Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

terenowe

Dystans całkowity:41251.12 km (w terenie 9388.38 km; 22.76%)
Czas w ruchu:2197:51
Średnia prędkość:18.23 km/h
Maksymalna prędkość:71.10 km/h
Suma podjazdów:286433 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:120656 kcal
Liczba aktywności:496
Średnio na aktywność:83.17 km i 4h 34m
Więcej statystyk

Maszków

  73.01  03:39
Po tygodniu bez roweru postanowiłem wybrać się na krótką przejażdżkę. Jak wsiadłem na rower, to poczułem się jakbym nie jeździł od naprawdę bardzo dawna. Pomyślałem, żeby odwiedzić Maszków, w którym podczas nocnego powrotu z Miechowa widziałem skały wapienne.
Nawet nie wiem kiedy przyszła jesień. Liście opadają; na ziemi szeleszczą, na drzewach się złocą. Ten rok jest taki dziwny, bo i zima długa, i jesień wczesna. Jeszcze silny wiatr przeszkadzał podczas jazdy. Ale nie mogłem przecież przerwać jazdy, bo tak długo bez roweru byłem, że aż było szkoda słonecznej pogody.
Ruszyłem starą drogą do Doliny Prądnika. Na Pękowickiej wyłożyli asfalt, a właściwie właściciel posesji wyłożył, bo jakość tej drogi ma wiele do życzenia. Dalej, na drodze rowerowej w Giebułtowie, w końcu wycięli chaszcze i rowerzyści zaczęli liczniej tamtędy przejeżdżać. Co ciekawe – minąłem ich kilkunastu jadących pod górę, a to jest ciężki odcinek. Dalsza droga też nie była łatwa, bo bardzo duży ruch jak na te okolice się zrobił.
Do Skały nie chciałem jechać asfaltem ze względu na podjazd, dlatego przejechałem się kawałek dalej, do pieszego szlaku Orlich Gniazd. Nie obyło się jednak bez podjazdu, bo musiałem wydostać się z doliny. Tak więc po kamieniach udało mi się podjechać zbocze, i następnie dotrzeć do miasta. Stąd skierowałem się na Stoki, z których zaplanowałem, po przedostaniu się przez las, pojechać polnymi drogami do mojego dzisiejszego celu. Drogi na mapie nie były oznaczone, toteż skazany byłem na metodę prób i błędów. Las na szczęście przejechałem bez zatrzymania na namysł. Problem pojawił się tuż za nim. Droga, którą wyznaczyłem ze zdjęć satelitarnych okazała się wieść przez własność prywatną, przez którą nie przepuściły mnie kundle (dzisiaj minąłem strasznie dużo psów).
Trzeba było szukać innej drogi. Wybrałem kolejną leśną drogę, która niestety nie zawiodła mnie tam, gdzie chciałem. Poparzony pokrzywami wyjechałem na tę samą drogę, którą dostałem się w teren. Spróbowałem dalej, dojeżdżając do ślepego zaułka – droga kończyła się w ogrodzie warzywnym. Ponieważ chciałem się przedostać do drogi, to pojechałem po ubitej ziemi po wykopkach, a później po ściernisku. Dojechałem do zarośniętej drogi. W moim kierunku kobieta prowadziła krowę, więc pomyślałem, że mogę się tamtędy dostać do mojej drogi. Pojechałem w stronę lasku, bo w oddali były widoczne zabudowania. Niestety droga się skończyła. Spojrzałem przez krzaki, a za nimi znalazłem zgubę – kontynuację drogi. Wjechałem do lasu i dowiedziałem się czemu wjazd zarósł. Wszelkie drogi kończyły się zaroślami, a że nie miałem ochoty na powrót, to wspiąłem się na zbocze wzniesienia i po kolejnym ściernisku dostałem się do drogi. Udało się, znalazłem się na właściwej drodze.
W Sułkowicach kolejny problem, bo źle zapamiętałem zdjęcie satelitarne, ale mimo to udało mi się wjechać na mój szlak. Problem pojawił się dopiero w Iwanowicach, przez które chciałem się przedostać po polnych drogach. Zjazd zakończył się na bramie – wjechałem komuś na posesję od tyłów. Nie mogąc się przedostać, zawróciłem. Na darmo tędy jechałem, ale na szczęście to był już koniec, bo po powrocie na asfalt dotarłem do Maszkowa.
Te skały wapienne nie zadziwiają tak, jak w Dolinie Prądnika. Mimo to plan zrealizowałem i zobaczyłem jak to wygląda za dnia. Do domu dotarłem już szybszym tempem, bo błądzenie mocno wpłynęło na moją średnią. Robi się coraz chłodniej.
Kategoria Dolina Prądnika, góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

4 miasta, dzień 2: północna część szlaku

  159.32  09:10
Piątkowy poranek dnia drugiego mojej wyprawy. Spało się ciężko, o ile można to nazywać spaniem. Przez to zimno co chwila się budziłem i rano miałem wrażenie jakbym spał maksymalnie godzinę. Komfort śpiwora, to 15 °C, w namiocie było tylko 13 i daleko do jakiegokolwiek komfortu.
Zebrałem się przed godz. 6. Słońce leniwie za chmurami się budziło, a ja przy 9 °C ruszałem w dalszą drogę po Jurajskim Rowerowym Szlaku Orlich Gniazd. Na podjazdach nie było lekko, bo mięśnie nie odpoczęły. Dowiedziałem się, że noc spędziłem w Zawierciu. Duże to miasto.
Dotarłem do zamku w Morsku. Obok widziałem mnóstwo domków, więc pewnie jest tam kemping. Cóż, zaoszczędziłem przynajmniej. Pod hotelem, który też znajduje się w tym kompleksie stało mnóstwo aut. Turyści jeszcze spali, gdy ja zwiedzałem.
W tym miejscu kończy się nowe, przejrzyste znakowanie szlaku i zaczyna stare, wyblakłe, oddalone od siebie o zbyt dużą odległość. Także nie dość, że wjechałem w kolejną piaszczystą drogę, to szlak gdzieś przepadł. Szczęśliwie przedostałem się do Podlesic, gdzie odnalazłem zgubę. Dalsza droga prowadzi obok Rezerwatu Góry Zborów. Minąłem kilka znaków zakazu ruchu rowerem, bo taki zakaz obowiązuje w rezerwacie. Wprowadza to w zamęt na rowerowym szlaku, którym się poruszałem.
Bateria w telefonie była na rezerwie. Musiałem się gdzieś zatrzymać, bo bałem się, że nie zapiszę całej swojej drogi przy takim zużyciu energii. Wypadło na sklep w Zdowie. Jak już się tam zatrzymałem, to przesiedziałem wszystkie chmury, że mogłem zrzucić z siebie ciepłe ciuchy. Choć sklep jest mały, to kolejki strasznie długie i jak już się ruszyłem, to wyszły prawie 2 godziny ładowania baterii. To musiało wystarczyć na dzisiejszą drogę.
W Bobolicach o mało nie przegapiłem zamku, bo nagle pojawił się za moimi plecami, ale że się dużo rozglądałem, to wleciał mi w oko. Dopiero dalej był wjazd z dużym parkingiem i polem namiotowym. Jak na złość dopiero gdy są niepotrzebne, to się odnajdują. Do dziś zastanawia mnie to czy jechałem drogą dla rowerów, czy ulicą, bo znak C-13 jednoznacznie określa typ drogi, jednak jej wygląd, brak chodnika i obecne zabudowania wskazują na zwykłą ulicę.
To był wysyp zamków. Ledwo nacieszyłem się jednym i już kolejny – w Mirowie. Piękne są. Nie żałuję, że wybrałem się w tę podróż. Miałem okazję zobaczyć to, co widziałem tylko w książkach. Kiedyś wybiorę się szlakiem pieszym i postaram się zobaczyć z bliska wszystkie Orle Gniazda.
Tuż za Moczydłem wjechałem na kolejną leśną drogę, która jest drogą dla rowerów, choć wątpię, żeby tędy ich dużo jeździło. Za dużo piachu. Jak zawsze starałem się balansować z moimi sakwami, a w miarę możliwości jechać ścieżkami obok drogi. Szlak wkrótce zamienił się w ścieżkę, a po pewnym czasie zaczął znikać pod pozostałościami po wycince drzew. Udało mi się dojechać do Przewodziszowic i nie zgubić szlaku. Odtąd jednak wracają standardowe oznaczenia szlaku, znane mi z jego początku, czyli prawidłowe wytyczne co kilkadziesiąt metrów. Nawet droga jest lepsza. Ktoś pomyślał, że jazda po piachu jest mozolna dla rowerzystów i na niektórych odcinkach powstała nawierzchnia szutrowa. Czasem ubita, czasem nie, ale przynajmniej nie był to piach!
Na drodze z Czatachowej do Ostrężnika poczułem się jak w średniowieczu. Kilkadziesiąt osób wzdłuż drogi, ubrani i posiadający rekwizyty jak sprzed kilkuset lat. Każdy odgrywał jakąś scenkę, nie zwracając uwagi na przechodniów. Widziałem między innymi proszenie o przejście przez bramę zamkową, zajmowanie się pacjentami w szpitalu polowym, kucie stali przez kowala, kobiety wracające z bazaru czy myśliwych niosących zdobycze. Znalazł się nawet skalny troll. Z początku myślałem, że to jakiś plan filmowy, ale nie było kamer, jakiejkolwiek ekipy filmowej, nawet zakazu wstępu na teren, więc ta myśl szybko się ulotniła. Do tej pory jestem ciekaw co to było i jak często się odbywa.
W Ostrężniku wjechałem pod rezerwat o tej samej nazwie. Wspiąłem się na skały z ruinami zamku, a także zobaczyłem krasnoluda strzegącego Jaskinii Ostrężnickiej. Szkoda było opuszczać tak widowiskowe miejsce.
Szlak co jakiś czas zmieniał częstotliwość i rodzaj oznakowania. Widocznie każda gmina odpowiada za swoją część. Szkoda, że nie ma jednolitego organu utrzymującego szlak.
Moim oczom ukazał się zamek w Olsztynie. Ostatnim razem byłem tutaj w podstawówce, chyba jeszcze za czasów, gdy nie pobierano opłat za wstęp. Z rowerem nie chciałem tam się pakować, więc tylko zrobiłem zdjęcie i ruszyłem dalej, bo byłem o rzut beretem od Częstochowy.
Miałem niestety pecha. Jechałem czerwonym szlakiem, aż dojechałem do Mstowa i... szlak się skończył (piktogram roweru z kropką oznacza początek oraz koniec szlaku). O co chodziło? Wjechałem na żółty szlak Przełomu Warty. Tak przynajmniej wynikało z mapy znajdującej się w tej wsi. Myślałem, że to nowy przebieg szlaku Orlich Gniazd. Coś mi nie pasowało, że ta czerwień wpadała w pomarańcz, ale na pewno nie był to kolor żółty! Wróciłem się do miejsca, gdzie mój szlak odbił – po prostu przegapiłem znak. Na pomyłce straciłem ok. 20 km.
Ostatni teren i w końcu dotarłem do Częstochowy. Miasto jest wielkim placem budowy. Nie znalazłem też żadnej mapy, więc nie zwiedziłem dużo. Zatrzymałem się w pizzerii na ciepłe jedzenie i podładowanie baterii w telefonie. Kurczak był suchy, ale głodny wszystko zje.
Po odpoczynku ruszyłem na Jasną Górę z nadzieją na znalezienie punktu informacji. Gdy już go odnalazłem, okazało się nim być urządzenie elektroniczne, które w dodatku nie działało! Niektórym się we łbach poprzewracało, żeby coś takiego uznawać za punkt informacji. Nie miałem wyjścia. Ruszyłem do miejsca, w którym miałem nocować wczoraj.
Ponieważ moje plany rzadko wychodzą jak należy, toteż nie szukałem noclegów dalej jak za Częstochową. Miałem się zatrzymać w Konopiskach, ale nie zapisałem sobie dokładnego adresu, a właściciele agroturystyk nie potrafią się reklamować. Byłem więc skazany na dalsze poszukiwania.
Dojechałem do Lublińca, w którym jest mapa. Na mapie zaznaczony jest kemping na południe od miasta, więc się tam skierowałem. Po drodze przypomniałem sobie, że w portfelu nie mam pieniędzy i zawróciłem się w poszukiwaniu bankomatu. Gdy go nie znalazłem, to zrezygnowany ruszyłem w dalszą drogę.
Mój plan na trzeci dzień kierował z Częstochowy do Opola drogami leśnymi i ogólnie okrężną drogą, bo zbyt szybko znalazłbym się na miejscu (zaledwie 100 km do przejechania). Był już zmrok, więc nie mogłem pozwolić sobie na błądzenie po lasach. Ruszyłem drogą krajową na Opole. Po drodze minąłem tylko gospodę, w której niestety nie było miejsc. Zacząłem się rozglądać za miejscem oddalonym od gospodarstw i lasów. Ponownie wypadło na ściernisko, bo nie minąłem żadnej łąki. Tym razem noc spędziłem przy drodze krajowej, więc ukryłem się za belami słomy, żeby wytłumić odgłosy aut.
Wyczerpała mi się bateria, więc została mi ostatnia zapasowa za kolejne dwa dni. Myślałem o ominięciu Opola lub Ostrawy, żeby wyrobić się w czasie. Nie wiedziałem wtedy, że byłem w połowie drogi z Częstochowy do kolejnego celu. Byłem przekonany, że się nie wyrobię z wykonaniem planu czterech miast.
Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, z sakwami, pod namiotem, kraje / Polska, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

4 miasta, dzień 1: południowa część szlaku

  130.69  07:58
Jest długi weekend, dzień zapowiada się słoneczny, więc czas zacząć mój plan z wczoraj. A zaplanowałem dojechać do czterech miast: Częstochowy, Opola, Ostrawy i Krakowa. Plan ten nie został jednak zrealizowany w sposób, jaki chciałem, ale do tego jeszcze dojdę. Dzisiaj bowiem miałem do pokonania Jurajski Rowerowy Szlak Orlich Gniazd. 190 km z Krakowa do Częstochowy.
Początek nie najlepszy, bo nie mogłem odnaleźć początku szlaku, a ten znajduje się tuż przy skrzyżowaniu ulic. Po oficjalnym początku rozpoczęły się problemy ze znakami. Musiałem zedrzeć kilka reklam, żeby odnaleźć kolejne wskazówki, ale i to nie uchroniło mnie przed przegapieniem skrętu. Niestety bez mapy ze szlakiem nie da się jechać, bo pod żadną reklamą nie znalazłem strzałki. Dalej też nie było najlepiej, gdy całą zabawę z jazdy psuły piktogramy ukryte w zaroślach, zdrapane, zaklejone reklamami, zamalowane czy w ogóle gdy zniknęły drzewa z tymi znakami. Zacząłem bardziej uważać i zerkać na plan, żeby nie zboczyć ze szlaku.
Dotarłem do Balic. Tutaj zaczął się prawdziwy teren – wąwóz. Jazda z sakwami dodatkowo utrudniała jazdę, więc kilka razy mnie zrzuciło z roweru. Jeszcze nie przywykłem do balansowania rowerem o zwiększonej masie.
Temperatura w słońcu wciąż rosła, ale szlak prowadził leśnymi drogami. Niestety na kilku był zakaz wstępu z powodu wycinki drzew. Szczęście, że dziś święto państwowe, więc nikt nie miał pretensji. Musiałem jednak jechać na wyczucie, bo niektóre piktogramy zostały zamalowane. Nie sądzę, żeby zrobili to leśnicy, bo usunęliby wszystkie na tej trasie. Zacząłem więc podążać za srebrnymi kwadratami. Oczywiście o ile było to możliwe, bo na asfaltowych drogach było tyle dziur, że nie wiedziałem czy je omijać, czy szukać szlaku.
Starym, znanym asfaltem dojechałem do Rudna, w którym stoi zamek Tenczyn. Ponieważ już go widziałem, to nie zatrzymywałem się – czekało na mnie jeszcze kilkanaście innych Orlich Gniazd.
Przez Krzeszowice i Dolinę Eliaszówki dojechałem do Racławic (ale nie tych związanych z insurekcją kościuszkowską). Tutaj znakowanie wprowadziło mnie w zakłopotanie. Sądziłem, że wjechałem na stary przebieg, bo mapa znaleziona w internecie prowadziła drogą obok. Okazało się, że szlak zmienił przebieg i prowadzi teraz obok starego, drewnianego kościoła zamiast wzniosłego, wapiennego szczytu. Jadąc dalej spotkałem się z problemem błędnego oznaczenia – na skrzyżowaniu starego przebiegu szlaku z nowym wjechałem na starą drogę. Dzięki temu zobaczyłem ów szczyt, ale też wydłużyłem sobie drogę.
Tym, co mnie teraz najbardziej martwiło były piachy. Zbliżałem się do Olkusza, który leży na terenach piaszczystych (wszak nieopodal znajduje się Pustynia Błędowska). Jechało się coraz mniej wygodnie, ale mijani rowerzyści mnie podziwiali za jazdę moim rowerem po takiej nawierzchni. Szkoda, że mój łańcuch cierpiał, otrzymując takie ilości pyłu.
Przed Olkuszem minąłem kilkudziesięciu rowerzystów, prawie wszystkich sakwiarzy. Jechali trochę moim szlakiem, trochę skracając sobie drogę, ale ich plan był podzielony na kilka dni, a ja chciałem tego dokonać w jeden dzień. Wątpiłem, żeby mi się udało, zważając na moją pozycję i czas – do Olkusza dojechałem po godz. 15, a przede mną jeszcze 120 km i to z dużą dawką terenu.
Dojeżdżając do Rabsztyna, zobaczyłem pierwszy zamek widoczny ze szlaku. Warto było jechać taki kawał dla tego widoku. To jednak dopiero pierwsze Orle Gniazdo, więc przez lasy dotarłem do Bydlina. Tutejszy zamek nie jest widoczny ze szlaku, jednak zauważyłem tablicę ostrzegawczą GOPR-u, dzięki czemu mogłem po krótkim podjeździe zobaczyć warownię.
Droga nie należy do najwygodniejszych. Piach, kamienie, piach i jeszcze trochę piachu. A! jeszcze trawa z piachem i piach z liśćmi. Ktoś zamawiał piasek rzeczny? Oto i kałuże pełna piachu. Powoli miałem dość, ale nie było wyjścia.
Smoleń. Kolejna trwała ruina. Niestety przyroda odbiera, co swoje i na zamek nie ma wstępu ze względu na możliwość zawalenia. Przynajmniej od strony ulicy, bo już po obejściu ogrodzenia takowych zakazów nie ma, a sama budowla cieszy się sporą popularnością.
Było coraz później. W sumie zbliżał się zachód słońca, gdy ujrzałem Ogrodzieniec. Postanowiłem zatrzymać się i coś zjeść. Zamówiłem jakiś kotlet z frytkami i surówkami. Zamek pięknie wygląda oświetlony czerwienią zachodu słońca. Szkoda, że nie mogłem tutaj dłużej zostać. Nie udało mi się dotrzeć do Częstochowy, więc trzeba było się rozejrzeć za kempingiem.
Słońce zaszło, temperatura szybko spadała, a ja nie znajdowałem żadnego miejsca do spania. Zacząłem się rozglądać za łąką, jednak wszędzie rozciągały się albo lasy, albo ścierniska. Tę noc spędziłem na polu pod namiotem. Szczęśliwie droga, przy której się zatrzymałem nie była ruchliwa, a nocą zbyt wiele zwierząt nie hałasowało. Problemem była tylko temperatura, która spadała do 13 stopni w namiocie i 9 poza nim.
Kategoria kraje / Polska, Polska / śląskie, góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, z sakwami, pod namiotem, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

Twierdza Kraków, część 4

  35.89  02:16
Pogoda nie sprzyja, ale mimo to wyruszyłem, aby kontynuować moje zwiedzanie jednej z największych twierdz w Europie. Dzisiaj ostatni odcinek trasy, którą obrałem w pierwszej części. Było chłodno i od czasu do czasu lekko kropiło. Żadna przeszkoda przed eksploracją.
W punkcie informacji turystycznej dostałem przewodnik po Twierdzy Kraków. Jest w nim pokrótce opisana historia twierdzy, zarys historyczny wybranych fortów oraz schematyczna mapka z zaznaczonymi Szlakami Dawnej Twierdzy Kraków oraz fortami i umocnieniami fortecznymi.
Za pierwszy cel obrałem fort reditowy 7 "Za Rzeką" (nazywany też "Bronowice"). Powstał w latach 1857-65 na miejscu szańca z 1854. Obecnie znajduje się on na terenie wojskowym, jednak ja wykorzystałem to, że jest tam warsztat samochodowy i wjechałem przez otwartą bramę. Na drodze do samego fortu nie ma ani jednego znaku zakazującego ruchu. Sam fort jest jednak zamknięty na cztery spusty. Obejście go dookoła jest niemożliwe, bo stoją tam zakazy ruchu pieszych. Wyczytałem w sieci, że w części fortu znajduje się drukarnia, a sam fort można zwiedzać, tylko jak tu zwiedzać, gdy wszystkie drogi są zablokowane wielkimi bramami?
Próbowałem jeszcze objechać fort z zewnątrz, żeby uchwycić jakieś ujęcie, ale drzewa, baraki i wysokie mury skutecznie to uniemożliwiają. Pojechałem więc do miejsca, w którym skończyłem. Po drodze wjechałem pod fort pomocniczy piechoty 39 "Olszanica" wybudowany w latach 1884-85 jako obiekt półstały, a po 25 latach przebudowany na fort stały. Obiekt miał burzliwe losy, ale obecnie jest wyremontowany i mieści się w nim Harcerski Klub Turystyki Konnej. Całość jest ogrodzona i możliwa do zwiedzania, ale nie mam pojęcia kiedy. Na bramie nie ma żadnej tabliczki poza informacyjną o szlaku Twierdzy Kraków.
Coś mnie skusiło, żeby wjechać w teren. I tak najpierw po drodze, a później ciut zarośniętej ścieżce dojechałem do lasu. W samym lesie mnóstwo wyjeżdżonych ścieżek. Ktoś tam się dobrze bawi na crossie lub rowerze.
Udało mi się wyjechać niedaleko kolejnego obiektu, na którym zakończyłem ostatnią część. Fort pancerny główny 38 "Śmierdząca Skała" wybudowany w 1878 jako obiekt półstały i zmodernizowany na fort pancerny w 1884-86. Był pierwszym fortem pancernym Twierdzy Kraków. Od 1953 jest własnością Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieści się tam obserwatorium astronomiczne. Wstęp niemożliwy, o ile nie jest się studentem astronomii na UJ.
Następny przystanek przy forcie pancernym pomocniczym "Bielany", zwanym też jako "Krępak". Wybudowany w 1908-12 jako ostatni z fortów twierdzy. Nie zdążono nadać mu numeru. Jest fortem rozproszonym i udało mi się odnaleźć schron bojowy oraz blok koszarowy, choć na planie obiektu jest więcej elementów do zobaczenia. Może innym razem znajdę czas na poszukiwania, bo w tej chwili nie ma dokładnej mapy pozostałości po tym forcie.
Dalsza droga prowadziła w górę, po lekko zarośniętej ścieżce, a dalej przez Las Wolski do Klasztoru Kamedułów. Dalej jechałem szlakiem patrząc na mapę i dojechałem do kazamaty baterii FB-36 z lat 1914-15. Próbowałem jeszcze odnaleźć samą baterię, ale bez wiedzy o jej położeniu tylko przejechałem po niej, nawet nie zauważając jej obrysów.
Zjechałem z Pasma Sowińca i wjechałem na Wzgórze św. Bronisławy, dojeżdżając do fortu cytadelowego 2 "Kościuszko". Powstał w latach 1850-56 wokół Kopca Kościuszki i bronił dostępu do rdzenia twierdzy od zachodu. Częściowo zniszczony przez Niemców, później przez władze sowieckie, przetrwał i – odremontowany – ma teraz kilku właścicieli. Jak dla mnie jest to największe dzieło Austriaków w Krakowie, ale tylko dlatego, że jest otwarte i można je zwiedzać. Może jest jakiś inny fort, który bardziej by mi się spodobał, ale na to trzeba mieć czas i możliwości.
Kolejnym przystankiem był "Diabelski Most" sprzed 1900 roku, który jak "Czerwony Most" miał zapewnić bezkolizyjny ruch przegrupowujących się wojsk na drodze do fortu "Kościuszko" oraz drogi rokadowej. Obecnie wyremontowany, zyskał dawny wygląd.
Planowałem na koniec zobaczyć szaniec FS-3, ale na mapie oznaczyli go po złej stronie ulicy i szukałem w złym miejscu. Kolejny obiekt na liście do zobaczenia.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, terenowe, Twierdza Kraków, kraje / Polska, rowery / Trek

Twierdza Kraków, część 3

  36.55  01:50
Trzeci dzień podążania szlakiem pewnego użytkownika. Tym razem nie wróciłem na miejsce, z którego skończyłem, czyli do Zielonek, a pojechałem czerwonym szlakiem ul. Pękowicką. Na tym szlaku znajduje się "Czerwony Most" sprzed 1900 roku – dwupoziomowe skrzyżowanie dróg fortecznych. Most powstał nad drogą prowadzącą do fortu 44a "Pękowice" w celu usprawnienia przegrupowywania się wojsk.
Tuż za mostem znajduje się schron amunicyjny "Pękowice", wybudowany w 1913-14. Nie jest w najlepszym stanie i poza ceglano-betonowymi murami oraz śmieciami nie ma w nim nic.
Jadąc prosto natrafiłem na tabliczkę o znajdującej się tam baterii B-44-5. Wybudowana po 1902 r., położona jest na lewym skrzydle fortu 44 "Tonie". Z zewnątrz wygląda na niedostępną, bo jest zarośnięta krzakami, ale obchodząc zieleń dookoła trafiłem na ścieżkę, którą poprzedni eksploratorzy dostali się do wnętrza baterii. Dawniej znajdowały się tam trzy schrony, ale ja, nie wiedząc o tym, obejrzałem tylko jeden z nich. Nie wiem czy dwa pozostałe nadal istnieją, ale ten pierwszy od drogi z pewnością został odrestaurowany i zabezpieczony (lub zachował się w idealnym stanie).
Dostępu do fortu 44a "Pękowice" nie ma, a przynajmniej droga rokadowa jest przegrodzona siatką z informacją o terenie prywatnym. Jeszcze spróbuję innym razem objechać ogrodzenie, może uda mi się zobaczyć ten obiekt.
Brak mapy obiektów zadziałał na moją niekorzyść, ponieważ jadąc dalej wjechałem kawałek na drogę rokadową łączącą fort 44a "Pękowice" z fortem 44 "Tonie", ale na drogę do tego drugiego fortu już nie wjechałem. Kolejny przegapiony obiekt, jednak nic straconego – jeszcze tam wrócę.
Jadąc dalej zauważyłem ceglany budynek wkomponowany w zieleń. Zaintrygowany przyjrzałem mu się bliżej. Po powrocie do domu dowiedziałem się, że jest to schron amunicyjny "Tonie". Wybudowany w latach 1914-15, zachował się w bardzo dobrym stanie. Wykorzystywany prawdopodobnie przez jednego z mieszkańców jako składzik ogrodowy.
Kolejny fort – nr 43 "Pasternik" – znajduje się na terenie wojskowym. Bardzo prawdopodobne, że obiekt jest niedostępny, ale dzięki temu jest odporny na działania wandali. Jeszcze się upewnię czy nie ma sposobu, aby go zobaczyć, bo kilka lat temu szlak Twierdzy Kraków prowadził obok tego obiektu.
Wjechałem znów w teren, na którym o mało nie wylądowałem w krzakach przez to, że droga zarosła trawą i ukryła poprzeczne nierówności. Nie zatrzymywało mnie to przed dalszą jazdą. Od czasu do czasu zatrzymywałem się, żeby sprawdzić zarośla, do których prowadziły wydeptane ścieżki. Miałem nadzieję coś tam znaleźć, ale były to tylko miejsca do libacji. Za drzewami dostrzegłem ceglany budynek i dzięki temu odnalazłem fort pomocniczy piechoty 41a "Mydlniki". Wybudowany w latach 1895-96, bronił odcinka doliny Rudawy. Obecnie jest miejscem spotkań lokalnej młodzieży. Zaśmiecony i niszczejący czeka na lepsze czasy.
Z ul. Olszanickiej wjechałem w kolejny teren. Tym razem stromy podjazd, którego nie da się pokonać na rowerze. Dojechałem do tradytora nieistniejącego szańca piechoty IS-III-2. Tradytor wybudowany przed 1914 r. mieścił cekaem. Szaniec z 1887-88, zniwelowany po 1920.
Było już po zmroku, więc tylko przejechałem obok fortu 38 "Skała", który nie sądzę, aby udało się zwiedzić. Pojechałem do ul. Księcia Józefa, a stamtąd na wały. W końcu można normalnie nimi przejechać – po wycięciu zielska droga poszerzyła się o ponad metr. Jeszcze gdyby tak każdy przestrzegał prawa.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, terenowe, Twierdza Kraków, kraje / Polska, rowery / Trek

Ślęża

  151.45  07:29
Zdobycie Ślęży planowałem na środę, jednak nie było zainteresowania, a ja nie czułem się na siłach. Wieczorem Bożena dała znać, że dziewczyny wybierają się w sobotę i że mogę do nich dołączyć. Niestety nie uzgodniliśmy godziny i pojechały beze mnie. Miałem nadzieję dogonić je.
Postanowiłem, że do celu dotrę przez Żarów, a wrócę drogami na północ od autostrady. Najpierw znane rejony, a za Mierczycami wjechałem na drogę gruntową, która jest na mojej mapie. Choć nie wyjechałem tam, gdzie planowałem, to był plus – czereśnie. Znów się objadłem. No ale trzeba korzystać póki są. Później za to będą maliny :)
Przejechałem przez Pastuchów. Sądziłem, że znajdę tam jakiś pałac, ale na jego miejscu stoi kościół. Demart znów się nie popisał. W Piotrowicach Świdnickich za to pałac widać w całej okazałości z drogi. Niestety jest własnością prywatną. Przynajmniej znajduje się tam tablica informacyjna z krótką historią obiektu.
Przejazd przez Żarów był związany z moją ostatnią nieudaną próbą zobaczenia pałacu. Cóż, wielkiego szału nie robi. Zwłaszcza, że teraz jest to budynek mieszkalny.
Na drodze zaczęły być widoczne ślady niedawnego opadu, a im bliżej na wschód, tym większe kałuże. Miałem tylko nadzieję, że nie zastanie mnie deszcz.
W Pankowie minąłem kolejny zamek, tym razem z fosą. Wyglądało na to, że stoi na terenie prywatnym, ale jednak wstęp jest darmowy. W Klecinie zmylił mnie znak drogowy "Zamek Krasków", ponieważ ktoś zdrapał symbol zamku i ze znaku E-10 zrobił się znak E-5, czyli znak prowadzący do dzielnicy miejscowości. Szybko porzuciłem jazdę w poszukiwaniu tej dzielnicy, bo wieś skończyła się. Wróciłem na skrzyżowanie i pojechałem w trzecie rozgałęzienie. Tam stoi niezniszczony znak – czyli kolejny zamek znajduje się w Kraskowie.
Jechałem dalej i byłem coraz bliżej Masywu Ślęży. Dopiero Mysłaków mnie zatrzymał. Mapa znów zawierała błąd i gdy już szczęśliwie trafiłem na właściwą drogę, to asfalt się skończył i zaczęło dużo błota. Może gdyby nie padało, to nie byłoby aż tak źle. Jakoś powoli przejechałem (nie chciałem myć roweru) i zacząłem podjazd do Przełęczy Tąpadła. Złapała mnie migrena i zastanawiałem się czy podjechać Ślężę. Na przełęczy obejrzałem mapkę i zdecydowałem się pojechać niebieskim szlakiem. Jechałem wolno pośród ludzi, gdy zerknąłem w stronę polany. Przecież to Monika z Bożeną! Już po wizycie na szczycie. Bożena widocznie miała bardzo udany zjazd, bo była w błocie. Po krótkiej rozmowie zmieniłem zdanie i ruszyłem żółtym szlakiem, a dziewczyny pojechały w dalszą drogę. Wszyscy chcieliśmy zdążyć przed zmrokiem, zwłaszcza, że ja nie wziąłem ze sobą oświetlenia, a chciałem ze Ślęży dostać się na Wieżycę.
Podjazd był z początku łatwy. Nawet jazda po luźnych kamieniach nie nastręczała trudności. Niestety ostatnio za rzadko jeżdżę i straciłem kondycję. Opadłem z sił i dłuższy kawałek wprowadzałem rower. Jak zrobiło się mniej stromo, to znów jechałem. Na szczycie długo nie zabawiłem. Od razu ruszyłem dalej żółtym szlakiem. Nie była to dobra decyzja. Droga straszna na rower. Połamane drzewa na ścieżce, błoto, ślisko. Więcej niosłem rower czy prowadziłem niż zjeżdżałem. Droga się tak strasznie dłużyła. Jak już dojechałem do Wieżycy, to myślałem, że komary mnie zjedzą. Nawet jednego zdjęcia nie dadzą zrobić! Myślałem, że stąd już będzie przyjemna droga w dół, ale nie – było jeszcze gorzej, jeszcze stromiej. Udało mi się bezpiecznie dotrzeć do Przełęczy pod Wieżycą. Koniec mordęgi.
Szybko objechałem Sobótkę i możliwie najprostszą drogą ruszyłem w kierunku Legnicy. Pędziłem ile sił w nogach. Niestety migrena znów powróciła. Jak zobaczyłem znak "Legnica 19", to już wiedziałem, że zdążę przed zmrokiem. Cóż za ulga.
W Taczalinie wciąż pachnie truskawkami.
Kategoria terenowe, setki i więcej, góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Koniec czerwca

  46.55  02:16
Już dawno nie miałem tak długiej przerwy. Przez tę pogodę rozleniwiłem się i zbierałem się na rower od kilku dni. Dzisiaj nie wytrzymałem. Wiał silny i chłodny wiatr, który zniechęcał do jazdy. Ja nie wiedząc dokąd jechać, chciałem wybrać się do Złotoryi, ale po wyjściu z domu zmieniłem zdanie i skierowałem się do lasów lubińskich. Dawno tam byłem. W ogóle stęskniłem się za terenem, i to do tego stopnia, że jak wjechałem w las, to już z niego nie wyjeżdżałem.
Pędziłem przed siebie, aż w końcu las się skończył. Zarośniętą drogą dojechałem do leśniczówki przed Miłogostowicami. Pojechałem dalej leśną drogą asfaltową. W ogóle błądziłem tylko po takich dróżkach, mijając fundamenty budynków. Wygląda to jak przedwojenna osada, tylko ten asfalt...
Pojechałem do Gorzelina. Dużo dróg pozarastało roślinnością i coraz ciężej się przedzierać tamtędy. Leśnicy dbają wyłącznie o główne drogi pożarowe (a i to nie wszędzie). Czułem się zmęczony i chciałem wracać do domu, ale te lasy, majestatyczne świerki zachęcały do pozostania, tak więc zostałem, wjeżdżając już na te lepsze drogi, utwardzone. Znudziło mi się to, wiatr też miał w tym swój wkład, także na pierwszym skrzyżowaniu zatrzymałem się, podziwiając to rozdroże i ruszyłem w drogę powrotną.
Początkowo chciałem wrócić drogą krajową, ale zmieniłem zdanie i zrobiłem jeszcze więcej terenu, aż dojechałem do Pątnowa Legnickiego, od którego doczłapałem się już wpół żywy do domu. Za mało jeżdżę.
Jutro moje urodziny. Myślę czy nie kontynuować tego, co w zeszłym roku i nie zrealizować jednego z moich zalegających planów. Jeżeli pogoda pozwoli, to jak najbardziej wybiorę kierunek na Kotlinę Żytawską, czyli Zgorzelec – Bogatynia – Świeradów-Zdrój – Legnica. Mam tylko nadzieję, że dam radę, czując zmęczenie po dzisiejszej jeździe.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, terenowe, rowery / Trek

Przez Trójgarb do Chełmska Śląskiego

  193.85  09:27
Udało mi się dzisiaj wstać wcześniej niż ostatnio i skorzystać z przyjaznej pogody. Postanowiłem zrealizować jeden z planów sprzed paru miesięcy i wybrałem za cel Chełmsko Śląskie. Plan zakładał 175-kilometrowy dystans, no ale jak wiadomo – plany rzadko realizują się w całości. Zwłaszcza, gdy urok odwiedzanych miejsc przyciąga bardziej niż magnes.
Na początek wizyta na wałach nadkaczawskich, które w końcu doczekały się skoszenia trawy i dzięki temu mogłem szybko się tamtędy przedostać. Pomyślałem, żeby się dzisiaj ciut opalić, bo czoło miałem blade od noszenia kasku, dlatego w Gniewomierzu wjechałem na polną drogę, przejechałem przez Czarnków (droga zarośnięta, aż mnie nogi swędziały od trawy) i znalazłem się w Jaworze. Stąd pojechałem na Dobromierz, a następnie do Starych Bogaczowic.
Mój plan przewidywał jazdę przez Lubomin, jednak ani razu nie spojrzałem na wgraną w telefon mapę, tylko korzystałem z mapy papierowej. A ta pokazywała asfaltową drogę do Witkowa przez las. Nie widziałem więc sensu wydłużać sobie trasę i jechać na około tych połaci zieleni. Zwłaszcza, że przedwczoraj wjechałem na drogę oznaczoną na mapie. Dziś pojechałem nią prosto i zatrzymałem przechodzących ludzi, żeby upewnić się czy aby dojadę do Witkowa. Niestety nie byli miejscowymi i nie znali odpowiedzi.
Asfalt po krótkiej chwili się skończył i zaczęła polna droga, aż dojechałem do brodu, czyli przejazdu przez rzekę. Zajęło mi trochę czasu wykombinowanie jak się tamtędy przedostać. Ale że komarów było w bród, to przestałem się bawić i w miarę najpłytszym miejscu przejechałem, mocząc trochę buty i rower.
Wjechałem do lasu i po pewnym czasie przestało być zabawnie, bo zaczęły się podjazdy. A jak już umierałem i się gdzieś zatrzymałem, to wszędobylskie muchy kazały się stamtąd zabierać czym prędzej. Jechałem z początku żółtym szlakiem pieszym, ale ten gdzieś odbił w ścieżkę, a ja wolałem trzymać się drogi. Nawet jeśli jechałem nad skarpą (widok był imponujący jak dla mnie).
Skrzyżowanie Siedmiu Dróg – tutaj był dłuższy przystanek, bo znalazłem pierwszą mapę tej... góry. Okazało się, że ze Starych Bogaczowic wyjechałem niewłaściwą drogą, ale tak czy inaczej przejeżdżałbym przez tamto skrzyżowanie. Skoro już się tam znalazłem, to postanowiłem zdobyć Trójgarb, bo na jego zboczu się znajdowałem. Niepokoiło mnie to, że mapa była niedokładna i wskazywała nie miejsce, w którym się znajdowałem, a jakieś inne rozdroże. Także byłem zdany na szczęście.
Ruszyłem niebieskim szlakiem rowerowym, który na kolejnym rozdrożu uciekł w dół. Jako że szlak na mapie nie jest zaznaczony, to zaryzykowałem żółto-niebieskich piktogramów, które na mapie są zaznaczone na czerwono. 20 minut później byłem na wysokości 778 m n.p.m. Niestety widoki są ograniczone przez drzewa, także podziwiać można, ale ze zdjęciami trzeba poczekać do następnego garbu, z którego rozpościera się przepiękny widok na Karkonosze, w tym na Śnieżkę.
Tak się zapatrzyłem, a trzeba było wracać. Niestety z tym nie było tak przyjemnie, bo droga w dół wiodła ścieżyną, po której nie odważyłbym się zjechać na tym rowerze i w ogóle bez wcześniejszego rekonesansu. W końcu znów można było wsiąść na rower i popędzić w dół drogą leśną. Tak się znalazłem w Witkowie. W Czarnym Borze wspomogłem lokalny biznes, kupując trochę owoców w sklepie, a tuż za kopalnią melafiru musiałem wymienić baterię w telefonie, bo nie naładowałem jej po wczorajszym wypadzie. Kolejne miejscowości zaczęły mnie zachęcać różnymi egzotycznymi nazwami, takimi jak stół sędziowski, który mogłem zobaczyć, bo jest to unikalny zabytek.
Kolejny podjazd, tym razem po asfalcie i przez las, więc spokojnie, już nie interesując się swoją średnią, jechałem, napawając się leśnymi zapachami. Minąłem piękny widok i nawet nie byłem świadom tego, że patrzę na Czechy. Tak dojechałem do Chełmska Śląskiego, ale mój plan przewidywał także wizytę w Okrzeszynie. Wjechałem na przypadkową drogę i... dojechałem do Okrzeszyna. Zawróciłem dopiero na zakazie wjazdu, tuż przed granicą Polski, bo nie miałem przepustki :P
Jeszcze przed zmrokiem chciałem zobaczyć Krzeszów, dlatego szybko – już na szczęście bez podjazdów – ruszyłem w kierunku tej miejscowości. Niestety nie mogłem podejść bliżej ze względu na swój ubiór (odsłonięte kolana i barki). Ale byłem, zobaczyłem, odjechałem – do Kamiennej Góry. Powrót chciałem zrobić przez Chełmy, czyli Lipę, Pomocne i Słup, ale nie miałem już ochoty na podjazdy, więc zmieniłem plan na Kaczorów. Dalej już z górki, jak płynie Kaczawa przez Świerzawę i Złotoryję. Po drodze zatrzymałem się kilka razy, bo byłem zmęczony i odrobinę śpiący. Źle się przygotowałem do tej wyprawy, ale dotarłem do domu w całości, grubo po północy.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, rowery / Trek

Mokro w Szczytnikach nad Kaczawą

  54.24  02:50
Kolejny dzień przerwy od deszczu. Dzisiaj ruszyłem bez mapy i bez planu. No, może jedynym planem była jazda na północny-wschód ze względu na kierunek wiatru. Ze względu na obfite opady nie miałem ochoty zabawę w błocie, ale mimo to wjechałem w terenową drogę na Starych Piekarach. Kałuże jak zawsze, więc nie jechałem nią dalej w kierunku Pawic. Skierowałem się na Pątnów Legnicki i tam o dziwo znów wjechałem w teren, uznając, że nie będzie tak źle. I rzeczywiście nie było, bo zamiast jechać drogą prosto, to odbiłem w las, a dalej na starą trasę.
Pomyślałem, żeby dostać się w okolice Wielowsi, więc omijając asfalt dostałem się do Miłogostowic. Teren był nadal przejezdny, więc chciałem go więcej. Omijając wybrukowaną drogę wjechałem na kolejną polną drogę, która wciągnęła mnie w las. Niestety tutaj już był horror. Dużo wody i błota. Jakoś udało mi się przejechać i dostać do bardziej utwardzonej drogi, którą dojechałem do Buczynki. Żółty szlak wokół Legnicy zarasta coraz bardziej. Na pewno to samo dzieje się ze szlakiem czerwonym wokół Lubina. Pewnie daruję go sobie i objadę z najbliższą okazją to miasto szlakiem niebieskim, ale rowerowym.
Nie byłem w najlepszej formie, bo nawet jak próbowałem jechać szybciej, to moja średnia nie powalała mnie jak zwykle. W Miłosnej skręciłem w kierunku Prochowic, żeby oszczędzić sobie wysiłku i pojechać krajową 94 z wiatrem do Legnicy. Po drodze zdążyłem się rozmyślić i skręciłem w Gogołowicach na drogę, którą kiedyś jechałem, ale że byłem tam bardzo dawno temu i wydaje mi się, że miałem wtedy problem z przedostaniem się, to nie ryzykowałem błądzenia. Jechałem dalej i dopiero skręciłem w drogę leśną, która była mi bardziej znana.
Ponieważ plan jazdy przez Prochowice nie udał się, to chciałem nadal dostać się do drogi krajowej. Byłem po prostu ciekaw jednego wiaduktu kolejowego i w Szczytnikach nad Kaczawą skręciłem w przypadkową drogę z nadzieją na osiągnięcie celu. Minąłem kopalnię żwiru i jezioro, tonąc od czasu do czasu w błocie. Jechałem ciągle prosto na ile była widoczna droga. Słyszałem w oddali hałasy łamanych drzew i mnie ciekawiło co to. Okazało się, że Kaczawa przybrała na sile i niosła ze sobą tony śmieci, używając ich do łamania gałęzi drzew chylących się ku wodzie. Wyglądało to jak woda powodziowa. Byłem jednak na tyle ciekawski, że jechałem wzdłuż rzeki i jak skończyła się droga, to zacząłem jechać po polu w nadziei na znalezienie innego szlaku, bo nie lubię jeździć tą samą drogą jednego dnia. Jak usłyszałem chlupanie, to zauważyłem, że jadę w wodzie. Zawróciłem mimo wszystko, bo teren dalej tylko opadał. Dziwne, że nie ugrzązłem, skoro zalegała tam woda.
Jeszcze spróbowałem kilku dróg po dojechaniu do lasku, ale one też się kończyły w zalanym wodą polu. Nie pozostawało mi nic innego jak wyjechać stamtąd i wrócić wioskami do domu. Po drodze przystanąłem, żeby wyciągnąć garść trawy z napędu. Już dawno nie miałem tak brudnego roweru. A mogłem uważać.
W Bieniowicach mogłem skręcić w kierunku Szczytnik Małych i miałbym swoją krajówkę, ale nie pamiętałem o tym łączniku. Od jakiegoś czasu szukam taniego mapnika, żeby trzymać mapę na kierownicy, a nie w plecaku. Dzięki temu unikałbym wielu niepotrzebnych postojów i pomyłek. Niestety jeszcze nie znalazłem niczego interesującego.
Zaczynała nadchodzić ciemna chmura, dlatego też zrezygnowałem z drogi do Kunic i zmęczony pojechałem prosto do domu. Jeszcze przecież będę miał okazję przejechać się w tamtym kierunku.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, terenowe, rowery / Trek

Przed siebie na Grodziec

  95.65  04:25
Z opcją na Ostrzycę.
Nazajutrz znów zapowiadają deszcze, które mają trwać przez kilka dni. Kilka dni bez roweru. Nie chciałem tak, więc wybrałem się gdzieś pod Chojnów, bo tamte tereny są słabo przeze mnie zbadane.
Miałem okazję przetestować nowy system zarządzania ruchem w godzinach szczytu. Coś niesamowitego jak bardzo można zirytować kierowców tak nieoptymalnym narzędziem. Czekając na światłach pod Ferio zdążyły przejechać raptem 3 auta, gdy zrobiło się znów czerwone. Ile to czasu marnuje się na każdym z takich cyklów. Cieszę się, że jestem rowerzystą i następnym razem nie będę grzecznie zatrzymywał się za ostatnim autem, tylko skorzystam z prawa do dojechania do skrzyżowania.
W Ulesiu skorzystałem z drogi, którą kiedyś planowałem dojechać do Chocianowa. Ładna droga z widokami. Nie obyło się bez wątpliwości w którą stronę pojechać. Na szczęście dobrze strzelałem. W Miłkowicach skręciłem w jakąś drogę w nadziei, że dotrę nią dokądś i dotarłem do drogi asfaltowej tuż przy torach. Po jakimś czasie wygoda się skończyła i znów jechałem terenem. Ponownie spróbowałem swojego szczęścia w Goliszkowie, żeby ominąć asfalt i dzięki temu znów przejechałem się polną drogą.
Chojnów wciąż mnie zaskakuje. Ilekroć tam jestem, widzę na Rynku coś nowego. Dobrze, skoro ma to poprawić wizerunek miasta.
Skierowałem się na Osetnicę drogą, na której kiedyś przypadkowo wylądowałem. Znów mnie skusiła droga terenowa, mimo że nie wiedziałem dokąd prowadzi. Szczęśliwie przeprowadziła mnie przez autostradę i skróciłem sobie tym samym odległość. Po drodze przestraszyłem jakichś staruszków podczas wyprzedzania, którzy panoszyli się na całej szerokości drogi.
Widziałem Grodziec już od jakiegoś czasu i kierowałem się do niego. Mimo wszystko ciągnęło mnie w nieznane i za Jadwisinem wjechałem znów w polną drogę, którą dostałem się do kopalni. Tam, na rozdrożu miałem problem którędy dalej. Wybrałem drogę na lewo, choć teraz widzę na zdjęciach satelitarnych, że zrobiłem parę błędów i niepotrzebnie tam jechałem. Przed Olszanicą znów polna droga mnie wciągnęła i błądząc nią wyjechałem za daleko od drogi do celu. Zobaczyłem jednak przed sobą drogę w las. Nie zastanawiając się długo pojechałem nią i dotarłem do pięknej leśnej drogi przeciwpożarowej. Podobnej do tej na Górzec, tylko bez rynienek w poprzek jezdni. Przez Jurków wyjechałem z lasu i tutaj zacząłem błądzić. Miałem nadzieję dotrzeć najpierw przez las, ale drogi ciągle się kończyły, a później polna droga skończyła się w rzepaku. Nie chciałem być żółty, więc zawróciłem i dotarłem na właściwy szlak. Po drodze wjechałem na czerwony szlak rowerowy, który gdzieś uciekł. Ponieważ budynki, obok których przejeżdżałem grożą zawaleniem (i w sumie część się sypie w oczach), to nie szukałem dalej szlaku, tylko zacząłem podjazd, podziwiając widoki. Góry...
Na Grodźcu prace stolarskie wrą i sporo aut psuło scenerię do zdjęć, więc darowałem sobie fotki i zacząłem zjazd. Brak ludzi pozwalał się rozpędzić, choć piach wzywał zdrowy rozsądek do jazdy maksymalnie 40 km/h.
Czarna chmura, która od jakiegoś czasu sunęła się w moim kierunku w końcu znalazła się nade mną. Zaczęło kropić, więc zacząłem szybki powrót do domu. Niestety opcja Ostrzycy Proboszczowskiej, na którą miałem ogromną chętkę nie wyszła ze względu na pogodę i późną porę.
Po pewnym czasie zaczęło się rozpogadzać. I mimo że słońce było wysoko na niebie, to nie myślałem już o zmianie kierunku na drugi szczyt. Jechałem do domu, omijając Złotoryjską, dlatego pojechałem najpierw przez Szymanowice, a później przez Lasek Złotoryjski. Coś mnie jednak skusiło, aby sprawdzić tę drogę asfaltową, na którą wjechałem pod obwodnicą. I choć szybko się skończyła, to jechałem dalej, nawet gdy teren przestał być drogą. Wyjechałem przy nowym cmentarzu. Teraz już wiem gdzie leży, ale myślę, że to pomysł nietrafiony. Droga dojazdowa nie dość, że wąska, to autem można się tam dostać wyłącznie przez Lipce. Już widzę te bluzgi w dniu 1 listopada.
Pobłądziłem jeszcze chwilę, bo zamiast Domejki chciałem sprawdzić inną drogę, a właściwie ślepą uliczkę, przy której nie ma nawet znaku. Dobrze, że Chojnowska ma ładny asfalt, to szybko wróciłem do domu, choć już po zachodzie słońca.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, terenowe, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery