jeżdżą mimo zakazu ruchu. Podczas mojej ostatniej wizyty widziałem kilka(naście) wozów z rejestracją zaczynającą się od „U”, a dzisiaj ani jednego. Jestem ciekaw kiedy ktoś straci cierpliwość i zamknie tę piaskownicę.
Dowiedziałem się, że do końca marca (niektóre serwisy podają, że do końca kwietnia) poligon był zamknięty także dla rowerzystów w niedziele. Nie wiem, czy miałem szczęście 22 marca, że nikt mnie nie zatrzymał, czy może zakaz został odwołany. Spotkałem przecież i pluton, i tyle pojazdów wojskowych, że aż dziwne. No ale tablice informacyjne nie mówiły o żadnym tymczasowym zamknięciu drogi, także może coś się zmieniło?
Miałem dzisiaj naładowaną baterię w telefonie, więc mogłem porobić trochę zdjęć. Nie ma tam zbyt dużo ciekawych miejsc, ale największą atrakcją okazały się ruiny kościoła w Chojnicy. Taka sobie niebezpieczna ruina. Zauważyłem dziesiątki napisów z datami z lat 50. i 70. w miejscu, w którym kiedyś był jakiś strop bądź coś podwieszonego na wysokości kilku metrów. Kusiły mnie schody na wieżyczkę, i ostatecznie skusiły. Po sypiących się schodach wlazłem tak wysoko, jak tylko się dało, zrobiłem zdjęcie i wróciłem na ziemię. Chyba zacznę częściej odwiedzać okoliczne ruiny. Ciekawe dokąd mnie poniesie.
Nie chciało mi się wracać z Biedruska terenem, jak planowałem pierwotnie. Wybrałem asfalt, który skusił mnie znakiem kierującym do Poznania. Wróciłem do domu szybko i wcześnie. Byłem zbyt zmęczony na dłuższą wyprawę. Powinienem zacząć się więcej ruszać, bo niemożliwe, żeby zwykłe zawody mnie tak wykończyły. Postaram się przynajmniej częściej jeździć na rowerze.
Kategoria terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Kostrzyn

  72.05  03:14
Dzisiaj ponownie wyszedłem po pracy na rower i mam nadzieję, że będę to robił częściej. Temperatura była wyższa niż wczoraj, dlatego ociągałem się z wyjazdem. Niestety nie wyszedłem na tym najlepiej. Chciałem pojechać do gminy Kiszkowo, ale zmieniłem cel na Kostrzyn, aby wrócić przed zmrokiem.
Po raz drugi w życiu miałem kolizję z udziałem bezmyślnego rowerzysty. Na ul. Kórnickiej znajduje się pewna beznadziejna droga dla rowerów. Jest tak beznadziejna, że aż jednokierunkowa, ale nie każdy o tym wie, bowiem jej jednokierunkowość jest opisana wyłącznie zatartymi znakami poziomymi, a i to nie zostało zrobione porządnie. Jechałem jak zwykle w kierunku Malty – szybkim tempem, bo nie lubię poruszać się po mieście i wolę mieć tę dżunglę jak najszybciej za sobą. Niestety na mojej drodze – jednokierunkowej – znalazł się rowerzysta. Nie byłoby w tym nic dziwnego (wszak manewr mijania nie jest czymś trudnym), gdyby nie fakt, że ów rowerzysta zajął się telefonem zamiast jazdą. Zderzyliśmy się, gdy sięgałem dzwonka. Niestety mój czas reakcji jest ostatnio słaby (zdecydowanie za mało śpię), przez co zdążyłem jedynie przyhamować, ale zderzenia nie uniknąłem. Tamten zajechał mi drogę, mimo że zacząłem uciekać na chodnik. Zderzyliśmy się kierownicami. Moje obrażenia były powierzchowne – palec przyciśnięty manetką oraz stłuczony mięsień uda. W rowerze jedynie lekko porysowany wskaźnik manetki. Sprawca zdarzenia był chyba bardziej poszkodowany, ale widocznie bał się odpowiedzialności, bo wiedział, że źle uczynił. Ponieważ nie odczuwałem większego bólu, a rower nie został mocno uszkodzony, to nie zatrzymywałem delikwenta. Papierkowa robota po przyjeździe służb mundurowych dodatkowo zniechęcała mnie do podejmowania większych działań. Naprawdę powinienem wynieść się z tego miasta w bezpieczniejsze okolice.
Wracając do wycieczki, pojechałem nad Jezioro Maltańskie. Wielu ludzi jest ślepych i nie docierają do nich znaki zakazu (mam tutaj na myśli zakaz ruchu pieszych). Rozumiem, że chcą się pozabijać, stwarzając zagrożenie dla swojego życia, ale czemu utrudniają ruch innym? Coraz więcej pytań, coraz więcej wątpliwości. Zjeżdżę okolice Poznania i się stąd wyniosę, byle jak najdalej.
Droga do Kostrzyna była już bezstresowa. Liczba przeszkód na drogach zmalała znacznie w stosunku do tych z Poznania. Nie było też niczego ciekawego. Jechałem głównie szlakami – a to międzynarodowym EuroVelo, a to Pierścieniem dookoła Poznania. Sam Kostrzyn nie zaciekawił mnie niczym. Na Rynku nic nie zwróciło mojej uwagi, dlatego skierowałem się czym prędzej do domu, bo słońce było bardzo nisko. Już wiedziałem, że nie wrócę przed zmrokiem. Nie miałem ochoty jechać drogą krajową, dlatego wybrałem obiecująco wyglądającą drogę asfaltową przez różne wsi. Nie była w pełni asfaltowa, bo mapa okazała się być nieaktualna, ale przynajmniej obyło się bez błota.
W Poznaniu znów trafiłem na irytujące drogi dla rowerów. Jedynym sposobem, aby się przedostać do centrum było przejście podziemne. Co za kretyni tworzą infrastrukturę drogową w tym mieście? Potem stanąłem na idiotycznych światłach, na których miałem czerwone przez kilka taktów (nie wiem ile, bo zniecierpliwiony przejechałem). Jak mnie to miasto drażni. Zarządza nim banda tępaków czy złodziei?

Kategoria po zmroku i nocne, terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Skoki do Mielna

  84.51  03:46
Nareszcie. Pierwszy raz (w Poznaniu) udało mi się zorganizować i wyjść na rower po pracy. Miałem kilka nadgodzin, dlatego pozwoliłem sobie wyjść jeszcze wcześniej. Po ostatnich dwóch tygodniach niepogody przyszło słońce, i to jakie, bo temperatura sięgała 30 °C. Po tym, jak spaliłem się podczas majówki, wolałem odpuścić sobie przypadkowe opalanie. Wybrałem za cel mojej wyprawy północny-wschód – chciałem dojechać do gminy Skoki.
Coś mi strzeliło do głowy, aby wyjechać inną drogą, omijając las komunalny. Tak mi się to udało, że wjechałem na jakąś ścieżkę i zabłądziłem. Jakoś odnalazłem drogę i dostałem się do Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Droga na północ jest mi znana, także obyło się bez niespodzianek. Jedynie roślin tak jakoś więcej i z tygodnia na tydzień coraz bardziej to wszystko zarasta. A ja ostatnio, zwłaszcza po filmach Radka Kotarskiego, mam wstręt do kleszczy. Chyba zacznę ograniczać ilość terenu.
Za drogami leśnymi musiałem wjechać na wstrętne drogi dla rowerów. Aż odechciewa się przyjeżdżać w te okolice. Dopiero za Murowaną Gośliną zauważyłem drogę dla rowerów o asfaltowej nawierzchni – choć znajdowała się po lewej stronie drogi, to wyjątkowo wjechałem na nią. Nie była najlepsza, ale to dobra alternatywa dla ruchliwej ulicy.
Do Skoków dotarłem po drodze wojewódzkie – miejscami była bardzo równa, także mogłem nieco pocisnąć. Od Skoków zacząłem jechać Cysterskim Szlakiem Rowerowym, który prowadzi po kościołach architektury drewnianej. Na początku jechałem drogą asfaltową, ale przyjemność się skończyła. Poczynając od nierównej leśnej drogi, a kończąc na piachu. Dojechałem do Puszczy Zielonki, aby przejechać Duży Pierścień Rowerowy. Stanowczo zbyt piaszczyste są tamtejsze drogi.
Nie miałem zbyt dużo czasu, bo chciałem wrócić do domu przed zmrokiem. Zjechałem ze szlaku, aby dostać się do Mielna, z którego do Koziegłów prowadzi droga asfaltowa. I znów – szybkim tempem dotarłem do Poznania. Jeszcze miałem do pokonania kilka niebezpiecznych dróg dla rowerów, i w końcu dotarłem do domu, już po zachodzie słońca, ale jeszcze przed zmrokiem. Nie sądziłem, że dzisiejszy dystans będzie taki duży.

Kategoria Puszcza Zielonka, terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery